Blogi

Biwak Manewry Techniczno-Obronne

Drogi E.

Dzisiaj opiszę ci jedną z najweselszych przygód, jakie przeżyłam w harcerstwie w drużynie licealnej. Biwak, na który udało mi się wyjechać wart jest zachowania w pamięci.

Rozpoczął się drugi rok nauki w liceum. Drużynowi drużyn harcerskich działających w ubiegłym roku byli w klasie maturalnej i zrezygnowali z prowadzenia drużyn. Drużynę „Czerwonych Beretów” przejął kolega Krzysiu z naszej klasy. Ogłoszono biwak, na którym miały odbyć się Manewry Techniczno-Obronne drużyny.

W owym czasie rozpoczęło się wprowadzanie pięciodniowego tygodnia pracy. Początkowo pracownicy mieli jedną wolną sobotę w miesiącu, później dwie i trzy. Niestety, nie dotyczyło to uczniów, więc wszystkie wyjazdy i wycieczki pozaszkolne rozpoczynały się w soboty po południu. Zabieraliśmy wyposażenie do szkoły i bezpośrednio po lekcjach wyruszaliśmy na stację kolejową. Na tym biwaku mieliśmy dodatkowe wyposażenie. Starsi drużynowi zbajerowali nową profesorkę od przysposobienia obronnego i ta, nie całkiem świadomie, zezwoliła na wypożyczenie sprzętu z pracowni p-o. Jako starzy harcerze mieliśmy mundury, czerwone berety i kurtki tzw. „anoraki”, brezentowe, z jedną kieszenią z przodu i z kapturem. Z pracowni zabraliśmy, co się tylko dało: Każdy miał atrapę karabinu, maskę przeciwgazową, a zastępy niosły radiometr, pch-metr / czy jak to się nazywało/ , apteczki i coś tam jeszcze. Uwieńczeniem zdobyczy była atrapa ciężkiego karabinu Maksim (1910), wykonana z drewna, jedynie atrapa lufy była wykonana z krótkiego kawałka rurki metalowej.

Miejscem biwaku była miejscowość Rabsztyn koło Olkusza, z ruinami zamku na wzgórzu. Nocleg mieliśmy w istniejącej tam Stacji Turystycznej, dosyć obskurnej nawet jak na tamte czasy. Żelazne piętrowe łóżka i wieloosobowe sale, mała kuchenka w starym odrapanym budynku to wszystko, ale nam wystarczało.

Przyjechaliśmy pociągiem do Olkusza dosyć późno, bo tylko takie było połączenie. Oczywiście nie było już autobusów PKS, więc musieliśmy dojść do miejsca zakwaterowania pieszo. Ustawiliśmy się czwórkami, a było nas prawie czterdzieścioro, więc kolumna prezentowała się dosyć okazale. Nieliczni przechodnie patrzyli na nas z zaskoczeniem, słyszeliśmy komentarze „chiński desant” , „skąd ci spadochroniarze” i tym podobne. Było późno, więc w mieście nie śpiewaliśmy, słychać było tylko tupot nóg i turkot Maksima. Za miastem poćwiczyliśmy nieco piosenek marszowych, nie zawsze prawomyślnych jak „Nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest Marszałek Śmigły Rydz..”, czy „A ty maszeruj, maszeruj , głośnio krzycz: Niech żyje nam Wołodia Ilicz”.

Następnego dnia rankiem po porannej gimnastyce, śniadaniu i porządkach, w mundurach wyruszyliśmy pod zamek. Tam odbył się apel, na którym przyjęto nowych członków, w tym mnie do drużyny czerwonych beretów. Potem ćwiczyliśmy marsz szykiem ubezpieczonym, w końcu podzieleni na dwie drużyny – obrońców i szturmujących zdobywaliśmy zamek. Huku było co niemiara, bo używaliśmy domowego wyrobu petard – z zapałek z grubymi główkami, zwanych sztormowymi, saletry i cukru, zapakowanych w papierek tak, że wystawała tylko główka zapałki. Całość owijało się nitką, by się nie rozsypało. Wystarczyło potrzeć zapałkę i odrzucić petardę, a trochę huku było. Nie były to duże naboje i w miarę bezpieczne. Ale tylko w miarę. Ktoś z obrońców wpadł na pomysł, by włożyć większą petardę w lufę Maksima. Huk, lufa w jedną stronę, kółka w drugą, a elementy obudowy poleciały jeszcze winnych kierunkach. Atakujący zdobyli zamek, choć obrońcy utrzymywali, że to oni utrzymali pozycje i w zgodzie wszyscy poszukiwali utraconej broni i składali Maksia „do kupy”.

Po krótkim odpoczynku przedstawiono nam nowe zadanie: w okolicy są dywersanci. Należy pójść ich tropem i ująć, ale poruszać się ostrożnie, bo mogą zastawiać pułapki.

Wyruszyliśmy więc szykiem ubezpieczonym po śladach dywersantów. Prowadzili nas starsi drużynowi. Byłam na początku, więc szłam ostrożnie, nasłuchując i rozglądając się wkoło. Wtem usłyszałam – Stój, jesteś skażona. – ??? Drużynowy uświadomił mnie, że żółta farba rozsypana na drodze może być środkiem chemicznym. Należało ubrać maski , uruchomić urządzenie i zbadać, czy i jaki środek zastosowano. Po tym można było iść dalej. Farba pojawiła się jeszcze raz, odkryliśmy też na drodze niewypał, który należało oznaczyć i ogrodzić, przebiec skokami przez odkrytą przestrzeń i linię kolejową. Tak przeszliśmy kilka kilometrów.

W końcu otrzymaliśmy instrukcje: Dywersanci – których odgrywali Krzysiu i Tadek – ukryli się w okolicy, należy ich podejść i ująć. Zadanie było prawie niemożliwe do wykonania, bo chłopcy weszli na ostro zakończoną skałę, na którą dojście było tylko z jednej strony, wąskim garbem. Las był dosyć rzadki. Szłam wolno i ostrożnie, zgodnie z zasadami teorii ukrywania się znanymi z powieści „Czarne stopy” i wyćwiczonymi na poprzednich obozach. Co chwilę słyszałam – pif, paf , Wojtek zastrzelony, – pif, paf, zastrzelony – tu padało imię. W końcu dotarłam w pobliże skały, ale jak się na nią dostać? W skale był załom chroniący mnie częściowo od widoku z góry. Stałam i stałam rozmyślając, gdy usłyszałam na de mną: – Są już wszyscy? – Nie, brakuje Ewy. – to mówił Krzysiu – Pójdę jej poszukać. O to mi chodziło .

