Blogi

Bułgaria c.d Góry Riła

Drogi E.

Wielkie Tyrnowo to piękne miasto, położone nad rzeką Jantrą, dawna stolica Bułgarii. Obejrzeliśmy ruiny zamku na wzgórzu Carewec, zapamiętałam czerwone dachy domów schodzących schodkowo ze wzgórza w zakolu rzeki . W planach wyjazdu mieliśmy tygodniowy pobyt w górach Riła a potem transfer nad morze i spędzenie reszty czasu nad morzem Czarnym. W góry trzeba było dojechać pociągiem do stolicy kraju , Sofii, a stamtąd autobusem do Rilskiego Monastyru. Wróciliśmy do Gornej Oriachowicy, gdyż stamtąd jeździły pociągi do Sofii. Rozeznaliśmy rozkład jazdy. Za kilkanaście minut jechał w tym kierunku pociąg osobowy, a po ponad dwóch godzinach – pospieszny. Znając nasze krajowe realia postanowiliśmy nie czekać na pośpieszny, ale wyjechać wcześniej osobowym. Nie była to najlepsza decyzja. Przejazd trasy o długości 0k 200 km zajął nam cały dzień. W dodatku w połowie trasy, w miejscu bliżej nam nieznanym nasz pociąg stanął, stał bardzo długo, by w końcu przepuścić pociąg pospieszny…. Pasażerów było bardzo niewielu, w sąsiednim przedziale jechali, zachowując się dość głośno jacyś mężczyźni, tubylcy. Pamiętam doskonale zaskoczenie jakie wywołały we mnie te głosy. Czytając napisy w cyrylicy rozumieliśmy więcej – język bułgarski należy do słowiańskich, natomiast ton i melodia głosu wskazywały na coś arabskiego. Tłumaczyłam sobie, że lata okupacji tureckiej miały na to duży wpływ, ale nie próbowałam sprawdzić tej teorii. /Teraz wiem, że turecki i arabski bardzo się różnią, ale wtedy nie byłam tego świadoma/

Wieczorem znaleźliśmy się w stolicy. Trzeba było poszukać jakiegoś noclegu, bo trudno rozbić namiot na skwerku w centrum. W tamtych czasach turystyka, jak większość gałęzi gospodarki była upaństwowiona. Odpowiadało nam to, bo w tym kraju wszystkie sprawy można było załatwić w jednej firmie. Wystarczyło znaleźć neon lub tablicę z napisem „Balkanturist”. Zapytaliśmy o placówkę Balkanturistu jakiegoś człowieka w mundurze, chyba wojskowego. Ten nie tylko zaprowadził nas na przystanek tramwajowy, powiedział, ile przystanków mamy jechać, ale kupił nam bilety i nie chciał zwrotu pieniędzy za nie. W Balkanturiście uprzejmy pracownik poinformował nas, że trwa Uniwersjada – międzynarodowa impreza sportowa i żadnego miejsca w żadnym hotelu nie znajdziemy. Zapytaliśmy wtedy o możliwość rozbicia namiotu. Ucieszony dał nam mapkę z trasą dojazdu do dużego campingu na obrzeżach miasta. Byliśmy na tyle zmęczeni, że na kamping wybraliśmy się taksówką. Jakoś pomieściliśmy się w osobowej taksówce z czterema wypchanymi plecakami. Oczekując w kolejce w recepcji podziwialiśmy młodą dziewczynę, która załatwiała petentów przechodząc płynne z jednego języka na drugi, trzeci i czwarty. W końcu zameldowaliśmy się na polu i zaczęliśmy rozkładać nasze gospodarstwo. Wysłałyśmy Romka na zwiady, by dowiedział się, gdzie można coś kupić do jedzenia i nabrać wody. Namiot stał, my czekałyśmy… W końcu nadszedł Roman, trochę zaaferowany. – Czy „promise” po angielsku to znaczy obiecuję? – Chyba tak,,, odpowiedziałyśmy. – To chyba obiecałem jakiemuś człowiekowi, że przyjdę do niego wieczorem. – Jak to? – Zaczepił mnie człowiek , zaprosił do swojej przyczepy kampingowej, pytał skąd jestem i chciał się umówić na wieczór. Wyglądał jakby pochodził gdzieś z krajów arabskich. – Roześmiałyśmy się -Pewnie widział, że masz trzy kobiety, taki harem i dlatego wzbudziłeś jego zainteresowanie.

Oczywiście Romek pozostał wieczorem z nami, nie chcąc natknąć się na „wielbiciela”.

Następnego dnia pojechałyśmy autobusem pozwiedzać stolicę Bułgarii. Mała źle się czuła i potrzebowała wypić ciepły napój, najlepiej herbatę. To dziś nie do wyobrażenia, ale w tamtych czasach prawie jedynym dostępnym napojem były gazowane oranżady firmy Schweppes, przeważnie pomarańczowe, rzadko trafiał się inny smak. Zaglądaliśmy w różne miejsca, ale nigdzie nie można było dostać ciepłego napoju. Na dworcu kolejowym zauważyliśmy napis ”kawa”. Zamówiliśmy napój i otrzymaliśmy…plastikowe kubeczki niewiele większe od naparstków z odrobiną napoju. Trochę nam pomogły, ale nie wiele. W końcu w jakimś lokalu na kształt samoobsługowego baru odkryliśmy słabą herbatę z cząstką cytryny,,, w metalowych miseczkach. Te miseczki uratowały nam wszystkim, nie tylko Małej, życie. Obejrzeliśmy zabytkową część miasta, w nim cerkiew św Niedzieli, oraz sobór Aleksandra Newskiego. W soborze trwało nabożeństwo,

