Bułgaria c.d Góry Riła

Drogi E.

Wielkie Tyrnowo to piękne miasto, położone nad rzeką Jantrą, dawna stolica Bułgarii. Obejrzeliśmy ruiny zamku na wzgórzu Carewec, zapamiętałam czerwone dachy domów schodzących schodkowo ze wzgórza w zakolu rzeki . W planach wyjazdu mieliśmy tygodniowy pobyt w górach Riła a potem transfer nad morze i spędzenie reszty czasu nad morzem Czarnym. W góry trzeba było dojechać pociągiem do stolicy kraju , Sofii, a stamtąd autobusem do Rilskiego Monastyru. Wróciliśmy do Gornej Oriachowicy, gdyż stamtąd jeździły pociągi do Sofii. Rozeznaliśmy rozkład jazdy. Za kilkanaście minut jechał w tym kierunku pociąg osobowy, a po ponad dwóch godzinach – pospieszny. Znając nasze krajowe realia postanowiliśmy nie czekać na pośpieszny, ale wyjechać wcześniej osobowym. Nie była to najlepsza decyzja. Przejazd trasy o długości 0k 200 km zajął nam cały dzień. W dodatku w połowie trasy, w miejscu bliżej nam nieznanym nasz pociąg stanął, stał bardzo długo, by w końcu przepuścić pociąg pospieszny…. Pasażerów było bardzo niewielu, w sąsiednim przedziale jechali, zachowując się dość głośno jacyś mężczyźni, tubylcy. Pamiętam doskonale zaskoczenie jakie wywołały we mnie te głosy. Czytając napisy w cyrylicy rozumieliśmy więcej – język bułgarski należy do słowiańskich, natomiast ton i melodia głosu wskazywały na coś arabskiego. Tłumaczyłam sobie, że lata okupacji tureckiej miały na to duży wpływ, ale nie próbowałam sprawdzić tej teorii. /Teraz wiem, że turecki i arabski bardzo się różnią, ale wtedy nie byłam tego świadoma/

Wieczorem znaleźliśmy się w stolicy. Trzeba było poszukać jakiegoś noclegu, bo trudno rozbić namiot na skwerku w centrum. W tamtych czasach turystyka, jak większość gałęzi gospodarki była upaństwowiona. Odpowiadało nam to, bo w tym kraju wszystkie sprawy można było załatwić w jednej firmie. Wystarczyło znaleźć neon lub tablicę z napisem „Balkanturist”. Zapytaliśmy o placówkę Balkanturistu jakiegoś człowieka w mundurze, chyba wojskowego. Ten nie tylko zaprowadził nas na przystanek tramwajowy, powiedział, ile przystanków mamy jechać, ale kupił nam bilety i nie chciał zwrotu pieniędzy za nie. W Balkanturiście uprzejmy pracownik poinformował nas, że trwa Uniwersjada – międzynarodowa impreza sportowa i żadnego miejsca w żadnym hotelu nie znajdziemy. Zapytaliśmy wtedy o możliwość rozbicia namiotu. Ucieszony dał nam mapkę z trasą dojazdu do dużego campingu na obrzeżach miasta. Byliśmy na tyle zmęczeni, że na kamping wybraliśmy się taksówką. Jakoś pomieściliśmy się w osobowej taksówce z czterema wypchanymi plecakami. Oczekując w kolejce w recepcji podziwialiśmy młodą dziewczynę, która załatwiała petentów przechodząc płynne z jednego języka na drugi, trzeci i czwarty. W końcu zameldowaliśmy się na polu i zaczęliśmy rozkładać nasze gospodarstwo. Wysłałyśmy Romka na zwiady, by dowiedział się, gdzie można coś kupić do jedzenia i nabrać wody. Namiot stał, my czekałyśmy… W końcu nadszedł Roman, trochę zaaferowany. – Czy „promise” po angielsku to znaczy obiecuję? – Chyba tak,,, odpowiedziałyśmy. – To chyba obiecałem jakiemuś człowiekowi, że przyjdę do niego wieczorem. – Jak to? – Zaczepił mnie człowiek , zaprosił do swojej przyczepy kampingowej, pytał skąd jestem i chciał się umówić na wieczór. Wyglądał jakby pochodził gdzieś z krajów arabskich. – Roześmiałyśmy się -Pewnie widział, że masz trzy kobiety, taki harem i dlatego wzbudziłeś jego zainteresowanie.

