Blogi

Pamiętnik Floriana Niziołka cz.2

cz.2

Na pierwszym miejscu w Ołpinach stanowiły nazwiska o nazwie Wojciek, na drugim miejscu Niziołek, trzecie dzierżyli Kluze. Ponieważ bardzo dużo było nazwiska i imion o jednakowym brzemieniu dla ułatwienia porozumiewano się każdy z nich posiadał jakieś przezwisko, i tak: Gudrocyk, Koperek, Lachach i inne. Ja pochodzę z Guchocków, przydomek ten powstał, że któryś z pra pra dziadków na starsze lata był głuchy. W owym czasie prace polowe jak sadzenie ziemniaków przykrywanie okopywanie oraz wykopki odbywało się ręcznie, narzędziami pracy była motyka. Do żniw – używane była sierpy – sierpy były jedną stroną siekane – w bardzo drobne rówki, zacięcie się sierpem co się często zdarzało początkującemu żniwiarzowi sprawiało wielki ból, gdyż rana była szarpana jak piłką, w dodatku sierp był nasycony różnymi kwasami traw. Twierdzeniem starszych było, ze po siedmiu ucięciach żniwiarz stawał się już pełnowartościowym. Sierpem rżnęło się wystko począwszy od żyta a kończąc na owsie, była to praca ciężka – najgorsze były pierwsze 3 dni bolały krzyże od zginania się, oraz lewa ręka, którą się brało pełne garście zboża bul występował w kciukach i kostkach ręka nabrzmiała, przebranie ręki bo tak nazywano ustępowało i żniwiarz mógł dalej rżnąć. Ludzie w czasie żniw wstawali bardzo wczesie o wschodzie słońca ludzie już zginali grzbiety rżnęli w domu pozostała gospodyni która po obrządku inwentarza zabierała śniadanie na które żniwiarze oczekiwali aby się posilić i odpocząć. Nic dziwnego że starsi ludzie twierdzą że dawniej dzień był dłuższy, jasne że od godziny 3ciej do 12stej na pewno jest większe przedpołudnie, a niżeli od godz 6 – czy 7, o lie pole było daleko od domu, obiad i podwieczorek był dostarczony na pole, żyto przy żnięciu rozkładano cienko, na uprzednio położonym powrusie aby dobrze wyskło, po wysnięcu wiązano i kopiono tzw. pułkopki czyli że w jednej takiej kopie skopione w 6se albo w 4ty węgła znajdowało się 30 snopów. W pułkopkach żyto stało na polu 2 tygodnie, tak wysłane żyto było pewne że się nie zagrzejej w stodole i chleb będzie dobry, przenica silna nie posiadała dużo traw można było wozić po 3ch 0 4ch dniach, natomiast bardzo uważano na jęczmień. Zwieziony mokry jęczmień zaparzał się i pleśniał w stodole. Kosa używana była tylko do traw i koniczyn. W okresie późniejszym niektórzy gospodarcze zaczęli kosić kosą. Koszenie odbywało się na „ścianie” czli podcięte zboże kładło się prawie stojąc na nie skoszonym jeszcze zbożu – z tym, że trzba było odbierać zboże i rozłożyć na powrusło. Bardzo krzywym koiem patrzeli starsi gospodarze na zbiór kosą, a że to nie jest żniwo a mieszanie zboża, trudne do omiału cepami, gdyż kłuska znajdowały się w tylniej części snopka nie można zrobić dobrych kichorek na pokrycie dachu, jednakowoż używano kosy coraz częściej, żniwa kosa spełniało szybciej, kosząc kosą zbiór słomy był większy – a niżeli sierpem, a słomy nikdy nie było za dużo. Podstawową paszą bydła zimą była słoma i plewy a w dodatku słomą trzeba było co rok pokryć kawałek dachu, stare kiczorki zdjęte z dachu stanowiły ściułkę. Bydło wypędzano na pastwisko wczesną wioną jak tylko trochę trawa się zazieleniła pamiętam, że po połowie kwietnia bydło pasło się mimi chłodnych dni nie deden zar zawieruch śnieżna zgnała z pastwiska krowy – jesienią bydło pasło się dokąd tylko się dało, było przecież przysłowie że po świętym Michale możesz paść nawet po powale. Przysłowie oznaczało że nie ma granicy pastwiska, chociaż bydło pasło się na pastwisku sąsiada nie mógł rościć pretensji.

Po śmierci dziadka podzielono grunt na dwie równe części, z tym, że Zośka otrzymała 2 morgi w granicach. Starszy syn Stanisław (mój ojciec) powostał na starych śmieciach, z tym, że połowa zabudowy tj połowa stodoły i połowa domu komora i stajnia przysługiwała strykowi Pawłowi, ojciec ożenił się z  Julią z domu Grubisz. Jako wiano natka otrzymała jakieś pieniądze, którymi spłacono połowę domu strykowi, stodołe jednak podzielono na połowę, która była zbudowana z drzewa – ojciec w niedługim czasie dostawił sąsiek, postawiono na słupach i obito deskami, piwnica , , , , należała do Ojca z tym że strk mógł sobie zastawić i wsypać trochę ziemniaków aby w czasie zimy nie odkrywać kopców z ziemniakami. Grunt sięgał sią na połowie za zabudowaniami z lewej strony otrzymał Staszek a z prawej Paweł, natomiast za sikornicą podzielono inaczej, od łąki wziął stryk Paweł, a dalej ojciec, podzielono to dlatego że teren był górzysty zagony należało robić w poprzek gdyż i winnym układzie wody gruntowe zbierały uprawom ziemie. Poza tym podzielono jeszcz łąkę w śrdniu oraz w granicach, tam znajdowała się łąka przy której płynął strumyk, kawałek lasku olszynowego oraz ugor. Za łąkom było 2 morki które były oddane siostrze ojca Zośce, wyszła za mąż za Cionbowa i na tym kawałku ziemi się wybudowała, dalej na pólnoc był tak zwane krzaki rozły tam drzewa mieszane owe krzaki należały do Staszka i Pawła. Z lewej strony zabudowań znajdowały się nieużytki, nadające się jedynie na pastwisko, z lewej i z prawej strony były górki, środkami bagna i częsawiska, w czasie posuchy krowy mogły się paść, nie jeden raz krowy topiły się w bagnie, trzeba było udzielać pomocy. W górnej części na górkach znajdowały się zarośla różnych krzewów, koło drogi rosły też dęby i graby – miejsce to nazywano Laskiem. W Lasku było dużo jerzyny przy grabinie rosły grzyby „prawdziwki”, w pierwszą wojnę światową w Lasku moskale wycięli dużo wysokich dębów, które przeszkadzały im w szczelaniu z armat, moskale ścinali drzewa stonąc pozostawiały wysokie pnie, pozostali grubsze grzewa wycinano stopniowo na materiał względnie na opał, ta strona w podziale przypadła strykowi, ponieważ na takim terenie nie można było się budować a każdy chciał mieć dobry dojazd do drogi która biegła przez „przysiółek” o 100 m poniżej zabudowy wobec tego bracia zrobili zamianę, ojciec dał strykowi kawałek ziemi pod zabudowania, wyżej starych zabudowań a stryk w zamian dał ojcu poniżej domu do studni pastwisko, studnia stała o 50 m na wschód od zabudowań przy studni były koryta długane z pni drzewa do których nalewano wodę w czasie pojenia inwentarza, początkowo koło studni rosły wysokie wierzby. Jadna z nich została wykorzystana jako podstawa do żurawia, która była dobrze rozgałęziona, w okresie późniejszym wierzby wycięto, część z nich sprzedano, żuraw zlikwidowano ponieważ poziom wody był wysoki w studni, i równał się z powierzchnią ziemi, wodę można było nabierać ręką przechylając się przez cembryny – cembryny były wykonane z drzewa olchowego, zacinanie węgła, studnia stanowiła ształt kwadratu. Nie pamiętam żeby tak zw. cembryny były wymieniane, olcha bardzo długo przebywa w wodzie i nie psuje się. Pewnego razu wczesnym rankiem poczła po wodę – wody nie przyniosła – powiada że woda nie nadaje się do użytkowania.   Jest zmącona, brudna na powierzchni ukazują się plany oliwy – nie wiadomo co się stało? a może się ktoś utopił, względnie na złość wlał coś do wody – ponieważ ze studni korzystały 3 rodziny, postanowiono wylać wodę wiadrami i przekonać się co było powodem zmącenia wody – tak więc posotąpiono – i jak się okazało na dnie studni znaleziono akrabin Austryjacki, pochodzący z I wojny światowej, teraz już wiadomo było kto wpuścił na przechowanie karabin. Nadeszła chwila kiedy broń była mu potrzebna i  postanowił ją wyciągnąć, lecz mu się nie udało – pomimo że posiadał dobrze wykonane osęki, które też znaleziono zaczepione o cembryny, osęki, boskai posiadały 3 ramiona bardzo ostro wyostrzone, zamiast zachaczyć karabin, bosakami zaczepiono o cembryny które nie można było wyciągnąć łamiąc u nasadzie żerdzie, zabierają je aby nie pozostało śladów, karabin zdano władzom (za dużo świadków).