Kiedy Krzyś okrążał skałę wyskoczyłam do niego z atrapą karabinu. -Stój, bo strzelam… Niestety, za chwilę rozległo się z góry

– Pif, paf , Krzysiu i Ewa zastrzeleni… Takiej bezwzględności po Tadku się nie spodziewałam.

W końcu z całego biwaku „żywy”pozostał tylko on.

Nie przejęliśmy się tym jednak zbytnio i ożywieni i zadowoleni powróciliśmy do Katowic.

Urodzinowa wyprawa do Warszawy

Zrealizowaliśmy prezent urodzinowy od dziewczynek dla Mamy.Wyjazd na operę Straszy Dwór w Operze Narodowej w Warszawie.Bardzo fajny wyjazd, wspólny i bez pośpiechu. Nawet korków na trasie nie było.Zrobiłem kilka fotek, które zebrałem w krótki reportaż z symbolicznymi opisami.  Może i mama dołoży swoje / zrobiła więcej niż ja / by uzupełnić relację.

Opera w ciekawej, ale nie spodziewanej scenografii. Głosy doskonałe i miejsca też. Postanowiliśmy kiedyś udać się na klasyczną wersję tej opery.

 

Wpis z Facebooka „64”

Miało być miesiąc temu, ale dziś też jest dobrze…
When I get older, losing my hair, many years from now
Will you still be sending me a Valentine, birthday greetings, bottle of wine?
If I’d been out ’till quarter to three, would you lock the door?
Will you still need me, will you still feed me, when I’m sixty-four?
Hmmmmmmmmh
You’ll be older, too
Aaah, and if you say the word, I could stay with you
/ the Beatles – When I’m sixty-four/
64
Byliśmy młodzi, inny był świat, gdy spytałeś mnie
Czy gdy minie te czterdzieści i parę lat wśród wirów życia spotkamy się
Gdy sześćdziesiątka i czwórka też na karku siądzie mi
Czy walentynkę poślesz mi skądś, czy otworzysz drzwi
Będziesz starsza, lecz
Daj mi tylko znak, a nie opuszczę cię
Wiek cię pochylił, włosów masz mniej lecz w oczach ciągle blask
Ręce czułe, usta słodkie i kochasz mnie tak jak wtedy za dawnych lat
Wszystko naprawisz, rozbawisz mnie, otrzesz wszelkie łzy
Dałeś mi życie, dałeś mi radość, no i córki trzy

Wariacje na temat 6 opowiadania Engina Akyürka “Krótka Historia o Miłości”

