Liceum – koleżanki

wrzesień 2018

Witaj !

Nie bardzo wiem od czego, albo od kogo zacząć. Chyba od koleżanek, bo z nimi miałam najwięcej kontaktów i jest ich najmniej. Trochę już o nich pisałam. Z dziewięciu, które rozpoczynały naukę w pierwszej klasie do matury dotrwały tylko cztery. Z mojej ławki odeszła pierwsza Ewa, która przeniosła się do klasy równoległej w tej samej szkole. Po pierwszej klasie odeszła również Karolina przechodząc do liceum w Tychach. Kiedyś odwiedziła nas opowiadając ciekawą historię. Otóż w nowej klasie na jakąś imprezę ktoś przyniósł wino o nazwie „Bosco”. Ponieważ zasmakowało im, kilka osób założyło nieformalny klub Bosco – zbierali butelki po tym winie. Gdy już opróżnili osiem butelek, jakiś „życzliwy” gdzieś doniósł i musieli się tłumaczyć milicjantom wyjaśniając zasady klubu. Nie była to żadna akcja polityczna, ale komuś się taką wydała.

Nie pamiętam, kiedy odeszła Irena – czy po pierwszej klasie, czy po drugiej, kiedy odeszło chyba najwięcej uczniów. Mówiąc szczerze też byłam bliska odejścia. Wtedy mieliśmy problemy z matematyką i fizyką, ja miałam problemy z biologią i liczyłam, że na świadectwie końcowym będę miała trzy oceny dostateczne. Gdy przed końcem roku wspomniałam wychowawczyni, że też chcę odejść, ta stwierdziła: Ty, przecież należysz do przodujących uczniów, nie ma mowy.” Okazało się, że nauczyciele akademiccy uznali, że w „normalnej” klasie mielibyśmy lepsze oceny i podnieśli nam oceny o jeden stopień. Jakimś cudem z biologii też się wybroniłam i pozostałymi na świadectwie oceny dobre i bardzo dobre. Moje koleżanki z ławki Elka i Basia były bardziej konsekwentne i zmieniły klasy – Ela na równoległą w tej samej szkole, a Basia na taką samą w Mysłowicach, gdzie mieszkała. Wydaje mi się, że Ela miała żal do mnie z tego powodu.

Tak więc pozostałam sama z mojej czteroosobowej ławki, a oprócz mnie Mariola, Jadzia i Halina. Wypadło mi być w parze z Mariolą, z którą razem robiłyśmy ćwiczenia w pracowni fizycznej, siedziałyśmy w pracowni geograficznej i innych. Znajomość jednak nie wyszła poza zwykłe koleżeństwo – miałyśmy chyba zbyt różne charaktery i zainteresowania. Jadzia i Halinka od pierwszej klasy zaprzyjaźniły się i stały prawie nierozłączne. Jeśli komukolwiek czegoś w życiu zazdrościłam, to właśnie ich przyjaźni. Jadzia od początku miała konkretne zainteresowania i plany na przyszłość – chciała być architektem, więc dodatkowo uczęszczała na zajęcia z rysunku w Pałacu Młodzieży. Ukończyła studia i pracowała jako architekt – nie wiem, czy zrealizowała swoją wizję tego zawodu, w każdym razie praca pozwoliła jej na realizację swoich pasji – podróży w najdalsze kąty świata. Halina chciała być nauczycielką i też zrealizowała swoje plany życiowe.

W pierwszej klasie Halina stała się obiektem niezbyt wyszukanych żartów niektórych kolegów. Z początku mogło to być przyjęte jako przejaw zainteresowania, ale po pewnym czasie stawało się uciążliwe. Halina starała się dostosować i traktować zaczepki jako żarty, potrafiła śmiać się też z siebie, ale w końcu powiedziała – „dość”. Przed jakąś lekcją wychowawczą wstała i powiedziała głośno, że docinki i zaczepki stają się nudne i nieciekawe, przestaje się jej to podobać i albo chłopcy przestaną tak się zachowywać, albo poruszy tę sprawę w obecności wychowawczyni. Po tym sprawa się zakończyła.

Nawiasem mówiąc, wtedy chyba nauczyłam się, że jeśli nam coś doskwiera, jeśli coś nam się nie podoba, ktoś sprawia nam przykrość, to trzeba spokojnie o tym tej osobie powiedzieć. Ktoś może nie być świadomy, że nas rani.

Kiedyś moja teściowa będąc z wizytą u nas na obozie skarżyła się, że nie chce by jakaś pani zwracała się do niej „babciu”. Powiedziałam jej – To niech mama jej to powie… I niedługo potem teściowa zadowolona opowiedziała mi : – Kiedy pani Krysia zwróciła się do mnie „Babciu” spojrzałam na nią i stwierdziłam, że chyba nie pamiętam takiej dużej wnuczki. – I pani Krysia przeprosiła, zwracając się- Proszę pani. To taka dygresja….

Ta historia jest wstępem do najgorszej, czarnej plamy na honorze naszej klasy, o której nie mogę zapomnieć… ale o tym w następnym liście. Pozdrawiam E.

Liceum – następny wpis

24.06.2018r

Drogi E…

Zgodnie z zapowiedzią teraz co nieco o koleżankach i kolegach. Jak to zwykle bywa w dużej grupie, z niektórymi ludźmi zna się lepiej, z innymi mniej. Na mój własny użytek wyodrębniłam kategorię ludzi „słońc” – czyli takich, wokół ludzie się gromadzą, chcą ich słuchać, mają autorytet.

Spotykałam ich w życiu całkiem sporo.

Jak już kiedyś pisałam, liczba uczniów w naszej klasie bardzo się zmieniała. Pierwsi wykruszyli się po pół roku, inni po roku, a jeszcze inni po półmetku po drugiej klasie liceum. W trzeciej i czwartej klasie zostały już tylko 23 osoby i tyle zdało egzamin maturalny. Z pozostałych, poza jednym wyjątkiem, wszyscy przenieśli się do klas równoległych i nie stracili roku.

Wszystkich wspominam ciepło, z niektórymi udało się kontaktować także po zakończeniu szkoły – początkowo spotykaliśmy się regularnie co pięć lat w różnym składzie, czasem częściej.

Nie mogłam być na wszystkich spotkaniach ze względu na charakter mojej pracy – weekendy w sezonie miałam wszystkie zajęte, ale co pięć lat w jakimś gronie się spotykaliśmy, później nawet częściej. Wtedy też poznawałam kolegów z innej strony, ale po jakimś czasie stwierdziłam, że charaktery pozostały te same. Czasem zdarzało się, że jakieś stwierdzenie, gest, zachowanie rzucało nowe światło na daną osobę, ale ogólnie mówiąc zostaliśmy generalnie tacy sami jak w czasach licealnych, a koleje życia raczej utwierdzały lub pogłębiały tylko cechy, które w ludziach tkwiły.

17.09

Zaczęłam pisać i przerwałam na długi czas. Sezon letni był dosyć trudny, potem nie umiałam zebrać się w sobie. Trochę mi przeszedł zapał. Znowu zaczęłam oglądać „Grzech Fatmagule”, bo mam nadzieję, że trochę zeszłorocznego entuzjazmu powróci. Staram się nie stracić nic z tego co udało mi się osiągnąć przez ubiegłe dwa lata.

Poza tym staram się uporządkować wspomnienia i przypomnieć dawne lata, by móc jak najlepiej wszystko opisać – no i przekonałam się, jak mało wiemy o innych lub jak mało pozostaje we wspomnieniach. Okruchy pamięci, słowa, wrażenia , po czterech latach wspólnego spędzania czasu na lekcjach, przerwach i wycieczkach tak mało zostało.

Trochę więcej mogę powiedzieć tylko o kilku osobach, a i tak nie wiem, czy to prawdziwi oni, czy tylko moje wrażenie. Prawdą jest to, co usłyszałam z ust Fatmagule, że „wszyscy jesteśmy zamkniętą księgą, a przyjaciele mogą co najwyżej odczytać tytuły niektórych rozdziałów tej księgi,,,”. Poza tym staram się uporządkować wrażenia i wspomnienia, a to wcale nie takie łatwe. No i…usiłuję przypomnieć sobie wszystkie nazwiska kolegów i ciągle mi kogoś brakuje.

W końcu udało mi się przypomnieć wszystkich, którzy zdali maturę i większość tych, którzy odeszli wcześniej do klas równoległych – i Janusza, który jedyny nie uzyskał promocji w drugiej klasie i odszedł do szkoły bliżej miejscowości w której mieszkał.

Niestety, kilka osób już odeszło. To najsmutniejsze okazje do spotkań, ale wiadomości są przekazywane i większość z nas pojawia się tam, tak jak spotykaliśmy się z okazji ślubów wiele lat temu. Nie ma Jurka, Jacka T i Henia, pożegnaliśmy też naszą panią wychowawczynię. Teraz mieszkam dość daleko i niewiele wieści do mnie dociera, ale wspomnienia wracają.

Ciąg dalszy w nowym liście…

Do następnego razu

E.

Liceum raz jeszcze c.d

List 20 10.06.2018

Drogi E.

Teraz ciąg dalszy ględzenia o szkole, bo skoro zaczęłam…
Następnym przedmiotem nauk zapamiętanym była geografia. Może nie ze względu na treści, ale przez to, że uczyła nas jej nasza wychowawczyni, pani Zofia Ł. Przez kilka miesięcy była chora i wtedy mieliśmy zastępstwo z inną panią. Wtedy wypadała geografia Polski, regiony, przemysł, rolnictwo itp. Pani zastępczyni wychodziła z założenia, że nie warto uczyć się tego, co jest, ale jakie są perspektywy rozwoju poszczególnych branż. Wtedy były lata siedemdziesiąte, Polska zgodnie ze sloganami rządzącej partii „rosła w siłę”, a więc perspektywy w każdej dziedzinie i na każdym polu były świetlane… . Ten dział był bardzo łatwy do uczenia. Nasza pani wymagała od nas większej wiedzy, szczególnie znajomość mapy świata – nazwy mórz, wysp, rzek, gór, państw i ich stolic. Patrząc z perspektywy lat, wiedza ta się przydaje, choć nazwy i granice się częściowo pozmieniały. Świat się zmienił, technika, rzeczy codziennego użytku stają się podobne, wręcz często jednakowe, a ludziom tak trudno się porozumieć…
Wracając do geografii – najgorsza do nauki była Afryka – tyle państw i tyle stolic. Kiedyś pani zagięła nas każąc szukać wyspy Formoza, a to był Tajwan. Wtedy mało się zwiedzało, mało kto miał możność wyjechać poza granice kraju, więc uczyło się z ciekawością. Nauka geografii trwała trzy lata. W czwartej klasie kontakty z wychowawczynią mieliśmy tylko na tzw. godzinach wychowawczych, w trakcie których załatwiało się sprawy bieżące, jakieś składki, omawianie wycieczek, oczywiście omawianie zachowania uczniów, szczególnie po większych wybrykach. Kiedyś w ramach eksperymentu sami sobie wystawialiśmy oceny z zachowania /była taka ocena na świadectwie/. Oceniało się nie tylko postawę na lekcjach czy przygotowanie do zajęć, ale dodatkowe punkty dostawało się za tzw. prace społeczne i przynależność do organizacji. Kilka osób zapisało się do organizacji ZMS/związek młodzieży socjalistycznej/ , część należało do ZHP, a kolega Witek w rubryce „przynależność do organizacji” wpisywał PSJ, czyli Polskie Stowarzyszenie Jazzowe… O tych sprawach napiszę może osobno.
W ostatniej , czwartej klasie przekonaliśmy się, jak wiele pani profesor o nas wiedziała, znała nasze środowiska i charaktery. Gdy patrzę na to z perspektywy lat, wydaje mi się, że prowadzenie naszej klasy to było wyzwanie. Klasa jakby elitarna, wielu rodziców zaliczało się do osób znanych, zasłużonych w środowisku. Na początku profesorowie starali się „sprowadzić nas do poziomu”, ale ja nie zauważyłam, by ktoś wynosił się nad innych z powodu rodziców. Byliśmy normalnymi, wesołymi młodymi ludźmi.
I jeszcze kilka przedmiotów nauczania, które zapadły mi w pamięć. W pierwszej klasie mieliśmy do wyboru lekcje plastyki lub lekcje muzyki. Wybrałam plastykę. Było to niewiele godzin i trudno było znaleźć nauczyciela plastyki, więc mieliśmy po kolei trzech. Pierwsza była pani, która starała się nauczyć nas czegoś według programu, omówiła z nami style w sztuce starożytnej, a poza tym rozwijała w nas wyobraźnię plastyczną każąc nam malować np. uczucia, burzę itp. Prowadziła nas też do galerii działających w Katowicach prowokując nas do dyskusji o stylach malarzy, których prace oglądaliśmy. Nawet, gdy już nas nie uczyła chodziliśmy od czasu do czasu do galerii. Było ciekawie, ale krótko. Po niej był pan, artysta plastyk, prowadzący również pracownię metaloplastyki w pobliskim Domu Kultury. Byliśmy tam dwa razy, próbując naszych sił w tej dziedzinie. Pamiętam, że na jego lekcjach szkicowaliśmy postać ludzką. Też uczył nas krótko. Ostatnim nauczycielem był starszy pan, artysta malarz, którego prace czasem były obecne w galerii. Niestety, wtedy uważałam, że nie były nowatorskie i ciekawe – malował portrety w tradycyjnym stylu. Trochę nam opowiedział o artystach baroku, więcej nie zdążył, bo klasę „sprofilowano”, czyli zdecydowano, że nie musimy poświęcać się nauce mniej ważnych przedmiotów na rzecz matematyki i fizyki.
W drugiej albo trzeciej klasie wprowadzono nam eksperymentalnie przedmiot pod długą nazwą ”Przygotowanie do życia w rodzinie socjalistycznej”, którą zmieniliśmy na „Lenin a sex”. Nie było nauczycieli o tej specjalności, więc przedmiot prowadziła pani od polskiego. Na wstępie zapowiedziała, że nie jest specjalistką, więc jeśli zgłosimy zapotrzebowanie na tematykę dotyczącą życia seksualnego to znajdzie kogoś do poprowadzenia takich zajęć. Postanowiła, że będziemy dyskutować o naszych wyobrażeniach życia rodzinnego, typach rodzin, postawach poszczególnych członków rodziny wykorzystując nasze doświadczenia ale i wiedzę wyniesioną z literatury. Były to zupełnie inne czasy, inna obyczajowość i taka tematyka nam odpowiadała. Zresztą i na tych lekcjach, a nie było ich dużo w programie, wywiązywały się burzliwe dyskusje. Zapamiętałam szczególnie jedną, gdy mówiliśmy o naszych wizjach przyszłości. Kolega Tomasz stwierdził, że najpierw studia, kariera naukowa, dopiero, gdy już osiągnie stosowny status pomyśli o małżeństwie i rodzinie. Niektórym nie podobało się takie wyrachowanie, innym tak i dyskusja się rozwinęła nie tylko na lekcji. /Po latach okazało się, że Tomasz zrealizował swoje zamierzenia i plany…/
O „tych innych sprawach” nie mówiło się głośno, nie było takiego dostępu do wiedzy jak obecnie. Zresztą ja byłam wychowywana w rodzinie tradycyjnie katolickiej, a i temperament nie skłaniał mnie do niczego więcej niż marzenia o porozumieniu dusz. Co prawda wtedy do kin wszedł film „Seksolatki”, gdzie próbowano poruszać ten temat – nawet wybraliśmy się na niego w kilkuosobowej grupie- ale nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Nie wiem jak inni, szczególnie chłopcy, odnosili się do tych spraw, chyba szczytem rozpasania było przeczytanie fragmentów „Kochanka Lady Chatterley” (chyba tak brzmiał tytuł) zamieszczonych w czasopiśmie „Literatura na świecie” – dosyć trudno dostępnym. Tak, że ani Lenin, ani sex…
No i ostatnim przedmiotem było oczywiście wychowanie fizyczne, prowadzone przez panią profesor. Nie byłam szczególnie sprawna, ale lubiłam ćwiczyć, lubiłam się zmęczyć i starałam się nie opuszczać tych lekcji. Przez jakiś czas chodziliśmy na zajęcia na basenie kąpielowym, gdzie nie umiejący pływać uczyli się, niestety, ja już umiałam utrzymywać się na wodzie, więc nie pływam stylowo, ale i nie tonę.
Po wielu latach zastanawiam się, co pozostało z wiedzy i doświadczeń życiowych z okresu szkoły średniej. Na pewno coś pozostało, choć w tej chwili trudno powiedzieć jaką część wiedzy zawdzięczam liceum, a jaką pozostałym okresom życia. W każdym razie był to ważny czas, poznawanie świata i ludzi, zdobywanie doświadczeń życiowych.
W następnym liście postaram się napisać coś więcej o koleżankach i kolegach…

Pozdrawiam Ellani.

PS. Przeczytałam ponownie fragmenty o lekcjach szkolnych i przypomniałam sobie o jeszcze dwu przedmiotach nauki i ich nauczycielach. Pierwszym było tzw. wychowanie techniczne, w zamierzchłych czasach / w podstawówce/ zwane pracami ręcznymi. W podstawówce zajęcie te mieliśmy osobno – chłopcy bardziej techniczne, dziewczęta robótki i gotowanie. Jednak chłopcy też mieli elementy gotowania a my prace techniczne – no i w tej dziedzinie często wykazywali się rodzice… W liceum zajęcia były wspólne, przypominam sobie elementy rysunku technicznego, jakieś prace niezbyt ważne, bo dodatkowe dobre oceny można było uzyskać za wpisanie rodziców do Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej /składka roczna 1 zł/, albo szczególnie za przynoszenia materiałów do zajęć. Drugim z przedmiotów było przysposobienie obronne, czyli elementy pierwszej pomocy medycznej, praca z mapą, szkicowanie terenu, strzelanie z KBKS i różne inne ciekawe zajęcia. O ile pamiętam przedmiot rozpoczynał się w drugiej klasie i wtedy uczyła go młoda pani. Dzięki temu drużyna harcerska mogła wypożyczyć sprzęt na manewry techniczno-obronne, biwak, który wymaga osobnego opisu. W następnych klasach uczył nas emerytowany wojskowy, miłośnik szachów, więc na przerwach grał z uczniami. Raz opowiadał o walkach w Bieszczadach w 1947 roku, w których brał udział jako bardzo młody żołnierz. Wtedy w programie kładziono nacisk na zachowanie się w przypadku wybuchu bomby atomowej. Ktoś powiedział, że wtedy trzeba się przykryć białym prześcieradłem i czołgać na cmentarz /to był taki wisielczy żart/. Pan major stwierdził, że nigdy nie należy poddawać się, bo zawsze jeszcze można coś zrobić dla uratowania siebie lub innych, a najgorsze jest nicnierobienie i poddanie się bez walki. Chyba miał rację. To tyle E.

Liceum c,d

List 18 30.05.2018

Miły E.

Znów staram się powrócić do czasów szkoły średniej. Teraz pokrótce o reszcie przedmiotów nauczania i nauczycielach.