Pamiętnik Floriana Niziołka cz.3

Pamiętnik Floriana Niziołka cz.1

Pamiętnik

Florian Niziołek

Wieś, w której się urodziłem była jak wiele innych wsi podkarpackich. Wsiami sąsiadującymi były od wschodu Szerzyny, zachodu Olszyny z północy Żurowa i Swoszowa, a z południa Birnarowa. Wieś o której parę słów napiszę i w której spędziłem dzieciństwo nazywa się Ołpiny. Liczące wówczas około sześćset mieszkańców, zabudowania budowane był w najwygodniejszych miejscach bez żadnych planów architektury, przydzielanych przez ojców. Postawą takiego podziału swych dóbr przez ojca był testament spisywany w obecności dwóch świadków. Testament był aktem prawnym.

Na przykładzie podaję, bo tak najczęściej się zdarzało, że ojciec posiadający dwóch synów, starszego zostawiał na ojcowiźnie a młodszy budował się na gruntach mu przydzielonych. O ile rodzeństwo było liczniejsze to miarę możności otrzymywało swój przydział ziemi, względnie o ile ojciec posiadał pieniądze dawał je przeważnie córkom jako wiano. Brat bardzo często spłacał siostrę, gdyż przy dużym podziale a małej ilości gruntów ojcowskich ani jedno ani drugie nie mogłoby z tego kawałka pola wyżyć. I tak co pokolenie gospodarstwa stawały się mniejsze w dodatku przy podziale robiono granicę i tą właśnie granicą były te miedze, miedzeczki, przejazdy, które w dużym stopniu uszczuplały tak skąpy posiadany kawałek ziemi. Każda miesza była pilnowana przez jedną i drugą stronę – stwierdzenie naruszenia granicy, chociażby paru centymetrów wywoływało przeważnie kłótnie, bójki, wyciąganiu tzw. praw oraz sądy. Wieś podzielona była na tzw. przysiółki. Nazwy ich pochodziły od położenia terenu. I tak: Nodole Północne, Nodole Południowe, Nagórze Północne, Nagórze Południowe, Borówka, Podlesie, Sikorówka, Teresin oraz Kielec. Wieś stanowiła kształt koryta, od zachodu na wschód biegła szosa, nawierzchnia szosy wysypana była żwirem, opiekę powierzono dróżnikowi. Mimo stałej konserwacji powstawały wyboje a w porach deszczowych jak wiosną i jesienią tu i ówdzie występowały trzęsawiska. Od tej to szosy do każdego przysiółka prowadziła droga, bo tak ją nazywano. Moim zdaniem były to wąwozy w mniejszym lub większym stopniu wybite przez kopyta końskie i koła wozów, w dodatku wymulone przez ulewy, zamieniające się w potoki przy dużych opadach. Obok szosy płynęła rzeka „Olszynka”. Nazwa jej powstała, dlatego że początek biegu zaczynała ze wsi Olszyny, wijąca się z lewej i prawej strony szosy. Olszynka niejednokrotnie zagrażała ciągnącym się wzdłuż jej brzegu łąkom. Przy większych ulewach występowała z brzegów, niosła to, co napotkała na drodze, wyrzucała je i muliła trawy, które były nienajgorszej jakości. W środku wsi znajdowało się większe skupisko domów, niektóre z nich były murowane, przeważająca część to budynki z drzewa, do murowanych należy zaliczyć kościół, szkoła, plebania, Bóżnica oraz dwa sklepy mieszane, piekarnia no i oczywiście karczma. Pozostała ilość to budynki z drzewa. Dachy kryte były gontami, papą oraz blachą lub eternitem. Domy te były zamieszkałe w większości przez Żydów. Żydzi prowadzili i żyli przeważnie z handlu, a było ich przecież nie mało, bo zajmowali trzydzieści pięć budynków. Wielu z nich posiadało sklepy z różnymi towarami, byli też handlarzami bydłem, końmi, zbożem, z resztą trudno tu wymieniać, gdyż Żydzi kupowali i sprzedawali to, co im wpadło w rękę widząc w tym zysk. Przechodząc przez Ołpiny zapytamy znajomego, dokąd idzie usłyszymy odpowiedź, że do „miasta”. To powiedzenie „miasto” pozostawało w pamięci jeszcze z przed pierwszej wojny światowej. Chociaż Ołpiny praw miejskich nie posiadały to jednak ilość budynków wskazywała na to że w przyszłości może nim zostać. Jarmarki, jakie odbywały się ściągały duże ilości chłopów z sąsiednich wsi, handlowano tutaj wszystkim, można było sprzedać i kupić od jajka do konia. Plan dalszego rozwoju przeszkodziła pierwsza wojna światowa, miasto, bo tak to będę nazywał zostało spalone – spłonął także kościół – nowy stawiano w latach 1924 – 1930 roku. W miedzy czasie kościół zastępowała zbudowana kaplica z drzewa w formie dużego baraku. Plebania prowadziła gospodarstwo rolne, liczące 60 morgów gruntów. Dużo jak na owe czasy inwentarza żywego mieściło się w obszernych zabudowaniach gospodarskich, które nazywano „gumnami”. Pierwszym gospodarzem był dwór, gdyż na siedzibie pana Rogowskiego wisiała tabliczka z Nr 1. Dwór posiadał około 200 morgów. Grunta sąsiadowały ze wsią Olszyny w Nagórzu Północnym. W Nagórzu Północnym stoi wybudowany klasztor. Wybudowany był w roku 1888. Fundatorem klasztoru była Polka Eufemia Rogawska po śmierci męża Karola Rogawskiego dziedzica w Ołpinach na jego cześć i wieczną pamiątkę. W klasztorze zamieszkiwały od roku1891 zakonnice z reguły św. Dominilka. Utrzymywały się z fundacji w zamian za opiekę nad chorymi i dbaniem o kościół. Ponadto nauczały dzieci oraz udzielały pomocy biednym i opuszczonym. Od roku 1878 Ołpiny posiadały 7 klasową szkołę a nawet uczono języka niemieckiego, ponieważ okoliczne wioski nie posiadały 7 klasy szkoły toteż zamożniejsi gospodarze posyłali dzieci do tutejszej szkoły. Szkoła była parterowa nie mogła pomieścić uczniów, w tym celu zostały wynajęte sale lekcyjne w klasztorze, dzieci młodsze przeważnie z Nagórza tam uczęszczały. W Nadolu Południowym znajdują się grunty w ilości 36 morg oddanych przez Elżbietę z Zakliczyna Jordanowi kasztelanowa Zawiechostka odkupioną od kmiecia Łukasza Helzmara. Grunty były wydzierżawiane przez rolników biedniejszych i nazywały się szpitalówką, dochody z wydzierżawienia stanowiły fundusz, który miał utrzymywać ludzi starszych, pozbawionych opieki. Na gruntach stoi cmentarz z pierwszej wojny światowej. Chata Niziołków stała w Nadolu Północnym postawiona z drzewa, pokryta słomą, z oknami na południowy zachód. Jeszcze za dziadka Michała chata posiadała jedna dużą piekarnię, sień która przegradzała komorę i stajnię na konie, natomiast chlewy były przystawione do stajni i części sieni. Do wszystkich pomieszczeń można było wejść z sieni. Stodoła z drzewa kryta słomą obrócona była szczytem na południe. Obok stodoły stała piwnica wystawiona z kamienia i betonowa posadzka. Na środku pomiędzy piwnicą a chatą znajdował się dół na obornik. Piekarnia była dymna, nie posiadała komina, w suficie znajdował się obszerny otwór, dym przedostawał się na strych, następnie fasjatami przedostawał się na zewnątrz. Na strychu krokwie, łaty i kiczorki były czarne, zasmolone od dymu, nawet robaki nie miały chęci gnieździć się w takim drzewie. Chałpa nie posiadała fundamentów, na rogach ustawiono kamienie na których zakładano przyciesie zacinające węgła. Teren na którym stała chata nie był równy, toteż ściana wschodnia była o 1, 20 wyższa i nie była zasypana gliną, równo z przuciesiem założono dylówkę i tam ustawiono sąsieki na zboże. Sąsieki były robione z gontów natomiast piekarnie trzeba było wyrównać gliną do przyciesi. Zewnątrz zaś robiono tzw. pogrudkę z darniniy wystające na cirka 40 cm. Pogrudka służyła jako fundament nie pozwalała wydostawania się gliny z zewnątrz jak też nie przepuszczała zimna. W piekarni nie było podłogi, Aby glina była trwała i nie wybijała się nakładano na nią polepę z dobrze wyrobionej gliny wraz z drobnymi plewami. Mieszano ją nogami a dużych ilościach krową. Tak wymieszana glina krowimi racicami i po wylepieniu stanowiła twardą nawierzchnię. Piekarnia była duża, gdyż była także stanowiskiem na krowy, a przy dużych mrozach brano na noc kury oraz małe prosięta. Piekarnia wyposażona była przy ścianie w dużą ławę, była to szeroka deska przeważnie topolowa szerokości ok. 60 cm długości 4 m, położona na kołkach wpiętych w glinę. Stół wykonany był z desek i z krzyżującymi się nogami, następnie jakieś łóżka oraz wisząca szafka na garnki, w prawym koncie przy drzwiach był stojak na cebrzyki. W jednym była woda czysta i w drugim pomyje, do noszenia wody używana była konewka oraz płutnia. Wykonane z drzewa ściany były bielone wapnem, powala bielona była gliną czerwoną. Stanowisko gdzie stało bydło położona była dylówka z rynsztokiem