Osoby: Eryk /Narrator – Engin?/ , Maciej /Mehmet/ , Bella /Bilge/, Mikołaj
Eryk:
Zapatrzyłem się w maila. Niby nic, to tylko zaproszenie na spotkanie koleżeńskie naszej klasy licealnej z okazji upływu 30 lat od matury, ale ta krótka wiadomość wywołała falę wspomnień. Mail wysłany przez Wiktora był podpisany trzema imionami organizatorów – Wiktor, Bella i Mikołaj. Wiktora lepiej znałem, od czasu do czasu wymienialiśmy kartki świąteczne i maile, Mikołaja pamiętałem słabo – drobny chłopak, rzadko się odzywał, brał mniejszy udział w życiu klasy, a raczej skupiał się na działalności w swoim miejscu zamieszkania. Do szkoły dojeżdżał z innego miasta. Bella – cóż straciłem ją z oczu po ukończeniu szkoły, ale w latach licealnych …
Moim najbliższym przyjacielem był Maciek. Mieszkaliśmy na tej samej ulicy, nasi rodzice często się spotykali, a my byliśmy dla siebie jak bracia. Wspólnie wymyślaliśmy psikusy, wybryki, spędzaliśmy czas na wspólnym graniu w piłkę, a nawet wypracowaliśmy system wspólnego uczenia się – dzieliliśmy zadania na dwóch i spisywaliśmy jeden od drugiego. Kiedy do klasy przyszła nowa uczennica postanowiliśmy ją ośmielić i zapoznać z życiem klasy. Po lekcjach zaprosiliśmy ją na spacer, by mogła lepiej poznać miasto. Dobrze nam się rozmawiało, była miła, oczytana, ciekawa wszystkiego, co ją otaczało. Od tej chwili wiele czasu zaczęliśmy spędzać w trójkę – chodziliśmy do kina, na różne imprezy, a nawet na mecz piłkarski. Czułem, że jest dla mnie bardzo ważna. Chyba się pierwszy raz zakochałem…. Każdego ranka cieszyła mnie myśl, że znowu ją zobaczę, że ujrzę jej cudne oczy i włosy, że usłyszę jej ciepły głos. Chowałem to uczucie w sobie rozkoszując się nim w samotności, licząc, że nikt, nawet ona, nie pozna mojej tajemnicy. Nie znałem jednak przenikliwości duszy kobiecej.
Pewnego dnia nauczyciel zarządził pracę w grupach. Głosem nie znoszącym sprzeciwu ogłosił:
– Maciek – ty będziesz w parze z Elą, a Eryk… – tu rozejrzał się po klasie – … po drugiej stronie, w parze z Bellą.
– O Boże! – pomyślałem – Człowieku, nie wiesz, jak bardzo mnie uszczęśliwiłeś!
Zabrzmiał dzwonek. Złożyliśmy naszą pracę, Bella zabrała ją, nagle odwróciła się do mnie i powiedziała – Kocham cię, idioto! – Podbiegła do nauczyciela, prawie rzuciła naszą pracę na biurko i wybiegła z klasy. Byłem jeszcze oszołomiony jej słowami, kiedy podszedł do mnie Maciek.
– Muszę ci coś powiedzieć. Zakochałem się w Belli – jego słowa zmroziły mnie. Zdołałem tylko wyjąkać…- Cieszę się… Z ciężkim sercem wracałem do domu. Rozmyślania przytłaczały mnie.
Maciek był mi bliższy niż brat. Kochałem go, byłem gotów poświęcić dla niego życie…czy mógłbym poświęcić coś innego? Poczułem się jak bohater oddający życie za przyjaciela na wojnie.
W poniedziałek powiedziałem Belli, że kocham kogoś innego…
Maciek:
Przyjadę na to spotkanie choćby z drugiego końca kraju, choćby z drugiego końca świata…Może uda mi się w końcu dowiedzieć, co spowodowało, że tak oddaliliśmy się od siebie. Ja, Eryk, Bella…
Belli nie widziałem od trzydziestu lat, z Erykiem spotykamy się od czasu do czasu na uroczystościach rodzinnych, nasi rodzice się przyjaźnią, jesteśmy prawie jak rodzina, choć ciągle brakuje mi tej bliskości, która była w czasach szkolnych. Może czuje się winny, bo gdy mu zdradziłem, że kocham się w Belli ona odsunęła się ode mnie, od nas. Może coś jej powiedział czy zdradził moją tajemnicę? Tak, to chyba wtedy zaczęliśmy odsuwać się od siebie. Postaram się znaleźć sposób, żeby to wyjaśnić.
Bella:
Kiedy Wiktor zwrócił się do nas z prośbą o pomoc w zorganizowaniu spotkania po trzydziestu latach od matury poprosiłam o kilka dni do namysłu. Musiałam porozmawiać z Mikołajem, sprawdzić, co pamięta z czasów licealnych , uspokoić go, gdyby miał jakieś obawy.
Przygotowałam kolację, a przy stole zapytałam: – Czytałeś maila od Wiktora? -Czytałem. Nie odpowiedziałaś jeszcze? – Zanim odpowiem muszę z tobą porozmawiać. Potem decydujesz, co odpowiemy. – Zamieniam się w słuch….
– Nigdy o tym nie mówiliśmy, ale musisz wiedzieć, że kiedyś kochałam się w Eryku… To było kilka miesięcy po przyjściu do waszej klasy. Jak wiesz, Eryk i Maciek byli najpopularniejszymi chłopakami w klasie. Byłam nowa, nie znałam ich dobrze, a oni zajęli się mną tak, że łatwiej było mi zaaklimatyzować się w nowym środowisku. Zapraszali mnie na imprezy, pokazali miasto. Dobrze mi się z nimi rozmawiało, a szczególnie dobrze czułam się w obecności Eryka. Kiedyś nie było go w szkole, a ja poczułam jak bardzo mi go brakuje. Pomyślałam, że to miłość. Wtedy popełniłam największe szaleństwo w moim życiu. Wydawało mi się, że on też coś czuje do mnie, ale jest zbyt nieśmiały, by mi to powiedzieć. Zaufałam mu i pierwsza wyznałam swoje uczucia. Z początku wydawało mi się, że wyzna mi to samo, ale… Trzeba było wierzyć mamie, że dziewczyna pierwsza nie powinna wypowiadać tego magicznego słowa, że nie wolno się narzucać, bo wtedy staje się bezbronna i gotowa oddać wszystko niewłaściwej osobie.
– Po kilku dniach – podjęła po chwili – powiedział mi, że kocha inną. Czyżbym była aż tak ślepa? Byłam zła na siebie, nie chciałam mieć nic wspólnego z Erykiem. Moja złość objęła też Maćka, bo widując się z nim byłabym skazana na spotkanie z Erykiem, a nawet tylko na pamięć o nim. Maciek zapraszał mnie na imprezy, ale ja kategorycznie mu odmawiałam. Zbliżyłam się do koleżanek i z nimi spędzałam większość czasu. Pewnego razu Elka słysząc jak odmawiam Maćkowi stwierdziła: Dlaczego mu odmawiasz? Jego przyjaciel poświęcił się i odsunął od ciebie by on mógł się zdobyć. Zaskoczona zapytałam – Skąd o tym wiesz? – Chłopcy o tym opowiadają. Podziwiają Eryka, ale tylko szepczą, aby Maciek się nie dowiedział.
– I co ty na to? – zapytał Mikołaj
– Poczułam się jeszcze gorzej. Do dziś czuję tę gorycz. Eryk nie liczył się z moimi uczuciami, przyjaciela kochał bardziej niż mnie. A może bardziej kochał tylko siebie i napawał się swoją wspaniałomyślnością… To chyba było to… bez tego nie osiągnąłby tak wiele w show biznesie.
Długo nie mogłam się pozbierać, nie wierzyłam, że kiedykolwiek jeszcze komuś zaufam. Ty wyleczyłeś mnie ze smutku. Kiedy zaprosiłeś mnie do tańca na balu maturalnym i nie opuściłeś aż do rana nie podejrzewałam, że tak się w tobie zakocham…
Mikołaj:
W liceum trzymałem się na uboczu. Cały wolny czas poświęcałem na pracę w fundacji w naszym mieście. Niezbyt interesowałem się życiem klasy do czasu, aż dołączyła do nas Bella. Była ładna, ale przede wszystkim wesoła, inteligentna i oczytana. Przyglądałem się jej tak jak przyglądałbym się każdemu nowemu, ale od razu zagarnęli ją klasowi liderzy – Eryk i Maciek. Ucieszyłem się, gdy zgłosiła się do naszej fundacji. W poprzednim miejscu też była wolontariuszką
Pewnego dnia coś się zmieniło. W jej oczach ujrzałem smutek i zniechęcenie. Odsunęła się od chłopców, rozmawiała tylko z koleżankami, straciła radość i blask. Nie wiedziałem dlaczego, ale mnie też zrobiło się smutno. Postanowiłem, że postaram się przywrócić jej radość. Trudno było zbliżyć się do niej, właściwie udało mi się dopiero na balu maturalnym. Przed samym balem odbieraliśmy nasze świadectwa, więc obecność była obowiązkowa. Pozwoliła zaprosić się do pierwszego i do wszystkich następnych tańców.