więc staraliśmy się obejrzeć ile się dało stojąc w jednym miejscu, by nie przeszkadzać. Następnego dnia bez przeszkód wyruszyliśmy w stronę gór Riła, gdzie chcieliśmy spędzić następny tydzień. Dojechaliśmy pod Rilski Monastyr, warowny klasztor z cerkiewką zajmującą centrum dziedzińca monastyru. Przeszliśmy przez zabudowania na drugą stronę kierując się w głąb doliny, gdzie według wiadomości Krysi powinno być pole namiotowe. W końcu natrafiliśmy na coś na kształt campingu, nad rzeczką stało kilka namiotów, jedyny budyneczek murowany stanowiła wygódka typu „tureckiego”. Krysia stwierdziła, że właściwe pole namiotowe jest dalej. Poszli z Romkiem go poszukać. Gdy wrócili, stwierdzili, że jest tam pole namiotowe, ale poza płotem i koniecznością opłaty warunki są takie same. Postanowiliśmy zaoszczędzić i rozbić namiot wśród tubylców, którzy korzystali z tego dzikiego pola. Później przekonaliśmy się, że przynajmniej raz w tygodniu „toaleta” była sprzątana. Na czas pobytu w górach mieliśmy planowane wyżywienie z konserw, z niewielkim dodatkiem produktów miejscowych, typu chleb i warzywa, głównie papryka, cebule, pomidory i ogórki. Zadziwiał nas chleb bułgarski – pszenna wysoka buła, powszechnie spotykana. Zrobiliśmy przegląd naszych zapasów. Przeważnie były to najczęściej dostępne konserwy „Turystyczne”, w charakterystycznych zielonych etykietach, zupki w proszku, i jedna konserwa pod nazwą „kiełbaski leszczyńskie”. Kiełbaski postanowiliśmy zachować na ostatni dzień w górach. Następnego dnia zwiedziliśmy cerkiew i monastyr, zrobiliśmy zakupy i opalaliśmy się nad rzeczką. Potem podążyliśmy dalej w głąb doliny, w kierunku partyzanckiej polany – tak wtedy nazywało się to miejsce. Dowiedzieliśmy się, że w czasie II wojny światowej klasztor stanowił zaporę chroniącą głąb doliny i był ostoją partyzantów. Teraz zabierając się do spisywania wspomnień skorzystałam z internetu, by przypomnieć sobie topografię tych miejsc. Zapamiętanej z tych czasów nazwy „Partizancka poliana” nie znalazłam na mapach. Czyżby historia się zmieniła?

Następnego dnia zaplanowaliśmy wejście na górę, naszym celem było „sedemite ezera”, czyli siedem jezior górskich. Wyszliśmy dość wcześnie rano zabierając ze sobą dokumenty i pieniądze. Za monastyrem weszliśmy na szlak, który prowadził lasem, brzegiem żlebu, na dnie którego płynął strumyk. Wąska ścieżka prowadziła w górę, w kierunku naszego celu. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że brakuje znaków szlakowych, ale kierunek się zgadzał, a „najważniejszy jest stosunek, jaki do celu ma kierunek”, więc szliśmy dalej. Skończył się las, pokazały się płaty trawy, ale skończyła się i ścieżka… Po drugiej stronie żlebu widzieliśmy ścieżkę, także prowadzącą w górę. Żałowaliśmy, że nie idziemy nią, ale była zbyt daleko ioddzielał nas od niej kamienisty jar. Robiło się gorąco, odległości w górach były większe niż na mapie, zresztą, choć w linii prostej odległość nie była zbyt wielka, to przewyższenie było prawie kilometrowe. Stok stawał się coraz bardziej stromy, więc chwytając się kępek trawy wspinaliśmy się w górę na przełaj. W końcu stromizna zelżała, pojawiły się ścieżki wydeptane czy to przez turystów, czy przez owce, których stado wkrótce ujrzeliśmy . W końcu z drugiej strony wzniesienia ujrzeliśmy przepiękny widok jezior, nad którymi, i czasem wokół nas przepływały obłoki. Jeziora były poniżej nas na lewo, a na prawo w oddali ujrzeliśmy murowany budynek i grupę ludzi. Było to schronisko „Iwan Wazow” /kimkolwiek był zachowam go we wdzięcznej pamięci/. Wykrzesaliśmy resztę sił, by dotrzeć do źródła odpoczynku i napoju. Było już dosyć późno, więc zapytaliśmy o możliwość noclegu. Udało się. Jedliśmy kolację, gdy podszedł do nas któryś z gości z pytaniem, czy taboret stojący obok nas jest wolny. Kiwnęliśmy głowami i widząc jego niepewność dodaliśmy po rosyjsku „da”. W końcu zorientował się, że ma do czynienia z obcokrajowcami i taboret zabrał. My przypomnieliśmy sobie równocześnie, że w Bułgarii kiwanie oznacza zaprzeczenie, a potwierdzeniem jest kręcenie głową.

Po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę powrotną. Zeszliśmy do pierwszego jeziorka, zmoczyliśmy ręce i twarze i odnaleźliśmy szlak powrotny. Prowadził on w stronę ścieżki, którą oglądaliśmy poprzedniego dnia, ale wpierw musieliśmy sforsować grupę skał i głazów. Schodziliśmy i ścieżka, która wczoraj wyglądała na równą i łagodną, dziś okazała się kamienista, wyboista i trudna do przejścia. Za to po przeciwnej stronie żlebu teren wydawał się gładki i łagodny z przyjemną ścieżką prowadzącą w tym samym kierunku. Z trudem w ciemnościach dotarliśmy na miejsce biwaku. Otworzyliśmy namiot i Mała rozpoczęła poszukiwanie latarki, którą jako jedyna zabrała z Polski. Zawsze wkładała ją do kieszeni wszytej wewnątrz namiotu. Jakoś latarki nie potrafiła znaleźć, a w namiocie zrobił się ogromny bałagan. Odnaleźliśmy nasze śpiwory i położyliśmy się spać.

Następnego dnia zrozumieliśmy przyczynę bałaganu i braku latarki. Namiot obok nas, w którym biwakowali jacyś chłopcy bułgarscy zniknął, a w resztkach ogniska zauważyliśmy puszkę po kiełbaskach leszczyńskich.

Na szczęście większych strat nie było, ale potrzebowaliśmy czegoś do oświetlania ciemności. Kupiliśmy więc w monastyrze świeczkę, przepłacając, ale nie postawiliśmy jej przed ikoną. Nadszedł czas opuszczenia pięknych gór Riła. W ostatnim dniu, dosłownie na pół godziny przed odjazdem autobusu wstąpiliśmy jeszcze do muzeum klasztornego. Obejrzałam piękne rzeczy, ale urzekła mnie rzec absolutnie cudowna – krzyż wyrzeźbiony przez mnicha, który w ramionach przedstawił sceny biblijne.

Rozpisałam się, więc o nadmorskiej części wyprawy w następnym liście.

Pozdrawiam. E

Tegoroczna pieśń w BW

Po roratach organista ćwiczy „nową” pieśń świąteczną.
Ponieważ melodia była mi już znana, szybko udało mi się ją znaleźć w internecie. Okazało się, że organista ćwiczy starą angielską kolędę „God Rest Ye Merry, Gentlemen”.

Znalazłam jej angielski tekst na kilku stronach, ale różnił się on w kilku miejscach. W końcu odkryłam, że wszystkie zwrotki, wraz z informacjami o odmianach znajdują się w polskiej Wikipedii.

God rest ye merry, gentlemen
Let nothing you dismay
Remember Christ our Saviour
Was born on Christmas Day
To save us all from Satan’s power
When we were gone astray
O tidings of comfort and joy,Comfort and joy
O tidings of comfort and joy
(…)

Na YT istnieje skrócona wersja w wykonaniu Pentatonix, mnie jednak bardziej podoba się wersja Clamavi De Profundis. Jest też God rest ye merry gentlemen (po polsku).