odprowadzającymi gnojówkę, następnie żłób i drabina, sień była także obszerna, w sieni stały żarna, beczka na kapustę oraz duża stępa, na górę wychodziło się po drabinie, przystawianą nad stępą, wszerz mieściły się grzędy dla kur. W stępie tłukło się jęczmień, proso na kaszę. Chciałbym parę słów powiedzieć o budowie stępy, bardzo rzadko spotykanej: ustawiony duży pień drzewa w którym był wydłubany otwór o średnicy 20 cm głęboki 50 cm, na górnej części pnia spoczywały dwie belki długości 2, 5 metra, w końce tych belek wdłubane były nogi, pomiędzy jedną a drugą belką umieszczone tzw stępor, przypominający kształt haka, w środku belki stępora była dziura, w którą wbity był kołek i przymocowany do sąsiadujących dwóch belek, kolek spełniał zadanie (jak zawiasa) przeciwciężar po nadepnięciu na koniec belki stępora czoło stępora dźwigało się w górę, po uwolnieniu nogi stępor opadał do wydłubanej dziury w pniu, w której znajdowało się zboże. Łuskanie zboża, prosa w takiej stępie wymagało nie lada sprytności, dwoma nogami. Do sieni wchodziło się ze strony południowej i północnej, przed wejściem ułożone były duże płaskie kamienie (ok. 1 m3 1sz) stanowiły jakby schody. Chata Niziołka Michała była oznaczona nr 73. Możemy sobie pomyśleć że przy kolejnym tak niskim numerze chata musiała być stawiana dawno. Dziadek Michał prowadził gospodarstwo na 10 morgowym areale. Wolniejszych chwilach zajmowała się kowalstwem, kuźnia była postawiona wyżej piwnicy, w okresie późniejszym kuźnie przestawiono poniżaj zabudowań bliżej studni i małego stawku, do kuźni przychodzili chłopi, każdy z jakąś robotą, wiedząc że robota zostanie wykonane solidnie, robione zamki były wykonywane bardzo precyzyjnie, niektóre z nich posiadały 2 klucze i trzeba było wiedzieć ile obrotów zrobić kluczem aby drzwi się otwarły, robiono pługi kuto wozy i konie, a nawet naprawiano strzelby. Jednego razu do kuźni przyszedł żyd Josek ażby mu wyostrzyć noże, a było to przed jakimiś świętami żydowskimi, No panie Michale prosiłbym aby noże były nie trefne i wyostrzone na biało jak gęś, Dobrze Josek zaraz wyostrzymy Brus który stał koło kuźni był duży, średnica kamienia była co najwyżej 1, 4 cm. Dziadek nalał do koryta wody, które było umieszczone tak, aby kamień się w niej zanużył i kazał Joskowi aby wziął za korbę i obracał a Dziadek przyłożył nóż i ostrzył, po pewnym czasie Josek zaczął się pocić, dysząc ze zamęczenia zwracając się do dziadka mówi No Michale może być naostrzony jak sroka, a dlaczego nie jak gęś! pytają się Joska, No bo już ledwie sapię. Kręć kręć Josek nie jest tak źle, noże trzeba dobrze naostrzyć. Josek kręci, kamień coraz wolniej się obraca, nareszcie Josek puścił korbę, usiadł na progu kuźni i powiada Michale noże mogą wyglądać jak wrona. Do kuźni przyszedł Hadam. Dobrze że przyszedłeś, obróć mi pare razy koroą niech dokończe naostrzyć noże, Hadam widząc Joska siedzącego na progu z opuszczoną głową i spoconego pyta co się mu stało – a no widzisz chciał żebym mu naostrzył noże jak gęś, zrezygnował z gęsi, na wrone i tego nie mógł wytrzymać. Hadam był chłopcem silnym – w kuźni nieraz próbowali swoich sił, ale Hadama nikt nie mógł pokonać, bo i kto, wziął kowadło /patrz współczesne resztki z niego/ o wadze 45 kg obszedł 3 razy w koło kuźni niosąc je na małem palu włożonym w dziure znajdującej się w kowadle – Wychuchał na rok do Brazyli za poszukiwaniem chleba. Do kuźni przychodzili chłopi nie tylko z robotą ale i po porade Niziołek Michał zajmował różne stanowiska w gminie i powiecie. Jeździł często do Jasła, był przedstawicielem szkolnictwa, i właśnie on występował często o zwiększenie liczby nauczycieli dla wsi, zwiększenie lat nauczania dzieci. Wydawał parszporty na sprzedaż inwentarza, pisał podania, testamenty. Babka pochodziła z rodziny Byczków „Anuś” Anna wychowała 2ch synów i 3 córki: Staszek, Paweł, Maryna, Bronka i Zośka. Przy tak licznej rodzinie zaczęło robić się ciasno w piekarni, a zimową porą zimno dla dzieci, zwłaszcza przy zmianie powietrza, dym z paleniska nie wychodził na zewnątrz, utrzymywał się w górnej części piekarni, dorośli chodzili chyłkiem aby nie stykać się z chmurą dymu, który niesamowicie gryzł w oczy. Najlepszym środkiem wygnania dymu było otwarcie drzwi, tak, ale proszę sobie wyobrazić otwarcie drzwi w zimie, kiedy w piekarni 5cioro drobnych dzieci, najmłodsze w płachcie albo w kołysce, ktoś powie to trzeba dzieci ubrać, ale w co, no jak to: w rajtuzy, sweterki, ciepłe butki – niestety, dziecko dostawało 1sze buty jak szło do szkoły i to w okresie zimy, ubranie uszyte było z płótna własnej roboty. Dzieci do lat szkolnych nosiły jak chłopcy tak i dziewczęta koszule do połowy łydek z cienkiego płótna lnianego i ta w dużym stopniu przyczyniało się do analfabetyzmu, zimową porą szkoły zamykano – z powodu bardzo mało uczęszczających dzieci. Zimą nie było w co dzieci ubrać, latem zaś nie posyłano do szkoły bo lato będzie krowy i świnie pasł. Dziadek jednak starał się aby jego dzieci wszystkie ukończyły owe 4 lata nauki. Dziadek widząc że tak żyć w jednej piekarnie, nie idzie, postanowili przystawić do zachodniej ściany domu izbę, izbę wybudowano z drzewa i pokryto słomą – dość obszerna izba posiadała 3 okna niedużych rozmiarów, położono w izbie podłogą i sufit z szerokich pięknie wystruganych desek, zewnątrz izba była oszalowana deskami. W izbie postawiono dwa łóżka, stół, kanapa zrobiona z drzewa, za oparcie stanowiła deska różnie powyrzynanymi wzorami, duża skrzynia na odzież i jakiś stołek – na ścianie wisiały obrazy świętych – oraz zegar wahadłowy poruszany za pomocą ciężarków. W tym samem okresie to jest około roku 1890 zakupiono cegłe na budowe komina, i nawieziono kamienia. Był to kamień nieduży, o kształcie płaskimi zwanymi wopniakiem bardzo twardy i trzymał długo ciepło, kamienia nie trzeba było kupować, dostarczała go na swe brzegi rzeka Ropa. Zwozka i zbieranie było uciążliwe. Przystąpino do budowy. Kuchnie wybudowano z kamienia z dużą nalepą w której wbudowany był kocioł na wodę, nad kuchnią wisiała kapa wymurowana z cegły sparła na zelażnym pręcie zwanym sibrem. Kształt kapy był stożkowaty, wielkość kapy zależała od wielkości kuchni, miało to duże znaczenia przy odbiorze par i dymu, jakie powstawały na kuchni podczas gotowania, bo kuchni w stronę ściany północnej dostawiono piec do pieczenia chleba – do pieca można było na raz wsadzić 12cie dużych bochenków chleba. Sklepienie pieca wykonano z cegły, dno pieca wysypywane było tłuczonem szkłym, szkło przy dużej temperaturze roztapiało się zalewając szpary, oraz trzymało długo ciepło. Na sklepieniu pieca oraz na kapie budowano komin, w górnej części kapy wybudowano 2wie zasuwy, , w ścianie łącząca piekarnie z izbą wybudowano z kamienia piec do nagrzewania, piec nie posiadał paleniska, ogrzewanie następowało przez palenia pod płytą w kuchni, przelot gazów i spalin przechodził przewodem przez nalepe pod kocioł z wodą następnie obiegał 2 razy piec i wychodził do komina, przy takim paleniu trzeba było otworzyć górną zasuwę umieszczoną w kapie, tak palono przeważnie zimą. Latem otwierano obie zasuwy i palono prosto do góry – przy czym płyta na kuchni posiadała dziury – którą pokrywały 4ry kółka, po ich zdjęciu stawiano garnki, koło dziury, jeden koło drugiego – ogień obejmował wszystkie garnki i bardzo szybko się gotowało z tym że garnki były bardzo zakopcone. Używane garnki były żeliwne. Tak urządzone palenisko wzbudzało podziw, wśród mieszkańców Nadola. Największą uciechą i wygodą była dla użytkowników, człowiek nie śmierdział dymem, po wybieleniu mieszkania stawały się dłuższy czas jasne, weselsze, zwłaszcza zimową porą, kiedy ogień trzaskał pod płytą, gwarzyli sąsiedzi którzy uciekli ze swoich chat przed dymem i ciemnością. Gospodarze nowe chaty stawiali już z kominami a chat dymnych o ile były w dobrym stanie stawiano kominy o ile kogoś było stać na cegłę i murarzy stawiał z cegły – były też kominy stawiane z gliny, proces przebudowy trwał bardzo długo, ostatnia chata dymna w Nadolu Północnym została zlikwidowana w 1959 r. w której zamieszkiwali ob. Krawczyczka.