Oczywiście Romek pozostał wieczorem z nami, nie chcąc natknąć się na „wielbiciela”.

Następnego dnia pojechałyśmy autobusem pozwiedzać stolicę Bułgarii. Mała źle się czuła i potrzebowała wypić ciepły napój, najlepiej herbatę. To dziś nie do wyobrażenia, ale w tamtych czasach prawie jedynym dostępnym napojem były gazowane oranżady firmy Schweppes, przeważnie pomarańczowe, rzadko trafiał się inny smak. Zaglądaliśmy w różne miejsca, ale nigdzie nie można było dostać ciepłego napoju. Na dworcu kolejowym zauważyliśmy napis ”kawa”. Zamówiliśmy napój i otrzymaliśmy…plastikowe kubeczki niewiele większe od naparstków z odrobiną napoju. Trochę nam pomogły, ale nie wiele. W końcu w jakimś lokalu na kształt samoobsługowego baru odkryliśmy słabą herbatę z cząstką cytryny,,, w metalowych miseczkach. Te miseczki uratowały nam wszystkim, nie tylko Małej, życie. Obejrzeliśmy zabytkową część miasta, w nim cerkiew św Niedzieli, oraz sobór Aleksandra Newskiego. W soborze trwało nabożeństwo,

więc staraliśmy się obejrzeć ile się dało stojąc w jednym miejscu, by nie przeszkadzać. Następnego dnia bez przeszkód wyruszyliśmy w stronę gór Riła, gdzie chcieliśmy spędzić następny tydzień. Dojechaliśmy pod Rilski Monastyr, warowny klasztor z cerkiewką zajmującą centrum dziedzińca monastyru. Przeszliśmy przez zabudowania na drugą stronę kierując się w głąb doliny, gdzie według wiadomości Krysi powinno być pole namiotowe. W końcu natrafiliśmy na coś na kształt campingu, nad rzeczką stało kilka namiotów, jedyny budyneczek murowany stanowiła wygódka typu „tureckiego”. Krysia stwierdziła, że właściwe pole namiotowe jest dalej. Poszli z Romkiem go poszukać. Gdy wrócili, stwierdzili, że jest tam pole namiotowe, ale poza płotem i koniecznością opłaty warunki są takie same. Postanowiliśmy zaoszczędzić i rozbić namiot wśród tubylców, którzy korzystali z tego dzikiego pola. Później przekonaliśmy się, że przynajmniej raz w tygodniu „toaleta” była sprzątana. Na czas pobytu w górach mieliśmy planowane wyżywienie z konserw, z niewielkim dodatkiem produktów miejscowych, typu chleb i warzywa, głównie papryka, cebule, pomidory i ogórki. Zadziwiał nas chleb bułgarski – pszenna wysoka buła, powszechnie spotykana. Zrobiliśmy przegląd naszych zapasów. Przeważnie były to najczęściej dostępne konserwy „Turystyczne”, w charakterystycznych zielonych etykietach, zupki w proszku, i jedna konserwa pod nazwą „kiełbaski leszczyńskie”. Kiełbaski postanowiliśmy zachować na ostatni dzień w górach. Następnego dnia zwiedziliśmy cerkiew i monastyr, zrobiliśmy zakupy i opalaliśmy się nad rzeczką. Potem podążyliśmy dalej w głąb doliny, w kierunku partyzanckiej polany – tak wtedy nazywało się to miejsce. Dowiedzieliśmy się, że w czasie II wojny światowej klasztor stanowił zaporę chroniącą głąb doliny i był ostoją partyzantów. Teraz zabierając się do spisywania wspomnień skorzystałam z internetu, by przypomnieć sobie topografię tych miejsc. Zapamiętanej z tych czasów nazwy „Partizancka poliana” nie znalazłam na mapach. Czyżby historia się zmieniła?