Zbliżyła nas praca w fundacji. Mieszkaliśmy w tej samej stronie miasta. Starałem się wychodzić razem z nią, najpierw rozchodziliśmy się w swoje strony na rogu ulicy, po jakimś czasie zacząłem odprowadzać ją pod sam dom. Rozmawialiśmy o sprawach aktualnych, opowiadałem jej o sobie, ona też się trochę przede mną otworzyła. Nigdy nie zapytałem jej, co zaszło między nią a chłopakami, nie poruszaliśmy tego tematu. Kiedy wspomniałem o przyszłości nie odpowiedziała od razu, ale w jej oczach ujrzałem dawny blask.
Maciek:
Nadszedł dzień spotkania. Eryk przyjechał wcześniej, by odwiedzić rodziców, a potem miałem zabrać go swoim autem. Postanowiłem wykorzystać ten czas.
– Jak myślisz, czy Bella przyjdzie?
– Dlaczego miałaby nie przyjść? Podpisała się jako organizator, więc na pewno będzie.
– Cały czas o niej myślę. Co się stało, że tak oddaliliśmy się od siebie? Potem spotkałem wiele dziewczyn i kobiet, kocham moją żonę, ale nie potrafię zakończyć tamtej sprawy. Coś jakby cierń tkwi w moim sercu i nie umiem go usunąć. Czy ty zdradziłeś Belli co ci wyznałem i wystraszyłeś ją? Czy to był powód, że tak oddaliłeś się ode mnie?
– Nie wiesz tego, – odpowiedział powoli – ale też ją kochałem, a na dodatek tego samego dnia chwilę wcześniej Bella wyznała mi, że mnie kocha… – Byłem zaskoczony.
– To dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
– Byłeś najbliższym moim przyjacielem, bliższym niż brat. Oddałbym za ciebie życie… Wyobraziłem sobie, że poświęcę swoje uczucie w imię przyjaźni…
Wtedy może odczułbym to inaczej, ale teraz uderzył mnie bezsens takiego postępowania. Idiota! To nie tak! Przecież nie można kogoś zmusić do pokochania innej osoby, szczególnie, jeśli jej serce jest już zajęte. Poza tym to bezsensowne „bohaterstwo” oddaliło nas.
– Czy teraz postąpiłbyś tak samo?
– Nie wiem, chyba nie . Odpowiedział. Weszliśmy na salę.
To dziwne uczucie – spotkać dorosłych, a nawet można powiedzieć, że w poważnym wieku ludzi i szukać w nich tych, z którymi kiedyś widywało się dzień w dzień. Czas zmienił sylwetki, włosy niektórym posiwiały, pokazały się zmarszczki… a jednak byli to ci sami nasi koledzy – charaktery niewiele się zmieniły. Było już kilka osób rozmawiających w grupkach. Kiedy nas zauważono wszyscy podeszli do nas, chcieli się przywitać . Oczywiście wiedziałem, że to Eryk budził większe zainteresowanie, był znany z telewizji, wszyscy chwalili się, że chodzili razem z nim do klasy. Eryk witając się z kolegami szukał wzrokiem Belli. W końcu zapytał o nią Wiktora.
– Podobno się spóźni, bo coś jej wypadło. Coś więcej może wiedzieć Mikołaj. Wiktor podniósł głos:
– Jest już większość, kwadrans akademicki minął, więc zapraszam do stołu.
Eryk
Usiedliśmy do podwieczorku przy dużym stole. Podano kawę, herbatę, napoje i ciasteczka. Wiktor zabrał głos.
– Jako organizator dzisiejszego spotkania serdecznie was witam. Cieszę się, że większości z nas udało się dojechać nawet z bardzo daleka. Przy bocznych stolikach przygotowaliśmy albumy ze zdjęciami jakie udało nam się zebrać, a także księgę pamiątkową tego spotkania. W wolnej chwili proszę o wpisanie informacji o sobie, na tyle ile chcecie. Mile widziane będą wpisy o tym, co pamiętacie najlepiej z życia klasy. Wspomnijmy naszych nauczycieli, szczególnie panią wychowawczynię, która pewnie przygląda się nam z góry. – Po chwili milczenia dodał
– Teraz, póki siedzimy wspólnie przy stole, proszę, by każdy z nas opowiedział coś o sobie. Najlepiej według listy w dzienniku. Sprawdzam obecność – dodał z uśmiechem – Pierwszy w alfabecie jest Eryk. Co prawda nie musi dużo o sobie opowiadać, bo znamy jego osiągnięcia z gazet i innych mediów, ale jeśli chcesz coś dodać – zwrócił się do mnie – to słuchamy.
– Nie wierzcie we wszystko, co piszą w gazetach, ale jakieś 80 procent jest prawdą. Chyba wiecie nad czym pracuję, że nie mam żony ani dzieci i to byłoby na tyle. Niech mówi następny.
Po kolei każdy opowiadał o sobie. Wiktor został profesorem matematyki na uczelni w odległym mieście, ożenił się , miał dwoje dzieci, ktoś inny został lekarzem, inny nauczycielem, ktoś założył własną firmę. Mikołaj z żoną prowadził mały pensjonat w niewielkiej, niezbyt znanej miejscowości, miał trzy córki. Koleżanki, a było ich tylko kilka opowiadały o pracy, ale więcej też o swoich rodzinach. Gdy już wszyscy opowiedzieli o sobie ktoś włączył cichutko muzykę z tamtych lat, w mniejszych grupach rozmawialiśmy i oglądali zdjęcia. Wspomnieniom nie było końca. Ja jednak nie mogłem się na niczym skupić. Czekałem na nią.
Uświadomiłem sobie, że nigdy nie byłem pewny, czy dziewczyny, kobiety które bywały przy mnie chcą być ze mną, czy z romantycznym bohaterem, którego odgrywałem w filmach i na scenie. Czy ważny byłem ja, czy moja sława i zazdrość innych kobiet? Nigdy nie byłem tego pewny i dlatego nie potrafiłem zaangażować się w pełni w żaden związek. To pewnie było przyczyną, że tak szybko odchodziły…Jedynie Bella kochała mnie dla mnie samego – tego byłem pewien.
Zauważyłem ruch przy wejściu. Usłyszałem – O, przyszła Bella. Spojrzałem w tamtą stronę . Zobaczyłem kobietę w średnim wieku, z widoczną nadwagą i zmarszczkami wokół oczu. W jednej chwili moje wyobrażenie o niej, najserdeczniejsze wspomnienie runęło grzebiąc moje mrzonki i fantazje. Czułem się jak komunista po obaleniu muru berlińskiego.
– To niemożliwe, że to ona, czyżby tak się zmieniła? – nie zauważyłem, że myśl tę wypowiedziałem na głos. Stojący obok mnie Mikołaj odparł – W moich oczach nie zmieniła się zupełnie. Może to dzięki temu, że często ją widuję.- dodał po chwili przerwy.
Stałem w oddali zbierając się na odwagę. Wokół niej było pełno ludzi, każdy ją o coś pytał, chciał coś powiedzieć. Przy mnie pozostał tylko Marcin. W końcu, gdy zrobiło się wokół niej trochę luźniej podszedłem i ja. – Witaj! Nic a nic się nie zmieniłaś… – Zaśmiała się – Nie kłam. Czas zmienił wszystkich nas. Tylko ty tak musisz dbać o siebie, że nie poznać po tobie mijającego czasu. Jesteś nadal tym chłopczykiem, który kończył liceum… Czy to była ironia?
– Nie było cię na początku, nie opowiedziałaś o sobie.
– Nie musiałam, wszystko zostało powiedziane.
Przez chwilę staliśmy sami. – Wtedy odsunęłaś się od nas, nie pozwoliłaś wyjaśnić, przeprosić. Czy jeszcze mnie wspominasz?
– Owszem, jestem ci wdzięczna. Gdybyś mnie wtedy nie odrzucił, być może nie spotkałabym najwspanialszego w świecie mężczyzny, który jest teraz moim mężem. Kątem oka zobaczyłem, że zbliża się do nas Mikołaj. W tej chwili nie chciałem przy nas widzieć nikogo.
– Chciałbym go poznać… Uśmiechnęła się i w jej oczach ujrzałem dawny blask . Wzięła Mikołaja pod rękę, lekko się do niego przytuliła
– Ależ znasz go. To właśnie mój ukochany. W przyszłym roku będziemy obchodzić srebrne wesele.