List do E. Bułgaria

Drogi E.

Jak już zaczęłam, to dalej będę pisać o moich przygodach życiowych. Skończyłam liceum i wybrałam kierunek studiów łączący najbardziej lubiane przeze mnie przedmioty szkolne – czyli historię i matematykę. Egzamin wstępny z tych przedmiotów obowiązywał w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach. / Można było wybrać albo historię albo geografię/. Trzecim przedmiotem egzaminacyjnym był język obcy. Po zdaniu egzaminu miałam trochę wakacji – wyjechałam jako instruktor programowy na kolonię zuchową, a później na obóz – końcówkę wakacji szkolnych z kolegami z liceum. Z tego obozu musiałam sama wrócić z Olsztyna do domu , bo wtedy nowo przyjętych studentów obowiązywały tzw. praktyki robotnicze, czyli miesiąc pracy na stanowiskach pracowników fizycznych. Mnie przypadła praca w sklepie jako sprzedawczyni.

Skierowano mnie do dużego sklepu z odzieżą męską. Wtedy sklepy wyglądały trochę inaczej niż teraz – prawie wszystkie były uspołecznione, czyli albo były własnością spółdzielni, albo państwowe, co zresztą wychodziło prawie na jedno. Wrzesień nie był okresem wielkiego ruchu , toteż niezbyt się napracowaliśmy. Rok akademicki rozpoczął się dwiema uroczystościami – na uczelni i w hali katowickiego Spodka, gdzie odbyły się uroczystości ogólnopolskie połączone z XXX rocznicą działalności Politechniki Śląskiej. Przyszło wielu „świeżych” studentów, bo w części artystycznej wyświetlano drugą część filmu „Potop”.

Po uroczystości nie było już tak wesoło. Trzeba było zapisać się na rok, opłacić ubezpieczenie i odebrać legitymację studencką. Nie wiem dlaczego tak było, ale na te sprawy przeznaczono tylko kilka dni,wydział liczył ponad 400 studentów, a dziekanat był jeden. Oczywiście stało się w ogromnej kolejce i w tej kolejce poznałam Krysię, która mieszkała też w Chorzowie i studiowała ze mną w jednej grupie. Krysia stała się najbliższą mi osobą w czasie studiów. Dołączyła do nas Ewa / w odróżnieniu ode mnie zwana Małą/ z Sosnowca i Joanna , czyli Asica z Czeladzi. Kolegów mieliśmy więcej, ale prywatnie spotykaliśmy się raczej w tym gronie.

Z Krysią i Ewką przeżyliśmy jedną z największych przygód, jaką były wakacje w Bułgarii. A było to tak.

Było to po czwartym roku studiów. Krysia zaproponowała nam wspólny wyjazd do Bułgarii. Mieliśmy jechać w czwórkę – Krysia, Mała, ja i kolega Krysi – Romek. Romka znałyśmy poprzez Krysię, lepiej znałam jego młodszego brata, który działał w harcerstwie. Rok wcześniej Krysia była w Bułgarii z bratem, więc znała trochę ten kraj i podjęła się przygotowań. Miałyśmy wyjechać pod koniec sierpnia, a przedtem byłyśmy z Krysią na obozie w Rodakach – ja prowadziłam kurs drużynowych zuchowych, a Krysia kolonię zuchową, która współpracowała z kursem.

Wcześniej załatwiałyśmy wszystkie formalności, co w tamtych czasach nie było takie łatwe. Wyjechać z kraju można było tylko z paszportem lub tzw wkładką paszportową, czyli paszportem pozwalającym na wyjazd tylko do krajów bloku socjalistycznego. Wkładkę taką miałam z poprzedniego roku i można ją było przechowywać w domu, natomiast paszport po powrocie do kraju oddawało się do Urzędu Paszportowego. Osoba otrzymująca paszport musiała oddać jednocześnie dowód osobisty, bez którego z kolei wkładka nie była ważna. Następnie trzeba było iść do banku, jeśli chciało się wymienić pieniądze. Kwota wymiany była z góry ograniczona. Do krajów socjalistycznych często nie otrzymywało się banknotów, a tylko tzw. czeki podróżne, które wymieniało się na gotówkę w kraju docelowym.

We wszystkich tych krajach studenci mieli możliwość korzystania z różnych zniżek, więc musieliśmy także załatwić międzynarodowe legitymacje studenckie..

Większość spraw było załatwionych, gdy wyjechałyśmy na obóz. Pozostało jeszcze zakupienie biletów kolejowych, czym zająć się miał Romek. Pewnego dnia przyjechał do Rodak, bo okazało się, że do zakupu potrzebne są moje dokumenty. Problem był w tym, że dokumenty były w Chorzowie, a moich rodziców nie było w domu. Przypomniałam sobie, że wyjechali oni na kilkudniową wycieczkę. Miałam ze sobą klucz do mieszkania. Dałam go Romkowi i wytłumaczyłam, gdzie ma szukać potrzebnych dokumentów.

Wtedy nie było telefonów komórkowych, samochodów, dostęp do informacji był ograniczony, więc dopiero po powrocie do domu dowiedziałyśmy się, co było dalej.

A wyglądało to tak. Rodzice wrócili przed wieczorem z wycieczki dosyć zmęczeni, więc wcześnie położyli się spać. Jeszcze dobrze nie zasnęli, kiedy w sąsiednim pokoju usłyszeli kroki i szuranie, jakby ktoś szukał czegoś w moim biurku. Tato rozejrzał się za czymś ciężkim i z butelką wody kolońskiej w ręku odważnie wszedł do mego pokoju… Na szczęście rodzice widzieli już kiedyś Romka.

Usłyszałyśmy o tym po pewnym czasie od Romka. Oczywiście jednocześnie zapytałyśmy

– I co powiedziałeś?

– Jak to co? Dobry wieczór…

Śmiechu było dosyć, ale to był dopiero początek przygód.

Przed naszym wyjazdem Romek miał praktyki studenckie w Czechosłowacji. Był to wyjazd do pracy, więc miał wyrobiony paszport służbowy. Na wyjazd do Bułgarii paszport był nieważny, należało go oddać w Biurze Paszportowym i odebrać Dowód Osobisty. Pech chciał, że wyjeżdżaliśmy w sobotę wieczorem, a praktyki kończyły się w piątek. W tym czasie świeżo wprowadzono wolne soboty – na razie dwie w miesiącu i nikt nie był jeszcze do tego przyzwyczajony. No i okazało się, że Biuro jest zamknięte.