Następnego dnia zaplanowaliśmy wejście na górę, naszym celem było „sedemite ezera”, czyli siedem jezior górskich. Wyszliśmy dość wcześnie rano zabierając ze sobą dokumenty i pieniądze. Za monastyrem weszliśmy na szlak, który prowadził lasem, brzegiem żlebu, na dnie którego płynął strumyk. Wąska ścieżka prowadziła w górę, w kierunku naszego celu. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że brakuje znaków szlakowych, ale kierunek się zgadzał, a „najważniejszy jest stosunek, jaki do celu ma kierunek”, więc szliśmy dalej. Skończył się las, pokazały się płaty trawy, ale skończyła się i ścieżka… Po drugiej stronie żlebu widzieliśmy ścieżkę, także prowadzącą w górę. Żałowaliśmy, że nie idziemy nią, ale była zbyt daleko ioddzielał nas od niej kamienisty jar. Robiło się gorąco, odległości w górach były większe niż na mapie, zresztą, choć w linii prostej odległość nie była zbyt wielka, to przewyższenie było prawie kilometrowe. Stok stawał się coraz bardziej stromy, więc chwytając się kępek trawy wspinaliśmy się w górę na przełaj. W końcu stromizna zelżała, pojawiły się ścieżki wydeptane czy to przez turystów, czy przez owce, których stado wkrótce ujrzeliśmy . W końcu z drugiej strony wzniesienia ujrzeliśmy przepiękny widok jezior, nad którymi, i czasem wokół nas przepływały obłoki. Jeziora były poniżej nas na lewo, a na prawo w oddali ujrzeliśmy murowany budynek i grupę ludzi. Było to schronisko „Iwan Wazow” /kimkolwiek był zachowam go we wdzięcznej pamięci/. Wykrzesaliśmy resztę sił, by dotrzeć do źródła odpoczynku i napoju. Było już dosyć późno, więc zapytaliśmy o możliwość noclegu. Udało się. Jedliśmy kolację, gdy podszedł do nas któryś z gości z pytaniem, czy taboret stojący obok nas jest wolny. Kiwnęliśmy głowami i widząc jego niepewność dodaliśmy po rosyjsku „da”. W końcu zorientował się, że ma do czynienia z obcokrajowcami i taboret zabrał. My przypomnieliśmy sobie równocześnie, że w Bułgarii kiwanie oznacza zaprzeczenie, a potwierdzeniem jest kręcenie głową.

Po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę powrotną. Zeszliśmy do pierwszego jeziorka, zmoczyliśmy ręce i twarze i odnaleźliśmy szlak powrotny. Prowadził on w stronę ścieżki, którą oglądaliśmy poprzedniego dnia, ale wpierw musieliśmy sforsować grupę skał i głazów. Schodziliśmy i ścieżka, która wczoraj wyglądała na równą i łagodną, dziś okazała się kamienista, wyboista i trudna do przejścia. Za to po przeciwnej stronie żlebu teren wydawał się gładki i łagodny z przyjemną ścieżką prowadzącą w tym samym kierunku. Z trudem w ciemnościach dotarliśmy na miejsce biwaku. Otworzyliśmy namiot i Mała rozpoczęła poszukiwanie latarki, którą jako jedyna zabrała z Polski. Zawsze wkładała ją do kieszeni wszytej wewnątrz namiotu. Jakoś latarki nie potrafiła znaleźć, a w namiocie zrobił się ogromny bałagan. Odnaleźliśmy nasze śpiwory i położyliśmy się spać.

Następnego dnia zrozumieliśmy przyczynę bałaganu i braku latarki. Namiot obok nas, w którym biwakowali jacyś chłopcy bułgarscy zniknął, a w resztkach ogniska zauważyliśmy puszkę po kiełbaskach leszczyńskich.

Na szczęście większych strat nie było, ale potrzebowaliśmy czegoś do oświetlania ciemności. Kupiliśmy więc w monastyrze świeczkę, przepłacając, ale nie postawiliśmy jej przed ikoną. Nadszedł czas opuszczenia pięknych gór Riła. W ostatnim dniu, dosłownie na pół godziny przed odjazdem autobusu wstąpiliśmy jeszcze do muzeum klasztornego. Obejrzałam piękne rzeczy, ale urzekła mnie rzec absolutnie cudowna – krzyż wyrzeźbiony przez mnicha, który w ramionach przedstawił sceny biblijne.

Rozpisałam się, więc o nadmorskiej części wyprawy w następnym liście.

Pozdrawiam. E

List do E. Bułgaria

Drogi E.