Pamiętnik – Album

Pamiętnik – Ołpiny

Pamiętnik Floriana Niziołka cz.4

cz.4

Ludzie jednak bardziej się szanowali. Jeden drugiego wspierał chociażby kubkiem mleka dla dzieci przyniósł ten, który go miał chociaż w niedużej ilości, dzielili się ludzie jedndem ziemniakiem mierką zboża kromką chleba, dzielili się biedą, a ile ludzi wyjechało z tych stron siłami do Ameryki Brazyli Australii, ile robi w niemczech sezonowo – tutaj nie można było nigdzie zarobić – ten kto posiadał konie – robił u tego co nie posiadał koni – ten z koleji musiał odrobić konie, za jeden dzień pracy końmi czeba było odrobić 5 dniówek. Miałem pięć lat jak zaczęłem paść krowy, krowy paśliśmy razem z bratem swyjecznymi Jaśkiem, w Lasku czy w sikornej, krowy pasły się razem, ilość bydła jak i ilości pastwiska były jednakowo, a co dwóch to nie jeden, czy jakaś zabawa czy śpiew albo obrona przed zbłąkanym psem, nie sprawiała tyle lęku co jednemu, gorzej sprawa przedstawiała się, gdy nad nami znalazł się balon a później Europlan, wtenczas byłdo mogło paść się w ziemniakach w owsach co było smaczniejsze i bliżej a my pastuchy ile sił który w nogach miał uciekał, w zależności od położenia terenu, jak było blisko domu, to stodoły piwnicy, a jeżeli było to w polu, ucieczka następowała do krzaków, kładliśmy się tak ażeby nas nie mógł zobaczyć, początkowo dyszać ze zmęczenia, a później następowała cisza, tylko serca trochę za mocno stukały, po przeleceniu wstawaliśmy zadowoleni że jednak nic nam nie zrobił, za to krowy były zadowolone, żarły to co dla nich nie było przeznaczone. Rodzice jak jednego tak i drugiego pastucha często nas kontrolowali, o ile zauważyli opasione zboża, krzyczeli na nas, że nie pilnujemy, zabawi się jeden z drugim a nie pilnuje z czego żyje wyzywając od gapiów smarowozów, my z koleji zwalali winę na Europlany, on jechał prosto na nas, a my musieli uciekać, aleście guptasy przecież samolot nic wam nie zrobi, nie trzeba się bać – jak to nie sami gadaliście że I wojnę strzylano z samolotów – tak ale teraz nie ma wojny – Przy pasieniu robiliśmy cygankami, było to noże składane w drzewianej oprawie różne pistrzałki trąby bąki, łuki były ulubioną bronią do wiklinowej szczały w grubszym końcem wbijaliśmy igły, doszliśmy do dobrej wprawy – na zewnątrz trafialiśmy zająca obgryzającego kapustę czy koniczyną, z tego sportu zrezygnowaliśmy bo trafiony zając podskoczył i ze szczałą uciek, a igły dla nas były czymś wartościwym, rodzice jednak zabraniali, że sobie oczy powybijamy – chowali przed nami te igły, bali się oby nie zgubić igły na pastwisku, krowa może igłe zjeść i się zmarnuje. Zabawa taka jednak wyszła na jaw, gdyż pewnego razu szczała wbiła się w ogon krowy u nasady, krowa zaczęła się oganiaś, kopać jak przed bąkami, następnie podniosła ogon i dalej uciekać do stajni, za nią pozostała ilość bydła, natka wyszła z domu widząc że bydło wpada do stajni, nie zdążyłem być pierwszy w stajni, aby wyciągnąć strzałę z ogona – zrobiła to matka – powiedziała pare słów przykrych i kategorycznie zabroniła bawienia się łukami, pewnego razu pasłem krowy po drodze dwie krowy pasły się na miedzy, natomiast jałówka weszła do koleji wybitych przez koła zrywała strym językiem trawę na brzegach – stojąc przy niej pomyślałem sobie dlaczego mam stać kiedy mogę z powodzeniem siedzieć na jałówce, tym bardziej że pozycja była wygodna do siąścia gdyż znajdowała się w koleinie – tak też zrobiłem, (lecz tego do śmierci nie zapomnę), siadłem okrakiem przy samem karku, w tem jałówka jak nie ryknie i ile może skoczyć ucieka, trzymam się karku po paru sekundach jałówka zaczęła mnie podrzucać i co parę skoków znajdując się coraz bliżej ogona, jednak po kilka set metrach grzbiet jałówki się skończył, spadając na ziemię dla ratunku chwyciłem się ogona, raptem jałówka ryjąc ziemię przednimi nogami – przystanęła, tylnimi jak nie swiśnie – odrzucając mnie parę metrów, jęknąłem z bólu, nie koniec na tym, odwróciła się z pianą w pysku, uderzyła mnie parę razy rogami wpychając mnie w koleinę, miałem szczęście, że jałówka posiadała bardzo małe rogi, po pewnej chwili przyszedłem do przytomności, do domu wróciłem cały posiniaczony, nie przyznałem się co zaszło, na pytanie odpodziałem że krowy zacząły się buść i przy rozpędzaniu zostałem poturbowany. Jednego lata matka często się zastanawiała dlaczego krowa nie posiada mleka, przy udoju południowym i wieczornym raz w jednym drugi raz w drugim szczyku, kazała mi obserwować przy pasieniu, po pewnym czasie zaobserwowałem że krowa ucieka w krzewy – połączone z tarniną miejsce dość niedostępne – ja byłem zdania że w takich tarniach trawa jej lepiej smakuje i jest duża – siadłem sobie na górce i obserwuję jak skubie trawę – w pewnej chwili zauważyłem jak wąż ssie krowę – po paru minutach wąż zsunął się i znikł w zaroślach. Powiedziałem o tym co widziałem matce – ja się tego spodziewałam odpowiedziała – następnego roku innej krowie bardzo spuchło wymie – matka zaczęła obkładać smarować i zdojać mleko o ile było możliwe – po wyleczeniu się krowa nie dawała mleka z jednego cycka – twierdzeniem matki było że została ukąszona przez jakiegoś