Wspomniałam już kiedyś o historii i profesorze X. Historia w szkole podstawowej od czasu przeczytania „Pana Wołodyjowskiego” należała do moich ulubionych przedmiotów. Czytałam dużo powieści i opowiadań historycznych i starałam się porównać z wiedzą naukową – co jest fikcją literacką, a co prawdą. W liceum profesor był bardzo surowy, „starej daty”. Na początku lekcji odpytywał z poprzednich tematów, czasem ironicznie komentując niewiedzę uczniów. Teraz już nie wiem dlaczego, ale ogromnie się go bałam. Pewnego razu po wywołaniu do tablicy i odpytywaniu dostałam trójkę. Było to na początku pierwszej klasy i nie byłam przyzwyczajona i uodporniona na takie oceny. Poza tym, niestety, gdzieś w głębi byłam bardzo wrażliwa i często łzy same, wbrew mojej woli ukazywały się w oczach. Tak też stało się wtedy. Trochę mi to pomogło w następnym czasie, bo często zdarzało się, że po odpytaniu jakiegoś ucznia profesor zwracał się do klasy – ”Czy ktoś chciałby coś dodać?” . Można się było zgłosić i odpowiedzieć z ławki. Po wszystkim profesor oznajmiał, jakie stopnie zapisze również tym, którzy uzupełnili odpowiedź. Starałam się zgłaszać do tych odpowiedzi i chyba już nigdy więcej nie byłam wywoływana do tablicy… Profesor zyskał nasze uznanie, gdy kiedyś przed klasówką z języka polskiego starosta klasy odważył się poprosić go o zrezygnowanie z odpytywania w tym dniu, Profesor zapytał o powód i zakres materiału z polskiego. Były to utwory Mickiewicza -Ballady i romanse, Oda do młodości itp. Zaczął nas odpytywać z polskiego poprawiając z pamięci teksty utworów. Miał ogromną wiedzę i pamięć O tym jak bardzo jestem zestresowana przekonałam się na pierwszej lekcji historii w klasie trzeciej. Po dzwonku poczułam jak cała drżę, czułam każdy nerw w ciele … a tu do klasy weszła pani, zamiast profesora. W trzeciej i czwartej klasie historię wykładała pani, która przygotowała nas do matury – tych, co historię wybrali jako przedmiot egzaminacyjny, w tym mnie, z dobrym skutkiem.

Następnym przedmiotem, który zapisał się w mojej pamięci jest chemia. W pierwszej klasie było bardzo trudno zdobyć podręczniki do wszystkich zajęć. Nie znałam nikogo z klas wyższych, a nowych podręczników było zbyt mało. Starałam się uważać na lekcjach, ale trzeba było rozszerzyć materiał i zrobić zadania. Nie zawsze się to udawało, czasem pożyczałam książkę od kolegów tuż przed lekcjami. Pewnego razu tramwaj się spóźnił i nie zdążyłam. Chemia była na pierwszej lekcji i zostałam wywołana do odpowiedzi. To była pierwsza ocena niedostateczna w liceum i szok. Straciłam serce do chemii. Za to, kiedy pod koniec pierwszej klasy starosta /czyli szef samorządu klasowego/ dzielił podręczniki do klasy następnej i stwierdził „Pierwszy podręcznik do chemii dla Ewy” poczułam się w swojej klasie na właściwym miejscu.

Następnym zapamiętanym przeze mnie przedmiotem nauczania była biologia.

Jedna z pierwszych lekcji, które zapamiętałam do końca życia: Pani profesor postanowiła zrobić powtórkę materiału ze szkoły podstawowej.

„-Powiedzcie mi, jakie są elementy budowy komórki? – Widza programowa podstawówki była bardzo ograniczona. – Ktoś się zgłosił.- Komórka składa się z jądra, plazmy i błony komórkowej.- Z czego jeszcze? … no, kto wie? – Cisza. No, aparat…cisza,,, Golgiego. – Proszę, co jeszcze? – To przecież łatwe… Pani zaczęła cedzić Re..? Reti .. cisza. – Retikulum endoplazmatyczne!

Do dziś dokładnie nie wiem, co to takiego, ale nazwę zapamiętam do końca życia… Jak wielu profesorów, pani od biologii również uważała, że jej przedmiot jest najważniejszy i to co obejmuje program książkowy to za mało. Powinniśmy byli rozszerzać naszą wiedzę korzystając z podręczników akademickich. Gdy w czwartej klasie pani zapytała na jakie kierunki chcemy zdawać na studia, kolega Jasiu nie przyznał się, że wybiera medycynę, bo był świadomy, że wtedy cała klasa musiałaby „przechlapane”, a on nie miałby łatwego życia ani na biologii , ani wśród kolegów. Zresztą zdał na medycynę mimo to i został lekarzem. Podobnym przedmiotem była higiena, ale tylko w jednej klasie i godzina tygodniowo, więc nie odcisnęła się w mej pamięci niczym szczególnym. Trochę dużo się rozpisałam, więc ciąg dalszy w następnym liście…

Pozdrawiam Ellani.

List 16 Lata w liceum c.d.

23 05.2018 list 16

Drogi E.

Skoro zaczęłam, to dalej będę cię zanudzać wspomnieniami szkolnymi. Zresztą i tak nie ma najmniejszej szansy, że to przeczytasz, ale łatwiej mi pisać myśląc o kimś konkretnym.

Jednym z najważniejszych przedmiotów szkolnych był oczywiście język polski. Przez cały okres nauki w liceum wykładała nam ten język bardzo dystyngowana, elegancka pani, świetna polonistka, pani Teresa. Poznawaliśmy literaturę polską w ujęciu historycznym. Najpierw był wykład o danej epoce historycznej, wydarzeniach w Polsce i na świecie i ich odzwierciedlenie w literaturze, a później omawialiśmy dosyć szczegółowo utwory określone w programie. Pani profesor wymagała znajomości utworów i odnalezienia cytatów odpowiednio do tematu zadania. W pierwszej klasie musieliśmy nauczyć się tego sposobu przygotowania do lekcji. Ponieważ, jak o tym wspominałam, mieliśmy bardzo dużo zajęć, nie zawsze wszyscy przygotowywaliśmy się należycie. Pewnego pamiętnego dnia lekcja rozpoczęła się od odpytania wiadomości z poprzednich lekcji i sprawdzeniu stopnia przygotowania do następnych zajęć. Okazało się, że mało kto był przygotowany, pierwsze trzy osoby wyrwane do odpowiedzi wylądowały z ocenami niedostatecznymi. Pogrom zaowocował przeróbką pieśni Kochanowskiego dokonaną przez Krzysia. Przepisałam utwór na gazetkę klasową i zapamiętałam:

Nader niezasłużoną dwóją obdarzony
polecę precz z liceum na dwoje złożony
w ukłonie. Nie chcąc więcej przebywać na ziemi
powieszę się przed szkołą, ponieważ innemi
szkoły wzgardzę i mną tam pogardzą nawzajem
więc czym bym, z praw wyzuty, miał zostać: lokajem?
A zatem przez was umrę, przez was mnie czarnymi
Styks niewesoła zamknie odnogami swymi.
Już mi sznura chropawa skórę z szyi zetrze
będę jak stara szmata powiewał na wietrze.
Długim do szubienicy sznurem przywiązany
nie odwiedzę tez ziemi, gdzie żyły Trojany
O mnie Moskwa się dowie i świat się oburzy,
że tak wiszę miotany wichrem podczas burzy.
O mnie będą pamiętać dzieci oraz wnuki
mówiąc „był u nas w rodzie męczennik nauki”.
Niech na moim pogrzebie żadne narzekanie,
żaden lament nie będzie, ani uskarżanie.
Niech na grobie napiszą dla sromu wiecznego
że przyczyną mej śmierci był stopień z polskiego…”

Piszę to z pamięci, więc może pomyliłam wersy. W tych czasach były tylko cztery oceny szkolne, a najniższa była dwója, czyli niedostateczny.

Poza tym wypadkiem nasza współpraca z panią profesor była owocna. Zdarzało się, że po dziełach literackich głębiej opracowywanych zaczynaliśmy mówić ich tekstami – na przykład wstawał przewodniczący samorządu klasowego i zaczynał „Ja wójt to wama mówię… (Chłopi) , „kto mnie wołał, czego chciał” itp. Dużo czytałam już wcześniej, więc lekcje uczyły mnie dostrzegania w tekście nie tylko fabuły, ale piękna języka, stylu danego autora i problemów poruszanych w dziele.

Przedmiot lubiliśmy o tyle, że wolne lekcje /okienka/ spowodowane np. chorobą lub wyjazdem nauczyciela spędzaliśmy w czytelni szkolnej biblioteki. Pani bibliotekarka przyzwyczaiła się i witała nas -”O, znowu klasa „uniwersytecka” ma okienko?

Kiedyś czytelnia po południu była niedostępna, bo odbywały się w niej zajęcia dodatkowe z języka polskiego, tak zwane kółko polonistyczne, dla klasy czwartej, czyli maturalnej – a my byliśmy wtedy w pierwszej. Kiedy doszliśmy już do czwartej, dowiedzieliśmy się, że w tym roku kółko polonistyczne będzie dla klas pierwszych. Zaprotestowaliśmy i pani profesor stwierdziła, że jeśli będzie chętnych 15 osób, to będzie z nami pracować. Pamiętam, że zapoznawaliśmy się z poezją Rafała Wojaczka, ale nie byłam nią zachwycona. Kiedyś wcześniej przygotowaliśmy wieczór poezji K.K. Baczyńskiego – jego poezja mnie urzekła, szkoda, że zginął tak młodo. Wspólnie dotrwaliśmy do matury i pisemnego egzaminu, który był obowiązkowy dla wszystkich.

W następnym liście ciąg dalszy… Pozdrawiam

Ellani

Opowiadanie Kot

Kot

 

Opowiadanie  zainspirowane opowiadaniami Engina Akyurek.
Jest w nim trochę analogii do jego opowiadań, niego samego i jego życia.
————————————————————————–
Nie znałam tego miasta. Wzięłam tydzień urlopu, by rozejrzeć się w nowym miejscu i znaleźć mieszkanie na ten czas, na który zostałam oddelegowana z pracy. Podpisałam umowę i wracałam do hotelu okrężną drogą, by poznać miejscowość i zapełnić czas do wieczora. Nigdzie mi się nie spieszyło więc gdy zobaczyłam plakat „Wystawa kotów rasowych” postanowiłam wstąpić.
Nigdy nie przepadałam za kotami, po prostu były gdzieś tam, obok. We wspomnieniach zachowałam jedynie Mruczka, kota mej babci, zwykłego dachowca, akrobatę, który potrafił zerwać kiełbasę suszącą się na sznurze do bielizny i z którym bawiliśmy się ciągając papierek po cukierku na nitce. W wielkim, przemysłowym mieście kotów nie było zbyt dużo.
Teraz ze zdumieniem podziwiałam zwierzęta, o jakich mi się nie śniło – całkiem gołe wymoczki ze zbyt dużymi oczami i uszami, puchate kulki siedzące spokojnie na poduszkach na podobieństwo posążków Buddy, pręgowane tygrysy w różnych odcieniach brązów, beżów i szarości, krótkowłose stworzenia w łatkach wszelkich kolorów. Jedne z ciekawością obserwowały przechodzących ludzi, inne niespokojnie krążyły w klatkach, jeszcze inne obojętnie wylegiwały się mrużąc oczy lub wręcz śpiąc. W pewnym momencie poczułam się niespokojna – tak jakbym wyczuła, że ktoś uważnie mi się przygląda.
To był on. Biały duży kocur spoglądał na mnie jednym bursztynowym okiem. Wyglądało to tak, jakby mrugał do mnie i zachęcał do bliższej znajomości. Kiedy podchodziłam zamruczał i przeciągnął się tak, bym mogła obejrzeć go z najlepszej strony. Już miałam wyciągnąć rękę, gdy powstrzymał mnie stanowczy głos – Proszę nie głaskać!- Wysoka, ciemnowłosa kobieta dodała – Olbrzym tego nie lubi. – Ach, więc ma na imię Olbrzym? To piękny kot. – Kobieta nie wykazywała ochoty na dalszą rozmowę. Odeszłam i z daleka spojrzałam na kota. Teraz zauważyłam, że między uszami miał dwie brązowe plamki i takiego samego koloru pręgi na ogonie. Odwrócił łeb i spojrzał na mnie. Dopiero teraz zauważyłam jego dziwne oczy – jedno było bursztynowe a drugie niebieskie. Ten wzrok mnie zaczarował. Poczułam, że muszę zajrzeć w te oczy z bliska. Kręciłam się po wystawie udając, że interesują mnie inne okazy, ale stale spoglądałam w kierunku tego jednego. On zaś leżał spokojnie w wystudiowanej pozie, pięknie się prezentując, jakby był świadomy, że jest tu po to, by wzbudzać zachwyt. Przyciągał wzrok, ale zachowywał dystans i okazywał zainteresowanie otoczeniem tylko na tyle, by nie wydawać się niedostępnym.
Wróciłam do domu. Mieszkanie mieściło się w starej kamienicy, blisko centrum i mojej pracy. Było częścią dużego mieszkania, podzielonego na dwa ze wspólnym przedpokojem. Przed sąsiednim mieszkaniem stała maleńka garderoba z wieszakiem i półeczką z jedną parą kapci. Chyba nie miałam zbyt wielu sąsiadów. Właśnie rozpakowywałam rzeczy gdy usłyszałam trzask drzwi, szuranie i damski głos
– Nareszcie w domu. Podobało ci się? Ja jestem wykończona. – Jeszcze trzask drugich drzwi i przedpokój był pusty.
-A więc mieszka tam więcej niż jedna osoba – pomyślałam. – Ciekawe, kto to?
Nazajutrz wracając z pracy kupiłam kawałek ciasta. Za drzwiami sąsiadów usłyszałam radio. Byli w domu.
– Dzień dobry. Jestem nową sąsiadką. Chciałam się przedstawić. –
Z zaskoczeniem odkryłam, że osobą, która otworzyła drzwi była właścicielka białego kota. Spojrzała na mnie z zaskoczeniem niezbyt przyjaźnie .
– Może dałaby się pani zaprosić na kawę…
W tej chwili biały kot otarł się o moje nogi. Uśmiechnęłam się do niego, ale nie poruszyłam ręką.
– Przecież on nie lubi głaskania.
Kobieta spojrzała uważniej. – Aha, była pani wczoraj na wystawie?
– Tak, zafascynował mnie ten kot, ale nigdy nie przypuszczałam, że możemy zostać sąsiadami.
– Och, on lubi być podziwiany, ale raczej z daleka. Rzadko zbliża się do kogoś. Widocznie trochę panią polubił. Mam chwileczkę, może pani wstąpi do mnie, bo chyba się jeszcze pani nie urządziła.
Weszłam do dużego pokoju. Było to skrzyżowanie salonu i holu, bo oprócz drzwi wejściowych były jeszcze uchylone drzwi po jednej stronie prowadzące chyba do sypialni, drzwi do łazienki i rama bez drzwi, za którą urządzono maleńką kuchenkę. Przy ścianach stały regały różnej wysokości, wśród nich mebel dla kota – z półeczkami, drapakami i legowiskiem na samej górze. Na niektórych regałach też były rozłożone poduszki. Prawie cały pokój, poza biurkiem z komputerem, był przeznaczony dla kota. Nawet kanapa i dwa fotele pokryte były narzutami trudnymi do podrapania, ale łatwymi do prania. Z legowiska spoglądał na mnie ON. Przybrał piękną pozę i wpatrywał się we mnie jakby mrużąc niebieskie oko, tak, by oko bursztynowe wysyłało do mnie ciepło i przyjaźń.
– Rodzice dali mi bardzo staroświeckie imię, Melania. Nie przepadam za nim, ale możesz mówić mi Mel. – Faktycznie, Mel bardzo do niej pasowało. – Skoro mamy mieszkać tak blisko powinnyśmy się lepiej poznać. Skąd się tu wzięłaś? – spytała.
– Przyjechałam tu tylko na kilka miesięcy. Firma oddelegowała mnie do tutejszego oddziału. – opowiedziałam skąd pochodzę, trochę o pracy, ale ciągle spoglądałam w stronę Olbrzyma. Mel zauważyła moje zainteresowanie.
– Podoba ci się mój kot? Pewnie, potrafi się podobać. I czasem potrafi być całkiem miły dla obcych, choć woli trzymać dystans. Mamy tylko siebie nawzajem.
– Wczoraj słyszałam głosy, myślałam, że mieszka tu ktoś jeszcze.
– Mam zwyczaj mówić do kota, czasem wydaje mi się, że mnie rozumie, zresztą tyle lat jesteśmy razem…
Olbrzym, jakby rozumiejąc, że o nim mowa, zeskoczył z półki i podszedł do nas, Spoglądając na swoją panią podszedł do mnie i trącił łebkiem moją rękę, jakby chciał by go pogłaskać.
– O przymila się do ciebie. Możesz go pogłaskać po łebku i podrapać za uszami. Bardzo to lubi. – Poczułam się dumna z wyróżnienia, szczęśliwa tak, jak dawno już mi się nie zdarzyło.
Od tamtej chwili ogarnęła mnie obsesja. Nie, nie chciałam odebrać go Mel, ale chciałam patrzeć na niego, czuć się choć trochę ważna dla niego, zaprzyjaźnić się z nim. Posunęłam się do tego, że wybrałam się do sklepu dla zwierząt i kupiłam kocie przysmaki. Nie chciałam zawieść zaufania Mel, więc pokazałam jej torebkę i zapytałam, czy można to dać Olbrzymowi.
– Możesz mu dawać, ale nie więcej niż osiem sztuk dziennie. I nie daj się naciągnąć na więcej, Olbrzym świetnie potrafi manipulować ludźmi…
Od tej pory częściej się spotykałyśmy, rozmawiając na różne tematy. Otwierałyśmy wtedy drzwi , tak aby kot mógł wędrować między mieszkaniami. Początkowo obchodził moje mieszkanie przeprowadzając swoiste „rozpoznanie”, oswajając się z nowym miejscem, potem przychodził i kładł się na krześle od komputera lub kanapie albo fotelu i zasypiał. Budził się czasem, podchodził do mnie domagając się pieszczot, wiedział chyba, że nagrodzę go przysmakiem. Mel przyglądała się temu z zaciekawieniem i uwagą.
Mel pracowała o różnych porach dnia, a nawet nocy. Często po telefonie wychodziła w pośpiechu. Ciekawa byłam czym się zajmuje, ale nie wypadało mi wypytywać.
Pewnego dnia wracając z pracy ze zdziwieniem zobaczyłam Olbrzyma stojącego przed drzwiami naszej kamienicy. Okno mieszkania Mel było otwarte. Był to wysoki parter, więc nikt z ulicy nie mógł tam wejść, ale widocznie kot wyskoczył lub wypadł. Otworzyłam drzwi do wspólnego przedpokoju i zadzwoniłam do Mel. Nikt nie odpowiadał, widocznie nie było jej w domu. Zostawiłam uchylone drzwi do mojego mieszkania, by Mel po przyjściu nie martwiła się nie znalazłszy kota w mieszkaniu. Olbrzym jak zwykle zaczął się przymilać, ocierać łebkiem i trącać mnie domagając się przysmaków. Dostał kilka, ale nie ustawał. Był tego dnia wyjątkowo uparty. Przymilał się, mruczał wymownie, spoglądał na mnie z oczekiwaniem i prośbą. Starałam się być nieustępliwa i tłumaczyłam mu: – Przecież dostałeś już dość, twoja pani twierdzi, że więcej może ci zaszkodzić, a ja jej wierzę. Nie proś już.- Kot spojrzała na mnie ze złością. Posunął się do tego, że wysunął pazury, czego nigdy nie robił w obecności Mel. Odwrócił się obrażony i powędrował na krzesło od komputera. Stuknęły drzwi i weszła Mel. – Słyszałam, co mówiłaś do Olbrzyma. Widzę, że jest obrażony. Pokazał pazurki? – Spojrzałam porozumiewawczo na kota. – Nie, po prostu odszedł…
Od tego czasu Mel obdarzyła mnie większym zaufaniem. Pokazała mi nawet, jak trzeba dbać o kota, obcinać mu pazurki, wyczesywać sierść, co było ważne, bo nadchodziła wiosna i kot zmieniał futro. Zaprosiła mnie również na następną wystawę kotów. Okazało się, że Mel jest sędzią konkursowym, a Olbrzym już nie startuje w konkurencji, jest tylko kotem wystawowym. Miałam zająć się Olbrzymem podczas nieobecności Mel, czyli chronić go przed nadmiernymi pieszczotami ze strony widzów. Było to trudne zadanie, bo kot zdawał sobie sprawę, że jest przedmiotem podziwu i zachwytu. Przeciągał się w najwdzięczniejszych pozach, czarował cichym pomrukiwaniem, mrużył oczy przyciągając uwagę zwiedzających. Czasem pozwalałam ludziom na pogłaskać podopiecznego, szczególnie jeśli widziałam, że kot jest na to gotowy. No i pilnie uważałam, by nic nie dawano mu do jedzenia. Chyba dobrze wywiązałam się z zadania. Od tego czasu gdy tylko byłam w domu, a Mel miała inne zajęcia Olbrzym przebywał u mnie.
Po jakimś czasie zauważyłam, że mój stosunek do Olbrzyma ulega zmianie. Pierwsza fascynacja i bezkrytyczny zachwyt mijały, poznawałam go coraz lepiej i coś zaczynało mnie niepokoić. Nie wiedziałam co. Było w nim coś znajomego, ale i coś dalekiego, niezrozumiałego.
Zrobiło się ciepło, słońce wysyłało wiosenne promienie, nadszedł czas wiosennych porządków. Nie najłatwiejszym zdaniem było umycie wysokich okien, typowych dla starej kamienicy. Przygotowałam duża miednice z wodą, odwróciłam się, by otworzyć okno i kątem oka zauważyłam jak Olbrzym daje pięknego susa do wody. Zdziwienie, że kot wskakuje do wody ustąpiło przed nagłym olśnieniem… Już wiedziałam, kogo przypomina mi Olbrzym. Ujrzałam mojego Prawie Byłego wskakującego do basenu. Porównanie było tak natrętne, że nie mogłam się otrząsnąć z szoku. Od tej pory bardzo podejrzliwie analizowałam zachowanie Olbrzyma. Poczułam się jakby mną sterował. To on decydował, kiedy chce pieszczot i pozwalał się dotykać tylko wtedy, gdy sam miał na to ochotę. Kiedy miałam pracować przy komputerze rozciągał się na stojącym przy nim krześle. Pozwalał się adorować, ale na mnie zwracał uwagę tylko wtedy, gdy czegoś chciał. Kiedy coś było nie po jego myśli mrużył bursztynowe oko, a niebieskie przeszywało człowieka na wylot.
Myśli kłębiły się tak mocno w mojej głowie, że musiałam o tym komuś opowiedzieć. Właśnie wróciła Mel. Od razu zauważyła moje wzburzenie. Opowiedziałam, że kot wskoczył do wody i nie wiem, co się stanie z jego futerkiem. Roześmiała się tylko – Te typy tak mają, to chyba jedyne koty, które uwielbiają wodę. Ale – dodała – to chyba tak cię nie wyprowadziło z równowagi. Musi być coś więcej…
Dotychczas nie zwierzałyśmy się sobie, nie opowiadałyśmy o swojej przeszłości czy sprawach osobistych. Wtedy musiałam…Mel była na tyle i bliska, że mogła mnie zrozumieć i na tyle daleka, że nie przejęłaby się aż tak bardzo, by musieć zrobić coś więcej poza wysłuchaniem mnie. Opowiedziałam jej o moim Prawie Byłym.-
– Olbrzym uświadomił mi, dlaczego tak łatwo zdecydowałam się na kilkumiesięczny wyjazd. Musiałam przemyśleć, czy zostać, czy odejść. Z początku, jak we wszystkich związkach było wspaniale. Czułam się tak, jakbym nie chodziła po ziemi, ale unosiła się w powietrzu. Mój chłopak był czuły, uważający, mówił, że kocha. Kiedy wprowadziłam się do niego było cudownie. Chodziliśmy do kina i teatru, czasem kiedy zostawaliśmy w domu gotowałam jego ulubione potrawy, urządzaliśmy się. Z biegiem czasu jego zainteresowanie wspólnymi sprawami malało, oddalaliśmy się. Był miły kiedy czegoś potrzebował, czegoś chciał ode mnie . Coraz mniej czasu spędzaliśmy wspólnie. Nawet prezenty nas oddalały. Kiedyś wspólnie zmywaliśmy po posiłkach … do czasu, aż kupił zmywarkę. Potem mówił – tam nie ma pracy dla dwojga.
Czułam się wspaniale, gdy zdobył dla mnie najnowszą powieść mojej ulubionej autorki, a on powiedział – Muszę wyjść, więc nie będziesz się nudzić beze mnie. Przy posiłkach na stole lądował smartfon, a on znikał duchem w wirtualnej przestrzeni. Wtedy tego nie zauważałam, ale czułam, że coś się zmieniło. Starałam się być jak najlepszą gospodynią, by miał wszystko na czas, dobrą kochanką, a on łaskawie wszystko przyjmował w zamian za drobną monetę czułości.
Dopiero teraz widzę to w całej rozciągłości. Najbardziej wkurza mnie to, że podziwiałam go jaki jest mądry, a on nigdy nie chciał zrozumieć nic więcej niż to, co wiedział, albo raczej, co wydawało mu się , że wie. Nigdy nie zapytał – Dlaczego?
Mówiłam: Jestem smutna, – a on: Nie masz powodu, jestem tutaj:
Mówiłam: Źle się czuję – a on: To zażyj tabletkę.
Zapytałam: Dlaczego odeszła twoja była? A on: Nie doceniała mnie, chciała, to odeszła
A dla mnie „dlaczego?” jest jednym z najważniejszych słów. Kto pyta „dlaczego?”usiłuje zrozumieć drugiego, może nawet postawić się na jego miejscu. I teraz pytam –
– Dlaczego on taki jest?
Mel uśmiechnęła się, w jej odpowiedzi zabrzmiała nutka goryczy.
– Bo taka jest jego kocia natura. To człowiek -kot. Jeżeli pokochasz go jako kota, to musisz się pogodzić z jego naturą… To twoja decyzja, on ci jej nie ułatwi.
Zastanowiłam się. -Dlaczego wobec tego tak mnie to denerwuje u mojego Prawie Byłego, a nie denerwuje mnie u Olbrzyma. Lubię go i świadomie pozwalam się mu wykorzystywać-
– Bo jest kotem, poznałaś go jako kota i nie oczekujesz od niego, że będzie kimś innym. Ja też nie łudzę się, że będę czymś więcej dla Olbrzyma. Łączy nas wspólnota interesów. Mówią, że człowiek nie ma kota, ale kot ma człowieka. My mamy siebie nawzajem. Ja dbam o niego, a on poniekąd pomaga mi w pracy. Jestem behawiorystką zwierząt i często muszę rozwiązywać konflikty właścicieli i ich pupili. Czasem zdarza się też, że muszę uspokoić tygrysa w zoo…
Ta rozmowa pozwoliła mi podjąć decyzję. Byłam gotowa do powrotu, a był już najwyższy czas, bo kończył się okres mojej delegacji.
Przy najbliższym spotkaniu przy herbatce powiedziałam o tym Mel.
– Zlikwidowałam słówko „Prawie”. Jest już tylko „Były”. Jeśli mam być z kotem, to wolę prawdziwego kota, futrzastego, takiego, o którym będę wiedziała że jest kotem i nikim innym. A do wspólnego życia potrzebuję człowieka o człowieczym charakterze, nie kocim, ani nie psim, ani żadnym innym. – Mel znowu dziwnie się uśmiechnęła – Czeka cię trudne zadanie…
Olbrzym wskoczył na kanapę i podstawił łebek do pieszczot. Może zrozumiał, że niedługo wyjadę?
Spojrzałam na niego uważnie
– A właściwie jakiej on jest rasy? Zawsze zapomnę o to spytać.
– To rzadka u nas rasa – turecki van. Olbrzym ma swoje tureckie imię – Engin. Te koty znane są z zamiłowania do wody.
– Zapraszam cię jeszcze jutro na pożegnalną kawę. – powiedziała Mel. – Pewnie będziesz już spakowana, więc spotkajmy się u mnie.
Kiedyś udało mi się zrobić całkiem udane zdjęcie Olbrzyma z Mel. Zamówiłam dwie odbitki kazałam je oprawić w ładne ramki. Kupiłam też torebkę kocich przysmaków i z prezentami zadzwoniłam do drzwi Mel. Wręczyłam jej je i zasiadłyśmy do stolika. Olbrzym z obrażoną miną spał na najwyższej półce. Rozmawiałyśmy o wszystkim, wspominając wspólne wydarzenia, śmiejąc się i żartując. Kot nie poruszył się ani przez moment. W końcu Mel wręczyła mi torebkę ze słowami: – Mam dla ciebie też mały prezent. Życzę powodzenia. W torebce znajdowała się dosyć gruba świeca z nałożonym na nią napisem „Hominem quaero”…
Żegnając się podeszłam bliżej do kota za słowami: – Żegnaj Olbrzymie! Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, ale nigdy cię nie zapomnę…Jestem ci bardzo wdzięczna…
W tym momencie kot podniósł się i coś mruknął. Nie wierzę… W jego oczach, pozie i głosie zobaczyłam i usłyszałam pytanie – Dlaczego???