Jak już zaczęłam, to dalej będę pisać o moich przygodach życiowych. Skończyłam liceum i wybrałam kierunek studiów łączący najbardziej lubiane przeze mnie przedmioty szkolne – czyli historię i matematykę. Egzamin wstępny z tych przedmiotów obowiązywał w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach. / Można było wybrać albo historię albo geografię/. Trzecim przedmiotem egzaminacyjnym był język obcy. Po zdaniu egzaminu miałam trochę wakacji – wyjechałam jako instruktor programowy na kolonię zuchową, a później na obóz – końcówkę wakacji szkolnych z kolegami z liceum. Z tego obozu musiałam sama wrócić z Olsztyna do domu , bo wtedy nowo przyjętych studentów obowiązywały tzw. praktyki robotnicze, czyli miesiąc pracy na stanowiskach pracowników fizycznych. Mnie przypadła praca w sklepie jako sprzedawczyni.

Skierowano mnie do dużego sklepu z odzieżą męską. Wtedy sklepy wyglądały trochę inaczej niż teraz – prawie wszystkie były uspołecznione, czyli albo były własnością spółdzielni, albo państwowe, co zresztą wychodziło prawie na jedno. Wrzesień nie był okresem wielkiego ruchu , toteż niezbyt się napracowaliśmy. Rok akademicki rozpoczął się dwiema uroczystościami – na uczelni i w hali katowickiego Spodka, gdzie odbyły się uroczystości ogólnopolskie połączone z XXX rocznicą działalności Politechniki Śląskiej. Przyszło wielu „świeżych” studentów, bo w części artystycznej wyświetlano drugą część filmu „Potop”.

Po uroczystości nie było już tak wesoło. Trzeba było zapisać się na rok, opłacić ubezpieczenie i odebrać legitymację studencką. Nie wiem dlaczego tak było, ale na te sprawy przeznaczono tylko kilka dni,wydział liczył ponad 400 studentów, a dziekanat był jeden. Oczywiście stało się w ogromnej kolejce i w tej kolejce poznałam Krysię, która mieszkała też w Chorzowie i studiowała ze mną w jednej grupie. Krysia stała się najbliższą mi osobą w czasie studiów. Dołączyła do nas Ewa / w odróżnieniu ode mnie zwana Małą/ z Sosnowca i Joanna , czyli Asica z Czeladzi. Kolegów mieliśmy więcej, ale prywatnie spotykaliśmy się raczej w tym gronie.

Z Krysią i Ewką przeżyliśmy jedną z największych przygód, jaką były wakacje w Bułgarii. A było to tak.

Było to po czwartym roku studiów. Krysia zaproponowała nam wspólny wyjazd do Bułgarii. Mieliśmy jechać w czwórkę – Krysia, Mała, ja i kolega Krysi – Romek. Romka znałyśmy poprzez Krysię, lepiej znałam jego młodszego brata, który działał w harcerstwie. Rok wcześniej Krysia była w Bułgarii z bratem, więc znała trochę ten kraj i podjęła się przygotowań. Miałyśmy wyjechać pod koniec sierpnia, a przedtem byłyśmy z Krysią na obozie w Rodakach – ja prowadziłam kurs drużynowych zuchowych, a Krysia kolonię zuchową, która współpracowała z kursem.

Wcześniej załatwiałyśmy wszystkie formalności, co w tamtych czasach nie było takie łatwe. Wyjechać z kraju można było tylko z paszportem lub tzw wkładką paszportową, czyli paszportem pozwalającym na wyjazd tylko do krajów bloku socjalistycznego. Wkładkę taką miałam z poprzedniego roku i można ją było przechowywać w domu, natomiast paszport po powrocie do kraju oddawało się do Urzędu Paszportowego. Osoba otrzymująca paszport musiała oddać jednocześnie dowód osobisty, bez którego z kolei wkładka nie była ważna. Następnie trzeba było iść do banku, jeśli chciało się wymienić pieniądze. Kwota wymiany była z góry ograniczona. Do krajów socjalistycznych często nie otrzymywało się banknotów, a tylko tzw. czeki podróżne, które wymieniało się na gotówkę w kraju docelowym.

We wszystkich tych krajach studenci mieli możliwość korzystania z różnych zniżek, więc musieliśmy także załatwić międzynarodowe legitymacje studenckie..

Większość spraw było załatwionych, gdy wyjechałyśmy na obóz. Pozostało jeszcze zakupienie biletów kolejowych, czym zająć się miał Romek. Pewnego dnia przyjechał do Rodak, bo okazało się, że do zakupu potrzebne są moje dokumenty. Problem był w tym, że dokumenty były w Chorzowie, a moich rodziców nie było w domu. Przypomniałam sobie, że wyjechali oni na kilkudniową wycieczkę. Miałam ze sobą klucz do mieszkania. Dałam go Romkowi i wytłumaczyłam, gdzie ma szukać potrzebnych dokumentów.

