Biwak Manewry Techniczno-Obronne

Drogi E.

Dzisiaj opiszę ci jedną z najweselszych przygód, jakie przeżyłam w harcerstwie w drużynie licealnej. Biwak, na który udało mi się wyjechać wart jest zachowania w pamięci.

Rozpoczął się drugi rok nauki w liceum. Drużynowi drużyn harcerskich działających w ubiegłym roku byli w klasie maturalnej i zrezygnowali z prowadzenia drużyn. Drużynę „Czerwonych Beretów” przejął kolega Krzysiu z naszej klasy. Ogłoszono biwak, na którym miały odbyć się Manewry Techniczno-Obronne drużyny.

W owym czasie rozpoczęło się wprowadzanie pięciodniowego tygodnia pracy. Początkowo pracownicy mieli jedną wolną sobotę w miesiącu, później dwie i trzy. Niestety, nie dotyczyło to uczniów, więc wszystkie wyjazdy i wycieczki pozaszkolne rozpoczynały się w soboty po południu. Zabieraliśmy wyposażenie do szkoły i bezpośrednio po lekcjach wyruszaliśmy na stację kolejową. Na tym biwaku mieliśmy dodatkowe wyposażenie. Starsi drużynowi zbajerowali nową profesorkę od przysposobienia obronnego i ta, nie całkiem świadomie, zezwoliła na wypożyczenie sprzętu z pracowni p-o. Jako starzy harcerze mieliśmy mundury, czerwone berety i kurtki tzw. „anoraki”, brezentowe, z jedną kieszenią z przodu i z kapturem. Z pracowni zabraliśmy, co się tylko dało: Każdy miał atrapę karabinu, maskę przeciwgazową, a zastępy niosły radiometr, pch-metr / czy jak to się nazywało/ , apteczki i coś tam jeszcze. Uwieńczeniem zdobyczy była atrapa ciężkiego karabinu Maksim (1910), wykonana z drewna, jedynie atrapa lufy była wykonana z krótkiego kawałka rurki metalowej.

Miejscem biwaku była miejscowość Rabsztyn koło Olkusza, z ruinami zamku na wzgórzu. Nocleg mieliśmy w istniejącej tam Stacji Turystycznej, dosyć obskurnej nawet jak na tamte czasy. Żelazne piętrowe łóżka i wieloosobowe sale, mała kuchenka w starym odrapanym budynku to wszystko, ale nam wystarczało.

Przyjechaliśmy pociągiem do Olkusza dosyć późno, bo tylko takie było połączenie. Oczywiście nie było już autobusów PKS, więc musieliśmy dojść do miejsca zakwaterowania pieszo. Ustawiliśmy się czwórkami, a było nas prawie czterdzieścioro, więc kolumna prezentowała się dosyć okazale. Nieliczni przechodnie patrzyli na nas z zaskoczeniem, słyszeliśmy komentarze „chiński desant” , „skąd ci spadochroniarze” i tym podobne. Było późno, więc w mieście nie śpiewaliśmy, słychać było tylko tupot nóg i turkot Maksima. Za miastem poćwiczyliśmy nieco piosenek marszowych, nie zawsze prawomyślnych jak „Nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest Marszałek Śmigły Rydz..”, czy „A ty maszeruj, maszeruj , głośnio krzycz: Niech żyje nam Wołodia Ilicz”.

Następnego dnia rankiem po porannej gimnastyce, śniadaniu i porządkach, w mundurach wyruszyliśmy pod zamek. Tam odbył się apel, na którym przyjęto nowych członków, w tym mnie do drużyny czerwonych beretów. Potem ćwiczyliśmy marsz szykiem ubezpieczonym, w końcu podzieleni na dwie drużyny – obrońców i szturmujących zdobywaliśmy zamek. Huku było co niemiara, bo używaliśmy domowego wyrobu petard – z zapałek z grubymi główkami, zwanych sztormowymi, saletry i cukru, zapakowanych w papierek tak, że wystawała tylko główka zapałki. Całość owijało się nitką, by się nie rozsypało. Wystarczyło potrzeć zapałkę i odrzucić petardę, a trochę huku było. Nie były to duże naboje i w miarę bezpieczne. Ale tylko w miarę. Ktoś z obrońców wpadł na pomysł, by włożyć większą petardę w lufę Maksima. Huk, lufa w jedną stronę, kółka w drugą, a elementy obudowy poleciały jeszcze winnych kierunkach. Atakujący zdobyli zamek, choć obrońcy utrzymywali, że to oni utrzymali pozycje i w zgodzie wszyscy poszukiwali utraconej broni i składali Maksia „do kupy”.

Po krótkim odpoczynku przedstawiono nam nowe zadanie: w okolicy są dywersanci. Należy pójść ich tropem i ująć, ale poruszać się ostrożnie, bo mogą zastawiać pułapki.

Wyruszyliśmy więc szykiem ubezpieczonym po śladach dywersantów. Prowadzili nas starsi drużynowi. Byłam na początku, więc szłam ostrożnie, nasłuchując i rozglądając się wkoło. Wtem usłyszałam – Stój, jesteś skażona. – ??? Drużynowy uświadomił mnie, że żółta farba rozsypana na drodze może być środkiem chemicznym. Należało ubrać maski , uruchomić urządzenie i zbadać, czy i jaki środek zastosowano. Po tym można było iść dalej. Farba pojawiła się jeszcze raz, odkryliśmy też na drodze niewypał, który należało oznaczyć i ogrodzić, przebiec skokami przez odkrytą przestrzeń i linię kolejową. Tak przeszliśmy kilka kilometrów.

W końcu otrzymaliśmy instrukcje: Dywersanci – których odgrywali Krzysiu i Tadek – ukryli się w okolicy, należy ich podejść i ująć. Zadanie było prawie niemożliwe do wykonania, bo chłopcy weszli na ostro zakończoną skałę, na którą dojście było tylko z jednej strony, wąskim garbem. Las był dosyć rzadki. Szłam wolno i ostrożnie, zgodnie z zasadami teorii ukrywania się znanymi z powieści „Czarne stopy” i wyćwiczonymi na poprzednich obozach. Co chwilę słyszałam – pif, paf , Wojtek zastrzelony, – pif, paf, zastrzelony – tu padało imię. W końcu dotarłam w pobliże skały, ale jak się na nią dostać? W skale był załom chroniący mnie częściowo od widoku z góry. Stałam i stałam rozmyślając, gdy usłyszałam na de mną: – Są już wszyscy? – Nie, brakuje Ewy. – to mówił Krzysiu – Pójdę jej poszukać. O to mi chodziło .

Kiedy Krzyś okrążał skałę wyskoczyłam do niego z atrapą karabinu. -Stój, bo strzelam… Niestety, za chwilę rozległo się z góry

– Pif, paf , Krzysiu i Ewa zastrzeleni… Takiej bezwzględności po Tadku się nie spodziewałam.

W końcu z całego biwaku „żywy”pozostał tylko on.

Nie przejęliśmy się tym jednak zbytnio i ożywieni i zadowoleni powróciliśmy do Katowic.