gada. Najgorsze było wstawanie rano bydło było wypędzone o godz. 5ta rano zaraz po udoju, miałem 6 lat jak zaczęłem chodzić do szkoły – do 738 pasłem, po tym ktoś z rodziców mnie zastępował względnie krowy wiązane były na pastwisku, ja jadłem śniadanie i szybko do szkoły – po południu dla mnie była już zaplanowana robota – a robót było nie mało, to poganianie koni przy orce, w żniwa robienie powruseł pilnowanie kur żeby nie zjadły dojrzałego – wzg. świeżo zasianego ziarna – umęczony całymi dniami wstawanie sprawiało natce wiele kłopotów ze mną – nie jeden raz przychodziła z garnuszkiem wody do łóżka, skropiła twarz wycierając mokrą ręką – szkoda Jej nieraz było budzić, postała koło łóżka popatrzała i odeszła, po paru minutach znów wróciła budzić – o ile nie było ważnej roboty ojciec wyręczał mnie w pasieniu. Pasienie świń odbywało się za pomocą łańcucha długiego, świnie wiązano za szyję i wpijało się kulkę co pewien czas kulkę przebijało się aby zmienić miejsce pastwiska, jak były małe prosięta pasły się koło matki nie odchodząc daleko, gdyż stara swoimi mrukami nawoływała je, w razie rycia pastwiska świni wkręcano drut w ryj, przy próbie rycia sprawiało ból świni i po jednej dwóch próbach rezygnowała z rycia. Maciory które miały małe prosięta, wypędzano na przechadzkę, i wtenczas czeba było bardzo pilnować ażeby się nie wykąpała w błocie, świni sprawiało widocznie dużą przyjemność, ale mnie – dużo roboty – takiej świni do prosiąt nie puszczę – jak ją będą ssać kiedy błoto z niej kapie – bierz wiadro i wymyj ją dokładnie kiedy pozwoliłeś aby się w stawku ubebrała, nie jeden raz miałem już wymytą – tylko zagonić do chlewa. Jedna nieuwaga i świnia już pędzi do stawu kładła się w błocie – myj od nowa zły na świnie i na siebie że jestem za słaby aby ją dogonić i nawrócić – tak było przez parę lat, dorastająca siostra Janka wyręczała mnie z dotychczas pełnionych obowiązków spór jaki występował między nami to pasienie w niedzielę po południu, każde z nas chciało mieć wolne – spór rozstrzygnęła matka, w jedną niedzielę pasie Janka a w drugą ja – po południu bawiliśmy się z chłopcami na godz. 1600 należało być w domu, i wypędzić bydło – jednego razu wieczorem pędziłem krowy do domu, stryk bronowali pole przy sikornicy, stanęli i powiedzieli że jak zapędzę bydło, żebym przyszedł pokornie a oni pójdą od Byczków w jakiejś sprawie, tak też zrobiłem – Stryk skończyli poskładali brony na sanki, dali mi do ręki leje bat i żebym jechał, bronowanie na jednym leju było wygodne drugi koń był przywiązany na cuglu do konia który był pod ręką Stryj poszli w swoją stronę a ja szedłem koło koni, gdy stryk znik mi z oczu postanowiłem wsiąść na brony – po co iść kiedy można było jechać, w Lasku zauważyłem że konie kręcą łbami i zaczęły się szczypać po karkocie (namawiając się do ucieczki) nie zdążyłem zejść z bron chociaż przeczuwałem że coś się święci, w ułamku sekundy konie rzuciły się do ucieczki wyleciały na górkę, trzymanie na jednym lejcu nie dało żadnego rezultatu, wręcz odwrotnie przyczymując jednego konia drugi nadbierał skręcając gwałtownie w lewo – co spowodowało wywrócenie się sanek ja znalazłem się pod sankami – a raczej pod bronami, śruby i końcówki gwoździ bron zachaczały na plecach za posiadaną bieliznę leżąc twarzą do ziemi, konie ciągły mnie pare metrów, w tym momencie nie wiedziałem co się ze mną dziele – po pewnej chwili waga się odpięła, konie uciekły – a ja leże pod sankami a na mnie brony – jakoś wydostałem się spod bron – bólu nie czułem – patrze gdzie są konie, widzę są nad przepaścią która zarosła tarniną – szalały po ziemniakach, lecz nie mogły się przedostać na sąsiednie pole, ja wtenczas, na kolanach podszedłem bruzdą do koni aby ich złapać ażeby mnie nie zobaczyły ziemniaki były duże i to mi się udało, złapałem za leje, przy wstawaniu konie znów pokazały co umią lecz tym razem byłem na nogach szarpiąc z całej siły konie zrobiły parę kręgów po ziemniakach, biegały jak w kieracie – i znów mnie porwały – lecz nie puściłem – widząc, że nie uda się uciec uspokoiły się – wyprowadziłem ze ziemniaków, związałem staredzie u bruski i zaczęłem składać brony, przypiąłem konie i przyjechałem na podwórze do Stryka, odpiąłem postronki i wpuściłem Siwą do stajni – nie zdejmując chomonta bo nie dostałem do rozwiązania a siwa przy zdejmowaniu podniosła łeb wysoko do góry, odpięłem gniadą i zaprowadziłem do domu – wyprzęgła i uwiązałem w stajni – i popatrzyłem na siebie – łokieć koszulka na brzuchu spodnie na kolanach i kolana poszarpane w strzępy a skóra nie wyglądała lepiej, na plecach odzież podarta i plecy poranione pokrwawione przez brony – co teraz jak się tłumaczyć – matce muszę powiedzieć – nie ukryję przez nią podartej odzieży – dobrze że jeszcze żyjesz mogło być gorzej rzekła matka. Na drugi dzień pasłem krowy w lasku Stryk szli na pole i zauważyli że ziemniaki są stratowane, zapytali się kto te ziemniaki tak stratował, ja udaje że nie wiem, odpowiedziałem że ja już patrzałem są to ślady koni musiały komu uciec i szalały po ziemniakach – nie mogłem się przyznać bo by zaraz mnie nazwali mazgajem że końmi nie mogę sobie poradzić?