Wtedy nie było telefonów komórkowych, samochodów, dostęp do informacji był ograniczony, więc dopiero po powrocie do domu dowiedziałyśmy się, co było dalej.

A wyglądało to tak. Rodzice wrócili przed wieczorem z wycieczki dosyć zmęczeni, więc wcześnie położyli się spać. Jeszcze dobrze nie zasnęli, kiedy w sąsiednim pokoju usłyszeli kroki i szuranie, jakby ktoś szukał czegoś w moim biurku. Tato rozejrzał się za czymś ciężkim i z butelką wody kolońskiej w ręku odważnie wszedł do mego pokoju… Na szczęście rodzice widzieli już kiedyś Romka.

Usłyszałyśmy o tym po pewnym czasie od Romka. Oczywiście jednocześnie zapytałyśmy

– I co powiedziałeś?

– Jak to co? Dobry wieczór…

Śmiechu było dosyć, ale to był dopiero początek przygód.

Przed naszym wyjazdem Romek miał praktyki studenckie w Czechosłowacji. Był to wyjazd do pracy, więc miał wyrobiony paszport służbowy. Na wyjazd do Bułgarii paszport był nieważny, należało go oddać w Biurze Paszportowym i odebrać Dowód Osobisty. Pech chciał, że wyjeżdżaliśmy w sobotę wieczorem, a praktyki kończyły się w piątek. W tym czasie świeżo wprowadzono wolne soboty – na razie dwie w miesiącu i nikt nie był jeszcze do tego przyzwyczajony. No i okazało się, że Biuro jest zamknięte.

Przez całe piątkowe popołudnie i całą sobotę Krysia i Romek biegali po Warszawie, by odzyskać potrzebny dokument, ale bezskutecznie. Ustaliliśmy, że my, dziewczyny wyjedziemy w planowanym terminie, a Romek dojedzie dzień później. Umówiliśmy się w na kempingu w mieście Wielkie Tyrnowo, dawnej stolicy Bułgarii. Mieliśmy wykupione z trudem bilety, ale nie w pobliżu, tylko dwa w wagonie sypialnym, a dwa w wagonie z kuszetkami, czyli miejscami do leżenia. Skoro zwolniło się miejsce Romka to Mała przeszła do wagonu sypialnego, a ja zostałam w tym drugim.

Zresztą tylko na noc i czas przejścia granicy, bo dzień spędzałyśmy wspólnie. Nasza trasa przebiegała przez Lwów, wtedy w Związku Radzieckim, Bukareszt, gdzie miałyśmy przesiąść się na pociąg do Wielkiego Tyrnowa. W tamtych czasach nie było tak zorganizowanego handlu międzynarodowego, granice, szczególni Związku Radzieckiego były strzeżone bardzo pilnie, ale i tak handel „prywatny” kwitł. Ludzie, którzy mieli możliwość wyjazdu wozili wiele rzeczy. Oczywiście celnicy mieli bardzo dużo roboty, kontrolowali bagaże i kazali płacić cło, a w niektórych przypadkach nawet konfiskowali towary. Ci, którym odebrano towar, albo po ocleniu nie opłacało się już wyjechać opuszczali wagony. Byli tacy, którzy o tym wiedzieli załatwiali z konduktorami wejście na ich miejsce. Tak zrobił Józek, student z Rzeszowa i tak go poznaliśmy. Józek jechał sam do Grecji, udało mu się zdobyć przydział obcej waluty. Celniczka pytała go, czy przewozi wiertarkę albo jakieś elektronarzędzia… wtedy dowiedzieliśmy się, co się opłaca wywozić do Grecji. My miałyśmy tylko namiot, konserwy i zupy w proszku.

Z powodu problemów na granicy pociąg nasz miał duże opóźnienie i w Bukareszcie straciliśmy połączenie do Bułgarii. Następny pociąg międzynarodowy był wieczorem, po dwunastu godzinach.

Udało nam się wymienić jeden z bonów podróżnych na obowiązujące w Rumunii leje i wyruszyliśmy w miasto. Było to pół roku po ogromnym trzęsieniu ziemi i niedziela.