Liceum cd 2

List 15

Witaj, E!

Dziś ciąg dalszy o latach spędzonych w liceum.

Najważniejszymi przedmiotami były oczywiście matematyka i fizyka. O ile pamiętam, matematyki mieliśmy6 godzin lekcyjnych, a fizyki 5 w pierwszej klasie. Nie uczyli nas profesorowie licealni, lecz asystenci uniwersyteccy, do których zwracaliśmy się: – Pani magister, panie magistrze. Początkowo matematyki uczyły nas dwie panie. Mieliśmy szczęście, bo jedna z nich, pani Urszula, ukończyła liceum pedagogiczne przed studiami matematycznymi, miała praktyki w szkołach i świetnie, ze stoickim spokojem tolerowała albo pacyfikowała wybryki uczniów. No i wykładała dosyć jasno i w sposób dostosowany do możliwości średnich uczniów. Wytrwała z nami do końca szkoły, za co należałby się jej medal.

Druga z pań uczyła nas tylko przez pierwszy rok i nie zdążyliśmy jej tak dobrze poznać. W drugiej klasie naszym drugim nauczycielem został pan, wtedy już z tytułem doktora, Roman. Chyba na wniosek fizyków w programie znalazła się wcześniej analiza matematyczna. Ciągi, szeregi itp. wszystko zrobione było dosyć pobieżnie, przy czym znalazło się wiele twierdzeń, które trzeba było poznać i przyjąć. Przez dłuższy czas lekcje wyglądały jak studia – tezy, twierdzenia i dowody twierdzeń. Oczywiście tak w tej chwili to widzę, bo czasy odległe…

Taki sposób prowadzenia lekcji był „strawialny” tylko dla niewielu, zaawansowanych w matematyce uczniów. Większa część klasy była zmęczona i zagubiona. W tej chwili myślę, że choć z pamięci uleciały twierdzenia, /nie mówiąc o dowodach…/ pozostał podziw dla logiki matematyki, wiedza, że aby czegoś dowieść potrzebne są właściwe założenia i znajomość ograniczeń, czyli określenie dziedziny i przeciwdziedziny funkcji – skąd idę i dokąd chcę zajść.

Po zebraniach rodziców, dyskusjach i zakończeniu tej części programu w trzeciej klasie sytuacja zmieniła się. Następne rozdziały matematyki były bardziej przyswajalne, pan Roman był rzeczywiście wspaniałym matematykiem i chyba zdobył też pewne doświadczenie w nauczaniu młodszych niż studenci, a my trochę podrośliśmy. Wspólnie dotrwaliśmy do końca szkoły, ale i tak najbardziej lubiłam dygresje profesora na przykład jak wypełnia kupony totolotka / przy okazji rachunku prawdopodobieństwa/, mowy „umoralniające / po niektórych wydarzeniach/, wspólne śpiewanie na wycieczkach szkolnych ( o wycieczkach trzeba by napisać chyba kilka osobnych listów) opowiadanie o „Księdze szkockiej” itp. Pozostaje w mej pamięci jako jeden z ulubionych i szanowanych nauczycieli.

Teraz o fizyce…

Program fizyki był naprawdę eksperymentalny i jak dla mnie, nie był to eksperyment udany. Przyjęto założenie, by rozpocząć nauczanie od najmniejszych elementów budowy wszechświata i przechodzić do większych /w ostatniej klasie była astronomia/. Pamiętam pierwsze zadanie domowe z fizyki. Opowiedziano nam o doświadczeniu Thomsona /jakieś cząsteczki gdzieś sobie biegły w urządzeniu, podane były jakieś dane i zadanie brzmiało : obliczyć e do m. W danych nie było żadnego e ani m, o reszcie miałam nie tylko ja blade pojęcie. Zadanie rozwiązał chyba tylko jeden Witold, jak w obliczeniach podał słowa „arcus tangens” wszyscy zaprotestowali, bo tego nie znaliśmy. Do tego uczyło nas czworo nauczycieli – asystentów uniwersyteckich. Często narzekali, że nie posiadamy odpowiedniego aparatu matematycznego by wykonać odpowiednie obliczenia. Teraz sądzę, że powinno się raczej uczyć w kolejności „historycznej”, tak jak ludzkość poznawała zjawiska fizyczne. W biologi istnieje określenie, niestety zapomniałam terminu, że człowiek przechodzi w rozwoju zarodkowym wszystkie etapy rozwojowe istot żywych – od jednokomórkowców. Tak samo chyba wszystko na świecie ma swoją kolejność i czas…

Pewnego razu, chyba w trzeciej klasie pan magister spytał Henia – „Czy ciebie w ogóle interesuje co mówię?” – na to Henio -”nic a nic…” Mina pana magistra zwiastowała burzę. Na szczęście wstał Rysio, jeden z lepszych fizyków, i rzekł – „proszę też nie pytać, kiedy ostatnio miałem w ręce książkę do historii…” Chyba na skutek takich zdarzeń w ostatniej klasie podzielono nas na grupy „fizyków” i „humanistów” , i tak jako humanistka dotrwałam do końca szkoły.

W ramach fizyki też mieliśmy zajęcia z programowania maszyn cyfrowych. Była to całkiem nowa dziedzina, To dzisiaj trudne do wyobrażenia, ale Uniwersytet dysponował jedną maszyną nowej generacji / typ ODRA 1304/ która z oprzyrządowaniem zajmowała całe ostatnie piętro nowego budynku. Maszynę oglądaliśmy przez szybę, dane podawało się za pomocą papierowej taśmy dziurkowanej. Dziurkarki były w osobnym pokoju. Budynek nie był jeszcze wykończony, do użytku oddano tylko część pomieszczeń. Pewnego razu koledzy odkryli, że przez małe okienko można wyjść na dach. W czasie przerw wychodzili/śmy- też raz czy dwa tam byłam/ na dach. Ktoś odkrył, że po dziurkowaniu taśm zostaje dużo drobniutkich kółeczek koloru taśm – różowych i niebieskich. Konfetti świetnie sypało się z dachu szóstego piętra…do czasu, aż ktoś z przechodniów zauważył młodzież biegającą po dachu.

Z lekcji fizyki najbardziej podobały mi się wizyty na uniwersytecie w pracowniach, gdzie przeprowadzaliśmy doświadczenia takie same, jak studenci. Potem niestety trzeba było zapisać dane i wykonać odpowiednie obliczenia. Były to czasy, gdy nie było jeszcze kalkulatorów powszechnie dostępnych, o dostępie do obliczeń komputerowych nie mówiąc. Obliczenia były skomplikowane i długie, a na zakończenie otrzymywało się wynik określający m,in. błąd pomiaru. Teraz już mogę się chyba przyznać, że wkrótce ułatwiałyśmy sobie pracę. Po wykonaniu kilku obliczeń zakładałyśmy wielkość błędu i dopasowałyśmy dane końcowe tak, aby taką wielkość uzyskać, pomijając pośrednie obliczenia. Zaoszczędziło nam to dużo czasu, a naszych rachunków i tak nikt nie był w stanie sprawdzić. Zajęcia w pracowniach zajmowały cztery godziny lekcyjne , a potem trzeba było wrócić do szkoły na następne lekcje. Dosyć często zdarzało nam się spóźniać, a niestety następną lekcją był…

Język angielski.

Liceum do którego uczęszczaliśmy nosiło imię pierwszego prezydenta Niemieckiej Republiki Demokratycznej, komunisty Wilhelma Piecka i jako jedyne w województwie prowadziło naukę języka niemieckiego. Nasza klasa jako jedyna w programie miała naukę angielskiego – motywowano to tym, że większość prac naukowych z matematyki i fizyki jest pisana po angielsku.

Trudno było chyba o nauczyciela na te parę godzin. W pierwszej klasie uczyła nas pani, która dawno już była na emeryturze, nauka polegała na wkuwaniu dialogów z podręcznika, a ponieważ pani niezbyt dobrze widziała, można było czytać z podręcznika przy odpowiedzi. Mimo to trochę nauczyliśmy się podstawowych słówek, jednak nie tyle ile moglibyśmy się nauczyć w innych warunkach.

W drugiej klasie nowa pani była najlepszą nauczycielką – zadawała nam czasem zadania na tematy inne niż w podręczniku, ale przede wszystkim nauczyła nas gramatyki, szczególnie czasów angielskich. Pokazała nam tablicę czasów, co usystematyzowało naszą wiedzę. Niestety, w trzeciej i czwartej klasie znowu uczyła nas inna nauczycielka, też emerytka, podobno uczennica tej pierwszej… W tamtych czasach nie mieliśmy takiego kontaktu z obcymi językami. Język angielski najlepiej znali ci, którzy interesowali się piosenkami, słuchali zagranicznych stacji radiowych.

Naukę języka angielskiego rozpoczęliśmy w liceum. W szkole podstawowej obowiązkowym językiem obcym był rosyjski, którego uczono od piątej klasy. W liceum kontynuowaliśmy naukę. W pierwszej klasie mieliśmy aż trzech nauczycieli, każdy wymagał czegoś innego i miał inny sposób nauczania. Szczególnie przysłużyła się nam pani, która nauczyła nas hymnu Związku Radzieckiego. Na wszelkich wycieczkach szkolnych Jasiu wyciągał kawałek materiału z nadrukowanym portretem W.I. Lenina, wciągaliśmy go na maszt/ jakikolwiek znaleziony patyk/ , śpiewaliśmy „Gimn Sowietskowo Sojuza” i ruszaliśmy na trasę. W następnych klasach mieliśmy nauczycieli co rok innego, ale byli to bardzo dobrzy nauczyciele, często przenosili się jako lektorzy na wyższe uczelnie. Czytaliśmy artykuły w czasopismach po rosyjsku, ale i tak kontaktu z językiem zbyt dużo nie mieliśmy.

Rozpisałam się, ciąg dalszy nastąpi….

Pozdrawiam Ellani

Lata w liceum

Listy do E.

list 14

…Nadszedł pierwszy dzień w nowej szkole. Przywitałam go z ciekawością, ale i obawami. Nowy nieznany świat. Pierwszy miesiąc był szokiem i czasem szybkich zmian. Dotychczas byłam najlepszą uczennicą w podstawówce, w środowisku które dobrze znałam. Tu czułam się „inna”. Jedną z pierwszych barier do pokonania była bariera językowa. W domu mówiło się gwarą, w szkole wśród rówieśników też, choć wtedy w szkolnictwie był kładziony nacisk na wyrażanie się językiem literackim, a gwara niezbyt mile widziana. Później przekonałam się, że rozmawiając z kimś automatycznie dostosowuję się do sposobu jego mówienia. Tu jednak wszyscy posługiwali się językiem literackim i też tak mówiłam, ale wystrzegać się śląskiego akcentu nie było łatwo. Ze zdziwieniem odkryłam w drugiej klasie, że jedna z bliższych koleżanek też w domu mówi gwarą – pewnie czuła to samo co ja. Zresztą nie była jedyna, ale o tym przekonałam się później. Na razie obserwowałam klasę.