Przez całe piątkowe popołudnie i całą sobotę Krysia i Romek biegali po Warszawie, by odzyskać potrzebny dokument, ale bezskutecznie. Ustaliliśmy, że my, dziewczyny wyjedziemy w planowanym terminie, a Romek dojedzie dzień później. Umówiliśmy się w na kempingu w mieście Wielkie Tyrnowo, dawnej stolicy Bułgarii. Mieliśmy wykupione z trudem bilety, ale nie w pobliżu, tylko dwa w wagonie sypialnym, a dwa w wagonie z kuszetkami, czyli miejscami do leżenia. Skoro zwolniło się miejsce Romka to Mała przeszła do wagonu sypialnego, a ja zostałam w tym drugim.

Zresztą tylko na noc i czas przejścia granicy, bo dzień spędzałyśmy wspólnie. Nasza trasa przebiegała przez Lwów, wtedy w Związku Radzieckim, Bukareszt, gdzie miałyśmy przesiąść się na pociąg do Wielkiego Tyrnowa. W tamtych czasach nie było tak zorganizowanego handlu międzynarodowego, granice, szczególni Związku Radzieckiego były strzeżone bardzo pilnie, ale i tak handel „prywatny” kwitł. Ludzie, którzy mieli możliwość wyjazdu wozili wiele rzeczy. Oczywiście celnicy mieli bardzo dużo roboty, kontrolowali bagaże i kazali płacić cło, a w niektórych przypadkach nawet konfiskowali towary. Ci, którym odebrano towar, albo po ocleniu nie opłacało się już wyjechać opuszczali wagony. Byli tacy, którzy o tym wiedzieli załatwiali z konduktorami wejście na ich miejsce. Tak zrobił Józek, student z Rzeszowa i tak go poznaliśmy. Józek jechał sam do Grecji, udało mu się zdobyć przydział obcej waluty. Celniczka pytała go, czy przewozi wiertarkę albo jakieś elektronarzędzia… wtedy dowiedzieliśmy się, co się opłaca wywozić do Grecji. My miałyśmy tylko namiot, konserwy i zupy w proszku.

Z powodu problemów na granicy pociąg nasz miał duże opóźnienie i w Bukareszcie straciliśmy połączenie do Bułgarii. Następny pociąg międzynarodowy był wieczorem, po dwunastu godzinach.

Udało nam się wymienić jeden z bonów podróżnych na obowiązujące w Rumunii leje i wyruszyliśmy w miasto. Było to pół roku po ogromnym trzęsieniu ziemi i niedziela.

Wszystkie sklepy były pozamykane, nie mieliśmy planu miasta, więc zwiedzaliśmy co nam się trafiło po drodze. W końcu chcieliśmy coś zjeść. Wszyscy zapytywani ludzie kierowali nas do jednego miejsca – ekskluzywnego hotelu, w którym działała restauracja, też ekskluzywna.

Co było robić – poszliśmy tam. Zamówiliśmy potrawy takie same, jak sąsiedzi przy stoliku obok i do tego po lampce wina. Obsługa super, trzech kelnerów, jedzenie smaczne. Skończyliśmy, kelner przyniósł rachunek. Kwota na nim opiewała na 207 lei, a my mieliśmy niecałe 200. Postanowiłam wymienić następny czek. Poszłam do recepcji, by zapytać o możliwość wymiany.

Po lampce wina to był najlepszy angielski, jakiego w życiu używałam. Sama sobie się dziwiłam, jak dobrze mi idzie mówienie i nawet zrozumienie odpowiedzi. Niestety, a może na szczęście jedyną opcją był bank następnego dnia rano… Zastanawialiśmy się, co robić. Sytuację uratował Józek. Wyjął polskie 50 zł, położył na dwustu lejach i rachunku. Wytłumaczyliśmy kelnerowi, że tylko tyle mamy. Ten zabrał wszystko i kazał nam czekać. Po pewnym czasie wrócił … i oddał nam 15 lei. Na szczęście.

Naradzaliśmy się, co dalej. Byliśmy dość daleko od dworca kolejowego, nie znaliśmy drogi, zapytywani przechodnie kierowali nas na przystanek autobusowy. Nie mieliśmy pieniędzy na bilety, a jeszcze trzeba było wykupić miejscówki na pociąg do Bułgarii. Miejscówki kosztowały 4 leje od osoby. Brakło nam jednej lei. Ustaliliśmy, że za resztki drobnych Józek kupi bilet i pojedzie na dworzec i tam od Polaków, wracających do kraju może uda mu się odkupić brakującą leję. My obserwując kierunek w którym jechały autobusy poszłyśmy na piechotę.

Doszłyśmy na dworzec. Józek już czekał z miejscówkami. Opowiedział, jak zaczepił jakichś ludzi, wyglądających mu na Polaków z prośbą o odsprzedanie mu 1 lei. Dali mu monetę i bardzo się zdziwili, gdy on dawał im 2 złote. Okazało się, że byli to Niemcy…

W końcu nadjechał właściwy pociąg międzynarodowy i bez większych problemów dojechaliśmy do dużego węzła kolejowego Gorna Orjachowica. Tu pożegnałyśmy Józka, który pojechał dalej w kierunku Grecji, a my po dwóch godzinach przesiadłyśmy się do pociągu do Wielkiego Tyrnowa.

Na miejscu znalazłyśmy się o czwartej rano. Dworzec w Wielkim Tyrnowie był całkiem mały, nie było na nim żywej duszy. Skorzystałyśmy z tego, wyjęłyśmy śpiwory i rozłożyły się na podłodze. Rano kilkoro pasażerów dziwnie na nas patrzyło, ale nie przejmując się tym spakowałyśmy się, może nawet zjadłyśmy po kanapce przygotowanej na miejscu i wyszłyśmy szukać miejsca na nocleg i zwiedzać miasto. Na zewnątrz dworca zauważyliśmy piktogram – zakaz noclegu na dworcu…

Szukałyśmy campingu, na którym mogłybyśmy rozbić nasz namiot. Skierowano nas za miasto, w pobliże monastyru Przemienienia. Rozstawiłyśmy namiot, ja zostałam na gospodarstwie, a Krysia z Małą wróciły do Tyrnowa szukać Romka. Rozwieszały karteczki z wiadomością, ale wszystko bezskutecznie. Nie wiedziałyśmy, co zrobić. Następnego dnia rano przed namiotem usłyszałyśmy głos Romka. Przybył w towarzystwie poznanego po drodze chłopaka z Bułgarii. Powiedział, że to trzeci kamping na którym nas szukał…

Mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. Obejrzeliśmy ruiny zamku, podziwialiśmy piękne położenie miasta na wzgórzu w zakolu rzeki i czerwone dachy starych domków na stoku. Zwiedziliśmy też monastyr i byliśmy gotowi na dalszą podróż, ale o tym w następnym liście.