Pamiętnik Floriana Niziołka cz.2

Pamiętnik – O moim Tacie

Twarz Taty Niziołka

Takim go pamiętam,
zdjęcie z 1960 lub 1959 roku, wykonane w Jasienicy Dolnej w drodze z kościoła
Dziś już wiem, że zdjęcie zrobiono 13 sierpnia 1960 roku.

Mój Tata to był gość. Najbliżsi mówili o nim Florek tak po prostu, inni panie Florku, ale mało kto panie Niziołek – taki był swój, solidny człowiek.

Miał młodszą siostrę Jankę, młodszego brata Julka i młodszą siostrę Helenę, która zmarła na anginę będąc dzieckiem i najmłodszą siostrę Władysławę. O dziecięcych latach pisze w pamiętniku. Uzupełnieniem to wspomnieniami stryjka Julka opisujące jego losy.

„W czasie wojny Niemcy zabrali starsze dzieci i młodzież do kopania okopów w Brzostku za rzeką San. Był tam razem z najbliższym kuzynem Władkiem Piekarzem. Wykorzystując niedowład organizacyjny i ruchome deski w tylnej ścianie ubikacji uciekli wieczorną porą. Gdy doszli do Sanu odnaleźli prom, który mógłby przewieść ich na drugi brzeg. Widząc wielu ludzi w tym Niemców w mundurach nie skorzystali z promu. Napotkany, a życzliwy człowiek nie tylko, że dobrze wskazał drogę to jeszcze poradził by idąc stawiali nogi w odbicia kopyt końskich, tam nie będzie min. Przeprawili się w wielkim trudzie prze bród. Woda sięgała im do szyi i prąd podmywał nogi, a oni trzymając się za plecami, w dłoni mieli różaniec i jakoś „cudem” przeszli. Do nocy skryli się w stogu słomy. Po zmierzchu zatrzymali się u pana Piątka gdzie wysuszyli swoje ubranie. Piątek jeździł promem i wiedział skąd chłopcy maszerowali. Pochwalił ich, że nie wsiedli na prom bo byli na nim Niemcy, którzy na pewno by ich znowu zabrali na roboty. W tym samym czasie ich mamy przyszły do nich, by powiedzieć im że mają uciekać, bo front się przewala. Dotarły za późno, bo oni byli już w drodze. Na promie pytały przewoźnika czy przewoził dwóch takich samotnych młodych chłopaczków, a on odpowiedział że nie. One więcej nie pytały. On więcej nie dodał, aby nie zdradzić się przed pasażerami, że im pomagał i że przeszli bród. To zrodziło rozpacz matek sądzących, że na pewno woda ich porwała (w dorosłym życiu tato słabo i niechętnie pływał). A tu oni zmęczeni i obolali po całonocnym marszu z rana byli w domu. Natomiast matki doszły dopiero wieczorem, z smutkiem w sercu.”

Tata został ponownie zabrany na roboty do Bałdydz by budować mosty. Baraki w których mieszkali podpalili Ukraińcy, skorzystał z tego i uciekł do domu. Troczę jechał pociągiem, lecz wiele drogi przeszedł na piechotę.

Z czasów wojny o tacie opowiadają jeszcze o dwóch wydarzeniach: jak posłany nocą przez Niemca po ogień do papierosa zabłądziwszy chodził wśród kul po linii ognia i drugie jak chcąc podać Władkowi chleba nie został zastrzelony przez wartowników, lecz został wzięty za wiatr lub zwierzę, które porusza się w kartoflisku

Po wojnie w 1946 wzięty do Wojska Polskiego służył w m. Żary w piechocie przez dwa lata. Następnie z ciotką Zośką wydaną za Budzyna wyjechał do Fraczkowa, gdzie w PGR najpierw pracował jako stróż, po 3 miesięcznym kursie został księgowym-zaopatrzeniowcem. Po rozwiązaniu zespołu PGR pracował w Lewinie Brzeskim jako kołodziej-cieśla.

O tym okresie w domu się nie mówiło, to i niewiele mogę dodać w temacie. Moja pamięć sięga czasów Jasienicy Dolnej w powiecie nyskim woj. opolskie, gdzie mieszkaliśmy na piętrze bloku wielorodzinnego stojącego na środku zabudowań gospodarskich. Przeprowadziliśmy się tam ze względu na reorganizację w PGR i awansem mamy na samodzielną główną księgową bilansistkę zespołu gospodarstw podległych Jasienicy. Po przeprowadzce tata do nas dołączył przerywając pracę w drożdżowni w Bieżanowie gdzie zamieszkała jego siostra Janka w kupionym domu.

Na początku tata pracował w urzędzie gminy jako referent-kierownik do spraw gospodarczych (przydziały, podziały, talony i inne uznaniowe sprawy). Marnie płacili, a w PGR pilnie potrzebny był cieśla, który potrafi wykonać od podstaw bryczkę tzn. od szprychy poprzez koło, mocowanie resorowania i wygodnej gondoli, aż do dyszli dla konia. Tata wiedział, że to potrafi, a stolarstwo i praca z drewnem to jego treść marzeń od dzieciństwa. Babcia wyszkoliła go u mistrza Hasnar Ignacy na szewca z papierami – pamiętam jedne trzewiki, które sam zrobił – motywując że praca w drewnie jest ciężka, a on ponoć był lichego zdrowia. Bryczka ta jest na zdjęciu (z tyłu widać kuźnię i stolarnie gdzie pracował).

Bryczka_wykonana_przez_tatę

Robił wiele z zacięciem i pasją w stolarni dzielonej z kuźnią. Kiedyś nawet narty mi wystrugał, szczyty wygiął i z blach wykonał okucia. Wołany był i do pożaru, i innych napraw maszyn, mamie (pani księgowej – jedynej w gospodarstwie) przy bilansie i innych dokumentach też pomagał.

Gdy byłem po latach w Jasienicy wspominali go z nostalgią.

W Jasienicy mieszkaliśmy do czasu gdy babcia Czerniejewska nie „zachęciła” taty do zamieszkania wspólnie przy ul. Wieczorka 27 m 13 w prawej oficynie na parterze w trzypokojowym mieszkaniu. I stało się! Z końcem grudnia 1962 przeprowadziliśmy się do Chorzowa, a ja rozpocząłem w 1963 r. naukę w Szkole Podstawowej Nr 2 przy Liceum J. Ligonia.

Tata po pracach modernizacyjnych i remontowych 3-go pokoju – dobudowa w części pięterka, wymiana podłogi, uruchomienie wody, porządkowanie ogrodu – rozpoczął prace w Hucie Kościuszko na stanowisku garowego wielkiego pieca „B”. Po krótkim okresie i kursie w Nowej Hucie został nagrzewniczym, następnie pierwszym nagrzewniczym Wielkich Pieców do wytopu surówki Huty Kościuszko (brak wyższego lub średniego technicznego, ale ukierunkowanego wykształcenia uniemożliwił mu dalszy awans). W pewnym okresie należał do PZPR, nigdy nie dał się wybrać na jakąś funkcję. Bez względu na przynależność regularnie chodził do kościoła, nawet na pieszą pielgrzymkę do Piekar Ślaskich w ostatnią niedzielę maja. Z pracy był zadowolony, pracował sumienne, nawet po ślubie Henia z Irką poszedł na nockę, bo tak wypadło z 4ro brygadówki.