Początkowo było nas 36 osób. Część z nich znała szkołę bardzo dobrze, bo przy liceum były organizowane starsze klasy szkoły podstawowej dla uzdolnionych i zainteresowanych przedmiotami ścisłymi. Byli obyci, pewniejsi siebie, w pewnym sensie byli elitą klasy. Drugą grupą byli uczniowie dojeżdżający z różnych miast województwa, kilka osób mieszkało w internacie. Ja miałam bardzo dobry dojazd, pół godziny tramwajem, bez przesiadek. Klasa była w przewadze męska, na początku było tylko dziewięć dziewczyn. Układ ławek w klasie na początku zdeterminował najbliższe znajomości. Klasa była mała więc stoliki łączono po dwa. Od strony okna stała katedra i bezpośrednio do niej przylegał pierwszy rząd dwóch stolików. Z tej strony było pięć rzędów, na przemian chłopcy w pierwszym, trzecim i piątym i dziewczyny w drugim i czwartym – w każdym po cztery osoby. Po drugiej stronie było wejście i cztery rzędy złożone z dwóch stolików. Tam w pierwszym rzędzie siedziała Irena, a reszta sami chłopcy. Oczywiście pierwsze znajomości nawiązałam z dziewczynami. W mojej czwórce ławkowej były jeszcze Ela, Basia i moja imienniczka Ewa. Ela mieszkała w Katowicach, ale innej dzielnicy, Basia dojeżdżała z Mysłowic, a Ewa była chyba „Tutejsza”. Z Ewą nie nawiązałam bliższych kontaktów, bo zbyt różniłyśmy się charakterami – pamiętam, że już wtedy paliła papierosy, zresztą odeszła do klasy równoległej po pół roku i straciłam ją z oczu. Ela i Basia byłe mi bliższe, ale już wtedy bardziej się zaprzyjaźniły i czułam się zawsze tą trzecią. Ale o naszych relacjach później…

W drugim rzędzie siedziała Jadzia, Mariola, i dwie dziewczyny z miasta Tychy – Halina i Karolina. Ostatnia z dziewczyn, Irena, zapisała się w historii klasy wielkim wejściem. Właśnie rozpoczęła się lekcja historii, prowadzona przez najsurowszego profesora starej daty, zwanego przez nas „Wiadomą X”. W naszym liceum nie było mundurków, ale obowiązywał strój biało-granatowy. Profesor sprawdził obecność i w tym momencie otworzyły się drzwi. Spóźniona Irena dojechała pociągiem z Pszczyny… Na jej widok aż zaparło nam dech. Ubrana była pięknie… jak na dyskotekę. Pomarańczowa koronkowa sukienka i pomarańczowe duże koła w uszach. Wzroku pana profesora nie oddałby najlepszy aktor. Od tej chwili Irena na historii nie miała życia, a do powiedzeń klasowych weszła formuła „Reguła /trochę zmieniona wersja nazwiska/ do tablicy…”

O koleżankach i kolegach napiszę później jeszcze osobno. Teraz o przedmiotach i nauczycielach.

Pierwszy rok był bardzo trudny. W liceach ogólnokształcących działały tzw. klasy sprofilowane, w których pewne przedmioty nauczania miały program ograniczony na rzecz przedmiotów profilowych. Nasza klasa była klasą eksperymentalną i nie wiadomo dlaczego nie uzyskała statusu profilowanej, w związku z czym mieliśmy pełny zakres klasy ogólnej plus dodatkowe lekcje matematyki i fizyki, co dawało 42 godziny lekcyjne w tygodniu, czyli siedem lekcji przez sześć dni tygodnia – wtedy soboty były jeszcze zwykłymi dniami pracy i nauki. No i oczywiście każdy z nauczycieli zadawał pracę domową, co dodatkowo wydłużało czas poświęcony nauce. Tyle na razie, więcej w następnym liście.

Ellani

Post 16 – 91 (stare)

Post nr 91, ostatnio modyfikowany: 27-05-2018

Moje córki są wspaniałe! A najbardziej cieszą mnie nie tyle kwiaty, torty i prezenty, (to również), ale to, że robią to razem. Wspierajcie się we wszystkim! Buziaki!

Blog Ewa
Marek napisał(a) komentarz:
kochamy was

 


 

Post nr 90, ostatnio modyfikowany: 21-04-2018Nie wiem, czy się nie powtórzę, ale znalazłam w „Perswazjach” J Austen cytat:” Tusza i duchowe cierpienie człowieka niekoniecznie do siebie przystają. Osoba o dużej, masywnej figurze ma całkowite prawo do głębokiej żałości, tak samo jak właścicielka najwdzięczniejszych kształtów na świecie. Ale słusznie czy niesłusznie bywają nieodpowiednie połączenia, którym rozsądek na próżno będzie patronował, których dobry smak nie zniesie i które dosięgnie śmieszność.”
Niektórym wydaję się, że dotyczy to wszelkich uczuć, a „kochać i tracić, pragnąć i żałować, padać boleśnie i znów się podnosić…” dozwolone jest tylko młodym i pięknym…

 


 

Post nr 89, ostatnio modyfikowany: 24-03-2018Dzięki „Dzieciątku/om” mieliśmy okazję spędzić fantastyczny wieczór z moją ulubioną Grupą MoCarta. Udało się też zdobyć płytę z autografami wszystkich członków Grupy i takie foto – prawdziwe!

Blog Ewa
Blog Ewa

A po spektaklu zdążyliśmy zjeść w gospodzie „U Wrochema” to:

Blog Ewa

 


 

Post nr 88, ostatnio modyfikowany: 13-03-2018Ponad rok temu na rocznicę ślubu otrzymałam piękny kwiat, jego zdjęcie jest na blogu męża. Trochę spóźniony, ale udało mi się wyhodować go jeszcze większego.

Blog Ewa
tata napisał(a) komentarz:
miłością podlewany

 


 

Post nr 87, ostatnio modyfikowany: 10-02-2018Muszę zapisać zanim nauczę się na pamięć…

Czasem wiatr zdmuchnie
smutek przelotny,
Ciepłym tchnieniem znów dłonie ogrzeje,
I przegoni wszystkie kłopoty,
Więc dziękuję wiatrowi, że wieje.

Czasem deszcz o szyby zadzwoni
Mokra trawa kroplami lśni
Łzami łatwiej tęsknotę zasłonić,
Więc dziękuję deszczowi za łzy.

Czasem słońce w gonitwie do lata
Znowu ogród barwami roznieci
Pozapala iskry na kwiatach,
Więc dziękuję słońcu, że świeci.

No, a czasem się do mnie uśmiechniesz
Znikną smutki szaro – niebieskie
Stoisz w progu i słońce masz w oczach,
Więc dziękuję Ci za to, że jesteś…

– Czesław Miłosz

Dziękuję Wioletcie Sidoruk z grupy „Znajomi którzy lubią EA”

tata napisał(a) komentarz:
…. słońce masz w oczach
Więc dziękuje Ci za to, że jesteś……..!

 


 

Post nr 86, ostatnio modyfikowany: 07-01-2018Pomoc w ćwiczeniach?

Blog Ewa

 


 

Post nr 85, ostatnio modyfikowany: 01-01-2018Napisałam taką sobie powiastkę, więc tu
wstawiam, może się komuś spodoba…

Galatea

– Wyjdziesz dziś z nami? – Jacek zwrócił się do Maksymiliana. Ten przecząco potrząsł głową.
– Nie mogę. Przecież dziś przywożą mój marmur…
Jacek przypomniał sobie. Tak, to było szaleńcze marzenie Maksymiliana. Maks był artystą. Zatrudnił się w warsztacie kamieniarskim, by zdobyć jak najwięcej wiedzy o marmurze. Poszukiwał najczystszego marmuru, by wyrzeźbić idealną postać. Od najmłodszych lat studiował prace najlepszych rzeźbiarzy świata i za cel życia postawił sobie stworzenie posągu idealnego, bez wad i skaz. W garażu urządził sobie pracownię, gdzie wolny czas spędzał na doskonaleniu swego projektu. Na ścianach wisiały niezliczone szkice poszczególnych części ciała, w kątach leżały kawałki kamienia, niektóre z tylko lekko zaznaczonymi, inne z całkowicie wyrzeźbionymi fragmentami rąk, twarzy, włosów, fałd ubrań. Na środku szczytowej ściany Jacek umieścił gotowy projekt – rysunek kobiety w długiej sukni, kroczącej z podniesioną głową jak modelka na wybiegu.
W warsztacie kamieniarskim tylko Maks i Jacek byli artystami. Obaj skończyli liceum plastyczne, później ich drogi się rozeszły. Jacek podjął pracę w warsztacie kamieniarskim swego wuja, gdzie zajmował się projektowaniem i wykonywaniem nietypowych elementów małej architektury, oryginalnych nagrobków, czasem małego rzeźbionego detalu. Maks słusznie nosił swoje imię. Ukończył Akademię Sztuk Plastycznych. Stale niezadowolony ze swoich prac dążył do osiągnięcia mistrzostwa. Stale ćwiczył elementy, poprawiał wykonane już prace, ale żyć przecież z czegoś trzeba, więc przyjął propozycję kolegi.
Samotny i zamknięty w sobie dopuszczał do siebie tylko Jacka. Z nim dzielił się marzeniami i zamierzeniami. Czasem Jackowi udawało się wyciągnąć go do pubu, ale rozmowy stale krążyły wokół jednego tematu. Dotyczyły ideału.
– Dla mnie ideałem piękna jest ciało kobiece. Idealny kamień to biały marmur karraryjski.
– A przestudiowałeś piękno kobiety praktycznie?
– Wystarczy mi teoria. Obejrzałem wszystkie najbardziej znane rzeźby świata, klasyczne greckie, hinduskie, egipskie i te współczesne. Po roku Maks narysował projekt z którego był zadowolony. Jacek potwierdził jego wizję, podobała mu się.
Teraz pozostało jeszcze znaleźć odpowiednią bryłę kamienia.
Po długich poszukiwaniach i licznych wyjazdach Maks znalazł odpowiedni kamień – bryła białego, bez skazy i przebarwień marmuru. Na zakup i transport poszły wszystkie oszczędności, ale Maks nie żałował. Jego marzenie stawało się coraz bardziej rzeczywistością.
Przez następne tygodnie Maks utonął w swej pracowni. Jacek przynosił mu pizzę lub coś innego do zjedzenia, ale Maks nie wpuszczał go do środka. W końcu nadeszła wiekopomna chwila.
– Czy pamiętasz, że za trzy dni kończy ci się urlop i trzeba wracać do pracy?
– Pamiętam, przyjdź jutro po pracy na dłużej…
Nazajutrz po pracy zaintrygowany Jacek zabrał butelkę szampana by oblać wydarzenie i powędrował do pracowni.
W środku na niewielkim postumencie stała Ona. Postać kobiety z projektu wyrzeźbiona i wykończona z całkowitym pietyzmem. Jacek obejrzał dzieło z wszystkich stron. Coś mu tu nie pasowało, ale nie wiedział co. Zbyt idealna by wzbudzić głębsze uczucia? Starał się znaleźć jakąś niedoskonałość – Czy nie uważasz, że ten pukiel włosów leży w niewłaściwym kierunku? I czy policzki nie są zbyt wydatne?
Maks przyjrzał się dziełu krytycznie. – Masz chyba rację, trzeba to poprawić… Wziął do ręki dłuto i lekko uderzył w marmur. Nagle rozległ się trzask i na ziemię upadł duży kawałek rzeźby odsłaniając różowawe i niebieskie smugi wewnątrz kamienia. Zrozpaczony Maks ze złością uderzył jeszcze raz niszcząc głowę postaci i część sylwetki.
– Co robisz? Jacek powstrzymał go przed całkowitym rozbiciem bryły. – Możesz odsprzedać resztę kamienia jeśli nie wykorzystasz go sam… – Nie mam już co z niego zrobić. Chyba nie dotknę już tego kamienia. Może i innych kamieni. Problemem kamieniarzy jest, że jedno uderzenie może zniszczyć pracę wielu miesięcy. Spróbuję zrobić posąg z gliny. Tu można dokładać materiał do woli.
Przez następne tygodnie Maks po pracy znowu znikał w pracowni. Sprowadził glinę i stal na konstrukcję. Dokładał glinę, wygładzał, znowu dokładał ale coś mu nie wychodziło. Nie miał potrzebnej wprawy ani wyczucia materiału. Zniechęcony pomyślał – chyba zacznę rzeźbić w piasku… Teraz po pracy chętnie wybierał się z kolegami do pubu, byle jak najdłużej być z dala od domu i pracowni. Do domu wracał na rauszu i tylko by się przespać.
Po kilku tygodniach wszedł do pracowni. Na środku w dalszym ciągu stał kawał marmuru, czyli pozostałości ze zniszczonego posągu. Zrobił sobie herbatę i usiadł przy stoliku zarzuconym rysunkami i szkicami do swojego idealnego dzieła. Machinalnie odsunął je robiąc miejsce na szklankę. Sącząc powoli napój bezmyślnie spoglądał na kamień. Nagle blade smugi zaczęły układać się w rysunek… Spojrzał dokładniej. W głębi kamienia ujrzał dziewczynę. Stała trzymając w ręku jakiś przedmiot i prosiła – wyciągnij mnie stąd…. Naprawdę usłyszał to. Chwycił młotek i dłuto i powoli a dokładnie odbijał odłamki uwalniając zaklętą w kamień. Pracował bez wytchnienia całe popołudnie i całą noc. Rano zastukał do niego Jacek.
– Co się stało? Nie zjawiłeś się w pracy. Nie spałeś w domu?
– Coś odkryłem – Maks z niechęcią oderwał się od pracy, ale nie wpuścił Jacka do środka. Razem poszli do warsztatu. Po pracy Maks szybko pożegnał się z kolegami i wrócił do swojej pracowni. To powtarzało się przez kilka tygodni. Jacek domyślał się, że Maks intensywnie pracuje, ale na wszelkie pytania odpowiadał – później ci pokażę.
Pewnego dnia Maks pojawił się w pracy uśmiechnięty i pełen wigoru.
– Zapraszam cię do siebie. Wreszcie mam ją.
Zaciekawiony Jacek z niecierpliwością czekał na koniec dniówki. Po drodze Maks wstąpił do cukierni i kupił mały torcik. – Butelkę wina mam już u siebie, więc możemy należycie uczcić narodziny gwiazdy.
Na środku pracowni stała rzeźba zakryta płótnem. Maks posadził Jacka przy stoliku, przyniósł kieliszki i talerzyki, rozkroił ciasto i rozlał wino. W końcu podszedł do kamienia i delikatnie ściągnął materiał. Jacek ujrzał rzeźbę dziewczyny niosącej w ręku jakieś pudełko. Coś sprawiało, że przykuwała uwagę, choć w szczegółach można było dopatrzeć się odstępstw od uznanych kanonów piękna. Spojrzał jeszcze raz z bliska. – Czy nie uważasz, że ten palec jest za szeroki? Jest wyraźnie szerszy niż inne. – Maks spojrzał i odpowiedział – Czy nie widzisz, że to pudełko jest ciężkie i przygniata opuszek palca​​? To dlatego palec wydaje się szerszy. Jacek znowu usiłował znaleźć jakieś niedoskonałości. – A co z tymi smugami przebarwień?
– To przecież żyłki pod skórą, podkreślające delikatność jej ciała. No i sprawiają, że jest jedyna, niepodobna do innych…
– Powiedz mi jeszcze, co jest w tym pudełku w jej dłoniach?
Maks lekko się uśmiechnął. – To jej tajemnica. Może kiedyś ją odkryję, a może nigdy…
Jacek spojrzał na Maksa. W jego oczach był dawno nie widziany blask, w jego głosie brzmiały nowe, nieznane, radosne tony. Z nieukrywaną zazdrością stwierdził.
– W końcu znalazłeś ideał. Twój własny ideał….

tata napisał(a) komentarz:
Pieknie

 


 

Post nr 84, ostatnio modyfikowany: 23-11-2017

Blog Ewa

Dzięki Marku, dzięki Meg, dzięki Aniu!

 


 

Post nr 83, ostatnio modyfikowany: 22-11-2017Dziękuję ci mężu za 37 lat i piękne kwiaty!

Blog Ewa
tata napisał(a) komentarz:
To ja dziękuje – kocham cię!.
tata napisał(a) komentarz:
Jeszcze wykończenia. A gdzie pochować pozostałe sprzęty.

 


 

Post nr 82, ostatnio modyfikowany: 21-11-2017Tyle dzisiaj

Blog Ewa
Blog Ewa

Czy jutro będą wszystkie płytki ?
Zobaczymy

 


 

Post nr 81, ostatnio modyfikowany: 20-11-2017Ciąg dalszy prac… Jeszcze dość dużo zostało.

Blog Ewa
tata napisał(a) komentarz:
A miało być gotowe na jutro – ach ci budowlańcy i ich nie dotrzymane terminy.

 


 

Post nr 80, ostatnio modyfikowany: 18-11-2017Gruntownie zagruntowane…

Blog Ewa

 


 

Post nr 79, ostatnio modyfikowany: 17-11-2017Półmetek. Fuga na połowie jest, teraz ciąg dalszy.

Blog Ewa
Blog Ewa

 


 

Post nr 78, ostatnio modyfikowany: 16-11-2017I znowu kawałek… to dopiero połowa 🙁

Blog Ewa
Blog Ewa

 


 

Post nr 77, ostatnio modyfikowany: 15-11-2017Oto efekty dzisiejszej pracy.

Blog Ewa

 


 

Post nr 76, ostatnio modyfikowany: 14-11-2017Wtorkowa praca. Na dziś fajrant!

Blog Ewa

 


 

Post nr 75, ostatnio modyfikowany: 14-11-2017Pół pokoju zagruntowane.

Blog Ewa

 


 

Post nr 74, ostatnio modyfikowany: 13-11-2017Rozpoczynamy remont podłogi!

Blog Ewa
Blog Ewa

 


 

Post nr 73, ostatnio modyfikowany: 13-11-2017W końcu się udało!!! Wczoraj MEG zakończyła tłumaczenie mojego opowiadania – po długim czasie, wielu dyskusjach i pewnych zmianach w stosunku do oryginału. Dzięki ci córeczko! Już umieściłam na A3O – co prawda jako chapter 2, ale co tam, są obie wersje razem.

 


 

Post nr 72, ostatnio modyfikowany: 26-08-2017Piątek:
Po śniadaniu i odpoczynku pośniadannym wybrałyśmy się do Possidi na zakupy pamiątek. Oczywiście do naszego jedynego super marketu. Po drodze brodziłyśmy w morzu i robiły zdjęcia. Przy wyjściu z plaży posiedziałyśmy na ławeczce i powędrowały do marketu. W drodze powrotnej wstąpiłyśmy na kawę i lody do lokalu najbliżej od podejścia do nas i dalej od plaży. Po powrocie przebrałyśmy się, wzięły kluczyk do leżaków i pomaszerowały nad morze.Popływałyśmy, pooglądały rybki, poleżały aż się trochę ochłodziło, wiec powspinałyśmy się z powrotem do hotelu. Po kolacji usiadłyśmy na balkonie i zapisałam brakujące dni do końca czwartku. Zrobiło się późno, więc w pokoju dokończyłam i zapisałam na blogu. Udało się.
Sobota:
Po śniadaniu wzięłyśmy się za pakowanie i uznałyśmy, że trzeba dokupić przypraw z Gecji / Meg wyczytała, że to trzeba przywieźć na pamiątkę, bo nie jesteśmy miłośniczkami oliwek/ . Zostawiłyśmy bagaże przy recepcji i powędrowałyśmy najpierw w lewo, drogą, którą jeszcze nie szłyśmy, a według google maps kończy się ślepo przy jakimś domu. Droga ta trawersuje wzniesienie na którym stoi nasz hotel /Thea znaczy widok/,a między nią i nabrzeżem stoją prywatne wille na zboczu górki. Po zrobieniu zdjęć zawróciłyśmy i powędrowały znowu do naszego marketu. Teraz siedzimy na tarasie hotelowym w cieniu, wdychmy greckie powietrze, w planie mamy jeszcze lody i drinka zamiast posiłku południowego. W tym upale nie czuje się zbytnio głodu. Zbiórkę do wylotu mamy o 17.30 – lecimy jako ostatni – Wrocław już odjechał, a my wylatujemy o 21.30. Dwie godziny dojazdu na lotnisko i dwie na odprawę. Wyloty z Katowic są najkorzystniejsze – przyleciałyśmy pierwsze, a odlatujemy ostatnie.