Wpis z Facebooka „64”

Miało być miesiąc temu, ale dziś też jest dobrze…
When I get older, losing my hair, many years from now
Will you still be sending me a Valentine, birthday greetings, bottle of wine?
If I’d been out ’till quarter to three, would you lock the door?
Will you still need me, will you still feed me, when I’m sixty-four?
Hmmmmmmmmh
You’ll be older, too
Aaah, and if you say the word, I could stay with you
/ the Beatles – When I’m sixty-four/
64
Byliśmy młodzi, inny był świat, gdy spytałeś mnie
Czy gdy minie te czterdzieści i parę lat wśród wirów życia spotkamy się
Gdy sześćdziesiątka i czwórka też na karku siądzie mi
Czy walentynkę poślesz mi skądś, czy otworzysz drzwi
Będziesz starsza, lecz
Daj mi tylko znak, a nie opuszczę cię
Wiek cię pochylił, włosów masz mniej lecz w oczach ciągle blask
Ręce czułe, usta słodkie i kochasz mnie tak jak wtedy za dawnych lat
Wszystko naprawisz, rozbawisz mnie, otrzesz wszelkie łzy
Dałeś mi życie, dałeś mi radość, no i córki trzy

Wariacje na temat 6 opowiadania Engina Akyürka “Krótka Historia o Miłości”