Równolegle działał w przydomowym ogródku, miał tam swoją szopkę-warsztat stolarski. Zrobił wiele rzeczy m.in. drzwi wejściowe do mieszkania, kompletne okno do kuchni, etażerki, ryczki, taborety, półki dla nas i sąsiadów. Wszystkie lata były w ogródku kury lub i króliki, a ogród wypełniony jarzynami. Heniu miał swoje gołąbki w pięknej przybudówce nad laubą i garażem dla motocykla najpierw NSU, a potem Junaka z przyczepą. Heniu kupił go przy pomocy ORSU, a jako że jego zarobki starczały tylko na żyranta to nabywcą formalnym został tata.

Na urlop jeździliśmy do Ołpin – ja na całe wakacje, a tata dojeżdżał na 2 tyg w czasie żniw lub sianokosów. Byłem dumny z niego, bo mimo że wiele lat już nie pracował ręcznie na roli to dorównywał stryjkowi czy to przy koszeniu, przy ładowaniu wozów, czy pozyskiwaniu opału w lesie. Jak wspominała mama na początku ich znajomości mówił jej: „Głodu przy mnie nie doznasz – ziemia nas wyżywi”. I faktycznie głodu, drastycznych braków finansowych nigdy u nas nie było, ale to huty, a nie ziemi była zasługa. Rodzice nigdy nie kupowali na raty, niekiedy brali pożyczkę w hutniczej kasie zapomogowo-pożyczkowej, ale tylko do wysokości wkładu własnego. W mieszkaniu robiliśmy wszystko sami (malowania, naprawy). Tata naprawiał buty, strzygł włosy, ostrzył noże, obywaliśmy się więc bez fachowców.

Rodzice często chodzili do kina (bilety dawał Heniu – miał pracowniczy deputat) lub grali w karty – remik, brydż- a tata umiał grać i miał szczęście w kartach. W niedzielę do WPKiW na spacer lub na Wolkę my do „Szarotki” na kawę i ciastko z bitą śmietaną, a tata do „Smakosza” na piwo (lokale te były obok siebie). Nigdy nie wybrzydzał przy jedzeniu, ale lubił mięso, mogło być nawet na żeberkach lub innych kościach. Śniadania jadł późno lub wcale natomiast na kolacje bardzo chętnie jadł potrawy odgrzane z obiadu. Sam pomagał w trakcie gotowania, a w Jasienicy w okresie bilansu nawet sam gotował obiad, ale jakie dania tego nie pamiętam.

Nigdy nie chorował, nie miał przez lata zwolnień lekarskich do czasu grypy „Azjatki”, którą przeszedł bardzo ciężko. Wkrótce po niej zachorował na wszczepienną żółtaczkę, po niej leczył płuca (wtedy pisał pamiętnik). Trudności w przełykaniu okazały się zaawansowanym rakiem przełyku, od pewnej diagnozy w styczniu w ciężkich bólach skończył żywot w lipcu. Nigdy się nie uskarżał. Wiele razy przepraszał mamę za….. wszystko (był od niej o wiele młodszy). Wiedząc, że jego koniec tuż tuż, pozwolił mi jechać na obóz do Rodak, myśląc że tak będzie najlepiej. W tym czasie przy opiece (zapobieganie odleżynom, czynności sanitarne) dużo czasu poświęcił tacie Heniu i to on był przy jego ostatniej chwili. Zmarł w pełni świadomy w łasce uświęcającej i po namaszczeniu olejami. W dzień pogrzebu od rana padał ulewny deszcz, było brzydko i zimno. W momencie wyprowadzania zwłok z domu zaświeciło słońce i świeciło w czasie ceremonii, składania do grobu w miejscu przez niego wybranym, do ostatniego krewnego stojącego nad grobem, a zaraz potem długo i rzęsiście niebo opłakiwało mojego Tatę.

Rozpoczęto opracowywać w październiku 2007r
Ostatnie uzupełnienia 19 wrzesień 2011r

Pamiętnik – Rodowód

Rodowód

Pierwszy dom postawiony na tym miejscu miał nr 73. Rodziny Niziołków mieszkają tu od 1987 ? roku. Pierwszym właścicielem był Orlof a następnym Mikos. Córka Mikosa wyszła za mąż za pochodzącego z Olszyn Pawła Niziołka, który przyszedł do domu żony w Ołpinach. Z małżeństwa Pawła Niziołka i córki Mikosa pochodziły dzieci:

  • Michał urodzony w 1849 roku, zmarł w 1925 roku;
  • Bronisława, która wyszła za mąż za Piekarza;
  • Ksawera, która po mężu nazywała się Hycnar.

Michał ożenił się z Joanną Byczek i z tego małżeństwa pochodziły:

  • Bronisława, która wyszła za mąż za Tybora;
  • Zofia, która miała męża Ciombora;
  • Maria, po mężu nazywała się Gurbin;
  • Eleonora, która wyjechała do Ameryki;
  • Jan, który też wyjechał do Ameryki i ożenił się z mającą nazwisko Orlof;
  • Paweł;
  • Stanisław;

Paweł ożenił się z Teklą Słowik.

Stanisław ożenił się z Julią Gurbisz ur. 3 lipca 1896 r w Ołpinach zmarła 4 październik 1969r.

Rodzicami jej byli Adam i Marianna Niziołek / wg aktu zgonu 67/69 w Szerzynach.

Z małżeństwa Pawła i Tekli pochodzą:

  • Jan, który ożenił się z Justyną Ryba;
  • Maria, która wyszła za mąż za Gustawa Klisiewicza;
  • Ksawera, która wyszła za mąż za Adolfa Bochenka;

Z małżeństwa Stanisława i Julii pochodzą:

  • Julian, który ożenił się z Cecylią Marczyk;
  • Florian, który ożenił się z Heleną Czerniejewską;
  • Janina, która wyszła za mąż za Filusa;
  • Władysława, która wyszła za mąż za Marczyka.

Liceum zakończenie

Drogi E.

Wracam pamięcią do egzaminów ustnych. To było 45 lat temu, ale pewne rzeczy pamięta się dosyć dobrze.

Mieliśmy dość czasu do przygotowanie się do egzaminów ustnych. Do historii przygotowałam się opracowując każdy z tematów wskazanych przez profesorkę na kółku historycznym – zapisałam cały zeszyt drobnym maczkiem, każdy temat na osobnej kartce. Pisanie pomagało mi w zapamiętaniu dat i faktów, a od czasu przeczytania w wieku 10 lat „Pana Wołodyjowskiego”

historia bardzo mnie interesowała. Czytałam mnóstwo powieści i opowiadań z dawnych czasów i porównywałam fikcję z faktami. Czytałam też książki popularnonaukowe, wszystko, co wpadło mi w ręce. Historia była też obecna na lekcjach polskiego, bo omawianie każdego okresu rozpoczynało się od rysu historycznego. Wiadomo, że trudno nauczyć się wszystkiego, ale do tego egzaminu solidnie się przygotowałam.

W komisji egzaminacyjnej była nasza profesorka historii i dwie inne osoby – już nie pamiętam, kto. Wchodziło się do sali i losowało z kilku zestawów jeden zestaw pytań składający się z trzech tematów. Było kilka minut na przygotowanie odpowiedzi – w tym czasie odpowiadała osoba, która wcześniej wchodziła do sali. Swoich pytań nie pamiętam, na pewno jedno dotyczyło okresu po powstaniu styczniowym, czyli koniec XIX wieku. W pewnym momencie dostałam dodatkowe pytanie : -Jakich znasz poetów z tego okresu? Pytanie było łatwe, bo w tym okresie przeważały wielkie powieści, opowiadania, nowele, krótko mówiąc dominowała proza. Jedynym naprawdę wielkim i znanym poetą był Adm Asnyk. Lubiłam jego wiersze, zresztą niektóre są aktualne do dziś. W tej chwili szczególnie odczuwam „Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia, przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia”. Patrząc znowu na to, co dzieje się w nauce powtarzam sobie „Historyczna nowa szkoła swą metodę nauk ścisłą, sprowadzoną prosto z Niemiec

rozpowszechnia ponad Wisłą i zdobywszy pogląd świeży, nowym łokciem dzieje mierzy…”. Historia to odnajdywanie analogii między czasem obecnym a przeszłością….

W każdym razie szersze spojrzenie na epokę zaowocowało bardzo dobrą oceną.