Tyle pisania mojego taty.

Reszty doczytaj w części o Moim tacie

Pamiętnik Floriana Niziołka cz.3

cz.3

Stryk Paweł wybudował chałpę także z drzewa krytą słomą kona był zwrócone na południowy wschód druga połowa przegrodzona sięnią stanowiła komorę oraz stajnię na bydło, z północnej strony przystawiono stajnię na konia i chlewy, kilka metrów za stajnią postawiono stodołę z drzewa jeden sasiek był duży, klepisko nad którymi zrobiono piętro, drugi sasiek był maly i nazywano go szopą, poz tym do stodoły od wschody u południa przystawiono szopy na narządzia rozliczne i wozy. Stryk był kołodziejem, wolnych chwilach, a zwłaszcza zimą robili koła wozy, sanie i inne narzędzia gospodarskie. Z myślą o ułatwieniu pracy postanowili zrobić kierat z drzewa, sąsiedzi wątpili czy też się uda zrobić i czy będzie spełniał swoje zadanie – Stryk twierdzili dlaczego ma się nie udać, u twojego dziadka Gurbisza jet zegar ścienny, cały zegar jest wykonany z drzewa, wszystkie kółka trybowe, ośki są z drzewa, i to w bardzo małych rozmiarach – pamiętam ten zegar, zegar naciągany był na sznurek dobrze nasmolony aby nie było poślizgu w rowku kółka – sznkurek był obciążony ciężarkami po kończeniu się sznurka trzeba było pociągnąć krótszy konic sznurka – i znów zegar chodził wskazując dokładnie godziny – z tym że tykanie terpetyka było dosyć głośne, co godzinę wybijał czas, będąc małym chłopcem często zostałem na noc u dziadka, nie znosiłem tego zegara ponieważ co godzinę budził mnie. Domownicy byli do tego zegara przyzwyczajeni nie przerywał im snu, nie wiem daty jego produkcji wiem tyle że w 1960 roku zegar ten chcieli kupić przedstawiciele muzeum lecz wujek nie zgodził się mówił że zegar dobrze chodzi i są przyzwyczajenie do niego o ile sobie kupią inny to ten bezpłatnie oddadzo do muzeum. Stryk nie rezygnując ze swojego zamierzenia zaczęli wybierać drzewo, drzewo było przeważnie dębowe, twarde z młodych dębów i to „odzionków” w pierwszej kolejności zrabili podstawe koła „krzyż” – następnie nażnęli dzwon składając je tak, żeby powstały wiązania zbijając kołkami, w środku znajdował się wspomniany krzyż, następnie koło zaszalowano deskami. W środku koła znajdowało się bukso, natomiast przy brzegu koła powiercone były otwory do których nabito zębów w rodzaju trybów, takich zębów było ponad 100 szt. Koło było rozmiarów dużych bo wynosiło średnica 2, 20 m grubość 20 cm. , następnie zrobiono drugie koło trybowe, tylko w inny sposób, wycięto z grubego bala dwa koła jednakowych rozmiarów w kołach powycinanow półotwory łącząc je poprzecznymi listwami długość listew wynosiła ok. 35 cm, następnie na jedno i drugie koło wbijano obręcze aby listwy nie wypadały, listwy spełniały zadanie drugiego koła roboczego. Następnie wyrównano teren i w środku wkopano podstawę z drzewa w śrdku podstawy znajdował się bolec na który zostało nałożone koło czyli płyta kieratu, z boku niżej umieszczone było drugie koło, do którego przykręcona została sztanga o doprowadzona do szopy na płycie umieszczono dyszek, przy obrocie płyty kieratu zęby wchodziły w otwory listew czyli drugiego koła roboczego, co z koleji z powodowało obracanie się sztangi. W szopie na końcu sztangi znajdowało się koło pasowe, obroty regulowano kołami pasowymi, względnie szajbami znajdującymi się na agregałach jako żarnach, młocarniach, itd. Wykonanie kieratu ksztowało dużo roboty i materiału bo przecież każde dzwono musiało być wyciosnae siekierą na kształt bala z pnia a następnie piłką wycięte, a ile otworów wiercić ręcznie w twardym drzewie ile zębów i. t. d. Radość jednak była większa gdyż przy omłotach nie trzeba było zatrudniać 4 osoby które w pocie czoła kręciły korbami koła maszyny albo obracać kamień żarn godzinami aby namielić trochę mąki, zaprzęgano konie do kieratu, na płycie postwiono stołek na którym siędział poganiacz koni, gwizdał sobie a praca szła szybko i sprawnie. Ktoś powie po co tyle roboty czeba było kubić kierat i po wszystkim tak ale, po pierwsze za co kieraty były drogie, po drugie nie było ich do kupna. W Ołpinach posiadaczy kieratów można było na palcach u jednej ręki policzyć o ile kto posiadał  pieniądze na ten cel musiał zamówić odlew w Gorlicach czakając nieraz pół roku i więcej a czego się nawięcej obawiano to dobrego odlewu – zdarzało się że zakupy kierat szybko się psuł, tryb się wysypywał – i kierat stawał się nie do użytku.