Pozdrawiam Ewa.

Biwak Manewry Techniczno-Obronne

Drogi E.

Dzisiaj opiszę ci jedną z najweselszych przygód, jakie przeżyłam w harcerstwie w drużynie licealnej. Biwak, na który udało mi się wyjechać wart jest zachowania w pamięci.

Rozpoczął się drugi rok nauki w liceum. Drużynowi drużyn harcerskich działających w ubiegłym roku byli w klasie maturalnej i zrezygnowali z prowadzenia drużyn. Drużynę „Czerwonych Beretów” przejął kolega Krzysiu z naszej klasy. Ogłoszono biwak, na którym miały odbyć się Manewry Techniczno-Obronne drużyny.

W owym czasie rozpoczęło się wprowadzanie pięciodniowego tygodnia pracy. Początkowo pracownicy mieli jedną wolną sobotę w miesiącu, później dwie i trzy. Niestety, nie dotyczyło to uczniów, więc wszystkie wyjazdy i wycieczki pozaszkolne rozpoczynały się w soboty po południu. Zabieraliśmy wyposażenie do szkoły i bezpośrednio po lekcjach wyruszaliśmy na stację kolejową. Na tym biwaku mieliśmy dodatkowe wyposażenie. Starsi drużynowi zbajerowali nową profesorkę od przysposobienia obronnego i ta, nie całkiem świadomie, zezwoliła na wypożyczenie sprzętu z pracowni p-o. Jako starzy harcerze mieliśmy mundury, czerwone berety i kurtki tzw. „anoraki”, brezentowe, z jedną kieszenią z przodu i z kapturem. Z pracowni zabraliśmy, co się tylko dało: Każdy miał atrapę karabinu, maskę przeciwgazową, a zastępy niosły radiometr, pch-metr / czy jak to się nazywało/ , apteczki i coś tam jeszcze. Uwieńczeniem zdobyczy była atrapa ciężkiego karabinu Maksim (1910), wykonana z drewna, jedynie atrapa lufy była wykonana z krótkiego kawałka rurki metalowej.

Miejscem biwaku była miejscowość Rabsztyn koło Olkusza, z ruinami zamku na wzgórzu. Nocleg mieliśmy w istniejącej tam Stacji Turystycznej, dosyć obskurnej nawet jak na tamte czasy. Żelazne piętrowe łóżka i wieloosobowe sale, mała kuchenka w starym odrapanym budynku to wszystko, ale nam wystarczało.

Przyjechaliśmy pociągiem do Olkusza dosyć późno, bo tylko takie było połączenie. Oczywiście nie było już autobusów PKS, więc musieliśmy dojść do miejsca zakwaterowania pieszo. Ustawiliśmy się czwórkami, a było nas prawie czterdzieścioro, więc kolumna prezentowała się dosyć okazale. Nieliczni przechodnie patrzyli na nas z zaskoczeniem, słyszeliśmy komentarze „chiński desant” , „skąd ci spadochroniarze” i tym podobne. Było późno, więc w mieście nie śpiewaliśmy, słychać było tylko tupot nóg i turkot Maksima. Za miastem poćwiczyliśmy nieco piosenek marszowych, nie zawsze prawomyślnych jak „Nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest Marszałek Śmigły Rydz..”, czy „A ty maszeruj, maszeruj , głośnio krzycz: Niech żyje nam Wołodia Ilicz”.

Następnego dnia rankiem po porannej gimnastyce, śniadaniu i porządkach, w mundurach wyruszyliśmy pod zamek. Tam odbył się apel, na którym przyjęto nowych członków, w tym mnie do drużyny czerwonych beretów. Potem ćwiczyliśmy marsz szykiem ubezpieczonym, w końcu podzieleni na dwie drużyny – obrońców i szturmujących zdobywaliśmy zamek. Huku było co niemiara, bo używaliśmy domowego wyrobu petard – z zapałek z grubymi główkami, zwanych sztormowymi, saletry i cukru, zapakowanych w papierek tak, że wystawała tylko główka zapałki. Całość owijało się nitką, by się nie rozsypało. Wystarczyło potrzeć zapałkę i odrzucić petardę, a trochę huku było. Nie były to duże naboje i w miarę bezpieczne. Ale tylko w miarę. Ktoś z obrońców wpadł na pomysł, by włożyć większą petardę w lufę Maksima. Huk, lufa w jedną stronę, kółka w drugą, a elementy obudowy poleciały jeszcze winnych kierunkach. Atakujący zdobyli zamek, choć obrońcy utrzymywali, że to oni utrzymali pozycje i w zgodzie wszyscy poszukiwali utraconej broni i składali Maksia „do kupy”.

Po krótkim odpoczynku przedstawiono nam nowe zadanie: w okolicy są dywersanci. Należy pójść ich tropem i ująć, ale poruszać się ostrożnie, bo mogą zastawiać pułapki.

Wyruszyliśmy więc szykiem ubezpieczonym po śladach dywersantów. Prowadzili nas starsi drużynowi. Byłam na początku, więc szłam ostrożnie, nasłuchując i rozglądając się wkoło. Wtem usłyszałam – Stój, jesteś skażona. – ??? Drużynowy uświadomił mnie, że żółta farba rozsypana na drodze może być środkiem chemicznym. Należało ubrać maski , uruchomić urządzenie i zbadać, czy i jaki środek zastosowano. Po tym można było iść dalej. Farba pojawiła się jeszcze raz, odkryliśmy też na drodze niewypał, który należało oznaczyć i ogrodzić, przebiec skokami przez odkrytą przestrzeń i linię kolejową. Tak przeszliśmy kilka kilometrów.

W końcu otrzymaliśmy instrukcje: Dywersanci – których odgrywali Krzysiu i Tadek – ukryli się w okolicy, należy ich podejść i ująć. Zadanie było prawie niemożliwe do wykonania, bo chłopcy weszli na ostro zakończoną skałę, na którą dojście było tylko z jednej strony, wąskim garbem. Las był dosyć rzadki. Szłam wolno i ostrożnie, zgodnie z zasadami teorii ukrywania się znanymi z powieści „Czarne stopy” i wyćwiczonymi na poprzednich obozach. Co chwilę słyszałam – pif, paf , Wojtek zastrzelony, – pif, paf, zastrzelony – tu padało imię. W końcu dotarłam w pobliże skały, ale jak się na nią dostać? W skale był załom chroniący mnie częściowo od widoku z góry. Stałam i stałam rozmyślając, gdy usłyszałam na de mną: – Są już wszyscy? – Nie, brakuje Ewy. – to mówił Krzysiu – Pójdę jej poszukać. O to mi chodziło .