Ostatnim egzaminem mojej matury była matematyka, zdawana indywidualnie przed komisją. Matematykę zdawało więcej osób, ale nie pamiętam, kto był przede mną i za mną. Jednocześnie w sali były dwie osoby – zdająca i przygotowująca się. W komisji były trzy osoby, z tego dwoje „naszych” matematyków – pan Roman i pani Urszula. Wylosowałam zadania, usiadłam w ławce i spojrzałam. Pierwsze było równanie wykładnicze, drugiego nie pamiętam – chyba jakiś wielomian, czy nierówność, trzecia – definicja pojęcia „różniczka”. Osoba przede mną odpowiedziała dość szybko, więc czasu na przygotowanie nie było za dużo, zostałam wezwana do tablicy – przed komisję. Drugie zadanie rozwiązałam szybko, przeszłam do definicji różniczki i tu czarna dziura – pamiętałam wszystko z wyjątkiem nazwy „iloraz różnicowy”. Zapisałam na tablicy ułamek, wyjaśniłam znaczenie poszczególnych elementów, ale pani Urszula zapytała -Co to jest? Zrobiłam baranią minę – Zapomniałam nazwy… – Czy chodziło ci o iloraz różnicowy? – Olśniło mnie – Tak, to miałam na myśli. Przeszłam do trzeciego , czyli pierwszego na liście zadania. Pani Urszula mruknęła do pana Romana – Ciekawe, dlaczego zostawiła to na koniec?

Aby to wyjaśnić, muszę wrócić lat wcześniejszych. Jak już pisałam, wprowadzenie do analizy matematycznej znalazło się w programie wcześniej na wniosek „fizyków”, którzy nie wyobrażali sobie przekazania pewnych tematów bez tego aparatu matematycznego. Zajęliśmy się szeregami, granicami funkcji, przeszliśmy do logarytmu naturalnego i gdzieś po drodze wspomniało się o logarytmach, ich ogólnych wzorach, ale zadań i ćwiczeń chyba nie robiliśmy wcale – a może na jedynych zajęciach na ten temat byłam chora? – w każdym razie w życiu nie rozwiązałam żadnego równania wykładniczego.

Zapisałam zadanie na tablicy i przyjrzałam mu się. Z ust pana Romana padło pytanie – I co teraz powinnaś zrobić? – zlogarytmować obie strony… – To zrób to. Zrobiłam. Co dalej – Powiedziałam. Doszłam do momentu, w którym już poczułam się pewnie. – Jaka jest dziedzina funkcji ? – padło pytanie. Odpowiedziałam, Profesor zadawał tak pytania, że wyciągnął ze mnie całą wiedzę, i do dziś twierdzę, że moja bardzo dobra ocena z matematyki to częściowo jego zasługa.

Tym mocnym akcentem zakończyłam naukę w liceum, ale nie zakończyłam nauki tej wiosny i lata, bo przede mną były jeszcze egzaminy na studia. Wtedy matura była warunkiem koniecznym, ale nie wystarczającym do tego, by zostać studentem. Przed egzaminami na studia czekała nas jednak o wiele przyjemniejsza impreza, jaką był bal maturalny.

Trochę już wspominałam o tym balu wcześniej, ale teraz jeszcze raz od początku. Kiedy myślę o moim balu orientuję się, jak zmieniły się czasy i my z nimi. Teraz przygotowania do takiego wydarzenia, jak studniówka zajmują o wiele więcej czasu – i pieniędzy. Odpowiednio uroczysta kreacja, makijaż, fryzura – ja byłam wychowywania bardzo skromnie i od dziecka nauczona liczyć się z pieniędzmi. Może, gdybym zwróciła się do rodziców kupiliby mi sukienkę, o ile można by taką dostać w sklepie. Nie było takiej komercji i kreacje pojawiały się w sklepach co najwyżej na początku karnawału i odpowiednio drogie. Nie byłam też przyzwyczajona do wyciągania rąk do nikogo. Postanowiłam uszyć sobie suknię. Kupiłam materiał, ale nie miałam pomysłu i to, co wydawało się bardzo łatwe zajęło mi o wiele więcej czasu niż liczyłam. Poza tym znałam podstawy kroju i szycia, ale nie miałam wprawy. Uszyłam długą spódnicę, podstawę górnej części i… okazało się, że zabraknie mi materiału. Bal był w sobotę wieczorem, a ja w sobotę rano maszerowałam do sklepu po coś na rękawy. Udało mi się kupić piękną białą koronkę, skroić rękawy, ale zawsze miałam problemy z ich wszywaniem, a tu czas się kończył. Na szczęście

mama widząc mój problem zobowiązała się dokończyć szycie. Włożyłam białą bluzkę i niebieską spódnicę i pojechałam do szkoły. Pierwszą częścią spotkania było wręczenie świadectw. Świadectwa maturalne otrzymaliśmy tylko do wglądu, bo zaraz potem wędrowały do teczek z pozostałymi dokumentami wymaganymi na określony kierunek studiów i szkoła wysyłała je do odpowiednich uczelni. Jak z tego wynika, można było zdawać tylko na jedną uczelnię, jeśli się nie zdało, a gdzieś były jeszcze wolne miejsca drugi nabór był we wrześniu.

Tak więc w stroju „uczniowskim” otrzymałam świadectwo i tak też wyglądam na fotografiach robionych na sali. Po obejrzeniu świadectw i zrobieniu zdjęć rozpoczął się bal. Na tym balu pierwszy raz oficjalnie pojawił się alkohol, ale tylko w postaci lampki szampana. Przy tej lampce toczyły się luźne rozmowy z nauczycielami. Z mniejszym dystansem, ale z pełnym szacunkiem. Pamiętam, jak rozmawiałam z panią Teresą o tym, że ocenianie prac maturalnych musi być bardzo trudne – w krótkim czasie przeczytać i ocenić tak różne prace. Powiedziała, że najpierw stara się ocenić zgodność z tematem, sprawdzić, jakie fragmenty literatury zostały wykorzystane i jak maturzysta podchodzi do tematu. Stara się „wyciągnąć” wszystkie pozytywne rzeczy z pracy ucznia. Uczyła nas przez cztery lata, więc znaliśmy wymagania i zasady pisania wypracowań maturalnych. Z matematykami rozmowy toczyły się na różne tematy, zawsze ciekawe. Pani wychowawczyni zachęcała chłopców do zapraszania do tańca dziewczyn z innych klas, ale wielu było takich, którzy nie pasjonowali się tańcem.

Po jakieś godzinie od rozpoczęcia tańców przyjechali moi rodzice – tato z mamą na motorowerze /tylko taki pojazd posiadaliśmy/ przywieźli suknię wykończoną przez mamę. Przebrałam się i wzbudziła pewne zainteresowanie. Trochę mi było przykro, gdy zobaczyłam minę koleżanki, która też była na balu w stroju szkolnym i raczej nie ucieszyła się na mój widok. Według mnie wyglądała świetnie w białej bluzce i granatowej spódnicy z pęczkiem sztucznych fiołków przy kołnierzu. Poza tym była wysoka i szczupła w odróżnieniu ode mnie.

Tymczasem w szatni… . Byliśmy młodzi i prawem młodości jest trochę szaleć. Mimo wszystko byliśmy dobrze wychowani, albo wtedy były zupełnie inne metody wychowania. W każdym razie jedynym wyskokiem jaki pamiętam była butelka winiaku marki „Stock”, którą ktoś przyniósł i chłopcy w szatni raczyli się po kieliszeczku – więcej na tyle osób by nie starczyło.

Po tym kieliszeczku Jasio siedział w szatni na taborecie i powtarzał każdemu, kto wchodził – „Jestem zalany w sztok…” Na rozmowach i tańcach upłynęła prawie cała noc. Bawiłam się świetnie dzięki Frankowi, jak to już opisywałam. Nad ranem opuszczałam ostatni raz mury szkoły. W niedzielę rano nie było jak dostać się do domu. Powędrowałam wzdłuż trasy tramwajowej i w długiej sukni i narzuconej na nią kurtce poszłam na pierwszą mszę św. w kościele na Załężu. Potem tramwajem wróciłam do domu by odespać nockę, choć w głowie długo jeszcze wirowały mi dźwięki muzyki.

Liceum – przed maturą

Drogi E.

W końcu doszłam we wspomnieniach do końca liceum, czyli egzaminu końcowego, czyli MATURY.

Zaczęłam opisywać maturę i w połowie przypomniałam sobie o jeszcze jednej, jakże ważnej w życiu szkolnym, imprezie.