Wszystkie sklepy były pozamykane, nie mieliśmy planu miasta, więc zwiedzaliśmy co nam się trafiło po drodze. W końcu chcieliśmy coś zjeść. Wszyscy zapytywani ludzie kierowali nas do jednego miejsca – ekskluzywnego hotelu, w którym działała restauracja, też ekskluzywna.

Co było robić – poszliśmy tam. Zamówiliśmy potrawy takie same, jak sąsiedzi przy stoliku obok i do tego po lampce wina. Obsługa super, trzech kelnerów, jedzenie smaczne. Skończyliśmy, kelner przyniósł rachunek. Kwota na nim opiewała na 207 lei, a my mieliśmy niecałe 200. Postanowiłam wymienić następny czek. Poszłam do recepcji, by zapytać o możliwość wymiany.

Po lampce wina to był najlepszy angielski, jakiego w życiu używałam. Sama sobie się dziwiłam, jak dobrze mi idzie mówienie i nawet zrozumienie odpowiedzi. Niestety, a może na szczęście jedyną opcją był bank następnego dnia rano… Zastanawialiśmy się, co robić. Sytuację uratował Józek. Wyjął polskie 50 zł, położył na dwustu lejach i rachunku. Wytłumaczyliśmy kelnerowi, że tylko tyle mamy. Ten zabrał wszystko i kazał nam czekać. Po pewnym czasie wrócił … i oddał nam 15 lei. Na szczęście.

Naradzaliśmy się, co dalej. Byliśmy dość daleko od dworca kolejowego, nie znaliśmy drogi, zapytywani przechodnie kierowali nas na przystanek autobusowy. Nie mieliśmy pieniędzy na bilety, a jeszcze trzeba było wykupić miejscówki na pociąg do Bułgarii. Miejscówki kosztowały 4 leje od osoby. Brakło nam jednej lei. Ustaliliśmy, że za resztki drobnych Józek kupi bilet i pojedzie na dworzec i tam od Polaków, wracających do kraju może uda mu się odkupić brakującą leję. My obserwując kierunek w którym jechały autobusy poszłyśmy na piechotę.

Doszłyśmy na dworzec. Józek już czekał z miejscówkami. Opowiedział, jak zaczepił jakichś ludzi, wyglądających mu na Polaków z prośbą o odsprzedanie mu 1 lei. Dali mu monetę i bardzo się zdziwili, gdy on dawał im 2 złote. Okazało się, że byli to Niemcy…

W końcu nadjechał właściwy pociąg międzynarodowy i bez większych problemów dojechaliśmy do dużego węzła kolejowego Gorna Orjachowica. Tu pożegnałyśmy Józka, który pojechał dalej w kierunku Grecji, a my po dwóch godzinach przesiadłyśmy się do pociągu do Wielkiego Tyrnowa.

Na miejscu znalazłyśmy się o czwartej rano. Dworzec w Wielkim Tyrnowie był całkiem mały, nie było na nim żywej duszy. Skorzystałyśmy z tego, wyjęłyśmy śpiwory i rozłożyły się na podłodze. Rano kilkoro pasażerów dziwnie na nas patrzyło, ale nie przejmując się tym spakowałyśmy się, może nawet zjadłyśmy po kanapce przygotowanej na miejscu i wyszłyśmy szukać miejsca na nocleg i zwiedzać miasto. Na zewnątrz dworca zauważyliśmy piktogram – zakaz noclegu na dworcu…

Szukałyśmy campingu, na którym mogłybyśmy rozbić nasz namiot. Skierowano nas za miasto, w pobliże monastyru Przemienienia. Rozstawiłyśmy namiot, ja zostałam na gospodarstwie, a Krysia z Małą wróciły do Tyrnowa szukać Romka. Rozwieszały karteczki z wiadomością, ale wszystko bezskutecznie. Nie wiedziałyśmy, co zrobić. Następnego dnia rano przed namiotem usłyszałyśmy głos Romka. Przybył w towarzystwie poznanego po drodze chłopaka z Bułgarii. Powiedział, że to trzeci kamping na którym nas szukał…

Mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. Obejrzeliśmy ruiny zamku, podziwialiśmy piękne położenie miasta na wzgórzu w zakolu rzeki i czerwone dachy starych domków na stoku. Zwiedziliśmy też monastyr i byliśmy gotowi na dalszą podróż, ale o tym w następnym liście.

Pozdrawiam Ewa.