Kiedy Krzyś okrążał skałę wyskoczyłam do niego z atrapą karabinu. -Stój, bo strzelam… Niestety, za chwilę rozległo się z góry

– Pif, paf , Krzysiu i Ewa zastrzeleni… Takiej bezwzględności po Tadku się nie spodziewałam.

W końcu z całego biwaku „żywy”pozostał tylko on.

Nie przejęliśmy się tym jednak zbytnio i ożywieni i zadowoleni powróciliśmy do Katowic.

Urodzinowa wyprawa do Warszawy

Zrealizowaliśmy prezent urodzinowy od dziewczynek dla Mamy.Wyjazd na operę Straszy Dwór w Operze Narodowej w Warszawie.Bardzo fajny wyjazd, wspólny i bez pośpiechu. Nawet korków na trasie nie było.Zrobiłem kilka fotek, które zebrałem w krótki reportaż z symbolicznymi opisami.  Może i mama dołoży swoje / zrobiła więcej niż ja / by uzupełnić relację.

Opera w ciekawej, ale nie spodziewanej scenografii. Głosy doskonałe i miejsca też. Postanowiliśmy kiedyś udać się na klasyczną wersję tej opery.

 

Wpis z Facebooka „64”

Miało być miesiąc temu, ale dziś też jest dobrze…
When I get older, losing my hair, many years from now
Will you still be sending me a Valentine, birthday greetings, bottle of wine?
If I’d been out ’till quarter to three, would you lock the door?
Will you still need me, will you still feed me, when I’m sixty-four?
Hmmmmmmmmh
You’ll be older, too
Aaah, and if you say the word, I could stay with you
/ the Beatles – When I’m sixty-four/
64
Byliśmy młodzi, inny był świat, gdy spytałeś mnie
Czy gdy minie te czterdzieści i parę lat wśród wirów życia spotkamy się
Gdy sześćdziesiątka i czwórka też na karku siądzie mi
Czy walentynkę poślesz mi skądś, czy otworzysz drzwi
Będziesz starsza, lecz
Daj mi tylko znak, a nie opuszczę cię
Wiek cię pochylił, włosów masz mniej lecz w oczach ciągle blask
Ręce czułe, usta słodkie i kochasz mnie tak jak wtedy za dawnych lat
Wszystko naprawisz, rozbawisz mnie, otrzesz wszelkie łzy
Dałeś mi życie, dałeś mi radość, no i córki trzy

Wariacje na temat 6 opowiadania Engina Akyürka “Krótka Historia o Miłości”