Osoby: Eryk /Narrator – Engin?/ , Maciej /Mehmet/ , Bella /Bilge/, Mikołaj
Eryk:
Zapatrzyłem się w maila. Niby nic, to tylko zaproszenie na spotkanie koleżeńskie naszej klasy licealnej z okazji upływu 30 lat od matury, ale ta krótka wiadomość wywołała falę wspomnień. Mail wysłany przez Wiktora był podpisany trzema imionami organizatorów – Wiktor, Bella i Mikołaj. Wiktora lepiej znałem, od czasu do czasu wymienialiśmy kartki świąteczne i maile, Mikołaja pamiętałem słabo – drobny chłopak, rzadko się odzywał, brał mniejszy udział w życiu klasy, a raczej skupiał się na działalności w swoim miejscu zamieszkania. Do szkoły dojeżdżał z innego miasta. Bella – cóż straciłem ją z oczu po ukończeniu szkoły, ale w latach licealnych …
Moim najbliższym przyjacielem był Maciek. Mieszkaliśmy na tej samej ulicy, nasi rodzice często się spotykali, a my byliśmy dla siebie jak bracia. Wspólnie wymyślaliśmy psikusy, wybryki, spędzaliśmy czas na wspólnym graniu w piłkę, a nawet wypracowaliśmy system wspólnego uczenia się – dzieliliśmy zadania na dwóch i spisywaliśmy jeden od drugiego. Kiedy do klasy przyszła nowa uczennica postanowiliśmy ją ośmielić i zapoznać z życiem klasy. Po lekcjach zaprosiliśmy ją na spacer, by mogła lepiej poznać miasto. Dobrze nam się rozmawiało, była miła, oczytana, ciekawa wszystkiego, co ją otaczało. Od tej chwili wiele czasu zaczęliśmy spędzać w trójkę – chodziliśmy do kina, na różne imprezy, a nawet na mecz piłkarski. Czułem, że jest dla mnie bardzo ważna. Chyba się pierwszy raz zakochałem…. Każdego ranka cieszyła mnie myśl, że znowu ją zobaczę, że ujrzę jej cudne oczy i włosy, że usłyszę jej ciepły głos. Chowałem to uczucie w sobie rozkoszując się nim w samotności, licząc, że nikt, nawet ona, nie pozna mojej tajemnicy. Nie znałem jednak przenikliwości duszy kobiecej.
Pewnego dnia nauczyciel zarządził pracę w grupach. Głosem nie znoszącym sprzeciwu ogłosił:
– Maciek – ty będziesz w parze z Elą, a Eryk… – tu rozejrzał się po klasie – … po drugiej stronie, w parze z Bellą.
– O Boże! – pomyślałem – Człowieku, nie wiesz, jak bardzo mnie uszczęśliwiłeś!
Zabrzmiał dzwonek. Złożyliśmy naszą pracę, Bella zabrała ją, nagle odwróciła się do mnie i powiedziała – Kocham cię, idioto! – Podbiegła do nauczyciela, prawie rzuciła naszą pracę na biurko i wybiegła z klasy. Byłem jeszcze oszołomiony jej słowami, kiedy podszedł do mnie Maciek.
– Muszę ci coś powiedzieć. Zakochałem się w Belli – jego słowa zmroziły mnie. Zdołałem tylko wyjąkać…- Cieszę się… Z ciężkim sercem wracałem do domu. Rozmyślania przytłaczały mnie.
Maciek był mi bliższy niż brat. Kochałem go, byłem gotów poświęcić dla niego życie…czy mógłbym poświęcić coś innego? Poczułem się jak bohater oddający życie za przyjaciela na wojnie.
W poniedziałek powiedziałem Belli, że kocham kogoś innego…
Maciek:
Przyjadę na to spotkanie choćby z drugiego końca kraju, choćby z drugiego końca świata…Może uda mi się w końcu dowiedzieć, co spowodowało, że tak oddaliliśmy się od siebie. Ja, Eryk, Bella…
Belli nie widziałem od trzydziestu lat, z Erykiem spotykamy się od czasu do czasu na uroczystościach rodzinnych, nasi rodzice się przyjaźnią, jesteśmy prawie jak rodzina, choć ciągle brakuje mi tej bliskości, która była w czasach szkolnych. Może czuje się winny, bo gdy mu zdradziłem, że kocham się w Belli ona odsunęła się ode mnie, od nas. Może coś jej powiedział czy zdradził moją tajemnicę? Tak, to chyba wtedy zaczęliśmy odsuwać się od siebie. Postaram się znaleźć sposób, żeby to wyjaśnić.
Bella:
Kiedy Wiktor zwrócił się do nas z prośbą o pomoc w zorganizowaniu spotkania po trzydziestu latach od matury poprosiłam o kilka dni do namysłu. Musiałam porozmawiać z Mikołajem, sprawdzić, co pamięta z czasów licealnych , uspokoić go, gdyby miał jakieś obawy.
Przygotowałam kolację, a przy stole zapytałam: – Czytałeś maila od Wiktora? -Czytałem. Nie odpowiedziałaś jeszcze? – Zanim odpowiem muszę z tobą porozmawiać. Potem decydujesz, co odpowiemy. – Zamieniam się w słuch….
– Nigdy o tym nie mówiliśmy, ale musisz wiedzieć, że kiedyś kochałam się w Eryku… To było kilka miesięcy po przyjściu do waszej klasy. Jak wiesz, Eryk i Maciek byli najpopularniejszymi chłopakami w klasie. Byłam nowa, nie znałam ich dobrze, a oni zajęli się mną tak, że łatwiej było mi zaaklimatyzować się w nowym środowisku. Zapraszali mnie na imprezy, pokazali miasto. Dobrze mi się z nimi rozmawiało, a szczególnie dobrze czułam się w obecności Eryka. Kiedyś nie było go w szkole, a ja poczułam jak bardzo mi go brakuje. Pomyślałam, że to miłość. Wtedy popełniłam największe szaleństwo w moim życiu. Wydawało mi się, że on też coś czuje do mnie, ale jest zbyt nieśmiały, by mi to powiedzieć. Zaufałam mu i pierwsza wyznałam swoje uczucia. Z początku wydawało mi się, że wyzna mi to samo, ale… Trzeba było wierzyć mamie, że dziewczyna pierwsza nie powinna wypowiadać tego magicznego słowa, że nie wolno się narzucać, bo wtedy staje się bezbronna i gotowa oddać wszystko niewłaściwej osobie.
– Po kilku dniach – podjęła po chwili – powiedział mi, że kocha inną. Czyżbym była aż tak ślepa? Byłam zła na siebie, nie chciałam mieć nic wspólnego z Erykiem. Moja złość objęła też Maćka, bo widując się z nim byłabym skazana na spotkanie z Erykiem, a nawet tylko na pamięć o nim. Maciek zapraszał mnie na imprezy, ale ja kategorycznie mu odmawiałam. Zbliżyłam się do koleżanek i z nimi spędzałam większość czasu. Pewnego razu Elka słysząc jak odmawiam Maćkowi stwierdziła: Dlaczego mu odmawiasz? Jego przyjaciel poświęcił się i odsunął od ciebie by on mógł się zdobyć. Zaskoczona zapytałam – Skąd o tym wiesz? – Chłopcy o tym opowiadają. Podziwiają Eryka, ale tylko szepczą, aby Maciek się nie dowiedział.
– I co ty na to? – zapytał Mikołaj
– Poczułam się jeszcze gorzej. Do dziś czuję tę gorycz. Eryk nie liczył się z moimi uczuciami, przyjaciela kochał bardziej niż mnie. A może bardziej kochał tylko siebie i napawał się swoją wspaniałomyślnością… To chyba było to… bez tego nie osiągnąłby tak wiele w show biznesie.
Długo nie mogłam się pozbierać, nie wierzyłam, że kiedykolwiek jeszcze komuś zaufam. Ty wyleczyłeś mnie ze smutku. Kiedy zaprosiłeś mnie do tańca na balu maturalnym i nie opuściłeś aż do rana nie podejrzewałam, że tak się w tobie zakocham…
Mikołaj:
W liceum trzymałem się na uboczu. Cały wolny czas poświęcałem na pracę w fundacji w naszym mieście. Niezbyt interesowałem się życiem klasy do czasu, aż dołączyła do nas Bella. Była ładna, ale przede wszystkim wesoła, inteligentna i oczytana. Przyglądałem się jej tak jak przyglądałbym się każdemu nowemu, ale od razu zagarnęli ją klasowi liderzy – Eryk i Maciek. Ucieszyłem się, gdy zgłosiła się do naszej fundacji. W poprzednim miejscu też była wolontariuszką
Pewnego dnia coś się zmieniło. W jej oczach ujrzałem smutek i zniechęcenie. Odsunęła się od chłopców, rozmawiała tylko z koleżankami, straciła radość i blask. Nie wiedziałem dlaczego, ale mnie też zrobiło się smutno. Postanowiłem, że postaram się przywrócić jej radość. Trudno było zbliżyć się do niej, właściwie udało mi się dopiero na balu maturalnym. Przed samym balem odbieraliśmy nasze świadectwa, więc obecność była obowiązkowa. Pozwoliła zaprosić się do pierwszego i do wszystkich następnych tańców.
Zbliżyła nas praca w fundacji. Mieszkaliśmy w tej samej stronie miasta. Starałem się wychodzić razem z nią, najpierw rozchodziliśmy się w swoje strony na rogu ulicy, po jakimś czasie zacząłem odprowadzać ją pod sam dom. Rozmawialiśmy o sprawach aktualnych, opowiadałem jej o sobie, ona też się trochę przede mną otworzyła. Nigdy nie zapytałem jej, co zaszło między nią a chłopakami, nie poruszaliśmy tego tematu. Kiedy wspomniałem o przyszłości nie odpowiedziała od razu, ale w jej oczach ujrzałem dawny blask.
Maciek:
Nadszedł dzień spotkania. Eryk przyjechał wcześniej, by odwiedzić rodziców, a potem miałem zabrać go swoim autem. Postanowiłem wykorzystać ten czas.
– Jak myślisz, czy Bella przyjdzie?
– Dlaczego miałaby nie przyjść? Podpisała się jako organizator, więc na pewno będzie.
– Cały czas o niej myślę. Co się stało, że tak oddaliliśmy się od siebie? Potem spotkałem wiele dziewczyn i kobiet, kocham moją żonę, ale nie potrafię zakończyć tamtej sprawy. Coś jakby cierń tkwi w moim sercu i nie umiem go usunąć. Czy ty zdradziłeś Belli co ci wyznałem i wystraszyłeś ją? Czy to był powód, że tak oddaliłeś się ode mnie?
– Nie wiesz tego, – odpowiedział powoli – ale też ją kochałem, a na dodatek tego samego dnia chwilę wcześniej Bella wyznała mi, że mnie kocha… – Byłem zaskoczony.
– To dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
– Byłeś najbliższym moim przyjacielem, bliższym niż brat. Oddałbym za ciebie życie… Wyobraziłem sobie, że poświęcę swoje uczucie w imię przyjaźni…
Wtedy może odczułbym to inaczej, ale teraz uderzył mnie bezsens takiego postępowania. Idiota! To nie tak! Przecież nie można kogoś zmusić do pokochania innej osoby, szczególnie, jeśli jej serce jest już zajęte. Poza tym to bezsensowne „bohaterstwo” oddaliło nas.
– Czy teraz postąpiłbyś tak samo?
– Nie wiem, chyba nie . Odpowiedział. Weszliśmy na salę.
To dziwne uczucie – spotkać dorosłych, a nawet można powiedzieć, że w poważnym wieku ludzi i szukać w nich tych, z którymi kiedyś widywało się dzień w dzień. Czas zmienił sylwetki, włosy niektórym posiwiały, pokazały się zmarszczki… a jednak byli to ci sami nasi koledzy – charaktery niewiele się zmieniły. Było już kilka osób rozmawiających w grupkach. Kiedy nas zauważono wszyscy podeszli do nas, chcieli się przywitać . Oczywiście wiedziałem, że to Eryk budził większe zainteresowanie, był znany z telewizji, wszyscy chwalili się, że chodzili razem z nim do klasy. Eryk witając się z kolegami szukał wzrokiem Belli. W końcu zapytał o nią Wiktora.
– Podobno się spóźni, bo coś jej wypadło. Coś więcej może wiedzieć Mikołaj. Wiktor podniósł głos:
– Jest już większość, kwadrans akademicki minął, więc zapraszam do stołu.
Eryk
Usiedliśmy do podwieczorku przy dużym stole. Podano kawę, herbatę, napoje i ciasteczka. Wiktor zabrał głos.
– Jako organizator dzisiejszego spotkania serdecznie was witam. Cieszę się, że większości z nas udało się dojechać nawet z bardzo daleka. Przy bocznych stolikach przygotowaliśmy albumy ze zdjęciami jakie udało nam się zebrać, a także księgę pamiątkową tego spotkania. W wolnej chwili proszę o wpisanie informacji o sobie, na tyle ile chcecie. Mile widziane będą wpisy o tym, co pamiętacie najlepiej z życia klasy. Wspomnijmy naszych nauczycieli, szczególnie panią wychowawczynię, która pewnie przygląda się nam z góry. – Po chwili milczenia dodał
– Teraz, póki siedzimy wspólnie przy stole, proszę, by każdy z nas opowiedział coś o sobie. Najlepiej według listy w dzienniku. Sprawdzam obecność – dodał z uśmiechem – Pierwszy w alfabecie jest Eryk. Co prawda nie musi dużo o sobie opowiadać, bo znamy jego osiągnięcia z gazet i innych mediów, ale jeśli chcesz coś dodać – zwrócił się do mnie – to słuchamy.
– Nie wierzcie we wszystko, co piszą w gazetach, ale jakieś 80 procent jest prawdą. Chyba wiecie nad czym pracuję, że nie mam żony ani dzieci i to byłoby na tyle. Niech mówi następny.
Po kolei każdy opowiadał o sobie. Wiktor został profesorem matematyki na uczelni w odległym mieście, ożenił się , miał dwoje dzieci, ktoś inny został lekarzem, inny nauczycielem, ktoś założył własną firmę. Mikołaj z żoną prowadził mały pensjonat w niewielkiej, niezbyt znanej miejscowości, miał trzy córki. Koleżanki, a było ich tylko kilka opowiadały o pracy, ale więcej też o swoich rodzinach. Gdy już wszyscy opowiedzieli o sobie ktoś włączył cichutko muzykę z tamtych lat, w mniejszych grupach rozmawialiśmy i oglądali zdjęcia. Wspomnieniom nie było końca. Ja jednak nie mogłem się na niczym skupić. Czekałem na nią.
Uświadomiłem sobie, że nigdy nie byłem pewny, czy dziewczyny, kobiety które bywały przy mnie chcą być ze mną, czy z romantycznym bohaterem, którego odgrywałem w filmach i na scenie. Czy ważny byłem ja, czy moja sława i zazdrość innych kobiet? Nigdy nie byłem tego pewny i dlatego nie potrafiłem zaangażować się w pełni w żaden związek. To pewnie było przyczyną, że tak szybko odchodziły…Jedynie Bella kochała mnie dla mnie samego – tego byłem pewien.
Zauważyłem ruch przy wejściu. Usłyszałem – O, przyszła Bella. Spojrzałem w tamtą stronę . Zobaczyłem kobietę w średnim wieku, z widoczną nadwagą i zmarszczkami wokół oczu. W jednej chwili moje wyobrażenie o niej, najserdeczniejsze wspomnienie runęło grzebiąc moje mrzonki i fantazje. Czułem się jak komunista po obaleniu muru berlińskiego.
– To niemożliwe, że to ona, czyżby tak się zmieniła? – nie zauważyłem, że myśl tę wypowiedziałem na głos. Stojący obok mnie Mikołaj odparł – W moich oczach nie zmieniła się zupełnie. Może to dzięki temu, że często ją widuję.- dodał po chwili przerwy.
Stałem w oddali zbierając się na odwagę. Wokół niej było pełno ludzi, każdy ją o coś pytał, chciał coś powiedzieć. Przy mnie pozostał tylko Marcin. W końcu, gdy zrobiło się wokół niej trochę luźniej podszedłem i ja. – Witaj! Nic a nic się nie zmieniłaś… – Zaśmiała się – Nie kłam. Czas zmienił wszystkich nas. Tylko ty tak musisz dbać o siebie, że nie poznać po tobie mijającego czasu. Jesteś nadal tym chłopczykiem, który kończył liceum… Czy to była ironia?
– Nie było cię na początku, nie opowiedziałaś o sobie.
– Nie musiałam, wszystko zostało powiedziane.
Przez chwilę staliśmy sami. – Wtedy odsunęłaś się od nas, nie pozwoliłaś wyjaśnić, przeprosić. Czy jeszcze mnie wspominasz?
– Owszem, jestem ci wdzięczna. Gdybyś mnie wtedy nie odrzucił, być może nie spotkałabym najwspanialszego w świecie mężczyzny, który jest teraz moim mężem. Kątem oka zobaczyłem, że zbliża się do nas Mikołaj. W tej chwili nie chciałem przy nas widzieć nikogo.
– Chciałbym go poznać… Uśmiechnęła się i w jej oczach ujrzałem dawny blask . Wzięła Mikołaja pod rękę, lekko się do niego przytuliła
– Ależ znasz go. To właśnie mój ukochany. W przyszłym roku będziemy obchodzić srebrne wesele.