Gdy byłem małem dzieckiem czmałem się spódnicy matki. Bardzo się bałem, bałem się dziada – cygana kuminorza ale najbardziej bałem się „Mikia” był to ubogi człowiek niespełna rozumu z wymową bardzo niewyraźną, chodził od domu do dumu, nosił długą żerdź a na niej zawieszał starą czapkę albo kapelusz, wykrzykując przy tym Mika z Żepienika. Mika było nazwizko zepiennik miejscowość, o ile go posłyszałem albo ujrzałem pędziłem do domu ile tylko sił mi starczyło krzycząc na matkę żeby zamykała drzwi bo idzie mika z żepienika, matka mnie uspokajła ale to nie dawało rezultatów, widząc że matka nie zamyka drzwi, wpadałem do łóżka nakrywając się pierzyną aby mnie nie zobaczył. Matka niała wiele kłopotów ze mną, ja też nie spuszczałem jej z oczów, niejednokrotnie potrzebowała matka coś kupi o ile bym widział że ona ubrana wybiera się z domu, beczałem do rozpuku, matka jednak wpadła na pomysł, weszła do izby i na otwartym oknie przygotowała odzież, wychodząc ubierała się i pobiegła do miasta na zakuipy, nie zamykając domu, w tenczas ja robiłem poszukiwania po stajni, piwnicy, komory, nie znalałem, wracając do izby a matka już rozebrana robiła co do niej należało, widząc mnie pochmurnego pytała się gdzie ja się jej chowam, raz przyłapałem matkę jak się ubierała przez oknem i od tej pory bardzo trudno było się oderwać na parę minut z domu – o ile dzisiaj pomyślę o tym to dużą winę za to ponoszą starsi, gdyż dziecko było wciąż straszone, jak będziesz beczał to cie dam dziadom, nie odchodź daleko bo cię cygan porwie, i nie choć i nie patrz do studni bo tam jest topielec i cię wciągnie, a jak niekcesz wierzyć to popatrz ja tam siedzi, podnosząc dziecko które patrzyło w lustro wody odbijał się cień dziecka i starszego, dziecko się bało krzyczało żę widzi dwa topielce, ale z drugiej strony to i było się czego bać, przeważnie pod koniec maja i czerwiec, na „przednówki” dziadów można było naliczyć w ciągu dnia 15tu – jeden spokojnie chodził, grugiego trudno było z domu wypędzić, trzeci nie wiedział sam czego chciał, połatani, brudni, nie goleni, wszy chodziły po nich jak mrówki po mrowisku, przy drzwiach stał stołek i który chciał odpocząc matka podawała ten stołek, aby się nie pchał na środek i nie napuszczał wszów, po odejściu miejsce było starannie sprzątnięte, chodzili także inni żebracy których można było zauważyć w ukryciu. W jakimś Lasku, z papierami i ołówkiem w ręce, ludzie nie osiadali środków masowego przekazu jak radijo, telewizja rolę tę spełniali dziadi, opowiadając o wydarzeniach jakie widzieli względnie słyszeli. Nie wszyscy otrzymywali jaumużnę. Matka czasami się skarżyła, jak bym im wszystkim dawała, to bym sama z torbą na dziady poszła, jednymi drzwiami wchodzili a drugie drugimi wychodzili. Jeżeli trzeba było przebywać na podwórku zamykano frątowe drzwi, aby być pewnym, żę niet nie wejdzie i coś nie porwie, przecież cyganie których nie brakowało, po stwierdzeniu że nikogo nie ma w domu kradli kury, bieliznę, style=’mso-spacerun:yes’>  o ile suszyła się koło domu, do tej pory utrzymuje się zwyczaj, że się wychodzi za przybyłymi odprowadzając go oczyma jak najdalej chaty. Pewnego razu przechodził przez szosę dziad w boso, śnieg i mróz był duży drogą szedł żandarm, zaczymał dziada, pytał się skąd pochodzi zaświadczenia czy wolno mu żebrać, żandarmowi chodziło o to aby jak najdłużej przyczymać dziada boso na śniegu i mrozie, żandarm widzieć że nie przeczyma dziada poszedł na przed, a dziad powoli poszedł do następnego domu zostawiając ślady stóp wytopione  śniegu, z noclegami nie było najlepiej gdyż nikt nie chętnie przyjmował dziadów, gdy nie chciał go nikt przenocowoać, udawał się do sołtysa, który dawał kartę wskazującą kto ma go przenocować. Pewnego razu wszedł do karczmy żebrak i kupił piwo, stanął przy półoszklonych drzwiach, obserwując szosę, stał dość długo maczając wargi w piwio, nagle otwiera drzwi wylewając piwo na przechodzącego żandarma, żandarm wpadł w złość i zamknął żebraka, następnego dnia żebrak przyszedł do karczmy – spytany dlaczego wczoraj wieczorem to zrobił, odpowiedział, że nie miał gdzi nocować, nikt go nie chciał przyjąć – w ten sposób mógł się wyspać pod dachem. Miałem rok matka pojechała z ojcem na jarmark, zostawiła mnie pod opieką służonej Zosśki z kus, przed wyjazdem matka nastawiła na płytę pęczeki aby je ugotowała, dla mnie zaś była przeznaczona bułka z mlekiem, nie wiem jak miała wówczas Zośka w głowie, że zamiast bułką nakarmiła mnie pęcakami, w dodatku źle ugotowanymi, od tej pory zacząłem chorować, po całych nocach płakałem na całym ciele wystąpiła wysypka, rozlewała się po całym ciele co tylko podano do jedzenia żołądek zwracał z powrotem. Matka bardzo się martwiła, całymi nocami nie spała trzymanie na rękach sprawiało mi ból przez uciskanie wrzodów, w kołysce to samo blisko pół roku męczyłem rodziców, bardzo się tym martwili, ponieważ już mojego braciszka Władka pochowali po 8miu miesiącach po urodzeniu. Jednak po przyjściu do lepszego zdrowia zawsze coś mi zaszkodziło, chodziłem wątły, blady i słaby – miałem 2, 5 roku łaziłem koło domu, przechodziłem koło piwnicy drzwi były nie zamknięte, wszedłem w piwnicy matka czymała mleko, ser, masło – już zabrałem się masła, palcem nabierałem z półlitrowego garnuszka masło i jadłem nie wiem jak długo to trwało, zjadłem wszystko masło wziąłem garnuszek włożyłem palec w ucho i niosłem go matce, przekraczając próg trzymałem się słupa, wolałem mama już nic nie ma wszystko zjadł, matka popatrzyła do garnuszka, stwierdziła że masła nie ma złapała się za głowę i powiada, ńo teraz dopiero będzie, dopiero się trochę wykurował no i masz prawie pół litra masła taki bęben zjdł, skrżyła się do ojca, dlaczego też człowiek nie zamknął piwnicy – i co teraz będzie z tobą – masło jednak nie zaszkodziło mi, miałem 4ry roki znalazłem ziemniaki koło piwnicy, przyniosłem do domu, ażeby mi je ugotowano – matka wzięła ziemniaki i wyrzuciła powiada że są zgniłe. Ja w bek do tego stopnia, że matka nie wiedziała jak mnie uspokoić, dopiero po paru latach zrozumiałem swój bek, Matka wytłumaczyła mi że tego roku ziemniaki nie urodziły się, rok był mokry pogniły w ziemi, przez dwa miesiące nie gotowało się ziemniaków – nie było gdzie kupić, każdemu brakowałe, Matka jednak wspomniała sobie za jej dzieciństwa nie było tak jak teraz, brakło ziemniaków na 2 tygodnie to sam pamiętasz jak beczałeś a ja pamiętam że 8 ludzi kopało cały dziań ziemniaki a każdy z nich ukopał może po 3 koszyki, tak że nie trzeba jechać końmi po ziemniaki, każdy mógł bez większego wysiłku przynieść je z pola do domu nie w worku, ziemniaki były rarytasem, ukopane ziemniaki chłopi pieczołowicie je przechowywali, na sadzenie na większe święta gotowali ziemniaki, wtenczas dzieci się bardzo cieszyły, że będą jeść ziemniaki. Jednego razu mówi matka pamięta że na wielkanoc nie było w domu ani chleba ani ziemniaków, dostali u gawrona trochę zboża umielali i upiekli na płycie kuchennej placków i takie były święta, dziadek Gruisz robił całymi dniami wozy. Wozów było narobione ale nikt nie przyszedł zabrać i zapłacić za zamówioną uprzednio robotę, a w dodatku przed świętami- a po świętach czym was karmino – ano jakoś zaraz po świętach ktoś przyszedł zapłacił za wóz i było za co kupić zboża na chleb – było i tak, że pieniądze były, a można było zboża na chleb czy też ziemniaków, ponieważ my byliśmy pod zaborem austry i z tamtąd przywozili kukurydze, słoninę i inne środki spożywcze – ale było i tak, że gospodarz przyjechał – wyciągnął pieniądze – żucił na stół i powiada jedzcie dzieci te papiery – nic nie mogłem kupić, skarży się do żony.

Pamiętnik Floriana Niziołka cz.4