Osoby: Eryk /Narrator – Engin?/ , Maciej /Mehmet/ , Bella /Bilge/, Mikołaj
Eryk:
Zapatrzyłem się w maila. Niby nic, to tylko zaproszenie na spotkanie koleżeńskie naszej klasy licealnej z okazji upływu 30 lat od matury, ale ta krótka wiadomość wywołała falę wspomnień. Mail wysłany przez Wiktora był podpisany trzema imionami organizatorów – Wiktor, Bella i Mikołaj. Wiktora lepiej znałem, od czasu do czasu wymienialiśmy kartki świąteczne i maile, Mikołaja pamiętałem słabo – drobny chłopak, rzadko się odzywał, brał mniejszy udział w życiu klasy, a raczej skupiał się na działalności w swoim miejscu zamieszkania. Do szkoły dojeżdżał z innego miasta. Bella – cóż straciłem ją z oczu po ukończeniu szkoły, ale w latach licealnych …
Moim najbliższym przyjacielem był Maciek. Mieszkaliśmy na tej samej ulicy, nasi rodzice często się spotykali, a my byliśmy dla siebie jak bracia. Wspólnie wymyślaliśmy psikusy, wybryki, spędzaliśmy czas na wspólnym graniu w piłkę, a nawet wypracowaliśmy system wspólnego uczenia się – dzieliliśmy zadania na dwóch i spisywaliśmy jeden od drugiego. Kiedy do klasy przyszła nowa uczennica postanowiliśmy ją ośmielić i zapoznać z życiem klasy. Po lekcjach zaprosiliśmy ją na spacer, by mogła lepiej poznać miasto. Dobrze nam się rozmawiało, była miła, oczytana, ciekawa wszystkiego, co ją otaczało. Od tej chwili wiele czasu zaczęliśmy spędzać w trójkę – chodziliśmy do kina, na różne imprezy, a nawet na mecz piłkarski. Czułem, że jest dla mnie bardzo ważna. Chyba się pierwszy raz zakochałem…. Każdego ranka cieszyła mnie myśl, że znowu ją zobaczę, że ujrzę jej cudne oczy i włosy, że usłyszę jej ciepły głos. Chowałem to uczucie w sobie rozkoszując się nim w samotności, licząc, że nikt, nawet ona, nie pozna mojej tajemnicy. Nie znałem jednak przenikliwości duszy kobiecej.
Pewnego dnia nauczyciel zarządził pracę w grupach. Głosem nie znoszącym sprzeciwu ogłosił:
– Maciek – ty będziesz w parze z Elą, a Eryk… – tu rozejrzał się po klasie – … po drugiej stronie, w parze z Bellą.
– O Boże! – pomyślałem – Człowieku, nie wiesz, jak bardzo mnie uszczęśliwiłeś!
Zabrzmiał dzwonek. Złożyliśmy naszą pracę, Bella zabrała ją, nagle odwróciła się do mnie i powiedziała – Kocham cię, idioto! – Podbiegła do nauczyciela, prawie rzuciła naszą pracę na biurko i wybiegła z klasy. Byłem jeszcze oszołomiony jej słowami, kiedy podszedł do mnie Maciek.
– Muszę ci coś powiedzieć. Zakochałem się w Belli – jego słowa zmroziły mnie. Zdołałem tylko wyjąkać…- Cieszę się… Z ciężkim sercem wracałem do domu. Rozmyślania przytłaczały mnie.
Maciek był mi bliższy niż brat. Kochałem go, byłem gotów poświęcić dla niego życie…czy mógłbym poświęcić coś innego? Poczułem się jak bohater oddający życie za przyjaciela na wojnie.
W poniedziałek powiedziałem Belli, że kocham kogoś innego…
Maciek:
Przyjadę na to spotkanie choćby z drugiego końca kraju, choćby z drugiego końca świata…Może uda mi się w końcu dowiedzieć, co spowodowało, że tak oddaliliśmy się od siebie. Ja, Eryk, Bella…
Belli nie widziałem od trzydziestu lat, z Erykiem spotykamy się od czasu do czasu na uroczystościach rodzinnych, nasi rodzice się przyjaźnią, jesteśmy prawie jak rodzina, choć ciągle brakuje mi tej bliskości, która była w czasach szkolnych. Może czuje się winny, bo gdy mu zdradziłem, że kocham się w Belli ona odsunęła się ode mnie, od nas. Może coś jej powiedział czy zdradził moją tajemnicę? Tak, to chyba wtedy zaczęliśmy odsuwać się od siebie. Postaram się znaleźć sposób, żeby to wyjaśnić.
Bella:
Kiedy Wiktor zwrócił się do nas z prośbą o pomoc w zorganizowaniu spotkania po trzydziestu latach od matury poprosiłam o kilka dni do namysłu. Musiałam porozmawiać z Mikołajem, sprawdzić, co pamięta z czasów licealnych , uspokoić go, gdyby miał jakieś obawy.
Przygotowałam kolację, a przy stole zapytałam: – Czytałeś maila od Wiktora? -Czytałem. Nie odpowiedziałaś jeszcze? – Zanim odpowiem muszę z tobą porozmawiać. Potem decydujesz, co odpowiemy. – Zamieniam się w słuch….
– Nigdy o tym nie mówiliśmy, ale musisz wiedzieć, że kiedyś kochałam się w Eryku… To było kilka miesięcy po przyjściu do waszej klasy. Jak wiesz, Eryk i Maciek byli najpopularniejszymi chłopakami w klasie. Byłam nowa, nie znałam ich dobrze, a oni zajęli się mną tak, że łatwiej było mi zaaklimatyzować się w nowym środowisku. Zapraszali mnie na imprezy, pokazali miasto. Dobrze mi się z nimi rozmawiało, a szczególnie dobrze czułam się w obecności Eryka. Kiedyś nie było go w szkole, a ja poczułam jak bardzo mi go brakuje. Pomyślałam, że to miłość. Wtedy popełniłam największe szaleństwo w moim życiu. Wydawało mi się, że on też coś czuje do mnie, ale jest zbyt nieśmiały, by mi to powiedzieć. Zaufałam mu i pierwsza wyznałam swoje uczucia. Z początku wydawało mi się, że wyzna mi to samo, ale… Trzeba było wierzyć mamie, że dziewczyna pierwsza nie powinna wypowiadać tego magicznego słowa, że nie wolno się narzucać, bo wtedy staje się bezbronna i gotowa oddać wszystko niewłaściwej osobie.
– Po kilku dniach – podjęła po chwili – powiedział mi, że kocha inną. Czyżbym była aż tak ślepa? Byłam zła na siebie, nie chciałam mieć nic wspólnego z Erykiem. Moja złość objęła też Maćka, bo widując się z nim byłabym skazana na spotkanie z Erykiem, a nawet tylko na pamięć o nim. Maciek zapraszał mnie na imprezy, ale ja kategorycznie mu odmawiałam. Zbliżyłam się do koleżanek i z nimi spędzałam większość czasu. Pewnego razu Elka słysząc jak odmawiam Maćkowi stwierdziła: Dlaczego mu odmawiasz? Jego przyjaciel poświęcił się i odsunął od ciebie by on mógł się zdobyć. Zaskoczona zapytałam – Skąd o tym wiesz? – Chłopcy o tym opowiadają. Podziwiają Eryka, ale tylko szepczą, aby Maciek się nie dowiedział.
– I co ty na to? – zapytał Mikołaj
– Poczułam się jeszcze gorzej. Do dziś czuję tę gorycz. Eryk nie liczył się z moimi uczuciami, przyjaciela kochał bardziej niż mnie. A może bardziej kochał tylko siebie i napawał się swoją wspaniałomyślnością… To chyba było to… bez tego nie osiągnąłby tak wiele w show biznesie.
Długo nie mogłam się pozbierać, nie wierzyłam, że kiedykolwiek jeszcze komuś zaufam. Ty wyleczyłeś mnie ze smutku. Kiedy zaprosiłeś mnie do tańca na balu maturalnym i nie opuściłeś aż do rana nie podejrzewałam, że tak się w tobie zakocham…
Mikołaj:
W liceum trzymałem się na uboczu. Cały wolny czas poświęcałem na pracę w fundacji w naszym mieście. Niezbyt interesowałem się życiem klasy do czasu, aż dołączyła do nas Bella. Była ładna, ale przede wszystkim wesoła, inteligentna i oczytana. Przyglądałem się jej tak jak przyglądałbym się każdemu nowemu, ale od razu zagarnęli ją klasowi liderzy – Eryk i Maciek. Ucieszyłem się, gdy zgłosiła się do naszej fundacji. W poprzednim miejscu też była wolontariuszką
Pewnego dnia coś się zmieniło. W jej oczach ujrzałem smutek i zniechęcenie. Odsunęła się od chłopców, rozmawiała tylko z koleżankami, straciła radość i blask. Nie wiedziałem dlaczego, ale mnie też zrobiło się smutno. Postanowiłem, że postaram się przywrócić jej radość. Trudno było zbliżyć się do niej, właściwie udało mi się dopiero na balu maturalnym. Przed samym balem odbieraliśmy nasze świadectwa, więc obecność była obowiązkowa. Pozwoliła zaprosić się do pierwszego i do wszystkich następnych tańców.