W tamtym czasie dzieci były wychowywane bardziej rygorystycznie niż obecnie, na ich zachowanie zwracali uwagę wszyscy w otoczeniu, nauczyciele mieli większy autorytet, a rodzice mogli sięgać do środków, jakby to określić, przymusu bezpośredniego, czyli sprawić lanie w przypadku nieposłuszeństwa i nie było to szczególnie społecznie naganne. Z tego też względu możliwe było kończenie nauki w liceum balem maturalnym. Obecnie po ekscesach świeżo upieczonych maturzystów, którzy nie czuli się zmuszeni do przestrzegania reguł zachowania i wydawało im się, że wszystko ujdzie im na sucho, szkoły odeszły od tego zwyczaju i ostatnią szansą na pokazanie się na balu szkolnym stały się studniówki, czyli bale organizowane około trzy miesiące przed ukończeniem szkoły. Byliśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że nie ominęła nas żadna z tych imprez, a co więcej, mieliśmy dodatkową studniówkę „klasową”’. W naszym roczniku w szkole były trzy klasy maturalne. Wszystkie były koedukacyjne, lecz w naszej klasie przeważała część „męska”, w pozostałych przeważały dziewczyny. Nasza klasa była już tak zżyta, że nawet w żartach rozważaliśmy wspólne oblanie egzaminów, by pozostać wspólnie rok dłużej. Z pozostałymi klasami mieliśmy ograniczony kontakt, chyba tylko dziewczyny miały wspólne lekcje w-f z klasą b, (nie pamiętam, jak to było w męskiej części), więc nie chcieliśmy wspólnej studniówki. Muszę tu dodać, że wszystkie imprezy, łącznie z balem maturalnym odbywały się w szkole, nie było zwyczaju, jak to jest obecnie, wynajmować lokali poza szkołą. Po wielu dyskusjach i naciskach z grona pedagogicznego zgodzono się na udział we wspólnej imprezie, ale dodatkowo zorganizowaliśmy studniówkę klasową dzięki rodzicom Krzysia, którzy zgodzili się udostępnić swoje dość duże mieszkanie. Rodzice zajęli się aprowizacją / do dziś pamiętam ogromne pudło chrustu, czy też faworków przygotowanych przez babcię Rysia/ a dziewczyny przygotowały część artystyczną. Pamiętam tylko, że śpiewałyśmy jakąś piosenkę ubrane w koszule flanelowe z atrapami strusich piór wykonanych z krepiny i drutu , przypiętymi do pasków. Tej wspólnej studniówki zupełnie nie pamiętam…

Zdany egzamin maturalny upoważniał do zdawania następnego egzaminu – na studia wyższe. Z perspektywy wielu lat i niejakiej znajomości różnych zmian w trybie przeprowadzania egzaminu oceniam, że był to jeden z łatwiejszych. Co jakiś czas wyższe władze szkolnictwa majstrują przy regulaminach maturalnych. W tym okresie, w którym kończyliśmy szkołę matura obejmowała dwa egzaminy pisemne – obowiązkowe dla wszystkich – z języka polskiego i matematyki. Egzaminy te można było poprawić w trybie ustnym. Dodatkowo należało wybrać dwa przedmioty na egzamin ustny. Komisja egzaminacyjna była powoływana spośród nauczycieli danej szkoły. Ograniczało to trochę stres, bo twarze egzaminatorów były znane – no, chyba, że ktoś podpadł nauczycielowi… Większość kolegów, zgodnie z profilem klasy kandydowała na studia ścisłe lub techniczne, więc wybierała matematykę i fizykę lub chemię. Henio, który udawał, że zdaje na socjologię wybrał propedeutykę nauki o społeczeństwie – chyba jako jedyny w szkole. Ja nie za bardzo miałam pomysł, co robić w dorosłym życiu, ale moimi ulubionymi przedmiotami była historia i matematyka. Te akurat przedmioty były przedmiotami egzaminacyjnymi na studia ekonomiczne, więc za poradą znajomej, która ukończyła Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Katowicach, wybrałam najbardziej „zmatematyzowany” kierunek ekonomii – ekonometrię, która była połączona ze statystyką.

Przygotowania do matury obejmowały powtórki z języka polskiego, które były ujęte w programie nauczania oraz dodatkowe zajęcia pozalekcyjne z wybranych przedmiotów. Czy były jakieś specjalne przygotowania do egzaminu z matematyki – nie pamiętam, ale zadania rozwiązywało się na bieżąco, w wielu wypadkach w następnym etapie korzystało się z wiedzy wcześniejszej, więc powtarzało się automatycznie. Ja uczęszczałam na kółko historyczne. Na pierwszym spotkaniu pani profesor powiedziała – ”Zapiszcie sobie tematy, które w ten, czy inny sposób mogą wypłynąć na egzaminie maturalnym” – po czym zaczęła dyktować tematy. Był to praktycznie przegląd całej wiedzy historycznej jaki obejmował program nauki. Dyktowanie i zapisywanie zajęło nam większość czasu przeznaczonego na nie tylko jedno spotkanie.

Gdzieś w połowie kwietnia zakończyliśmy regularną naukę, a w pierwszy poniedziałek maja w całym kraju rozpoczęły się egzaminy maturalne, o czym pisały gazety, pokazywały wiadomości telewizyjne, bębniło radio. Oczywiście na egzaminie obowiązywał strój uczniowski – biało granatowy, chłopcy często mieli nowe garnitury jak wypadało w tak uroczystym, choć stresującym momencie. Na auli rozstawiono ponumerowane stoliki, wylosowaliśmy miejsca i oczekiwaliśmy godziny, w której w całej Polsce rozpoczynał się egzamin. Otwarto koperty z tematami i przystąpiliśmy do pisania wypracowań. Tematy były trzy lub cztery – nie pamiętam, z tego jeden był zawsze tematem „ogólnym”, a pozostałe dotyczyły konkretnej epoki historycznej. Wybrałam temat dotyczący tego jakie wskazówki dla życia współczesnego człowieka można wyciągnąć z utworów epoki romantyzmu. Trzeba było dobrać odpowiednie cytaty, sporządzić plan wypracowania i można było pisać. Początkowa trema i obawy ustępowały, skupiałam się na pracy.

W tych czasach w czasie egzaminu można było jeść przygotowane przez Komitet Rodzicielski kanapki i pić herbatę – o wodzie w plastikowych butelkach nawet się nie słyszało. Kiedy w środku egzaminu na salę wszedł dyrektor szkoły z dużym, chyba 5 litrowym , czajnikiem i pytaniem -”Komu mniej słodkiej herbaty?” zrobiło mi się przyjemnie i nawet wesoło. Nie potrafię rozpisywać się , więc zdążyłam przepisać na czysto moje dywagacje.

Następnego dna, /a może za dwa dni?/ przystępowaliśmy do egzaminu pisemnego z matematyki.

Wydaje mi się, że moi rodzice, a szczególnie mama, bardziej przeżywali moje egzaminy niż ja sama. Mama była zdumiona i przejęta gdy ja z całkowitym spokojem i na pełnym luzie wybierałam się na matematykę. Wiedziałam, że ten egzamin jest w miarę łatwy. Na ocenę bardzo dobrą wystarczyło rozwiązać trzy z pięciu zadań. Na pewno było to badanie funkcji kwadratowej, zadanie z geometrii analitycznej, chyba wielomiany i układy równań, w końcu coś z rachunku prawdopodobieństwa. Rozwiązywałam zadania po kolei, miałam już zrobione zadanie z geometrii z rysunkiem, gdy kolega z tylnej ławki szepnął – coś masz nie tak.. Sprawdziłam dokładnie obliczenia i okazało się, że gdzieś pomyliłam znak plus z minusem, a to skutkowało innym obrazem na osi współrzędnych. Zdążyłam poprawić. Zadania były na tyle łatwe dla naszych kolegów, że zrobili wszystkie pięć zadań grubo przed czasem. Egzamin miał jednak pewien haczyk. W przypadku rozwiązania więcej niż trzech zadań komisja brała pod uwagę tylko trzy pierwsze zapisane i jeśli gdzieś w nich był drobny błąd ocena była obniżana, pomimo tego iż dobrze rozwiązane były pozostałe cztery. Tak zdarzyło się komuś, ale na szczęście można było podnieść ocenę przystępując do poprawki ustnej. Zresztą wtedy wyniki egzaminu maturalnego nie były tak ważne jak obecnie, bo stanowiły tylko fragment oceny kandydatów na studia, a uczelnie prowadziły własne egzaminy wstępne na poszczególne kierunki.

Nie pamiętam, jak długo trzeba było czekać na wyniki egzaminów pisemnych, tyle tylko, by komisja sprawdziła i oceniła prace, było parę dni wolnych a potem rozpoczęły się egzaminy ustne. Terminy były wyznaczane indywidualnie w różnych dniach i godzinach, więc kontakty z kolegami stały się ograniczone.

Trochę dużo się rozpisałam, więc o egzaminach ustnych w następnym liście.

Pozdrowienia E.