Blog Ewa
Blog Ewa

 


 

Post nr 71, ostatnio modyfikowany: 25-08-2017Środa:
Po całodziennej wycieczce postanowiłyśmy zrobić sobie „lazy day”, czyli po naszemu leżenie bykiem. Po śniadaniu Meg pobrała kluczyk do leżaków na plaży i poszłyśmy nad morze. Tu na zmianę pływałyśmy z maską obserwując rybki i leżałyśmy na leżakach wystawiając nogi do słońca. Rybki były różne, przeważnie przejrzyste z paseczkami wzdłuż albo w poprzek, tylko z jedną plamką przy ogonie lub z dwoma plamkami, a trafiały się również zabarwione na zielono i różowo. Spotkałam też jedną bardzo cienką, ok 25 cm długości, jak wężyk, ale prostą. Bardzo żałuję, że nie ma tu taty, bo to na pewno coś dla niego – dużo wody słonej i słodkiej i dużo możliwości pływania, no i ciepło. Teraz nie jest aż tak gorąco, ale w południe pali słońce, a po południu jest naprawdę gorąco. Całe szczęście, że często wieje przyjemny wietrzyk / w poniedziałek i wtorek wiało całkiem mocno, a we wtorek było dosyć chłodno, że trzeba było ubrać długi rękaw/. Po 14.00 wróciłyśmy do hotelu oddać kluczyk i siadłyśmy na naszym ziemnym balkonie. Przez całe popołudnie opisywałam wydarzenia z poniedziałku i wtorku, co na klawiaturze tabletowej jest pewną sztuką, po czym jednym kliknięciem na stronie blogu straciłam wszystko. Wzięłam więc krzyżówki by się odstresować i po kolacji poszłam spać.
Czwartek:
Dzień wycieczki „Saloniki o zmierzchu”. Wycieczka rozpoczynała się o 14.30, więc przedpołudnie poświęciłyśmy na zajęcia balkonowe tzn. Meg coś czytała, a ja uzupełniałam opisy korzystając z programu Jota tekst editor i potem przenosząc na Qcoby. W cieniu leczyłyśmy przegrzane części ciała. Przed pierwszą wyskoczyłam na pół godziny na basen, by nie siedzieć cały dzień, popływałam trochę i wróciłam spakować się na wycieczkę. Autobus przyjechał punktualnie i znowu zabieraliśmy wycieczkowiczów z kilku hoteli. Droga zajęła nam dwie godziny, w Salonikach, a właściwie w Thessalonikach dosiadła się przewodniczka, która po polsku acz z greckim akcentem wyjaśniła nam, skąd pochodzi nazwa miasta i dlaczego nie poinniśmy mówić „Saloniki” / tę nazwę nadali Turcy, bo nie umieli wymawiać litery theta/. Autobusem wjechaliśmy na punkt widokowy przy akropolu skąd zrobiliśmy zdjęcia miasta i uliczkami w dół doszliśmy do cerkwi św Dymitriosa, patrona miasta. Zwiedziliśmy cerkiew i kapliczkę w środku z relikwiami świętego, po czym przeszliśmy na plac Arystotelesa gdzie przewodniczka pokazała nam drogę dojścia do punktu wyjazdu pod Białą wieżą i co gdzie kupić i zjeść. Przeszłyśmy się na bazarki, ale było albo za wcześnie, albo za późno, bo większość stoisk była zamknięta. Uwagę Meg zwróciły na stoisku z przyprawami laski cynamonu dł 55 cm, ale nie dałoby się ich spakować, no i co zrobić z taką ilością cynamonu. Za to kupiłyśmy w piekarni jakieś lokalne ciasteczka i baklawę, bo o baklawie słyszałam, ale nie próbowałam. Zachęcone przez kelnera sidłyśmy przy stoliku przed lokalem o nazwie Zorba. Ja zamówiłam paprykę faszerowaną serem z rusztu i sałatkę grecką /co polecają przewodniki/, a Meg bakłażana z rusztu nadziewanego pomidorm i serem oraz sałatkę marchewkową. Do tego wino /ja/ i frape /kawa z pianką/ . Wodę w litrowej butelce przynieśli na dzień dobry. Najpierw przyszła sałatka grecka – ogromna micha pełna pomidorów, ogórków, papryki w różnych kolorach, oliwek, czerwonej cebuli i czterech trójkątów sera feta z przyprawami i oliwą. Po chwili podali resztę – trzy papryki z serem i sosem i bakłażana rozłożonego a w nim pomidor, papryka i ser zapieczone i surówkę z marchwi z oliwą. Jedzenie zajęło nam dobrą godzinę, zrobiło się późno, a trzeba było jeszcze dojść do Białej Wieży. Z tego miejsca wypływały stateczki na przejażdżkę wzdłuż wybrzeża, ale byłyśmy za późno by wypłynąć. Na szerokim nabrzeżu życie rozpoczyna się o zmierzchu, pełno kafejek , barów, występy muzyków i ludzi na szczudłach , ruch i życie w całej pełni. Wszyscy uczestnicy wycieczki pojawili się punktualnie, przewodniczka też, odpowiedziała na pytania uczestników i ok 21.35 wyruszyliśmy w drogę powrotną. W hotelu byliśmy 20 min przed północą.

 


 

Post nr 70, ostatnio modyfikowany: 24-08-2017Poniedziałek :
Siedzę, piszę ponad dwie godziny i jednym kliknięciem tablet zżera moją pracę.
W poniedziałek rano poszłyśmy na spacer do Posidi i dalej, na koniec świata. Po drodze wstąpiłyśmy do sklepu reklmować okulary. Ponieważ Meg miała reklamówkę z tego sklepu nie musiała nawet okazywać paragonu i pani okulary wymieniła, sprawdzając na miejscu czy są dobre. Poszłyśmy dalej wzdłuż brzegu do samego końca południowej części, tam, gdzie na mapie jest ostroga Kassandry. Po drodze zboczyłyśmy, by obejrzeć ruiny świątyni Posejdona, najstarszej świątyni w Grecji / Macedonii/. Ruiny ogrodzone siatką, za którą można wejść, przy ogrodzeniu opis i plan. Nie wchodziłyśmy za ogrodzenie by nie deptać zabytku obejmującego tylko przyziemie – fundamenty i trochę muru. Dalej plażą piaszczysto-żwirową doszłyśmy do miejsca, gdzie spotykają się dwie zatoki – na południu morze łagodnie pofałdowane, na zachodzie fale około metra. Piaszczysta łacha rozdzielająca je ma kształt sierpa lub kosy. Zrobiłyśmy zdjęcia i pomaszerowały dalej na północ podziwiając i zbierając po drodze różnorodne kamyki.Przy latarni morskiej skręciłyśmy na drogę powrotną – znowu na nabrzeże. Wstąpiłyśmy do tawerny na suvalaki, czyli szaszłyki i sok/wino. W tym samym markecie uzupełniłyśmy zapasy napojów i herbatników, a Meg kupiła też sobie maskę z rurką do snurkowania. Po powocie i krótkim odpoczynku zeszłyśmy po schodkach na plażę, by wypróbować nasze nabytki. To był strzał w dziesiątkę. Wielokrotnie zwiększyła się przyjemność pływania w morzu – możliwość obserwowania kamieni dna porośniętych czymś tam i uwijających się między nimi rybek. Po powocie kolacja, trochę posiedzenia na balkonie i spać.
Wtorek:
Pobudka o 5.45 aby zdążyć wybrać się na wycieczkę.Trzeba dojść na dół do szosy kilka minut przed 6.45, bo o tej godzinie podjeżdża autobus. Po drodze spotykamy innych uczestników wycieczki z naszego hotelu – razem z nami 7 osób. Jesteśmy pierwsi w autobusie, po drodze dołączają uczestnicy z innych hoteli. Jedziemy dosyć długo objeżdżając przylądek Kassandra i część przylądka Sithonia w poprzek podziwiając krajobrazy. Po drodze rezydentka opowiada o republice mnichów na górz Athos i co będziemy oglądać tylko z morza, bo do republiki nie ma wstępu żadna kobieta od 1040 roku, co więcej żadna samica spośród zwierząt, które dają się kontrolować, a mężczyźni muszą pisać specjalne podanie o wizę i mogą przebywać tam tylko określony czas. W końcu dojechaliśmy do portu Ormos Panagias /ogród Matki Boskiej/. Zaokrętowaliśmy na statku o wystroju statku pirackiego – trzy pokłady, maszty /bez żagli/, dużo miejsc do podziwiania widoków, wewnątrz bar i sklepik z pamiątkami. Dosyć długo płyniemy przez całą zatokę, by dotrzeć do krańca przylądka pod świętą górę Athos. Rano było chłodno i trochę chmur, potem przejaśniało, ale nad górą znowu ciężkie chmury. Meg stwierdza, że prognozy pogody wskazywały iż na17 % powierzchni Chalkidiki będzie padać. Zbliżamy się do góry, statek zawraca, wszyscy tłoczą się by robić zdjęcia… i nagle w tyl zwrot, wszyscy uciekają pod pokład, tylko Meg mocuje się ze składaną peleryną. Leje jak z cebra, tak, że nawet płócienne osłony przeciwsłoneczne przeciekają, trzeba przejść pod te z tworzywa – ceraty. Leje przez dobrą chwilę, spod osłon robimy zdjęcia, przepływamy wzdłuż przylądka mijając kolejne monastyry i domki pustelników. Przez głośniki podają infomacje w języku greckim, angielskim, rosyjskim, polskim i niemieckim, ale przez deszcz mało słychać. Klasztorów mijamy 8 z 20 jakie sąWszyscy mnisi muszą przyjąć obywatelstwo greckie, choć republika mnichów jest niezależna, autonomiczna i oddzielona granicą. Lądem podobno nie da się przejść, do republiki dopływa się łodziami. Sa tam trzy klasztory dla mnichów z innych krajów – serbski, rosyjski i bułgarski. Powoli się
przejaśnia i dopływamy do miasteczka granicznego Ouranopolis ‚ tu półtorej godziny przerwy, rezydentka poleca najlepszą tawernę, gdzie pracuje polska kelnerka, a na hasło Liliana otrzymamy 10% zniżki :). Pokazuje tez sklep z pamiątkami. Zwiedzamy z Meg ulicę handlową i wracamy równoległą, by poczuć klimat bez tłumów. Jest jezcze czas by wstąpić do tawerny, gdzie spotykamy znajomych z Polski. Meg chce spróbować owoców morza, ja zamawiam smażony ser feta. Po krótkim stwierdzeniu Meg – przecież nie będziemy jeść z jednego talerza zamawiam też zestaw owoców morza. Do tego chleb, sok i wino. Na talerzach odróżniam szprotki, małże, jakieś pierścienie, Meg twierdzi że to kalmar i coś, co ponoć jest ośmiorniczką, do tego jedno ramionko 20 cm ośmiornicy, wszystko panierowane i smażone. Najlepsze są małże, szprotki jak szprotki z kręgosłupem, pierścionki dosyć gumiaste, ale da się zjeść. Jednogłośnie stwierdzamy, że nie zostajemy fankami owoców morza. Ale dużo tego było, więc objedzone wracamy na statek. W drodze powrotnej na statku prowadzone są animacje – pokaz tańców z różnych regionów Grecji. Ponieważ pani prowadząca mówi bardzo szybko i z mikrofonem przy ustach po grecku i chyba po angielsku – rozróżniam „ladies and gentelmen” niezbyt wiem, o które regiony chodzi. Poza tym miała być pani i pan, a tańczy dwóch panów, więc większość w pozycji zorba – obok siebie z rękami na ramionach. Zmieniają się rytmy i kroki, przy wolniejszym panowie zachęcają do dołączenia i wielu ludzi tańczy z nimi. Potem znowu tańczą, muzycy grają przebój z lat 60-tych , rozróżniam „Dzieci Pireusu”, panowie zmieniają strój i nowe tańce w tym samym stylu i zabawa ogólna. Na koniec pokazują taniec z wypiciem kieliszka w pozycji pompki, wybierają kilku panów spośród tańczących i przynoszą nowe kieliszki dla nich. Z ostatnim tańczą tyłem do kieliszka, a gdy ten się odwraca widzi przed sobą wysoki kubek. Dał radę. Animacje dobiegają końca i dopływamy do portu. Przejście do autokaru i wracamy do hotelu akurat na kolację.

 


 

Post nr 69, ostatnio modyfikowany: 23-08-2017znowu zginiony wpis, gdyż strona zgubiła u kogo zapisać

 


 

Post nr 68, ostatnio modyfikowany: 23-08-2017Dziś już wtorek wieczorem, a ja kończę o sobocie. Possidi to typowa wioska nadmorska, turystyczna. Morze, plaża, nad plażą nabrzeże, a na nim placyki i stoliki knajpek po drugiej stronie ulicy. Uliczka asfaltowa z ruchem samochodów i kelnerzy biegają między autami. Znalazłyśmy mini market, chleb, pamiątki, kapelusze i akcesoria plażowe. Kupiłyśmy czteropak tonika i ice tea, a Meg koniecznie chciała okulary do wody, więc kupiła też. Po powrocie do hotelu okazało się, źe okulary są złamane. Było już późno to poszłyśmy na obiadokolację. Tak jak śniadanie była w formie bufetu, tylko inny zestaw. Jedna zupa w podgrzewanym kociołku takim jak w Kucobach, podgrzewane mięsa i potrawy półmięsne, ryż, makaron spaghetti, ziemniaki, warzywa na gorąco a na następnej części warzywa na zimno kapusta biała, cebula, ogórek zielony, pomidor, jakaś sałata nie nasza /może rukola/ i do tego dwa rodzaje sosów jogurtowych. Osobny stół na desery _ szafka chłodnicza z budyniami lub galaretkami, jogurt naturalny i jogurt z słodkim dodatkiem, brzoskwinie z puszki lub mieszanka owoców z puszki ciasto nasączone syropem, i owoce świeże arbuz, śliwki, winogrona, brzoskwinie. Owoce nie odbiegają jakością od tych u nas, najlepszy i najczęściej jest arbuz. Kolacja bardzo nas zmęczyła, więc poszłyśmy spać.
Niedziela:
Zerwałyśmy się już o ósmej, po porannych zajęciach o 9.00 poszłyśmy na śniadanie.O 9.30 mieliśmy spotkanie z rezydentką w hallu hotelu. Przekazała informacje organizacyjne, które znaliśmy z koperty i ogłoszeń na tablicy.Potem opowiedziała o wycieczkach fakultatywnych. Zdecydowałyśmy się na dwie, we wtorek rejs w kierunku przylądka Atos i w czwartek Saloniki nocą. Po spotkaniu udałyśmy się nad morze z kostiumami kąpielowymi i butami,popływałyßmy i poszły dość daleko w drugą stronę. Były tam zatoczki i małe plaże dosyć prywatne użytkowane przez mieszkańców domów położonych wyżej. Po powrocie i odpoczynku przed trzecią godziną wybrałyßmy się pieszo do następnej wsi w głębi lądu Kalandry, gdzie wg mapy były miejsca kultu i kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Spacerek był jak do Borek, tylko większość dość ruchliwą szosą, a potem polną drogą. Wcentrum był kościół, a raczej z zewnątrz kościół a wewnątrz cerkiew z ikonostasem i pani sprzątająca. Pewnie dlatego był otwarty. Wieśbyła jak wymarła, poza ruszającymi dwoma samochodami ani dźwięku. Okrążyłyśmy wieś budząc trzy psy, a była już siedemnasta i prawie żywego ducha. Wróciłyśmy do hotelu na kolację o 19.30, poczytałyśmy jeszc,e na balkoniku i do łóżka.

 


 

Post nr 67, ostatnio modyfikowany: 21-08-2017Miał być wpis. Ale znikł…
Próbuję jeszcze raz.
Sobota; A więc jesteśmy w Grecji.
Po emocjach związanych z prawie nieprzespaną nocą i pierwszą w życiu podróżą samolotem wylądowaliśmy w Salonikach.Przy wyjściu z lotniska oczekiwali nas przedstawiciele biura Grecos, wręczyli koperty powitalne z odpowiednimi informacjami i skierowali do autobusów rozwożących do hoteli. Nasz hotel był ostatni na trasie. Kierowca autobusu poinformował nas,że przesiadamy się do busiku. Busikiem pojechaliśmy ok 250m po górkę i już byliśmy w hotelu. Przy meldunku okazało się, że zostawiłam torebkę w autobusie. Pani z recepcji zadzwoniła do kierowcy, a nas skierowała na śniadanie. W trakcie śniadania pracownik hotelu przyniósł moją torebkę. Po śniadaniu i zameldowaniu pokazano nam pokój i wręczono kartę otwierającą drzwi i załączającą klimatyzację. Było już około jedenastej tutejszego czasu, więc postanowiłyśmy się rozejrzeć. Najpierw zeszłyśmy stromą ścieżką i schodami na plażę. Nie zabrałyśmy kostiumów ani obuwia do wody, więc tylko trochę pobrodziłyśmy po brzegu i skałkach. Buty są nieodzowne, bo plaża jest piaszczysto-żwirowa i dużo skałek wyrasta z wody przy brzegu. Skałki te dzielą brzeg na zatoczki – jedna jest hotelowa z dziesięcioma parasolami i dwudziestu leżakami. Poszłyśmy najdalej jak się dało brzegiem, ale musiałyśmy zawrócić, bo grupa skałek była zbyt wysoka, a obejście wodą zbyt głębokie. Znowu po schodkach w górę i do hotelu. Tm emocje przeszły i zachciało się spać.Padłyśmy na łóżka i pospałyśmy. Obudziłam się ok 16.00 po dwu godzinch. Meg spała,więc poszłam popływać do basenu hotelowego. Basen stosunkowo mały, ale głęboki – od 1.3 do 3 metrów. Po godzinie pływania dołączyła Meg. Jeszcze chwilę popływałyśmy i postanowiłyśmy poszukać sklepu z napojami.Zeszłyśmy z górki hotelowej i nabrzeżem poszłyśmy w stronę Possidi.

 


 

Post nr 66, ostatnio modyfikowany: 19-06-2017Serwis AO3 nie odpowiada, więc na razie wklejam tu opowiadanie, by nie zaginęło – może się uda.