Liceum zakończenie

Drogi E.

Wracam pamięcią do egzaminów ustnych. To było 45 lat temu, ale pewne rzeczy pamięta się dosyć dobrze.

Mieliśmy dość czasu do przygotowanie się do egzaminów ustnych. Do historii przygotowałam się opracowując każdy z tematów wskazanych przez profesorkę na kółku historycznym – zapisałam cały zeszyt drobnym maczkiem, każdy temat na osobnej kartce. Pisanie pomagało mi w zapamiętaniu dat i faktów, a od czasu przeczytania w wieku 10 lat „Pana Wołodyjowskiego”

historia bardzo mnie interesowała. Czytałam mnóstwo powieści i opowiadań z dawnych czasów i porównywałam fikcję z faktami. Czytałam też książki popularnonaukowe, wszystko, co wpadło mi w ręce. Historia była też obecna na lekcjach polskiego, bo omawianie każdego okresu rozpoczynało się od rysu historycznego. Wiadomo, że trudno nauczyć się wszystkiego, ale do tego egzaminu solidnie się przygotowałam.

W komisji egzaminacyjnej była nasza profesorka historii i dwie inne osoby – już nie pamiętam, kto. Wchodziło się do sali i losowało z kilku zestawów jeden zestaw pytań składający się z trzech tematów. Było kilka minut na przygotowanie odpowiedzi – w tym czasie odpowiadała osoba, która wcześniej wchodziła do sali. Swoich pytań nie pamiętam, na pewno jedno dotyczyło okresu po powstaniu styczniowym, czyli koniec XIX wieku. W pewnym momencie dostałam dodatkowe pytanie : -Jakich znasz poetów z tego okresu? Pytanie było łatwe, bo w tym okresie przeważały wielkie powieści, opowiadania, nowele, krótko mówiąc dominowała proza. Jedynym naprawdę wielkim i znanym poetą był Adm Asnyk. Lubiłam jego wiersze, zresztą niektóre są aktualne do dziś. W tej chwili szczególnie odczuwam „Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia, przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia”. Patrząc znowu na to, co dzieje się w nauce powtarzam sobie „Historyczna nowa szkoła swą metodę nauk ścisłą, sprowadzoną prosto z Niemiec

rozpowszechnia ponad Wisłą i zdobywszy pogląd świeży, nowym łokciem dzieje mierzy…”. Historia to odnajdywanie analogii między czasem obecnym a przeszłością….

W każdym razie szersze spojrzenie na epokę zaowocowało bardzo dobrą oceną.

Ostatnim egzaminem mojej matury była matematyka, zdawana indywidualnie przed komisją. Matematykę zdawało więcej osób, ale nie pamiętam, kto był przede mną i za mną. Jednocześnie w sali były dwie osoby – zdająca i przygotowująca się. W komisji były trzy osoby, z tego dwoje „naszych” matematyków – pan Roman i pani Urszula. Wylosowałam zadania, usiadłam w ławce i spojrzałam. Pierwsze było równanie wykładnicze, drugiego nie pamiętam – chyba jakiś wielomian, czy nierówność, trzecia – definicja pojęcia „różniczka”. Osoba przede mną odpowiedziała dość szybko, więc czasu na przygotowanie nie było za dużo, zostałam wezwana do tablicy – przed komisję. Drugie zadanie rozwiązałam szybko, przeszłam do definicji różniczki i tu czarna dziura – pamiętałam wszystko z wyjątkiem nazwy „iloraz różnicowy”. Zapisałam na tablicy ułamek, wyjaśniłam znaczenie poszczególnych elementów, ale pani Urszula zapytała -Co to jest? Zrobiłam baranią minę – Zapomniałam nazwy… – Czy chodziło ci o iloraz różnicowy? – Olśniło mnie – Tak, to miałam na myśli. Przeszłam do trzeciego , czyli pierwszego na liście zadania. Pani Urszula mruknęła do pana Romana – Ciekawe, dlaczego zostawiła to na koniec?

Aby to wyjaśnić, muszę wrócić lat wcześniejszych. Jak już pisałam, wprowadzenie do analizy matematycznej znalazło się w programie wcześniej na wniosek „fizyków”, którzy nie wyobrażali sobie przekazania pewnych tematów bez tego aparatu matematycznego. Zajęliśmy się szeregami, granicami funkcji, przeszliśmy do logarytmu naturalnego i gdzieś po drodze wspomniało się o logarytmach, ich ogólnych wzorach, ale zadań i ćwiczeń chyba nie robiliśmy wcale – a może na jedynych zajęciach na ten temat byłam chora? – w każdym razie w życiu nie rozwiązałam żadnego równania wykładniczego.

Zapisałam zadanie na tablicy i przyjrzałam mu się. Z ust pana Romana padło pytanie – I co teraz powinnaś zrobić? – zlogarytmować obie strony… – To zrób to. Zrobiłam. Co dalej – Powiedziałam. Doszłam do momentu, w którym już poczułam się pewnie. – Jaka jest dziedzina funkcji ? – padło pytanie. Odpowiedziałam, Profesor zadawał tak pytania, że wyciągnął ze mnie całą wiedzę, i do dziś twierdzę, że moja bardzo dobra ocena z matematyki to częściowo jego zasługa.

Tym mocnym akcentem zakończyłam naukę w liceum, ale nie zakończyłam nauki tej wiosny i lata, bo przede mną były jeszcze egzaminy na studia. Wtedy matura była warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym do tego, by zostać studentem. Przed egzaminami na studia czekała nas jednak o wiele przyjemniejsza impreza, jaką był bal maturalny.