Opowiadanie Galatea

Galatea

– Wyjdziesz dziś z nami? – Jacek zwrócił się do Maksymiliana. Ten przecząco potrząsł głową.
– Nie mogę. Przecież dziś przywożą mój marmur…
Jacek przypomniał sobie. Tak, to było szaleńcze marzenie Maksymiliana. Maks był artystą. Zatrudnił się w warsztacie kamieniarskim, by zdobyć jak najwięcej wiedzy o marmurze. Poszukiwał najczystszego marmuru, by wyrzeźbić idealną postać. Od najmłodszych lat studiował prace najlepszych rzeźbiarzy świata i za cel życia postawił sobie stworzenie posągu idealnego, bez wad i skaz. W garażu urządził sobie pracownię, gdzie wolny czas spędzał na doskonaleniu swego projektu. Na ścianach wisiały niezliczone szkice poszczególnych części ciała, w kątach leżały kawałki kamienia, niektóre z tylko lekko zaznaczonymi, inne z całkowicie wyrzeźbionymi fragmentami rąk, twarzy, włosów, fałd ubrań. Na środku szczytowej ściany Jacek umieścił gotowy projekt – rysunek kobiety w długiej sukni, kroczącej z podniesioną głową jak modelka na wybiegu.
W warsztacie kamieniarskim tylko Maks i Jacek byli artystami. Obaj skończyli liceum plastyczne, później ich drogi się rozeszły. Jacek podjął pracę w warsztacie kamieniarskim swego wuja, gdzie zajmował się projektowaniem i wykonywaniem nietypowych elementów małej architektury, oryginalnych nagrobków, czasem małego rzeźbionego detalu. Maks słusznie nosił swoje imię. Ukończył Akademię Sztuk Plastycznych. Stale niezadowolony ze swoich prac dążył do osiągnięcia mistrzostwa. Stale ćwiczył elementy, poprawiał wykonane już prace, ale żyć przecież z czegoś trzeba, więc przyjął propozycję kolegi.
Samotny i zamknięty w sobie dopuszczał do siebie tylko Jacka. Z nim dzielił się marzeniami i zamierzeniami. Czasem Jackowi udawało się wyciągnąć go do pubu, ale rozmowy stale krążyły wokół jednego tematu. Dotyczyły ideału.
– Dla mnie ideałem piękna jest ciało kobiece. Idealny kamień to biały marmur karraryjski.
– A przestudiowałeś piękno kobiety praktycznie?
– Wystarczy mi teoria. Obejrzałem wszystkie najbardziej znane rzeźby świata, klasyczne greckie, hinduskie, egipskie i te współczesne. Po roku Maks narysował projekt z którego był zadowolony. Jacek potwierdził jego wizję, podobała mu się.
Teraz pozostało jeszcze znaleźć odpowiednią bryłę kamienia.
Po długich poszukiwaniach i licznych wyjazdach Maks znalazł odpowiedni kamień – bryła białego, bez skazy i przebarwień marmuru. Na zakup i transport poszły wszystkie oszczędności, ale Maks nie żałował. Jego marzenie stawało się coraz bardziej rzeczywistością.
Przez następne tygodnie Maks utonął w swej pracowni. Jacek przynosił mu pizzę lub coś innego do zjedzenia, ale Maks nie wpuszczał go do środka. W końcu nadeszła wiekopomna chwila.
– Czy pamiętasz, że za trzy dni kończy ci się urlop i trzeba wracać do pracy?
– Pamiętam, przyjdź jutro po pracy na dłużej…
Nazajutrz po pracy zaintrygowany Jacek zabrał butelkę szampana by oblać wydarzenie i powędrował do pracowni.
W środku na niewielkim postumencie stała Ona. Postać kobiety z projektu wyrzeźbiona i wykończona z całkowitym pietyzmem. Jacek obejrzał dzieło z wszystkich stron. Coś mu tu nie pasowało, ale nie wiedział co. Zbyt idealna by wzbudzić głębsze uczucia? Starał się znaleźć jakąś niedoskonałość – Czy nie uważasz, że ten pukiel włosów leży w niewłaściwym kierunku? I czy policzki nie są zbyt wydatne?
Maks przyjrzał się dziełu krytycznie. – Masz chyba rację, trzeba to poprawić… Wziął do ręki dłuto i lekko uderzył w marmur. Nagle rozległ się trzask i na ziemię upadł duży kawałek rzeźby odsłaniając różowawe i niebieskie smugi wewnątrz kamienia. Zrozpaczony Maks ze złością uderzył jeszcze raz niszcząc głowę postaci i część sylwetki.
– Co robisz? Jacek powstrzymał go przed całkowitym rozbiciem bryły. – Możesz odsprzedać resztę kamienia jeśli nie wykorzystasz go sam… – Nie mam już co z niego zrobić. Chyba nie dotknę już tego kamienia. Może i innych kamieni. Problemem kamieniarzy jest, że jedno uderzenie może zniszczyć pracę wielu miesięcy. Spróbuję zrobić posąg z gliny. Tu można dokładać materiał do woli.
Przez następne tygodnie Maks po pracy znowu znikał w pracowni. Sprowadził glinę i stal na konstrukcję. Dokładał glinę, wygładzał, znowu dokładał ale coś mu nie wychodziło. Nie miał potrzebnej wprawy ani wyczucia materiału. Zniechęcony pomyślał – chyba zacznę rzeźbić w piasku… Teraz po pracy chętnie wybierał się z kolegami do pubu, byle jak najdłużej być z dala od domu i pracowni. Do domu wracał na rauszu i tylko by się przespać.
Po kilku tygodniach wszedł do pracowni. Na środku w dalszym ciągu stał kawał marmuru, czyli pozostałości ze zniszczonego posągu. Zrobił sobie herbatę i usiadł przy stoliku zarzuconym rysunkami i szkicami do swojego idealnego dzieła. Machinalnie odsunął je robiąc miejsce na szklankę. Sącząc powoli napój bezmyślnie spoglądał na kamień. Nagle blade smugi zaczęły układać się w rysunek… Spojrzał dokładniej. W głębi kamienia ujrzał dziewczynę. Stała trzymając w ręku jakiś przedmiot i prosiła – wyciągnij mnie stąd…. Naprawdę usłyszał to. Chwycił młotek i dłuto i powoli a dokładnie odbijał odłamki uwalniając zaklętą w kamień. Pracował bez wytchnienia całe popołudnie i całą noc. Rano zastukał do niego Jacek.
– Co się stało? Nie zjawiłeś się w pracy. Nie spałeś w domu?
– Coś odkryłem – Maks z niechęcią oderwał się od pracy, ale nie wpuścił Jacka do środka. Razem poszli do warsztatu. Po pracy Maks szybko pożegnał się z kolegami i wrócił do swojej pracowni. To powtarzało się przez kilka tygodni. Jacek domyślał się, że Maks intensywnie pracuje, ale na wszelkie pytania odpowiadał – później ci pokażę.
Pewnego dnia Maks pojawił się w pracy uśmiechnięty i pełen wigoru.
– Zapraszam cię do siebie. Wreszcie mam ją.
Zaciekawiony Jacek z niecierpliwością czekał na koniec dniówki. Po drodze Maks wstąpił do cukierni i kupił mały torcik. – Butelkę wina mam już u siebie, więc możemy należycie uczcić narodziny gwiazdy.
Na środku pracowni stała rzeźba zakryta płótnem. Maks posadził Jacka przy stoliku, przyniósł kieliszki i talerzyki, rozkroił ciasto i rozlał wino. W końcu podszedł do kamienia i delikatnie ściągnął materiał. Jacek ujrzał rzeźbę dziewczyny niosącej w ręku jakieś pudełko. Coś sprawiało, że przykuwała uwagę, choć w szczegółach można było dopatrzeć się odstępstw od uznanych kanonów piękna. Spojrzał jeszcze raz z bliska. – Czy nie uważasz, że ten palec jest za szeroki? Jest wyraźnie szerszy niż inne. – Maks spojrzał i odpowiedział – Czy nie widzisz, że to pudełko jest ciężkie i przygniata opuszek palca​​? To dlatego palec wydaje się szerszy. Jacek znowu usiłował znaleźć jakieś niedoskonałości. – A co z tymi smugami przebarwień?
– To przecież żyłki pod skórą, podkreślające delikatność jej ciała. No i sprawiają, że jest jedyna, niepodobna do innych…
– Powiedz mi jeszcze, co jest w tym pudełku w jej dłoniach?
Maks lekko się uśmiechnął. – To jej tajemnica. Może kiedyś ją odkryję, a może nigdy…
Jacek spojrzał na Maksa. W jego oczach był dawno nie widziany blask, w jego głosie brzmiały nowe, nieznane, radosne tony. Z nieukrywaną zazdrością stwierdził.
– W końcu znalazłeś ideał. Twój własny ideał…