Kolacja z Enginem

Minął miesiąc od czasu gdy zabrzmiał ostatni klaps serialu. Niespodziewanie producent podjął decyzję o zakończeniu produkcji. Zaskoczyło to wszystkich łącznie z największymi gwiazdami serialu. Engin A. , który grał główną rolę, wybrał się na zasłużony odpoczynek. Po bardzo intensywnej pracy, nieraz po 14 godzin na dobę, zrobiło się bardzo spokojnie. Odwiedził rodzinę, tydzień spędził w kurorcie i poczuł, że brak mu pracy, rwetesu na planie, prób i wszystkiego, co się z tym wiąże. Poza tym zbyt długa przerwa dla aktora nie jest dobra. Trzeba dbać o widzów, a szczególnie o fanki, które z całego świata przyjeżdżały do Stambułu tylko po to, by zobaczyć miejsca w których nakręcano ich ulubione seriale i w nadziei spotkania gdzieś na planie swojego idola.
Menedżerka robiła co mogła, fankluby organizowały akcję popierania dalszego ciągu serialu, ale producenci czekali. Wreszcie odezwał się telefon menedżerki. – Mam dla ciebie ciekawą propozycję od jednej z mniejszych telewizji. Spotkajmy się jutro, omówimy szczegóły.
Nazajutrz menedżerka przedstawiła mu propozycję udziału w ciekawym talk show.
– To propozycja programu cotygodniowego pod tytułem „Kolacja z Enginem”. Zaprosimy na spotkanie z tobą uczestniczki wycieczek fan klubów do Stambułu. Co tydzień wylosujemy jedną z nich, z którą zjesz kolację i porozmawiacie. Kolacja będzie trwała trzy godziny, z rozmowy zmontujemy godzinny program. Kontrakt obejmuje dziesięć spotkań, postaramy się wybrać fanki z różnych krajów i różnych regionów świata. Jeżeli będziesz miał jakieś uwagi lub propozycje to uwzględnimy je.
– Wolałbym, aby z rozmowy wyłączone były moje sprawy osobiste, a także polityka. To powinno znaleźć się w kontrakcie.
– Może zaproponujmy, by uczestniczki napisały po jednym pytaniu do ciebie, wtedy zorientujemy się jak może przebiegać rozmowa i wybrać osobę, która zada najciekawsze pytanie.
– To może być ciekawe i odmienne doświadczenie. Wchodzę w to. Resztę dopracuj z producentem.
Przygotowanie produkcji, znalezienie sponsorów, opracowanie formuły i wynajęcie hotelu zajęło trochę czasu i produkcja ruszyła tuż po nowym roku. Nie był to szczyt sezonu, ale zawsze zdarzały się wycieczki fanek i informacje o możliwości udziału w nagraniach pojawiały się nie tylko w drogich hotelach centrum ale i w tańszych hostelach, gdzie przybywały grupy młodszych fanek.
Do pierwszego odcinka wybrano fanki z Turcji, następnie miały być dziewczyny z różnych krajów świata. W nagraniu brały udział fanki z osobami towarzyszącymi. Przed wejściem każda uczestniczka oddawała karteczkę z pytaniem i otrzymywała numerek. Wręczający numerki oceniali wygląd i osobom, które odpowiadały wymogom telewizji przydzielały numerki poniżej trzydziestki. Pozostałe otrzymywały wyższe numery, ale o tym wiedzieli tylko organizatorzy. Spośród pytań zadanych przez wybraną trzydziestkę wybierano dziesięć najciekawszych i spośród nich losowano rozmówczynię Engina na ten wieczór. Chodziło o to, by zgłaszało się jak najwięcej fanek i każda myślała, że szanse są równe. Wybrana osoba wchodziła na scenę, na której ustawiony był stolik nakryty do kolacji. Aby zachować klimat i nie peszyć zbytnio rozmówców oświetlony pozostawał tylko stolik, widownia przy stolikach, galeria i kamery pozostawały w cieniu. Punktowy reflektor prowadził rozmówczynię od jej stolika do stolika na scenie, prowadzący zadawał pytania o imię, miejscowość lub państwo z którego pochodziła i oto, co chciałaby o sobie powiedzieć. Potem zapowiadał: – A teraz powitajmy Engina. – Otwierały się drzwi z boku sceny i wchodził idol.
Pięknie się uśmiechał, witał z gościem i zasiadali do stołu. Podchodził kelner, nalewał napoje, podawał danie i znikał. Przeważnie Engin chciał wiedzieć jakie pytanie zadała osoba z którą się spotykał i od tego rozpoczynała się rozmowa.
Pierwsze pytanie brzmiało: – Którego bohatera granego przez siebie Engin najbardziej lubi?
– Pewnie tego, którego dopiero zagram…
– A z tych, których grałeś? –
– Może Mustafę Buluta?
– A czy mogłabym być twoją Narin?
– To już było dawno, a Narin była tylko jedna. – Engin starał się zmienić kierunek rozmowy .
– Czym się najbardziej interesujesz, co lubisz robić w wolnym czasię?
– Interesuję się filmem, nauczyłam się też wstawiać zdjęcia w internecie. Lubię też gotować narodowe potrawy… Mam w telefonie ponad trzysta twoich fotek. Czy mogę zrobić sobie z tobą selfie?
– Oczywiście, ale po kolacji…
– Opowiedz mi o swojej miejscowości…

Rozmowy miały zazwyczaj podobny przebieg, większość rozmówczyń wyrażała uwielbienie dla idola, podziwiała jego urodę, pamiętała wszystkie sceny z seriali, a niektóre zapraszały go bądź na przedłużenie kolacji do śniadania, bądź do swojego kraju na spotkanie.
Zbliżało się nagranie dziewiątego spotkania i Engin był już trochę zmęczony monotonią spotkań. Spojrzał na datę emisji „dziewiątki” – to przecież pierwszy kwietnia, dzień w którym w Europie płata się figle i psoty. Można by coś zrobić dla żartu i ożywić program. Kto mógłby mu w tym pomóc? Pomyślał o młodszym koledze, Enginie O – kolacja jest z Enginem, ale nie piszą z którym, więc żart może się udać. Zadzwonił i umówił się na spotkanie. Na szczęście Engin O był wolny tego dnia i skłonny do psoty. – Obawiam się tylko, czy dziewczyna mnie nie zabije, jeśli nie będę tym wielkim aktorem, z którym miała nadzieję się spotkać.
– Nie martw się, będę stał za kamerą i w razie problemów wkroczę i powiemy, że to żart. Myślę, że nawet największa Enginistka mi wybaczy. W razie czego obiecam jej ekstra spotkanie….
To może być dziewczyna z Holandii, bo słyszałem w produkcji, że poszukują tłumaczy „from Holland”. / Przy produkcji przeważnie pracowało dwoje tłumaczy, kobieta i mężczyzna, aby rozmowy brzmiały realistycznie/.
Nadszedł dzień nagrania. Jak zwykle hol przed salą napełnił się ludźmi, rozpoczęto rejestrację uczestniczek. Gdy sala się zapełniła, ściemniono światła, na środek wyszedł prowadzący. Za chwilę odczytam numer uczestniczki programu, która wylosowała udział w kolacji z Enginem. Dramatycznym ruchem rozdarł kopertę, wyjął karteczkę i odczytał:
– Kolację z najlepszym aktorem roku 2015, laureatem wielu nagród filmowych Enginem A… wylosowała osoba z numerem 52! Wyjął karteczkę z numerem i pokazał do kamery. Za kamerami wśród obsługi planu rozległ się szmer – to niemożliwe, prezenter pokazał numer „do góry nogami”, miało być 25! Co teraz? Nim ktokolwiek zareagował kamerzysta jupitera odszukał na sali zgłaszającą się osobę. Rozległ się szmer zdziwienia i niedowierzania. Karteczkę z numerem 52 trzymała w ręku starsza, dosyć tęga pani, ubrana bardzo zwyczajnie, z prawie niewidocznym makijażem. Spokojnie wstała z krzesła i przeszła na scenę.
Stojący w cieniu za kamerami Engin A pomyślał: – No to wpadłem. Jeżeli nie ona jego, to z pewnością on zabije mnie… . Ale może być ciekawie.
Kobieta stała przy stoliku oczekując na wejście aktora. Jedna kamera pokazywała zbliżenie jej twarzy, druga drzwi, którymi miał wejść bohater wieczoru.
Drzwi otworzyły się i po sali drugi raz przeszedł szmer niedowierzania. Przez twarz kobiety krótko przemknął wyraz zdziwienia i lekkiego zawodu, ale opanowała się i jakby rozbawiona powiedziała do siebie: – Niejednemu psu Burek na imię. Zorientowała się i krzyknęła Nie tłumacz tego! Engin O. był równie zaskoczony i niepewnie podszedł do stolika. Kobieta wyciągnęła rękę i powiedziała: – Witaj! Mam na imię Ela. Przepraszam, że nie jestem młodą i piękną osobą jakiej się spodziewałeś, ale mam nadzieję, że mimo to miło spędzimy czas i nie będziesz żałował tych paru godzin Enginie O. No i kolacja okaże się smaczna – dodała z łobuzerskim uśmiechem.
Zaskoczony Engin odpowiedział tylko – Witam! Czy pani mnie zna, czy też uprzedzono panią wcześniej? – Znam cię z dwóch seriali wyświetlanych w naszym kraju. Prawdę mówiąc, spodziewałam się twego bardziej znanego kolegi. Też mnie zaskoczyłeś . Czy mogę nazywać cię Enginio, żeby nam się nie myliło z tym drugim? A może Selim​? Tylko,że wtedy nie będzie to kolację z Enginem.
– No to trzeba będzie mojego kolegę nazywać Enginia i wszystko będzie jasne.
– Niestety, w moim kraju wyrazy zakończone na „a” sugerują rodzaj żeński. A nie chcielibyśmy chyba, by ktoś pomyślał, że mówimy o kobiecie…
Mówiąc to zerkała w cień, poza kamery. Enginio był przekonany, że ona wie, że gdzieś tam kryje się ten, o którym mowa. Postanowił to wykorzystać.
– A czy nie jest ci przykro, że spotykasz się ze mną, a nie z najprzystojniejszym aktorem roku 2015​?
– Prawdę mówiąc, to różnica trzech centymetrów Engina, a przecież rozmiar nie ma znaczenia – uderzyła się w usta. – Powyżej 180 cm jest się naprawdę wielkim aktorem…
Poczekała chwilę, by tłumacz wyjaśnił, że w jej ojczystym języku ten sam wyraz oznacza znakomitość jak i wzrost. -W Turcji jest wielu wielkich aktorów… Ale jeśli o urodzie mowa, to Engin nie jest w moim typie …. ty chyba też nie, choć obaj jesteście bardzo przystojni.
-To jaki jest twój typ? – odważył się wtrącić.
– Spośród tureckich aktorów, których znam, najbardziej odpowiada mi uroda Alpera , tego, który grał adwokata Omera w Grzechu Fatmagul. Ale wśród wszystkich mężczyzn na świecie jest tylko jeden, który odpowiada mi pod każdym względem i tak to się dobrze składa, że jest nim mój mąż.
Jej spojrzenie powędrowało w kierunku, z którego przyszła.
Zapadła chwila milczenia. Ocknęła się z zamyślenia i stwierdziła: – W kontrakcie napisano, że nie wolno poruszać tematów osobistych rozmówcy. Ale można chyba poplotkować trochę o nieobecnych? Engino znów wyczuł w tonie głosu lekką kpinę. Zmienił temat.
– Powiedz mi więc, jakie pytanie chciałaś zadać​. Czego chciałaś się dowiedzieć, może ja będę mógł odpowiedzieć.
– Tak naprawdę chciałam tak całkowicie zanudzić Engina aby zasnął, bo wtedy dowiedziałabym się, jakie imię wypowiada przez sen. A może trzeba by go lekko stuknąć, by dowiedzieć się, czy to Narin, Fatmagul, Elif, Selvi, czy może Ozlem albo kto inny.
W oczach Engino pojawił się złośliwy chochlik. – Najpewniej woła „mama” albo… . Stop! przerwała mu. Nie chciałabym go zranić, powiedzieć coś przykrego, bo nie zasługuje na to. Zresztą – jak wy to mówicie „szaka, szaka”, żartowałam. Naprawdę moje pytanie brzmiało tak: Już ponad piętnaście lat jesteś aktorem. Czy zastanawiasz się co zostało z tamtego chłopaka, który przystępował do konkursu, jak zmieniłeś się od tego czasu. Czy podjąłbyś te same decyzje mając wiedzę o zawodzie taką jak dziś? Właściwie mogę ciebie spytać o to samo, choć twoja droga w zawodzie jest inna i nie tak długa.
– Naprawdę zmuszasz mnie do zastanowienia. To poważne pytanie, trzeba dużo czasu by dobrze odpowiedzieć.
Rozmowa zeszła na poważne tory. Engino opowiedział trochę o swojej pracy w filmie i na planie seriali. Potrafił ciekawie opowiadać i następna godzina przypominała wywiad jakich często udzielają aktorzy. Wreszcie przerwał i zwrócił się do rozmówczyni: – Powiedziałem wiele o sobie, a teraz chciałbym dowiedzieć się czegoś o tobie.
Słyszałem, że pochodzisz z kraju w większości położonego w depresji, a jednak ludzie tam są weseli.
– Przecież nie mieliśmy rozmawiać o polityce… Zaskoczona, po chwili zrozumiała jego intencje i przeszła na angielski recytując z naciskiem: I am not from Holland. I’m from Poland. We have little depression near the sea, but we have beautiful lakes, green fields, varied mountains and forests. Our capital is Warsaw, and one of great king was Jan III Sobieski, the winner from Vienna 1683 who repress Kara Mustafa’s army.
Widząc jego zmieszanie dodała – Nie przejmuj się, często takie pomyłki się zdarzają, podobnie jak ludzie mylą Słowację ze Słowenią, a ostatnio Google translator przekonywał mnie, że krajem twojego pochodzenia jest indyk. A o polsko-tureckich kontaktach mogłabym porozmawiać z Enginem A, jako znawcą historii.
– Wobec tego porozmawiajmy na inny temat. Mówiłaś o mężu. Ja dopiero rozważam małżeństwo. Powiedz, czy jest możliwa miłość do końca życia.? Jesteś doświadczoną osobą, więc pomóż mi podjąć dobrą decyzję.
– Owszem, mam wiele przemyśleń, obserwacji, ale trudno mówić o doświadczeniu. Powiedziałabym, że jest raczej jednostkowe – jeden mężczyzna przez całe życie. Kiedy miałam trochę mniej lat niż teraz stworzyłam sobie własną teorię na temat miłości i małżeństwa, chyba się sprawdziła. Decyzja o połączeniu z kimś życia nie może wynikać tylko z chwilowej, nawet największej fascynacji. Trzeba poznać tę drugą połówkę na tyle, by być pewnym, że macie podobne poglądy na życie, tego samego oczekujecie od siebie. To jak zaprzęgnięcie się do jednego wózka – trzeba ciągnąć w tę samą stronę by osiągnąć sukces. Moja definicja miłości i małżeństwa: Miłość to pragnienie dobra dla drugiej osoby, postawienie jej potrzeb przed swoimi, a małżeństwo to przyjęcie odpowiedzialności za szczęście współmałżonka i dzieci. Jeśli tylko będziecie myśleć jedno o drugim, starać się dowiedzieć, co czuje druga strona, to reszta będzie łatwa. A wierz mi, że można zakochiwać się wiele razy w tej samej osobie. Takim przykładem jest małżeństwo Kerima i Fatmagul – zrozumienie, wybaczenie i lojalność. Oczywiście mówię to na własnym przykładzie i zdaję sobie sprawę, że w takim zawodzie jak twój jest to o wiele trudniejsze – szczególnie dla mężczyzny. To kwestia bliskości potrzebnej do dobrego zagrania scen miłosnych, otoczenia przez wiele pięknych kobiet, narażenia na różne pokusy. Jeśli jednak jest się jak Mały Książę – pamięta, że jego róża jest tylko jedna – szczęście jest możliwe. Każdy pisze swoją odrębną historię życia i jeśli pamięta co chce osiągnąć i stara się o to, zdobędzie to. Z całego serca życzę wam obu, byście znaleźli prawdziwe i trwałe szczęście w życiu i w miłości.
W słuchawkach rozległ się głos reżysera – Ostatnie pięć minut, czas na podsumowanie. Pani pierwsza. Starsza pani zwróciła się do rozmówcy:
– Bardzo dziękuję ci za spotkanie, za ciekawą rozmowę i czas mi poświęcony. Nie jesteś tym, którego się spodziewałam, jesteś inny. Ale nie myśl, że inny znaczy gorszy. Odmienność sprawia, że ten świat jest ciekawszy. Życzę ci wielu ciekawych ról, radości w pracy i szczęścia w życiu.
Engino nie mógł się powstrzymać by zadać jej pytanie: – A czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć Enginowi A i tylko jemu? Nawet, gdyby to nie było zbyt miłe dla mnie?
Spojrzała obok niego w ciemność, jakby kogoś tam widziała
– Drogi panie Enginie. Powiedziałam na początku, że twoja uroda nie jest w moim typie. Masz jednak najpiękniejsze w świecie oczy i uśmiech, które sprawiają, że chce się ciebie kochać. Myślę i pragnę wierzyć, że to dlatego, iż przeziera przez nie twoja jasna, słoneczna i piękna dusza. Chciałam cię spotkać, aby zajrzeć w twoje oczy i sprawdzić, czy ta dusza rzeczywiście tam jest, czy troski i problemy albo nadmierne powodzenie jej nie zagłuszyły. Trudno, nie udało się, pozostaje nadal wierzyć, chociaż nie wiem, czy ta wiara na długo wystarczy.
– A co by było, gdybyś tej duszy nie znalazła?
– Powiedziałabym, że Engin A jest lepszym aktorem nawet od najlepszego aktora na świecie, czyli sir Lawrence Oliwiera.
– Dlaczego właśnie od niego?
– Krąży gdzieś anegdota, historyjka o tym, dlaczego sir Lawrence Oliwier był największym aktorem świata. Pozwól jednak, że odpowiem jak Szeherezada – to opowiadanie na zupełnie inną kolację …albo i śniadanie… roześmiała się mrużąc oko.
Stojący w cieniu Engin A bezwiednie zrobił krok do przodu. Zwróciło to uwagę operatora reflektora oświetlającego stolik. Przeniósł światło na aktora. Przez salę przebiegł szmer, brawa, stukot odsuwanych krzeseł jakby wszyscy wstawali. Reflektor prowadził Engina do stolika. Eli już tam nie było. Zmieszała się z tłumem i zniknęła.

tata napisał(a) komentarz:
Piękne i do myślenia.

 


 

Post nr 65, ostatnio modyfikowany: 12-05-2017Troszkę zaniedbałam historie rodzinne, a pozostała jeszcze nieopisana babcia Julia, czyli mama mojego taty.
Babcia Julia z domu Ćwielong pochodziła z miasteczka Woźniki lub z okolic- dokładnie nie wiem. Jak i kiedy rodzina dostała się do Chorzowa nie wiem, pamiętam jednak , że prababcia Ćwielong mieszkała w Chorzowie na naszej ulicy ze swoją niezamężną córką, siostrą babci. prababcia – jak nazywał ją ojciec – starka była przez pewien czas najstarszą mieszkanką Chorzowa – zmarła w wieku 98 lat w roku 1968. Babcia Julia miała jeszcze jedną siostrę, po mężu nazywała się Grabowska – niestety nie pamiętam imienia, ale też mieszkała niedaleko w Chorzowie. Miały też brata, ale zmarł chyba przed moim urodzeniem.
W młodości babcia Julia pracowała jako służąca, a zarobione pieniądze przeznaczała na zakup posagu – bieliznę pościelową, ręczniki itp. Rodzina odwodziła ją od tego, mówiąc, że ma oszczędzać pieniądze. Aż przyszedł wielki kryzys, pieniądze topniały na wartości, tak że babcia miała rację. Babcia opowiadała, że miała kapelusz za cztery miliardy marek.
Najlepszą pracą i rozrywką były dla niej robótki ręczne – robiła dużo na drutach i szydełkiem. Wtedy modne były firany do okien robione szydełkiem, babcia miała ich dużo. Do dziś mam okrągły obrus robiony na drutach, dzieło babci. Robiła również swetry, skarpetki, rękawiczki dla swoich dzieci. Mówili, że nosiła w torebce notesik i gdy gdzieś na wystawie widziała nowy wzór stała i kopiowała go.
Po ślubie dałą mojej mamie jedną radę : Gdyby mąż chciał cię bić lub uderzyć łap co masz pod ręką i oddaj mocniej. – Mama się zaśmiała i mówi – Rozumiem, gdyby to moja mama tak mi radziła, ale teściowa? – Widocznie babcia miała jakieś doświadczenie w wyrobieniu sobie szacunku i wyrozumiałości męża. Oczywiście rada była niepotrzebna, bo moi rodzice bardzo się kochali i szanowali.
Po śmierci dziadka babcia mieszkała dalej w tym samym miejscu z córką i jej rodziną. Dom ten stoi do dziś. Babcia była też kibicem piłki nożnej, kiedy pojawił się telewizor oglądała wszystkie mecze. Zmarła w 1977 roku.

tata napisał(a) komentarz:
czekamy c.d.

 


 

Post nr 64, ostatnio modyfikowany: 09-05-2017W rękach dwa kije, przede mną droga…
W jesieni życia usiłuję dogonić wiosnę….

Blog Ewa
mamaewa napisał(a) komentarz:
Zdjęcie zrobiła Meg
tata napisał(a) komentarz:
łatwiej odnaleźć drugą niż dogonić pierwszą…….