Zbliżyła nas praca w fundacji. Mieszkaliśmy w tej samej stronie miasta. Starałem się wychodzić razem z nią, najpierw rozchodziliśmy się w swoje strony na rogu ulicy, po jakimś czasie zacząłem odprowadzać ją pod sam dom. Rozmawialiśmy o sprawach aktualnych, opowiadałem jej o sobie, ona też się trochę przede mną otworzyła. Nigdy nie zapytałem jej, co zaszło między nią a chłopakami, nie poruszaliśmy tego tematu. Kiedy wspomniałem o przyszłości nie odpowiedziała od razu, ale w jej oczach ujrzałem dawny blask.
Maciek:
Nadszedł dzień spotkania. Eryk przyjechał wcześniej, by odwiedzić rodziców, a potem miałem zabrać go swoim autem. Postanowiłem wykorzystać ten czas.
– Jak myślisz, czy Bella przyjdzie?
– Dlaczego miałaby nie przyjść? Podpisała się jako organizator, więc na pewno będzie.
– Cały czas o niej myślę. Co się stało, że tak oddaliliśmy się od siebie? Potem spotkałem wiele dziewczyn i kobiet, kocham moją żonę, ale nie potrafię zakończyć tamtej sprawy. Coś jakby cierń tkwi w moim sercu i nie umiem go usunąć. Czy ty zdradziłeś Belli co ci wyznałem i wystraszyłeś ją? Czy to był powód, że tak oddaliłeś się ode mnie?
– Nie wiesz tego, – odpowiedział powoli – ale też ją kochałem, a na dodatek tego samego dnia chwilę wcześniej Bella wyznała mi, że mnie kocha… – Byłem zaskoczony.
– To dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
– Byłeś najbliższym moim przyjacielem, bliższym niż brat. Oddałbym za ciebie życie… Wyobraziłem sobie, że poświęcę swoje uczucie w imię przyjaźni…
Wtedy może odczułbym to inaczej, ale teraz uderzył mnie bezsens takiego postępowania. Idiota! To nie tak! Przecież nie można kogoś zmusić do pokochania innej osoby, szczególnie, jeśli jej serce jest już zajęte. Poza tym to bezsensowne „bohaterstwo” oddaliło nas.
– Czy teraz postąpiłbyś tak samo?
– Nie wiem, chyba nie . Odpowiedział. Weszliśmy na salę.
To dziwne uczucie – spotkać dorosłych, a nawet można powiedzieć, że w poważnym wieku ludzi i szukać w nich tych, z którymi kiedyś widywało się dzień w dzień. Czas zmienił sylwetki, włosy niektórym posiwiały, pokazały się zmarszczki… a jednak byli to ci sami nasi koledzy – charaktery niewiele się zmieniły. Było już kilka osób rozmawiających w grupkach. Kiedy nas zauważono wszyscy podeszli do nas, chcieli się przywitać . Oczywiście wiedziałem, że to Eryk budził większe zainteresowanie, był znany z telewizji, wszyscy chwalili się, że chodzili razem z nim do klasy. Eryk witając się z kolegami szukał wzrokiem Belli. W końcu zapytał o nią Wiktora.
– Podobno się spóźni, bo coś jej wypadło. Coś więcej może wiedzieć Mikołaj. Wiktor podniósł głos:
– Jest już większość, kwadrans akademicki minął, więc zapraszam do stołu.
Eryk
Usiedliśmy do podwieczorku przy dużym stole. Podano kawę, herbatę, napoje i ciasteczka. Wiktor zabrał głos.
– Jako organizator dzisiejszego spotkania serdecznie was witam. Cieszę się, że większości z nas udało się dojechać nawet z bardzo daleka. Przy bocznych stolikach przygotowaliśmy albumy ze zdjęciami jakie udało nam się zebrać, a także księgę pamiątkową tego spotkania. W wolnej chwili proszę o wpisanie informacji o sobie, na tyle ile chcecie. Mile widziane będą wpisy o tym, co pamiętacie najlepiej z życia klasy. Wspomnijmy naszych nauczycieli, szczególnie panią wychowawczynię, która pewnie przygląda się nam z góry. – Po chwili milczenia dodał
– Teraz, póki siedzimy wspólnie przy stole, proszę, by każdy z nas opowiedział coś o sobie. Najlepiej według listy w dzienniku. Sprawdzam obecność – dodał z uśmiechem – Pierwszy w alfabecie jest Eryk. Co prawda nie musi dużo o sobie opowiadać, bo znamy jego osiągnięcia z gazet i innych mediów, ale jeśli chcesz coś dodać – zwrócił się do mnie – to słuchamy.
– Nie wierzcie we wszystko, co piszą w gazetach, ale jakieś 80 procent jest prawdą. Chyba wiecie nad czym pracuję, że nie mam żony ani dzieci i to byłoby na tyle. Niech mówi następny.
Po kolei każdy opowiadał o sobie. Wiktor został profesorem matematyki na uczelni w odległym mieście, ożenił się , miał dwoje dzieci, ktoś inny został lekarzem, inny nauczycielem, ktoś założył własną firmę. Mikołaj z żoną prowadził mały pensjonat w niewielkiej, niezbyt znanej miejscowości, miał trzy córki. Koleżanki, a było ich tylko kilka opowiadały o pracy, ale więcej też o swoich rodzinach. Gdy już wszyscy opowiedzieli o sobie ktoś włączył cichutko muzykę z tamtych lat, w mniejszych grupach rozmawialiśmy i oglądali zdjęcia. Wspomnieniom nie było końca. Ja jednak nie mogłem się na niczym skupić. Czekałem na nią.
Uświadomiłem sobie, że nigdy nie byłem pewny, czy dziewczyny, kobiety które bywały przy mnie chcą być ze mną, czy z romantycznym bohaterem, którego odgrywałem w filmach i na scenie. Czy ważny byłem ja, czy moja sława i zazdrość innych kobiet? Nigdy nie byłem tego pewny i dlatego nie potrafiłem zaangażować się w pełni w żaden związek. To pewnie było przyczyną, że tak szybko odchodziły…Jedynie Bella kochała mnie dla mnie samego – tego byłem pewien.
Zauważyłem ruch przy wejściu. Usłyszałem – O, przyszła Bella. Spojrzałem w tamtą stronę . Zobaczyłem kobietę w średnim wieku, z widoczną nadwagą i zmarszczkami wokół oczu. W jednej chwili moje wyobrażenie o niej, najserdeczniejsze wspomnienie runęło grzebiąc moje mrzonki i fantazje. Czułem się jak komunista po obaleniu muru berlińskiego.
– To niemożliwe, że to ona, czyżby tak się zmieniła? – nie zauważyłem, że myśl tę wypowiedziałem na głos. Stojący obok mnie Mikołaj odparł – W moich oczach nie zmieniła się zupełnie. Może to dzięki temu, że często ją widuję.- dodał po chwili przerwy.
Stałem w oddali zbierając się na odwagę. Wokół niej było pełno ludzi, każdy ją o coś pytał, chciał coś powiedzieć. Przy mnie pozostał tylko Marcin. W końcu, gdy zrobiło się wokół niej trochę luźniej podszedłem i ja. – Witaj! Nic a nic się nie zmieniłaś… – Zaśmiała się – Nie kłam. Czas zmienił wszystkich nas. Tylko ty tak musisz dbać o siebie, że nie poznać po tobie mijającego czasu. Jesteś nadal tym chłopczykiem, który kończył liceum… Czy to była ironia?
– Nie było cię na początku, nie opowiedziałaś o sobie.
– Nie musiałam, wszystko zostało powiedziane.
Przez chwilę staliśmy sami. – Wtedy odsunęłaś się od nas, nie pozwoliłaś wyjaśnić, przeprosić. Czy jeszcze mnie wspominasz?
– Owszem, jestem ci wdzięczna. Gdybyś mnie wtedy nie odrzucił, być może nie spotkałabym najwspanialszego w świecie mężczyzny, który jest teraz moim mężem. Kątem oka zobaczyłem, że zbliża się do nas Mikołaj. W tej chwili nie chciałem przy nas widzieć nikogo.
– Chciałbym go poznać… Uśmiechnęła się i w jej oczach ujrzałem dawny blask . Wzięła Mikołaja pod rękę, lekko się do niego przytuliła
– Ależ znasz go. To właśnie mój ukochany. W przyszłym roku będziemy obchodzić srebrne wesele.

Pamiętnik – Album