Trochę już wspominałam o tym balu wcześniej, ale teraz jeszcze raz od początku. Kiedy myślę o moim balu orientuję się, jak zmieniły się czasy i my z nimi. Teraz przygotowania do takiego wydarzenia, jak studniówka zajmują o wiele więcej czasu – i pieniędzy. Odpowiednio uroczysta kreacja, makijaż, fryzura – ja byłam wychowywania bardzo skromnie i od dziecka nauczona liczyć się z pieniędzmi. Może, gdybym zwróciła się do rodziców kupiliby mi sukienkę, o ile można by taką dostać w sklepie. Nie było takiej komercji i kreacje pojawiały się w sklepach co najwyżej na początku karnawału i odpowiednio drogie. Nie byłam też przyzwyczajona do wyciągania rąk do nikogo. Postanowiłam uszyć sobie suknię. Kupiłam materiał, ale nie miałam pomysłu i to, co wydawało się bardzo łatwe zajęło mi o wiele więcej czasu niż liczyłam. Poza tym znałam podstawy kroju i szycia, ale nie miałam wprawy. Uszyłam długą spódnicę, podstawę górnej części i… okazało się, że zabraknie mi materiału. Bal był w sobotę wieczorem, a ja w sobotę rano maszerowałam do sklepu po coś na rękawy. Udało mi się kupić piękną białą koronkę, skroić rękawy, ale zawsze miałam problemy z ich wszywaniem, a tu czas się kończył. Na szczęście

mama widząc mój problem zobowiązała się dokończyć szycie. Włożyłam białą bluzkę i niebieską spódnicę i pojechałam do szkoły. Pierwszą częścią spotkania było wręczenie świadectw. Świadectwa maturalne otrzymaliśmy tylko do wglądu, bo zaraz potem wędrowały do teczek z pozostałymi dokumentami wymaganymi na określony kierunek studiów i szkoła wysyłała je do odpowiednich uczelni. Jak z tego wynika, można było zdawać tylko na jedną uczelnię, jeśli się nie zdało, a gdzieś były jeszcze wolne miejsca drugi nabór był we wrześniu.

Tak więc w stroju „uczniowskim” otrzymałam świadectwo i tak też wyglądam na fotografiach robionych na sali. Po obejrzeniu świadectw i zrobieniu zdjęć rozpoczął się bal. Na tym balu pierwszy raz oficjalnie pojawił się alkohol, ale tylko w postaci lampki szampana. Przy tej lampce toczyły się luźne rozmowy z nauczycielami. Z mniejszym dystansem, ale z pełnym szacunkiem. Pamiętam, jak rozmawiałam z panią Teresą o tym, że ocenianie prac maturalnych musi być bardzo trudne – w krótkim czasie przeczytać i ocenić tak różne prace. Powiedziała, że najpierw stara się ocenić zgodność z tematem, sprawdzić, jakie fragmenty literatury zostały wykorzystane i jak maturzysta podchodzi do tematu. Stara się „wyciągnąć” wszystkie pozytywne rzeczy z pracy ucznia. Uczyła nas przez cztery lata, więc znaliśmy wymagania i zasady pisania wypracowań maturalnych. Z matematykami rozmowy toczyły się na różne tematy, zawsze ciekawe. Pani wychowawczyni zachęcała chłopców do zapraszania do tańca dziewczyn z innych klas, ale wielu było takich, którzy nie pasjonowali się tańcem.

Po jakieś godzinie od rozpoczęcia tańców przyjechali moi rodzice – tato z mamą na motorowerze /tylko taki pojazd posiadaliśmy/ przywieźli suknię wykończoną przez mamę. Przebrałam się i wzbudziła pewne zainteresowanie. Trochę mi było przykro, gdy zobaczyłam minę koleżanki, która też była na balu w stroju szkolnym i raczej nie ucieszyła się na mój widok. Według mnie wyglądała świetnie w białej bluzce i granatowej spódnicy z pęczkiem sztucznych fiołków przy kołnierzu. Poza tym była wysoka i szczupła w odróżnieniu ode mnie.

Tymczasem w szatni… . Byliśmy młodzi i prawem młodości jest trochę szaleć. Mimo wszystko byliśmy dobrze wychowani, albo wtedy były zupełnie inne metody wychowania. W każdym razie jedynym wyskokiem jaki pamiętam była butelka winiaku marki „Stock”, którą ktoś przyniósł i chłopcy w szatni raczyli się po kieliszeczku – więcej na tyle osób by nie starczyło.

Po tym kieliszeczku Jasio siedział w szatni na taborecie i powtarzał każdemu, kto wchodził – „Jestem zalany w sztok…” Na rozmowach i tańcach upłynęła prawie cała noc. Bawiłam się świetnie dzięki Frankowi, jak to już opisywałam. Nad ranem opuszczałam ostatni raz mury szkoły. W niedzielę rano nie było jak dostać się do domu. Powędrowałam wzdłuż trasy tramwajowej i w długiej sukni i narzuconej na nią kurtce poszłam na pierwszą mszę św. w kościele na Załężu. Potem tramwajem wróciłam do domu by odespać nockę, choć w głowie długo jeszcze wirowały mi dźwięki muzyki.

Liceum – przed maturą

Drogi E.

W końcu doszłam we wspomnieniach do końca liceum, czyli egzaminu końcowego, czyli MATURY.

Zaczęłam opisywać maturę i w połowie przypomniałam sobie o jeszcze jednej, jakże ważnej w życiu szkolnym, imprezie.

W tamtym czasie dzieci były wychowywane bardziej rygorystycznie niż obecnie, na ich zachowanie zwracali uwagę wszyscy w otoczeniu, nauczyciele mieli większy autorytet, a rodzice mogli sięgać do środków, jakby to określić, przymusu bezpośredniego, czyli sprawić lanie w przypadku nieposłuszeństwa i nie było to szczególnie społecznie naganne. Z tego też względu możliwe było kończenie nauki w liceum balem maturalnym. Obecnie po ekscesach świeżo upieczonych maturzystów, którzy nie czuli się zmuszeni do przestrzegania reguł zachowania i wydawało im się, że wszystko ujdzie im na sucho, szkoły odeszły od tego zwyczaju i ostatnią szansą na pokazanie się na balu szkolnym stały się studniówki, czyli bale organizowane około trzy miesiące przed ukończeniem szkoły. Byliśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że nie ominęła nas żadna z tych imprez, a co więcej, mieliśmy dodatkową studniówkę „klasową”’. W naszym roczniku w szkole były trzy klasy maturalne. Wszystkie były koedukacyjne, lecz w naszej klasie przeważała część „męska”, w pozostałych przeważały dziewczyny. Nasza klasa była już tak zżyta, że nawet w żartach rozważaliśmy wspólne oblanie egzaminów, by pozostać wspólnie rok dłużej. Z pozostałymi klasami mieliśmy ograniczony kontakt, chyba tylko dziewczyny miały wspólne lekcje w-f z klasą b, (nie pamiętam, jak to było w męskiej części), więc nie chcieliśmy wspólnej studniówki. Muszę tu dodać, że wszystkie imprezy, łącznie z balem maturalnym odbywały się w szkole, nie było zwyczaju, jak to jest obecnie, wynajmować lokali poza szkołą. Po wielu dyskusjach i naciskach z grona pedagogicznego zgodzono się na udział we wspólnej imprezie, ale dodatkowo zorganizowaliśmy studniówkę klasową dzięki rodzicom Krzysia, którzy zgodzili się udostępnić swoje dość duże mieszkanie. Rodzice zajęli się aprowizacją / do dziś pamiętam ogromne pudło chrustu, czy też faworków przygotowanych przez babcię Rysia/ a dziewczyny przygotowały część artystyczną. Pamiętam tylko, że śpiewałyśmy jakąś piosenkę ubrane w koszule flanelowe z atrapami strusich piór wykonanych z krepiny i drutu , przypiętymi do pasków. Tej wspólnej studniówki zupełnie nie pamiętam…

Zdany egzamin maturalny upoważniał do zdawania następnego egzaminu – na studia wyższe. Z perspektywy wielu lat i niejakiej znajomości różnych zmian w trybie przeprowadzania egzaminu oceniam, że był to jeden z łatwiejszych. Co jakiś czas wyższe władze szkolnictwa majstrują przy regulaminach maturalnych. W tym okresie, w którym kończyliśmy szkołę matura obejmowała dwa egzaminy pisemne – obowiązkowe dla wszystkich – z języka polskiego i matematyki. Egzaminy te można było poprawić w trybie ustnym. Dodatkowo należało wybrać dwa przedmioty na egzamin ustny. Komisja egzaminacyjna była powoływana spośród nauczycieli danej szkoły. Ograniczało to trochę stres, bo twarze egzaminatorów były znane – no, chyba, że ktoś podpadł nauczycielowi… Większość kolegów, zgodnie z profilem klasy kandydowała na studia ścisłe lub techniczne, więc wybierała matematykę i fizykę lub chemię. Henio, który udawał, że zdaje na socjologię wybrał propedeutykę nauki o społeczeństwie – chyba jako jedyny w szkole. Ja nie za bardzo miałam pomysł, co robić w dorosłym życiu, ale moimi ulubionymi przedmiotami była historia i matematyka. Te akurat przedmioty były przedmiotami egzaminacyjnymi na studia ekonomiczne, więc za poradą znajomej, która ukończyła Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Katowicach, wybrałam najbardziej „zmatematyzowany” kierunek ekonomii – ekonometrię, która była połączona ze statystyką.