 


 

Post nr 63, ostatnio modyfikowany: 24-03-2017Dziś 24 marca babcia Maria Helena ukończyła by 102 lata. Dziadek Jan Vogel o którym pisałam niżej dziś również skończyłby 120 lat. Została pamięć i dzieci, wnuki. Wszystkim, którzy to czytają dedykuję mój ulubiony wiersz L.Staffa
„Odys”
Niech cię nie niepokoją
Cierpienia twe i błędy
Wszędy są drogi proste
Lecz i manowce wszędy
O to chodzi jedynie
By naprzód wciąż iść śmiało
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej niż się chciało
Zostanie kamień z napisem
„Tu leży taki a taki”
Każdy z nas jest Odysem
Co wraca do swojej Itaki…

 


 

Post nr 62, ostatnio modyfikowany: 20-03-2017Już kiedyś napisałam o drugim dziadku, ale nie weszło i nie umiem znaleźć pliku zapisanego ” na boku”, wiec od nowa…
Drugiego mego dziadka, ojca mojego taty pamiętam tylko trochę, jako ze zmarł, gdy miałam dziewięć lat. Przez całe swoje życie był górnikiem i jak pamiętam, całe życie zawodowe spędził na jednej kopalni – „Prezydent” w Chorzowie. Nie wiem, jak to było przed II wojną światową, bo wiem, że rodzina dziadka przeprowadzała się ok roku 1937 z Chorzowa II /chyba z ulicy Chałupki/ do Chorzowa Starego, na pl. Piastowski, do budynku kopalnianego. Mój tata był w drugiej klasie i w szkole przezywali go „hutniol” /od Królewskiej Huty/, ale nie był ułomkiem i umiał się bić, więc długo adaptacja w nowej szkole nie trwała.
Z okien domu na u Piastowskiej – mieszkanie było na poddaszu – widać było dwa szyby wyciągowe kopalni. Mówiliśmy, że jeden był babci a drugi dziadka. Po szychcie dziadek przynosił kawałek drewna z pociętych stempli owinięty drutem i porąbany na szczapy do rozpałki w piecu. To chyba było tradycją górniczą, bo mówiło się „szychta i klocek” jak coś było do końca zrobione. Dziadek miał jeden kciuk bez paznokcia, bo mu go przytrzasnęła bryła węgla. Brał udział w obronie kopalni przed zalaniem w czasie przejścia frontu – Niemcy mieli plany, by pozalewac kopalnie, ale górnicy na to nie pozwolili.Kiedy odchodził na emeryturę to miał przepracowanych lat tyle ile sam liczył, bo część lat pracował w ratownictwie górniczym, gdzie liczono lata podwójnie, a zaczął jako 14 letni chłopak. Często odwiedzaliśmy dziadków, a szczególnie na urodziny dziadka i babci, kiermasz kościoła parafialnego, Dzień Górnika i bez specjalnych okazji. Święta i uroczystości obchodzono przy kawie i kołoczu drożdżowym, Szałocie /sałatce ziemniaczano-jarzynowej/ i oczywiście dla mężczyzn wódce. Wtedy dziadek wyciągał akordeon, grał i wszyscy śpiewali różne piosenki, szczególnie ludowe, te które śpiewał zespół „Śląsk”, ale i wiele innych, które teraz znam nie wiadomo skąd. Pod koniec poważnym punktem programu było odśpiewanie hymnu górniczego „Górniczy stan niech nam żyje”. Pamiętam dwóch kolegów dziadka, pana Surmę i pana Jambora, którzy przychodzili na imprezy. Szczególnie pan Jambor pięknie śpiewał, grał na różnych instrumentach i jodłował./Później dowiedziałam się, że jego wnuk to Mirek Breguła z zespołu Uniwerse/. Dziadek zmarł w 1964r, prawdopodobnie przyczyniła sie do tego pylica – choroba górników.

 


 

Post nr 61, ostatnio modyfikowany: 12-03-2017Dziadzię zapamiętałam jak stoi przed domem z nieodłączną fajeczką w zębach – wracając ze szkoły często oglądałam go tak z okna tramwaju…
A teraz trochę o babci, żonie dziadzi Annie Vogel.
Trochę, bo babci nie miałam okazji poznać.Zmarła przed moim narodzeniem. Zachowały się zdjęcia i informacja mojej mamy na odwrocie portretu babci.

Blog Ewa
Blog Ewa

Zdjęcie poniżej zostało wykonane ok roku1930 przed domem rodzinnym mojej mamy i moim. W środku stoi moja babcia, a przed nią dwie rozczochrane dziewczynki to jej córki – starsza Bronisława i młodsza Irena – moja mama. Obok stoją dwie sąsiadki z synami, ale nie znam ich nazwisk.

Blog Ewa

Dom był typową budową na wynajem robotnikom – zaledwie piętrowy mieścił 13 mieszkań składających się z kuchni i izby /pokoju/. Jedno mieszkanie mieściło się w suterenie – dom stał na skarpie, wejście od ulicy było na wysokości parteru, od podwórza na parter prowadziły murowane schody, a obok było wejście do suteren i piwnic. Na parterze były cztery mieszkania, jedno z nich zajmował brat babci Anny z rodziną, z dwu następnych zrobiono jedno mieszkanie w którym mieszkała siostra babci Eufemia z rodziną, a czwarte wynajmowano.
Piętro to też cztery mieszkania – gdy byłam mała zajmowaliśmy dwa połączone ze sobą. Obok mieszkała kuzynka mamy, a czwarte też wynajmowano. Na poddaszu znajdowały się cztery mieszkania – kuchnie były normalnej wysokości, ale pokoje miały skośne sufity.
O babci wiem tylko tyle, że była bardzo uczciwa. Świadczy o tym opowiadanie mamy jak to przy przejściu frontu piekarz z tej samej ulicy w obawie przed rabunkiem porozdawał zapasy mąki sąsiadom. Po uspokojeniu sytuacji Babcia poszła zapłacić za mąkę i piekarz się zdziwił, bo była jedyną osobą która o tym pomyślała.
Przez jakiś czas dziadzia i babcia mieli problemy małżeńskie, ale się nie rozeszli tylko ze sobą nie rozmawiali. Mama wspominała, jak jej mama mówiła „powiedz ojcu…”, a tato „powiedz mamie…”. Obie córki bardzo nad tym bolały. Kiedy po ślubie moich rodziców urodził się brat Adaś a tata był w wojsku, babcia nie chciała zajmować się niemowlakiem i mama musiała zanosić go do żłobka. Babcia chyba czuła się bardzo źle, bo po roku miała wylew i zmarła./16.05.1953r/

 


 

Post nr 60, ostatnio modyfikowany: 12-03-2017

Blog Ewa

To jest mój dziadek Jan Vogel w mundurze powstańczym

tata napisał(a) komentarz:
prosimy o c.d.

 


 

Post nr 59, ostatnio modyfikowany: 02-03-2017Teraz mogę opisać, co sama pamiętam. Pierwsze wspomnienia związane są ze zdjęciami z aparatu Start zakupionego przez rodzinę ok 1957r. Jestem z dziadzią w ogródku działkowym, dziadzia i tato rozpoczęli budowę altanki. Wtedy poznałam tak trudne słowo jak fundament. Dużo czasu spędzaliśmy na działce położonej niedaleko domu, zajadaliśmy truskawki, młodą kalarepkę, różne owoce nie przejmując się, że wyrosły w Chorzowie, na terenie po wysypisku czy hałdzie. Dziadzia przez jakiś czas był wybrany do Miejskiej Rady Narodowej /podobno „z klucza” jako robotnik/. Pamiętam, że kiedyś szłam z dziadzią, a on na ulicy rozmawiał z kimś o problemach miasta i decyzjach Rady. Byłam zbyt mała, aby zrozumieć o co chodzi, ale ten fakt wrył mi się w pamięć. Czasem dziadzia bawił się z nami, biegał wokół stołu goniąc się z Adasiem. Pewnego razu mama przyniosła nam z pielgrzymki do Piekar pukawki- pompki z korkami na sznurku, i dziadzia strzelał z mojej a Adaś ze swojej i tak się gonili po pokoju. W połowie lat sześćdziesiątych dziadzio przeszedł na emeryturę i poza ogródkiem częściej poświęcał czas na spotkania i zebrania w ZBoWiD – organizacji kombatanckiej, jako powstaniec. Brał udział w różnych akademiach, pamiętam też, że uczestniczył w odsłonięciu pomnika Powstańców Śląskich w Katowicach. Często i coraz częściej chodził też w poczcie sztandarowym na pogrzeby kolegów ze Związku. Z zebrań przychodził czasem pod dobrą datą, ale ponieważ chodził w mundurze nie miał problemów z milicją, a raz nawet młodzi funkcjonariusze odstawili go pod drzwi. Bywał wtedy bardzo rozmowny, ale trzeba było się namęczyć, by coś zrozumieć, a młodość nie ma cierpliwości. Pod koniec zachorował na cukrzycę, a ponieważ wtedy choroba ta nie była jeszcze tak dobrze znana jak teraz. Dostawał insulinę i dwukrotnie zapadał w śpiączkę. Zmarł jesienią 1976 roku.

tata napisał(a) komentarz:
to nasze dziedzictwo ocalmy od zapomnienia niech cdn i wcześniejsze wspomnienia tu się pojawią.

 


 

Post nr 58, ostatnio modyfikowany: 17-02-2017CD…Najgorzej sytuacja rodziny przedstawiała się tuż po przejściu frontu. Nie tylko naszej rodziny, ale wszystkich mieszkańców Śląska. Brak zaopatrzenia, wywózki do ZSRR, chaos. Raz udało się dziadzi zamienić stary zegarek ręczny na pół worka pszenicy. Mielono pszenicę młynkiem do kawy i używano do wypieków. Dziadzia dalej pracował na tym samym stanowisku, w ZA podjęła też pracę starsza córka. Moja mama uczyła się, odrabiając stracony czas wojny, po ukończeniu gimnazjum i liceum też podjęła pracę. W 1950 roku mama wyszła za mąż i zamieszkali razem z dziadkami. W 1952 roku urodził się mój brat Adam, a rok póżniej zmarła moja babcia Anna. Po pewnym czasie Dziadzia stwierdził, że przydałaby się Ewa a czułby się jak Pan Bóg w raju. I jak na zamówienie pojawiłam się w 1955 roku. Teraz mogę opisać, co sama zapamiętałam. Cdn…

 


 

Post nr 57, ostatnio modyfikowany: 11-02-2017No, udało się, więc ciąg dalszy o Dziadzi. W 1923 ożenił się z Anną Piecha, moją babcią. Należał do lepiej zarabiających robotników – mama pamiętała, że przed II wojną światową zarabiał ok 300zł, a 150 wystarczało na utrzymanie 4 osobowej rodziny robotniczej. Stać było rodzinę na wynajęcie na całe wakacje izby u chłopa w Milówce, gdzie babcia z córkami /Bronisława ur 1924r i Irena 1927 – moja Mama/ spędzały całe wakacje. Po mamie mieli jeszcze jedną córkę – Reginę, która zmarła w niemowlęctwie. W domu mówiło się po polsku /śląsku/, ale dziadkowie znali niemiecki – choćby tylko ze szkoły i sąsiedztwa i przed wojną oprócz polskich prenumerowali jedną gazetę po niemiecku Kurier Górnośląski. Ten to pomógł dziadkowi we wrześniu 1939r. Wezwany na Gestapo został zapytany, czy brał udział w powstaniu. Odpowiedział, że tak – co uchroniło go przed pobiciem. Zapytany, dlaczego poszedł do powstania stwierdził, że późno zaciągnęli go do wojska, dość się nie nawojował, więc dał się namówić kolegom. Do tego rodzina i znajomi zwrócili się o pomoc do dyrektora Zakładów Azotowych i ten zainterweniował, że potrzebuje dobrego fachowca. Tak okres wojny rodzina spędziła w miarę spokojnie, choć gdyby wydało się, że w domu przechowuje się Dzieła wszystkie Mickiewicza i mundur powstańczy, to mogłoby skończyć się bardzo źle.

 


 

Post nr 56, ostatnio modyfikowany: 11-02-2017Do trzech razy sztuka. Znowu cała stronka o dziadzi wyskoczyła, więc najpierw spróbuję czy coś się zapisze!

 


 

Post nr 55, ostatnio modyfikowany: 08-02-2017Zapisałam całą stronę, w pewnym momencie klik i wszystko znikło. Nie wiem, czy za dużo napisałam i chciało nową stronę, ale jednej literki nie przyjęło – napisało że błąd w blogu i nie zapisze. A to mnie zniechęciło i dziś już nic więcej nie napiszę ;(.

tata napisał(a) komentarz:
a szkoda, to może jutro.

 


 

Post nr 54, ostatnio modyfikowany: 08-02-2017Ciąg dalszy o dziadzi…
Przed II wojną światową dziadek działał w Związku Powstańców

 


 

Post nr 53, ostatnio modyfikowany: 05-02-2017Tak niedawno był Dzień Babci i Dzień Dziadka i pomyślałam, żeby opisać moich dziadków. Może mi starczy zapału, aby opisać wszystkich, ale w odcinkach. A więc pierwszy mój dziadek ze strony mamy, Jan Vogel. Przez nas zwany dziadzią w odróżnieniu od dziadka Romana Kozioła.
Jan Vogel urodził się 24 marca 1897r we wsi Niezdrowice ww parafii Ujazd Sląski, a stacją kolejową najbliższą był Rudziniec Gliwicki. Był jedynym żyjącym synem, miał chyba cztery siostry starsze /Franciszkę, Annę, Wiktorię, Zofię/ i jedną młodszą / Martę/- gdy był mały zmarła ich matka i Marta była córką macochy i ojca. Wszyscy mówili, że macocha była bardzo dobra dla nich. Dziadek był rozrabiaką i żartownisiem. Pamiętam opowiadanie jak na lekcji religii podpowiedział koledze zapytanemu – co to jest łaska? że to białe pod spodem i brązowe na górze – czyli łasica – a kolega bezmyślnie to powtórzył. W tych czasach Niezdrowice należały do państwa pruskiego, ale mieszkańcy w większości mowili w domu po śląsku, ale w szkole musieli uczyć się po niemiecku. Kiedy i jakie wykształcenie dziadek zdobywał nie wiem – uczył się na ślusarza. W czasie pierwszej wojny światowej został powołany do wojska pruskiego i ponoć był aż na Kaukazie. Widziałam zdjęcie dziadka przy koniu w charakterystycznym hełmie pruskim, tzw pikelhaubie. Potem brał udział w III powstaniu śląskim, a po jego upadku musiał uciekać do Polski i tak trafił do Chorzowa. Tu podjął pracę w żakładach Azotowych jako ślusarz w lokomotywowni – to były naprawdę duże zakłady skoro posiadały własną lokomotywownię. Mówili o nim, że gdy posłuchał przejeżdżającego parowozu wiedział, co się zepsuło. Mieliśmy w domu podręcznik o parowozach po niemiecku z pięknymi ilustracjami, gdy odchylało się częśc rysunku można było zobaczyć wnętrze parowozu. Niestety nie wiem, co się z nim stało.
W zakładach przepracował całe życie dojeżdżając na rowerze o każdej pogodzie. cdn…

 


 

Post nr 52, ostatnio modyfikowany: 30-01-2017Po tygodniu włóczęgi Maniuś wrócił w piątek, pożarł, pospał, pomarudził, to samo w sobotę, w niedzielę wyszedł i w poniedziałek znowu go nie ma… Przecież do marca jeszcze trochę czasu…

tata napisał(a) komentarz:
ale teren rozeznać trzeba!

 


 

Post nr 51, ostatnio modyfikowany: 11-01-2017Pół roczku ma nasza wnusia. Jak ten czas leci… a dzieci rosną …a nawet się starzeją 😉

tata napisał(a) komentarz:
i z kwiatami do dziadków przychodzą

 


 

Post nr 50, ostatnio modyfikowany: 10-01-2017Urodziłam się i trzydzieści lat spędziłam w Chorzowie, a o smogu „londyńskim” tylko się czytało w gazetach.😃 Nareszcie mamy kapitalizm!!! 😥

tata napisał(a) komentarz:
pamiętamy jak ” Kościuszko” w martenach stal uszlachetniała.

 


 

Post nr 49, ostatnio modyfikowany: 01-02-2016

Blog Ewa
Mamaewa napisał(a) komentarz:
Dziękujemy córce za modernizację ,,czytelni,,

 


 

Post nr 48, ostatnio modyfikowany: 01-02-2016Dziękuję córeczkom za pamięć, Basi za torcik i kwiaty!
Pracowity Dzień Matki, szkoda, że nie dało się bardziej poświętować i obawiam się, że także Dzień Dziecka będzie podobny…

 


 

Post nr 47, ostatnio modyfikowany: 13-04-2015Kiedyś L.J.Kern napisał wierszyk o tym, co to ludzie wymyślili – koło, maszyny, samochody i samoloty i wiele innych rzeczy aby zaoszczędzić czas – a potem wymyślili telewizję, by ten zaoszczędzony czas zużyć …. Wtedy jeszcze nie było internetu… Teraz bierzemy czas na kredyt …bez znajomości RSSO,,,

Tata napisał(a) komentarz:
Ale się postarałaś- a przemyślenie trafne.

 


 

Post nr 46, ostatnio modyfikowany: 25-03-2015Obejrzałam ostatnio fragment programu „Mali Giganci”
Dzieci faktycznie utalentowane, ale zachowania pokazywane /i promowane/ przez autorów są poniżej krytyki. Przeszkadzanie prowadzącemu, traktowanie dorosłych gorzej od kolegów wzbudzało zachwyt jurorów i aplauz widowni. Ten program powinien mieć klauzulę „tylko dla dorosłych” i pokazywany być głęboką nocą, aby normalne dzieci nie pomyślały, że takie zachowania są normalne i pochwalane. Tak dzieci wychowują media – wystarczy sobie wyobrazić świat, w którym większość ludzi to „Kuby Wojewódzkie” -czysty horror.

tata napisał(a) komentarz:
Fakt święta prawda.

 


 

Post nr 45, ostatnio modyfikowany: 14-12-2014Kiedyś chyba w XIX wieku filozofowie sklasyfikowali potrzeby ludzkie dzieląc na te podstawowe i te wyższego rzędu. Te pierwsza to potrzeba pożywienia,rozmnażania się i bezpieczeństwa, te wyższe to kultura i sztuka, potrzeba poznania itp. Po zaspokojeniu potrzeb podstawowych rozwija się te wyższe. Patrząc na ilość programów kulinarnych w tv, kącików i blogów kulinarnych w prasie i internecie, myślę, że rozwijamy się w kierunku horyzontalnym. Media zachęcają i stymulują do rozwijania potrzeb podstawowych i nie znajdują czasu na potrzeby wyższe…

marek napisał(a) komentarz:
oj tak!
marek napisał(a) komentarz:
Wszystkiego najlepszego i zdrowia i krótkiego bezrobocia.

 


 

Post nr 44, ostatnio modyfikowany: 28-10-2014Otrzymaliśmy z Plusa SMS_a o treści: „Od Tarocisty – dałbym wiele by moc ci powróżyć osobiście. Nie widziałem jeszcze tak CUDOWNEJ przyszłości. Wyślij SENS na nr ….zdradzę ci sens i cel twojego życia. Pierwsza wiadomość 0 zł, następne 2,46.”
Taki niby mądry, a nie przewidział, ze nie wyślę tego SMS-a, poza tym nie nauczył się czytać /a raczej pisać/ ze zrozumieniem i słowo „dać” pomyliło mu się z „brać”.
Chyba zresztą nie jemu jednemu…

 


 

Post nr 43, ostatnio modyfikowany: 20-10-2014No i robię społecznie to co jeszcze miesiąc temu za pieniądze, ale na luzie i bezstresowo. Następna z myśli:

Dawniej robiło się tak, jak nakazywał obyczaj, jak robili rodzice i poprzednicy. A teraz robi się tak jak pokazują w telewizji…/ewentualnie napiszą w internecie/

marek napisał(a) komentarz:
dziękuje ci żono

 


 

Post nr 42, ostatnio modyfikowany: 13-06-2014Myśli nierozważne…
Kanibale zjadali swych przeciwników, by przejąć ich męstwo i odwagę…
Hasło z telewizji „Jestem tym, co jem…”
A my jemy wieprzowinę i kurczaki…
/Dawniej górnicy jedli słoninę – pewnie by mieć mądrość i siłę słonia;) /
Więcej słoniny proszę…

tata napisał(a) komentarz:
a to się już nie wróci

 


 

Post nr 41, ostatnio modyfikowany: 28-02-2014Dziś wiosennie śpiewały ptaszki. A na ganku stoi sobie bałwanek z napisem „Witamy”. Boję się zamienić go na bukiet bazi lub czegoś wiosennego – bo może zima wrócić jak to zobaczy…

tata napisał(a) komentarz:
nie lubimy zimy

 

Post nr 40, ostatnio modyfikowany: 21-02-2014Dwa dni temu zwoziliśmy z tatą drewno. Gdy wracałam do domu ok 17.00 usłyszałam i zobaczyłam przelatujący nad nami klucz dzikich gęsi. Za późno zaczęłam liczyć, ale było ich nie mniej niż 70 w jednym kluczu. Leciały na północny zachód. A dziś w TV podawali, że ogromne stado gęsi przyleciało na zakole Warty. Myślę, że te nasze też tam są. Mam tylko nadzieję, że nie będą musiały wracać na południe jeszcze tej zimy…


 

Post nr 39, ostatnio modyfikowany: 09-01-2014No i tato wykrakał. Zawołał mnie do pomocy w malowaniu, a konkretnie do sprzątania na bieżąco tego co nachlapie. Kiedyś kupiliśmy w netto za 15 zet zestaw do malowania: dwa wałki do napełniania farbą i uchwyt na wysięgniku do dużego wałka. Wałek nie kosmaty lecz raczej gładki, więc do olejnej dobry. Nalał trochę farby i rozpoczął pracę. Malowało się super, nic nie kapało, tak koło metra pomalował i nabrał farby więcej. Trochę zaczęło kapać, ale po obróceniu i w trakcie pracy było nieźle. Tylko wałek stawał się bardziej włochaty i zaczął przesuwać się w jedną stronę. I tam kapało. Ale spoko, tu i tam się starło i jakoś szło. Prawie cały sufit już był pomalowany, około metra zostało i tato zaczął się zastanawiać jak to się wyczyści po pracy. Wtem rozległ się trzask, wałek na ziemi, reszta farby też /całe szczęście, że tato rozłożył kartony/. Okazało się, że pękła plastikowa wkrętka łącząca wałek z przedłużką, uchwyt wałka też się złamał i po urządzeniu… Resztę tato dokończył małym wałeczkiem /ale co zahaczył o kafelka to wyskakiwała zatyczka od farby i czasem coś się wylało/ i pędzlem. Ważne, że sufit pomalowany.
Tylko pomimo, że nie ja malowałam i zmyłam się rozpuszczalnikiem jeszcze dziś mam francuski makijaż. Jednak mam nadzieję, że gdy już pomyję to co pozostało do mycia i sprzątania to i on się zmyje.

 


 

Post nr 38, ostatnio modyfikowany: 06-01-2014Zakończyły się najbardziej pracowite dni końca starego i początku nowego roku. Bardzo mili goście, ale po 12 dniach pracy ciurkiem należy się chwila oddechu. No i trzeba odprasować i wyprać fartuchy i koszulki, obrusy i inne szmatki. Ale na brak zajęć nie będę narzekać, bo do następnej grupy tylko kilka dni a do zimowiska dwa tygodnie niecałe. Ale byle tak dalej. Zapraszamy i każdego ugościmy najlepiej jak umiemy.

tata napisał(a) komentarz:
A jeszcze sufit w WC olejną. Makabra!.

 

Post nr 37, ostatnio modyfikowany: 07-12-2013Siedzę sobie w łazience męskiej i fuguję w kabince, Marek skuwa stare kafelki w drugiej, i myślę sobie „tak wieje, że może natrząśnie gałązek z daglezji na stroik świąteczny..” Marek wynosi wiaderka gruzu, wraca i mówi: Trochę gałęzi nałamało, będzie na stroik /pomyśleliśmy o tym samym, taka zgodność w małżeństwie…/ Po kilku minutach wychodzi z następnym wiaderkiem, wraca i mówi: przerwij na chwilę i wyjdź na ganek. A tam na trawce za studnią leży cała daglezja… Zdjęcia na stronie ośrodka w fb i na blogu Marka. I wcale nie nie było słychać, pewnie wtedy gruz sypał się do wiadra, a dwa płoty i gałęzie zamortyzowały upadek pnia. Dobrze, że to nie ta przy domu…

Marek napisał(a) komentarz:
i trzeba dodać że to już trzecia, którą wiatr wywrócił

 

Post nr 36, ostatnio modyfikowany: 19-10-2013Kiedyś ktoś /chyba Marks i Engels/ wierzyli, że po zaspokojeniu podstawowych potrzeb życiowych ludzkość zwróci się w stronę sztuki, będzie rozwijać się kultura… A cóż taraz mamy? Coraz bardziej wymyślne potrawy i rozkwit programów kulinarnych w telewizji, coraz bardzie wymyślne porady seksualne – i brak zainteresowania sprawami ambitniejszymi i trudniejszymi. Guma do żucia dla mózgu.


 

Post nr 35, ostatnio modyfikowany: 30-05-2013Dziękuję za ciasto, kwiaty i za pomoc w codziennych pracach. Fajnie być mamą takich trzech córek. Sorry, że tak późno, ale dopiero dorwałam się do bloga.


 

Post nr 34, ostatnio modyfikowany: 07-05-2013Wczoraj jaskółki upierały się, że zrobią sobie gniazdko na żyrandolu w naszym pokoju. Korzystając z pięknej pogody otwarłam drzwi balkonowe i wkrótce parka jaskółek wylądowała na trójkącie żyrandola. Po wygonieniu ich zasłoniłam firanką otwór drzwiowy. Niestety firanka okazała się za krótka i ptaszki powróciły wlatując pod nią. Niestety powrócić już nie umiały i musiałam odsłonić firankę, wypłoszyć gości i firankę zaciągnąć. Po piątym razie zamiast firanki zaciągnęłam długą ciemną zasłonę. Kilkanaście razy ptaszki podfruwały i z oburzonym ćwierkaniem zawracały. Gdy słońce zaszło odsunęłam zasłonę i zamknęłam drzwi. Jeszcze raz uparciuch próbował i odbił się od szyby. Dziś było pochmurnie i drzwi nie otwierałam. Może znajdą inne miejsce i odpuszczą.

tata napisał(a) komentarz:
W warsztacie na lampie też by im się podobało.
To że są jaskółki to ekologiczny sukces ośrodka.

 

Post nr 33, ostatnio modyfikowany: 29-04-2013W polityce awantura o wypowiedź min. Gowina w sprawie zarodków. Podobno Niemcy kupują polskie zarodki, bo prawo zakazuje im prowadzić badania na zarodkach niemieckich. Jeśli u nas też obowiązuje takie prawo, to opłaca się wymieniać zarodki? Albo tak jak z węglem i innymi towarami wystarczy wymienić tylko faktury- na zarodku nie pisze jakiej jest on nacji. I tylko jeśli narodzi się GENiusz – to nie dowiemy się z jakiego GENu pochodzi…

tata napisał(a) komentarz:
Z geniusza ucieszą się wszyscy, a gdy będzie to łobuz to kto się przyzna do genu.

 

Post nr 32, ostatnio modyfikowany: 20-03-2013Co tu pisać, jak zima w ostatni dzień nadrobiła zaległości /ponad 25 cm śniegu/ i spodobało jej się tak, że chce zostać na dłużej. A Wielkanoc za dwa tygodnie…

tata napisał(a) komentarz:
Nie kochamy zimy i zimna.
Słoneczko świeć.

 


 

Post nr 31, ostatnio modyfikowany: 17-03-2013No i w następnych dniach ptaszki przestały się odzywać, pewnie przeszkodził im mróz i śnieg, który powrócił wbrew nadziejom. Owszem, ptaszki jakieś latają – sójki, kowaliki, a ostatnio cyle i kokoszki – ale nie śpiewały, za to jadalnia wytapetowana w kwiatki – to może jednak coś z wiosny będzie…

tata napisał(a) komentarz:
może nie do końca

 

Post nr 30, ostatnio modyfikowany: 12-03-2013Dziś i szóstej rano usłyszałam pierwszy wiosenny głos ptaka – jeszcze taki cichy i bez wprawy, ale to już zwiastun oczekiwanej wiosny…

tata napisał(a) komentarz:
fajnie tak z rana słyszeć ptaki
Zduniol napisał(a) komentarz:
Oby jak najszybciej. Dość mam juz chorowania! WIOSNO PRZYBĄDŹ!

 


 

Post nr 29, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Wczoraj rano byłam na mszy sw w intencji ojca Oskara, który należy do naszego boreckiego klasztoru, ale też studiuje na KUL-u. Wróciłam pamięcią do lat studenckich i organizatora Duszpasterstwa Akademickiego przy parafii św Barbary w Chorzowie. Ksiądz Oskar Thomas był naprawdę charyzmatycznym kapłanem i myślę, że nie jedna zatrzymałam Go w pamięci. Spotkania w piwnicy probostwa, gdzie studenci urządzili salki i kaplicę, msze i dyskusje, to wszystko gdzieś tam się wspomina.

Marek napisał(a) komentarz:
Dla mnie jego zdanie „że Bogu należy dziękować bo On wie co jest dla nas najlepsze ” jest kultowym do dziś

 


 

Post nr 28, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Właśnie wróciłam z odśnieżania placu, by jutro można było wyjechać do kościoła. I pomyśleć, że rano zastanawiałam się nad spacerem, by choć trochę wykorzystać dwa dni urlopu…
Mam nadzieję, że do jutra nie dosypie zbyt dużo…

 


 

Post nr 27, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Święta coraz bliżej, urlop na razie teoretyczny, bo jeszcze coś się dzieje… Czekam tylko na ocieplenie, by umyć resztę okien, szczególnie na ganku i w mieszkaniu. Jednak dobrze siedzieć w domu gdy tak sypie śnieg i nie musieć dojeżdżać kolejami śląskimi – właśnie słucham wiadomości o bałaganie na kolei. No, gdzie kucharek sześć … Ale śniegu i zimy nie lubię i tak.

tata napisał(a) komentarz:
Ja też, trzy razy przed domem odgarnąłem do czysta i
znowu biało.
ten drugi napisał(a) komentarz:
Święta już przeszły di historii i mamy nowy rok.
Prosimy o wpisy.

 


 

Post nr 26, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Poprzedni wpis był efektem nauki wprowadzania zdjęć do bloga. Tam i z powrotem do Kucob było 72 czy 76 kilometrów, więc bliżej niż do Chorzowa.
Mieszkanko małe, ale ustawne, ładna kuchnia i łazienka, wykafelkowane i umeblowane, tylko pokoik mały, bo tylko wnęka, a większa część to sala ćwiczeń…. Trzeba będzie bardzo uważać by nie zagracić mieszkania, bo miejsce tylko na niezbędne rzeczy. Ale dobre na początek.
Babcia smutna, że nie przyjechały Meg i „Boadusiciel” bo wieczorem rozgląda się, kto ją przytuli.
Dziś było tylko 6 osób na późny obiad, ale i tak cała niedziela przy kuchni. Jutro pobudka barrrdzo wczesna, bo zaczynają się roratywięc trzeba kończyć.

Dusiceil napisał(a) komentarz:
Mi też smutno, że nie przyjechałyśmy, a na wstawanie na roraty jest straszne… Ale u nas roraty są o 18.

 


 

Post nr 25, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Pierwsza wizyta…Ciasteczka były dobre, dziecko przejęte aż strach no i…
Marian.

Blog Ewa

Pamiątka za cienkich spodni.

mamaEwa napisał(a) komentarz:
Marian to nie /próbny/ zięć…
tata marek napisał(a) komentarz:
Matka nie zna granic poświęcenia dla dziecka.
MEG napisał(a) komentarz:
Tylko mamoEwo, dlaczego komentujesz swój własny blog?
Może coś więcej z wrażeń wizytatorskich?

 


 

Post nr 24, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Kolejna rocznica minęła, dziękuję Bogu i mężowi za te wspólnie przebyte lata, dziękuję córkom za pamięć i pomoc, kwiaty i prezenty. Byle tak dalej, cieszę się, że rodzina jest rodziną. No i dziękuję pamiętającym sąsiadkom…

ten drugi napisał(a) komentarz:
Ddzziięękkuujjee
ten drugi napisał(a) komentarz:
bo min 10 znaków

 


 

Post nr 23, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Tyle się napisałam i klikłam w niewłaściwe miejsce i gdzieś to uciekło – chyba lepszy byłby papierowy pamiętnik. Nie chce mi się odtwarzać to i nic więcej nie będzie. Głupi komputer!

mąż napisał(a) komentarz:
Tak on jest głupi a my?

 


 

Post nr 22, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Kwiatki posadzone, trochę ładniej wygląda, szczególnie odmalowana kuchnia polowa, ale na balkonach tylko aksamitki, bo chyba najbardziej odporne na niekorzystne warunki. I tak powoli cos się dzieje, choć pusto, bo tydzień temu odmówiła się duża grupa z tego dużego weekendu – szkoda.

 


 

Post nr 21, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Wycieczki 33 osoby i my dwoje… w nocy przebudziłam się, chciałam się napić wody a tu pustka w kranie…Szkoda mi było taty, więc go nie budziłam, dopiero o 6.00 jak budzik zadzwonił powitałam go złą nowiną. Jak wstałam to tata już wypróbował pompę rezerwową, ale nie działała, zdążył odsłonić studnię i przygotować drabinę. Potem znanym trybem i po godzinie woda poooszła. Dobrze, że śniadanie było planowane na dziewiątą, to zdążyliśmy. Ufff… Ale gdyby nie było taty, to kto właziłby do studni?

mąż napisał(a) komentarz:
Wtedy większość kobiet ma sąsiada.

 


 

Post nr 20, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Wycieczka pojechała, następna wkrótce, a tu sprzątania tyle -choć porządek zostawili, nie można narzekać, ale zawsze trzeba wszystko przejrzeć i przetrzeć, do domków zajść, a tam więcej roboty. Na razie oglądam tv i usiłuję zrozumieć coś z tego świata, ale wnioski raczej pesymistyczne – żyjemy w okresie schyłkowym – coś jak początki średniowiecza lub koniec cesarstwa rzymskiego – rozpasanie, rozpusta, skrajny indywidualizm a za granicami czekają inni ze swoją cywilizacją, tylko jeszcze nie wiadomo jaka to będzie – albo nas wykupią chińczycy, albo zdobędą islamiści i narzucą swoje reguły, albo sobie tak po prostu wymrzemy…Medycyna ratuje i przedłuża życie, ale nie potrafi zapewnić pełnej sprawności. Lepiej dalej nie rozważać…

mąż napisał(a) komentarz:
Może nie tak od razu – więcej pogody i optymizmu.

 


 

Post nr 19, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013No i nikt nic nie pisze poza tatą, który bawi się podsumowując ciężką pracę. A ja to tylko sprzątanie i gotowanie – nic ciekawego. Tylko tyle, że oprócz róż wymarzły /lub wyschły/ zimą wszystkie dąbki i nie wiem jakimi roślinami je zastąpić. Wsadziłam już fasole, ale nic nie mam do dalszego wysadzania. To musi być coś wieloletniego i odpornego na suszę. Wszyscy mówią, że dobra pogoda, a u nas przydałoby się trochę deszczu /nawet dużo deszczu/, bo ziemia lekka i wszędzie sucho. Tylko ciepły deszcz i won z przymrozkami / a w radiu ostrzegali…/ no to byle do lata.

toja napisał(a) komentarz:
Tak kwiaty zdobią i mają wielka „wymowe”.
MadaMag napisał(a) komentarz:
Kwiaty odpornie na suszę?
Może agawy 😀

 


 

Post nr 18, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013Dzisiejsze czytania mszalne – „nie możesz przeto w tym dniu wykonywać żadnej pracy ani ty sam, ani syn twój, ani twoja córka, ani twój niewolnik, ani niewolnica, ani twoje bydło, ani cudzoziemiec który mieszka pośród twych bram,,, „/Wj 20, 1-17/ Czyli jedyną osobą pracującą w szabat może i powinna być żona?
Coś tu chyba nie tak…

Marek napisał(a) komentarz:
Żony w owym czasie z zasady nie pracowały – były radością pana- to i nie trzeba ich wymieniać.
mamaewa napisał(a) komentarz:
Wtedy niepracujące żony? To raczej niemożliwe /poczytaj Księgę Przysłów 31, 10-31
mąż napisał(a) komentarz:
A dzisiaj ci życzę byś była zdrowa i nie dotyczyły cię zasady z powyższych czytań z pisma.

 


 

Post nr 17, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013I następna impreza za nami. Dla miłych gości chciałoby się jak najwięcej i jak najlepiej – tato miał więcej pracy przy strojeniu sali, ale wszystko się udało.
Trochę Kasia z Martyną pomagały troszeczkę, chyba miło spędziły czas, choć bez specjalnego nadzoru.

MadaMag napisał(a) komentarz:
Pozdrowienia!

 


 

Post nr 16, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013No i zimowisko się skończyło, teraz tylko dosprzątać i dalej przygotowywać imprezę na sobotę. Tylko mam obawy jak wycierać podłogi i używać wody w pomieszczeniach o obniżonej temperaturze, bo zagrzybia się pomieszczenia. Ale byle do wiosny. Może przyjdzie wcześniej niż w ubiegłych latach.
Następny przyczynek do tropienia nielogiczności dzisiejszych czasów: Propaguje się ogrzewanie ekologiczne – kominki na drewno, biomasę ale nadal kaloryfery umieszcza się pod oknami i ogrzewa atmosferę, nie docenia tych, którzy starają się nie marnotrawić energii.

marek napisał(a) komentarz:
Jest wiele alternatyw np: ogrzewanie podłogowe, nawiewy, listwy przyścienne. Zimno wpada do izby przez okna /nieszczelne zazwyczaj/ grawitacyjna cyrkulacja najskuteczniejsza. Za grzejnik należy dziś w standardzie wstawić mate promiennikową.
Basia napisał(a) komentarz:
o… to ja sobie wsadziłam w kuchni pod oknem

 


Post 11 – 15 (stare)

Post nr 15, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Blog Ewa

to mi kazała zrobić Meg!!!

tata napisał(a) komentarz:
Jakie to nastały czasy: dzieci karzą pisać w internecie!

 

Post nr 14, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 14 dodano 24-01-2012 o godz 22:11
Tata każe mi coś napisać, a ja nie wiem o czym…
Przygotowania do zimowiska lecą, albo raczej idą, czas leci za szybko, zima trwa za długo /choć ponoć dopiero się zacznie/, ale dzień już się trochę wydłużył to i humor lepszy. Na tematy polityczne nie ma co pisać, bo i tak nic to nie pomoże, a codzienność skrzeczy i też nie ma o czym pisać.

mąż napisał(a) komentarz:
A radość z dorastających dzieci, a miłość, a skryte marzenia!

 

Post nr 13, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 13 dodano 09-12-2011 o godz 23:01
Urlop się kończy a ja niewiele zrobiłam, zresztą co to za urlop w pracy, gdy trzeba gotować obiady na kolację na 4-5 osób?

Marek napisał(a) komentarz:
Taki społeczny urlop.
tata napisał(a) komentarz:

A stronie minęło 5 lat

chyba nikt nie zauważył.

 


 

Post nr 12, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 12 dodano 08-12-2011 o godz 22:14
Spoko, to tylko żarty, wilkami /czyt. pierniczkowymi potworami/ nie jesteśmy, chyba wystarczy na dłużej.

Basia napisał(a) komentarz:
ufff… całe szczęście…

 


 

Post nr 11, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 11 dodano 05-12-2011 o godz 22:48
Udało mi się upiec pierniki z 2 kg mąki /plus dodatki/, ale tylko trochę polukrować. Zabrakło cukru pudru i czasu, bo to dosyć czasochłonne zajęcie. ale może na tydzień tego wystarczy. W każdym razie babcia stwierdziła, że dobre…

Marek napisał(a) komentarz:
Na pewno bo dzieci nie ma w domu.
Kasia napisał(a) komentarz:
I mi nic nie przyniosłaś?? 🙁
🙂
MadaMag napisał(a) komentarz:
Potwierdzam, dobre były :p
Basia napisał(a) komentarz:
aha… czyli ja też się nie załapię?

Marek napisał(a) komentarz:
Naprawdę zjadam nie polukrowane w minimalnych ilościach koniecznych może jednak dla was też parę zostanie.