Przygotowania do matury obejmowały powtórki z języka polskiego, które były ujęte w programie nauczania oraz dodatkowe zajęcia pozalekcyjne z wybranych przedmiotów. Czy były jakieś specjalne przygotowania do egzaminu z matematyki – nie pamiętam, ale zadania rozwiązywało się na bieżąco, w wielu wypadkach w następnym etapie korzystało się z wiedzy wcześniejszej, więc powtarzało się automatycznie. Ja uczęszczałam na kółko historyczne. Na pierwszym spotkaniu pani profesor powiedziała – ”Zapiszcie sobie tematy, które w ten, czy inny sposób mogą wypłynąć na egzaminie maturalnym” – po czym zaczęła dyktować tematy. Był to praktycznie przegląd całej wiedzy historycznej jaki obejmował program nauki. Dyktowanie i zapisywanie zajęło nam większość czasu przeznaczonego na nie tylko jedno spotkanie.

Gdzieś w połowie kwietnia zakończyliśmy regularną naukę, a w pierwszy poniedziałek maja w całym kraju rozpoczęły się egzaminy maturalne, o czym pisały gazety, pokazywały wiadomości telewizyjne, bębniło radio. Oczywiście na egzaminie obowiązywał strój uczniowski – biało granatowy, chłopcy często mieli nowe garnitury jak wypadało w tak uroczystym, choć stresującym momencie. Na auli rozstawiono ponumerowane stoliki, wylosowaliśmy miejsca i oczekiwaliśmy godziny, w której w całej Polsce rozpoczynał się egzamin. Otwarto koperty z tematami i przystąpiliśmy do pisania wypracowań. Tematy były trzy lub cztery – nie pamiętam, z tego jeden był zawsze tematem „ogólnym”, a pozostałe dotyczyły konkretnej epoki historycznej. Wybrałam temat dotyczący tego jakie wskazówki dla życia współczesnego człowieka można wyciągnąć z utworów epoki romantyzmu. Trzeba było dobrać odpowiednie cytaty, sporządzić plan wypracowania i można było pisać. Początkowa trema i obawy ustępowały, skupiałam się na pracy.

W tych czasach w czasie egzaminu można było jeść przygotowane przez Komitet Rodzicielski kanapki i pić herbatę – o wodzie w plastikowych butelkach nawet się nie słyszało. Kiedy w środku egzaminu na salę wszedł dyrektor szkoły z dużym, chyba 5 litrowym , czajnikiem i pytaniem -”Komu mniej słodkiej herbaty?” zrobiło mi się przyjemnie i nawet wesoło. Nie potrafię rozpisywać się , więc zdążyłam przepisać na czysto moje dywagacje.

Następnego dna, /a może za dwa dni?/ przystępowaliśmy do egzaminu pisemnego z matematyki.

Wydaje mi się, że moi rodzice, a szczególnie mama, bardziej przeżywali moje egzaminy niż ja sama. Mama była zdumiona i przejęta gdy ja z całkowitym spokojem i na pełnym luzie wybierałam się na matematykę. Wiedziałam, że ten egzamin jest w miarę łatwy. Na ocenę bardzo dobrą wystarczyło rozwiązać trzy z pięciu zadań. Na pewno było to badanie funkcji kwadratowej, zadanie z geometrii analitycznej, chyba wielomiany i układy równań, w końcu coś z rachunku prawdopodobieństwa. Rozwiązywałam zadania po kolei, miałam już zrobione zadanie z geometrii z rysunkiem, gdy kolega z tylnej ławki szepnął – coś masz nie tak.. Sprawdziłam dokładnie obliczenia i okazało się, że gdzieś pomyliłam znak plus z minusem, a to skutkowało innym obrazem na osi współrzędnych. Zdążyłam poprawić. Zadania były na tyle łatwe dla naszych kolegów, że zrobili wszystkie pięć zadań grubo przed czasem. Egzamin miał jednak pewien haczyk. W przypadku rozwiązania więcej niż trzech zadań komisja brała pod uwagę tylko trzy pierwsze zapisane i jeśli gdzieś w nich był drobny błąd ocena była obniżana, pomimo tego iż dobrze rozwiązane były pozostałe cztery. Tak zdarzyło się komuś, ale na szczęście można było podnieść ocenę przystępując do poprawki ustnej. Zresztą wtedy wyniki egzaminu maturalnego nie były tak ważne jak obecnie, bo stanowiły tylko fragment oceny kandydatów na studia, a uczelnie prowadziły własne egzaminy wstępne na poszczególne kierunki.

Nie pamiętam, jak długo trzeba było czekać na wyniki egzaminów pisemnych, tyle tylko, by komisja sprawdziła i oceniła prace, było parę dni wolnych a potem rozpoczęły się egzaminy ustne. Terminy były wyznaczane indywidualnie w różnych dniach i godzinach, więc kontakty z kolegami stały się ograniczone.

Trochę dużo się rozpisałam, więc o egzaminach ustnych w następnym liście.

Pozdrowienia E.

Opowiadanie Galatea

Galatea

– Wyjdziesz dziś z nami? – Jacek zwrócił się do Maksymiliana. Ten przecząco potrząsł głową.
– Nie mogę. Przecież dziś przywożą mój marmur…
Jacek przypomniał sobie. Tak, to było szaleńcze marzenie Maksymiliana. Maks był artystą. Zatrudnił się w warsztacie kamieniarskim, by zdobyć jak najwięcej wiedzy o marmurze. Poszukiwał najczystszego marmuru, by wyrzeźbić idealną postać. Od najmłodszych lat studiował prace najlepszych rzeźbiarzy świata i za cel życia postawił sobie stworzenie posągu idealnego, bez wad i skaz. W garażu urządził sobie pracownię, gdzie wolny czas spędzał na doskonaleniu swego projektu. Na ścianach wisiały niezliczone szkice poszczególnych części ciała, w kątach leżały kawałki kamienia, niektóre z tylko lekko zaznaczonymi, inne z całkowicie wyrzeźbionymi fragmentami rąk, twarzy, włosów, fałd ubrań. Na środku szczytowej ściany Jacek umieścił gotowy projekt – rysunek kobiety w długiej sukni, kroczącej z podniesioną głową jak modelka na wybiegu.
W warsztacie kamieniarskim tylko Maks i Jacek byli artystami. Obaj skończyli liceum plastyczne, później ich drogi się rozeszły. Jacek podjął pracę w warsztacie kamieniarskim swego wuja, gdzie zajmował się projektowaniem i wykonywaniem nietypowych elementów małej architektury, oryginalnych nagrobków, czasem małego rzeźbionego detalu. Maks słusznie nosił swoje imię. Ukończył Akademię Sztuk Plastycznych. Stale niezadowolony ze swoich prac dążył do osiągnięcia mistrzostwa. Stale ćwiczył elementy, poprawiał wykonane już prace, ale żyć przecież z czegoś trzeba, więc przyjął propozycję kolegi.
Samotny i zamknięty w sobie dopuszczał do siebie tylko Jacka. Z nim dzielił się marzeniami i zamierzeniami. Czasem Jackowi udawało się wyciągnąć go do pubu, ale rozmowy stale krążyły wokół jednego tematu. Dotyczyły ideału.
– Dla mnie ideałem piękna jest ciało kobiece. Idealny kamień to biały marmur karraryjski.
– A przestudiowałeś piękno kobiety praktycznie?
– Wystarczy mi teoria. Obejrzałem wszystkie najbardziej znane rzeźby świata, klasyczne greckie, hinduskie, egipskie i te współczesne. Po roku Maks narysował projekt z którego był zadowolony. Jacek potwierdził jego wizję, podobała mu się.
Teraz pozostało jeszcze znaleźć odpowiednią bryłę kamienia.
Po długich poszukiwaniach i licznych wyjazdach Maks znalazł odpowiedni kamień – bryła białego, bez skazy i przebarwień marmuru. Na zakup i transport poszły wszystkie oszczędności, ale Maks nie żałował. Jego marzenie stawało się coraz bardziej rzeczywistością.
Przez następne tygodnie Maks utonął w swej pracowni. Jacek przynosił mu pizzę lub coś innego do zjedzenia, ale Maks nie wpuszczał go do środka. W końcu nadeszła wiekopomna chwila.
– Czy pamiętasz, że za trzy dni kończy ci się urlop i trzeba wracać do pracy?
– Pamiętam, przyjdź jutro po pracy na dłużej…
Nazajutrz po pracy zaintrygowany Jacek zabrał butelkę szampana by oblać wydarzenie i powędrował do pracowni.
W środku na niewielkim postumencie stała Ona. Postać kobiety z projektu wyrzeźbiona i wykończona z całkowitym pietyzmem. Jacek obejrzał dzieło z wszystkich stron. Coś mu tu nie pasowało, ale nie wiedział co. Zbyt idealna by wzbudzić głębsze uczucia? Starał się znaleźć jakąś niedoskonałość – Czy nie uważasz, że ten pukiel włosów leży w niewłaściwym kierunku? I czy policzki nie są zbyt wydatne?
Maks przyjrzał się dziełu krytycznie. – Masz chyba rację, trzeba to poprawić… Wziął do ręki dłuto i lekko uderzył w marmur. Nagle rozległ się trzask i na ziemię upadł duży kawałek rzeźby odsłaniając różowawe i niebieskie smugi wewnątrz kamienia. Zrozpaczony Maks ze złością uderzył jeszcze raz niszcząc głowę postaci i część sylwetki.
– Co robisz? Jacek powstrzymał go przed całkowitym rozbiciem bryły. – Możesz odsprzedać resztę kamienia jeśli nie wykorzystasz go sam… – Nie mam już co z niego zrobić. Chyba nie dotknę już tego kamienia. Może i innych kamieni. Problemem kamieniarzy jest, że jedno uderzenie może zniszczyć pracę wielu miesięcy. Spróbuję zrobić posąg z gliny. Tu można dokładać materiał do woli.
Przez następne tygodnie Maks po pracy znowu znikał w pracowni. Sprowadził glinę i stal na konstrukcję. Dokładał glinę, wygładzał, znowu dokładał ale coś mu nie wychodziło. Nie miał potrzebnej wprawy ani wyczucia materiału. Zniechęcony pomyślał – chyba zacznę rzeźbić w piasku… Teraz po pracy chętnie wybierał się z kolegami do pubu, byle jak najdłużej być z dala od domu i pracowni. Do domu wracał na rauszu i tylko by się przespać.
Po kilku tygodniach wszedł do pracowni. Na środku w dalszym ciągu stał kawał marmuru, czyli pozostałości ze zniszczonego posągu. Zrobił sobie herbatę i usiadł przy stoliku zarzuconym rysunkami i szkicami do swojego idealnego dzieła. Machinalnie odsunął je robiąc miejsce na szklankę. Sącząc powoli napój bezmyślnie spoglądał na kamień. Nagle blade smugi zaczęły układać się w rysunek… Spojrzał dokładniej. W głębi kamienia ujrzał dziewczynę. Stała trzymając w ręku jakiś przedmiot i prosiła – wyciągnij mnie stąd…. Naprawdę usłyszał to. Chwycił młotek i dłuto i powoli a dokładnie odbijał odłamki uwalniając zaklętą w kamień. Pracował bez wytchnienia całe popołudnie i całą noc. Rano zastukał do niego Jacek.
– Co się stało? Nie zjawiłeś się w pracy. Nie spałeś w domu?
– Coś odkryłem – Maks z niechęcią oderwał się od pracy, ale nie wpuścił Jacka do środka. Razem poszli do warsztatu. Po pracy Maks szybko pożegnał się z kolegami i wrócił do swojej pracowni. To powtarzało się przez kilka tygodni. Jacek domyślał się, że Maks intensywnie pracuje, ale na wszelkie pytania odpowiadał – później ci pokażę.
Pewnego dnia Maks pojawił się w pracy uśmiechnięty i pełen wigoru.
– Zapraszam cię do siebie. Wreszcie mam ją.
Zaciekawiony Jacek z niecierpliwością czekał na koniec dniówki. Po drodze Maks wstąpił do cukierni i kupił mały torcik. – Butelkę wina mam już u siebie, więc możemy należycie uczcić narodziny gwiazdy.
Na środku pracowni stała rzeźba zakryta płótnem. Maks posadził Jacka przy stoliku, przyniósł kieliszki i talerzyki, rozkroił ciasto i rozlał wino. W końcu podszedł do kamienia i delikatnie ściągnął materiał. Jacek ujrzał rzeźbę dziewczyny niosącej w ręku jakieś pudełko. Coś sprawiało, że przykuwała uwagę, choć w szczegółach można było dopatrzeć się odstępstw od uznanych kanonów piękna. Spojrzał jeszcze raz z bliska. – Czy nie uważasz, że ten palec jest za szeroki? Jest wyraźnie szerszy niż inne. – Maks spojrzał i odpowiedział – Czy nie widzisz, że to pudełko jest ciężkie i przygniata opuszek palca​​? To dlatego palec wydaje się szerszy. Jacek znowu usiłował znaleźć jakieś niedoskonałości. – A co z tymi smugami przebarwień?
– To przecież żyłki pod skórą, podkreślające delikatność jej ciała. No i sprawiają, że jest jedyna, niepodobna do innych…
– Powiedz mi jeszcze, co jest w tym pudełku w jej dłoniach?
Maks lekko się uśmiechnął. – To jej tajemnica. Może kiedyś ją odkryję, a może nigdy…
Jacek spojrzał na Maksa. W jego oczach był dawno nie widziany blask, w jego głosie brzmiały nowe, nieznane, radosne tony. Z nieukrywaną zazdrością stwierdził.
– W końcu znalazłeś ideał. Twój własny ideał…

Liceum coś jeszcze

Drogi E.

Nasze lata licealne przypadały na ciekawy okres w życiu naszego kraju – zresztą chyba wszystkie okresy w historii są ciekawe, co jednak stanowi przekleństwo chińskie „obyś żył w ciekawych czasach…” System, w którym żyliśmy ograniczał nas, młodych chyba nie bardziej niż prawo o ruchu drogowym. Rzeczywistość była taka, a nie inna, można się było na nią obrażać, protestować, ale można też było przyjąć jako fakt i starać się w takich warunkach postępować jak najlepiej, wierząc, że potrafimy zmienić świat na lepszy choć troszeczkę. Był to czas większego otwarcia na świat, a jeszcze bez szaleństw „ideologicznych” – czyli nadmiaru tak zwanych przez nas „zbiegowisk” – akademii, masówek, wieców, apeli czy jak to jeszcze nazwać, popierających jedyną słuszną drogę wytyczaną przez jedynie słuszną partię. Oczywiście w planie wychowawczym każdej szkoły była też konieczność organizowania akademii na cześć lub dla upamiętnienia.

Każda klasa na początku roku otrzymywała zadanie organizacji takiej imprezy. W drugiej klasie zastępcą przewodniczącego klasy była Elka. Na zebraniu rad klasowych wybrała do organizacji akademię z okazji Dni Oświaty, Książki i Prasy – dotyczącą kultury, a nie polityki.

Elka uczęszczała na zajęcia pozaszkolne w kółku recytatorskim i przygotowała , być może przy pomocy prowadzącego te zajęcia, montaż słowno-muzyczny złożony z wierszy i piosenek o książkach i czytaniu. Na scenie ustawiliśmy dwa regały i kilka stolików wypełnionych książkami inscenizując kiermasz książki, a wiesze wygłaszali „sprzedawcy” i „kupujący”. Mojego tekstu nie pamiętam, ale do dziś brzmi w moich uszach ton i treść początku wiersza wygłaszanego przez Kazia. Brzmiało to mniej więcej tak: Przy półce stoi… /odkrycie na miarę E=mc2/ …dziewczyna Te oczy … /zdziwienie i zachwyt…/ nie są mi obce..Podaje Eugeniusza Oniegina młodemu chłopcu…Reszta była w miarę normalna.

Elka zgłosiła dyrekcji, że jesteśmy gotowi. Trochę zaskoczony dyrektor wydał dyspozycje i na któreś końcowej lekcji spędzono kilka klas na akademię.

Największą pochwałę wygłosił profesor historii – najgroźniejszy z grona, który stwierdził : – Nie pamiętam, by na któreś akademii widownia była tak cicha i zainteresowana tym, co dzieje się na scenie…

To na razie wszystko, co mi się przypomniało z tamtego okresu. Pozostał jeszcze najważniejszy, końcowy egzamin, czyli MATURA… ale o tym w następnym liście…

Pozdrawiam E.

Liceum – wycieczki

Drogi E.

Teraz tyle, ile przypominam sobie z wycieczek szkolnych. Może mi się mieszają wspomnienia, może ktoś uzupełni, na razie piszę co pamiętam, szczególnie dzięki obrazkom Krzysztofa.

Pierwsza wycieczka naszej klasy była wycieczką jednodniową, bo nauczyciele nie chcieli zgodzić się na dłuższą przerwę w nauce. Sprawy wyjazdu załatwiał samorząd klasowy – wybór miejsca, terminu, trasy, ubezpieczenia, zakup biletów itd. Przy organizacji któreś wycieczki chłopcy następnego dnia wkroczyli do klasy śpiewając: „-Tępimy biurokrację, usprawniamy pracę biur…”

Pierwsza wycieczka była w Beskid Śląski. Dobrze pamiętam, że odbyła się w czwartek – a to dlatego, że czwartek rozpoczynaliśmy dwoma lekcjami historii… Miejsca nie pamiętam, ale na pewno było to przejście szlakami Beskidu Śląskiego. W drugiej klasie wyjechaliśmy na wycieczkę trzydniową autokarem w Góry Świętokrzyskie. Na wycieczki zapraszaliśmy jako dodatkowych opiekunów naszych magistrów fizyki lub wykładowców matematyki. W Góry Świętokrzyskie pojechał na pewno pan Janusz który dołączył do fizyków w tymże roku, tuż po ukończeniu studiów. Każda wycieczka miała w planie cele wychowawcze i poznawcze. Ponieważ nasza wychowawczyni nauczała geografii więc oczywiście wiedza z tej dziedziny musiała być poszerzana. W związku z tym zwiedziliśmy kamieniołom, gdzie zapoznaliśmy się ze sposobami pozyskiwania bloków kamiennych i poznaliśmy różne rodzaje skał, a także pozyskaliśmy „łup” w postaci kartonu wypełnionego różnymi okazami skał.

Zwiedzaliśmy również Muzeum Narodowe w Kielcach. W owych czasach wchodząc do muzeum trzeba było założyć na obuwie filcowe ochraniacze, rodzaj laczków zawiązywanych na sznurki w kostce. Posadzki, a szczególnie szerokie marmurowe schody, były bardzo śliskie, a zbyt duże filcowe kapcie chodzenia nie ułatwiały. Pech chciał, że pan magister potknął się na schodach i zjechał z piętra nadwyrężając nie tylko mniej szlachetną część ciała, ale i poczucie godności osobistej, szczególnie, że u stóp schodów czekała pani z obsługi i biorąc go za niesfornego ucznia zrugała z góry na dół.

W miejscu zakwaterowania było miejsce na ognisko, więc pani wychowawczyni zarządziła, że jedno spotkanie wieczorne przy ognisku przygotują harcerze, a drugie – członkowie ZMS. Dla harcerzy przygotowanie ogniska było łatwe – to codzienność obozowa, ale koledzy z fasadowej organizacji mieli z tym problem. Po naradzie zwrócili się po pomoc do reszty klasy i zajęcia wieczorne cieszyły się sukcesem. Pamiętam występy Harcerskiego Teatrzyku Obozowego, który czerpał inspiracje z Teatrzyku Zielona Gęś Gałczyńskiego. Zapamiętałam tylko jedną scenką pt. Rozmowa komendanta z duchem”. Było tak:

Akt 1

Komendant : Druhu duchu! Druhu duchu!

Duch: Uhu, uhu, uaaaa

Komendant: Druhu duchu, co słychać?

Duch: Ano nic…

Komendant: Aha.

Akt 2, może być 3, 4 …

Rozmowa jak wyżej.

Akt ostatni:

Komendant : Druhu duchu! Druhu duchu…

Duch: Uhu…

Komendant: Druhu duchu co słychać?

Duch: Ano nic..

Komendant Jak to nic? Co to jest? /Gwiżdże/ Alarm mundurowy!!!

Były też konkursy, a przygotowywanie pytań było równie atrakcyjne jak odpowiadanie.

Zwiedzaliśmy dworek Sienkiewicza w Oblęgorku. Wyszliśmy, wsiedli do autobusu i już wyjeżdżaliśmy, gdy okazało się, że brakuje dwóch kolegów. Stanęliśmy w alejce, a oni pędem gonili pojazd. To dało powód do sformułowania pytania – kto kłusował za autobusem?

Prawidłowa odpowiedź brzmiała – MUCtangi.

Zwiedzaliśmy również ruiny zamku w Chęcinach. W owych czasach nie było takiej komercjalizacji jak obecnie. Ruiny wielu zamków stały w żaden sposób nie chronione, można było chodzić po nich do woli, nikt nie wymagał biletów wstępu. Tak było i w Chęcinach. Wychowawczyni tylko prosiła, byśmy zbytnio się nie rozchodzili. W pewnym momencie podszedł do nas starszy pan bardzo nieporządnie odziany w stary, obdarty płaszcz i zaczął opowiadać coś o basztach zamkowych, jakąś legendę o kochankach mieszkających kiedyś w tym miejscu, po czym podszedł do wychowawczyni i zażądał wynagrodzenia jako przewodnik zamkowy. Ten fakt został uwieczniony w rysunkowym sprawozdaniu z wycieczki, tak samo jak uwiecznione zostały „strażackie” kiełbaski podane nam na śniadanie. Trzeba było obchodzić się z nimi ostrożnie, bo wbijając widelec w kiełbaskę można było zostać opryskanym tłustym płynem.

Na wycieczkach połączonych z noclegami najciekawsze jest „życie nocne”. Pamiętam taką sytuację: wieczorem dziewczyny narzuciły na piżamy / grube, flanelowe/ kurtki i spotkały się w pokoju z kilkom chłopakami. Było trochę hałasu i wpadła pani wychowawczyni. Chłopcy wyszli, a dziewczyny musiały wysłuchać kazania na temat :Jak można dopuścić, by chłopcy zobaczyli was w piżamach?

Następnej nocy, /a może na następnej wycieczce? /kilku chłopców znowu znalazło się w pokoju dziewczyn. Zaczęli się zastanawiać, gdzie można by się ukryć w razie nadejścia opiekunów. Była tam dosyć wąska, dwudzielna szafa. Przymierzali się, kto mógłby się w niej schować. Uzgodnili, że Jacek, ze względu na gabaryty zajmie jedną część, do drugiej zmieści się pozostałych dwóch. Wtem na korytarzu rozległ się głos nauczycielki. Chłopcy wepchnęli się do szafy, zamknęli drzwi, ale po chwili alarm został odwołany. Jacek wyszedł, ale z pozostałej części kolega wytoczył się wypchnięty, bo się zaklinował. Śmiechu mieliśmy co niemiara, całe szczęście, że „ciało pedagogiczne” już tego nie usłyszało.

W trzeciej klasie byliśmy na wycieczce w Bieszczadach. Chodziliśmy po połoninach, a pamiętam tylko fakt, jak po zdobyciu Tarnicy chłopcy kłaniali się zachodowi słońca – po to, by wypiąć odwrotną część ciała w pewnym kierunku. No i śpiewanki przy ognisku z panem Romanem – w tej wycieczce panią wychowawczynię wspomagali matematycy.

Tyle na razie z tego, co zapamiętałam z wycieczek klasowych.

Myślę, co by tu jeszcze…

Pozdrawiam E.