Post 16 – 130 (stare)

Post nr 130, ostatnio modyfikowany: 08-02-2017

Świeżutkie zdjęcie z wczoraj. Tak, tak prawie dziesiąta na zegarze, córeczka wyspana. I nie było to przed południem…

Blog Basia
mamaewa napisał(a) komentarz:
No cóż, nocne życie prowadzą nie tylko dorośli… Mamo, ja chcę na piwo do pubu 😉
tata napisał(a) komentarz:
To ma chyba po tacie, bo mama tej ślicznotki o tej porze zawsze grzecznie spała.

Post nr 129, ostatnio modyfikowany: 19-01-2017

Pozdrawiamy 🙂

Blog Basia
tata napisał(a) komentarz:
dziękujemy. Tyle radości.

Post nr 128, ostatnio modyfikowany: 28-06-2016

Pokój dziecinny już prawie gotowy:

Blog Basia

Szafy w dalszym ciągu nie ma…

tata napisał(a) komentarz:
a to łobuzy,

Post nr 127, ostatnio modyfikowany: 11-04-2016

Ubiegłotygodniowa sesja zajęć studiów podyplomowych odbyła się w Koniakowie.

W ramach rozwijania kreatywności (chyba) padł pomysł abyśmy na piątkowy wieczór przygotowali sobie stroje – przebrania. Pomimo początkowej niechęci, wszyscy obecni zadanie wykonali.

Ja się przebrałam tak:

Blog Basia

A całość grupy wyglądała tak:

Blog Basia

.

Kto rozpozna kim byłam?

tata napisał(a) komentarz:
Może tata,ale z którego odcinka?

Post nr 126, ostatnio modyfikowany: 22-03-2016

Statystyki spalania paliwa w samochodzie prowadzę (w obecnym formularzu) od 10 października 2013 roku.

Dziś przy okazji wpisywania kolejnych danych sprawdziłam jak kształtowała się cena gazu w tym okresie.

Średnia cena gazu to 2,31 zł, a mediana 2,39 zł.

Najdroższy gaz kupiłam 21 grudnia 2013 roku za 2,77 zł.
Najtańszy – całkiem niedawno – 13 marca 2016 roku za 1,55 zł.

Różnica wynosi 1,22 zł, co przy spalaniu na poziomie 11,5 l/100 km sprawia, że przejechanie 100 km jest droższe o ponad 14 zł… a jedzie się cały czas tak samo… 🙂

tata napisał(a) komentarz:
W mojej historii najtańszy gaz to 1.41 zł, ale długo kosztował 1,44 zł. Najdrożej to 2.81 zł.
mamaewa napisał(a) komentarz:
Teraz kiedy taniej jeździsz mniej? Takie czasy…

Post nr 125, ostatnio modyfikowany: 21-03-2016

Po piątkowej wizycie u lekarza okazało się, że nasza mała córeczka waży już 784 g i z tego co lekarz widział jest zdrowiutka i cała w normie.

tata napisał(a) komentarz:
i to jest piękne!
mamaewa napisał(a) komentarz:
LLLubię to!!!

Post nr 124, ostatnio modyfikowany: 12-03-2016

Wreszcie dzisiaj po wielu perypetiach udało mi się dotrzeć do finiszu temat radia samochodowego.

Korzystając z uprzejmości Dzieciątka (tego świątecznego), rodziców i „wkładu własnego” udało mi się dokonać zmiany z tego:

Blog Basia

na to:

Blog Basia

Niestety na kartę SD wkładu własnego już brakło, ale za to serwisant podłączył tak, że grają wszystkie głośniki (niezależnie od tego czy akurat wjechałam w dziurę w drodze czy nie).

Jeszcze raz dziękuję rodzicom za możliwość słuchania audio, WAV, mp3 i innych formatów zarówno z CD jak i USB.

Uwaga! Sprzedam świetnie działające 16-letnie radio AudioSymphony (widoczne na pierwszym zdjęciu) z Audi! Oryginalne (z książką serwisową po niemiecku)

tata napisał(a) komentarz:
to niech dobrze służy
tata napisał(a) komentarz:
Miałaś powiedzieć jak zabraknie do zakończenia operacji.
mamaewa napisał(a) komentarz:
To zostało miejsce na coś jeszcze? Super !☺

Post nr 123, ostatnio modyfikowany: 03-03-2016

Załatwiając dziś sprawy w urzędzie powiatowym naszego miasteczka moją uwagę przykuła informacja:

„Informujemy, że przy pobieraniu wpłaty pobieramy opłatę w wysokości 1,50 zł.”

Oznacza to mniej więcej tyle, że aby zapłacić 17 zł opłaty skarbowej trzeba przygotować 18,50 zł w gotówce.

Wszak logiczne, prawda?

tata napisał(a) komentarz:
oj prawda prawda i żeby to zawsze było tylko – aż 1.50zł.
Basia napisał(a) komentarz:
Co jednak wydaje się nieco zaskakujące. Będąc w urzędzie i robiąc wpłatę urzędową chciałoby się za darmo… (bo przelewając na przykład przez ING online byłoby za darmo…)
tata napisał(a) komentarz:
W urzędzie wpłacasz przez PKO lub inny bank, bo za rejestracje płacisz do wojewody a nie starostwa.
Basia napisał(a) komentarz:
W urzędzie wpłaciłam u podmiotu prywatnego, a do gminy (a było to w urzędzie powiatu)…
Mam wrażenie, że to miasto kryje w sobie jeszcze wiele niespodzianek…

Post nr 122, ostatnio modyfikowany: 01-03-2016

Jako deser po kolacji mam żelazo i magnez…

Czy to oznacza, że nasza Lidia będzie „jak ze stali”?

tata napisał(a) komentarz:
będzie kochana

Post nr 121, ostatnio modyfikowany: 02-02-2016

Wybrałam się dzisiaj do Starostwa wymienić tablice. Właściwie powinnam „niezwłocznie” w terminie do 30 dni poinformować organy o zmianie danych osobowych (prawie wszystkich – oprócz numeru PESEL i imienia), ale do tej pory nie było takiej potrzeby.
W lutym kończy mi się OC na samochód, więc postanowiłam mieć ubezpieczenie już na „nowe” numerki.

Kolejka w powiecie długa, ale obsługiwały cztery panie okienkowe i wbrew pozorom szło płynnie. Dobrze, że tyle ludzi kupuje sobie samochody.

Oczywiście w okienku obsługiwała mnie pani, której syn trenował taekwon-do i oczywiście kazała pozdrowić męża 😉

Blog Basia

Teraz jeszcze tylko lokalnym zwyczajem „oduczę” się używać migacza przy opuszczaniu ronda i będą prawdziwą kłobuczanką 😉 (choć z importu)

tata napisał(a) komentarz:
Fajnie mieć tak numery po kolei, ciekawe czy niższy trafił młodszemu? bo jak inaczej to pamiętać?
Basia napisał(a) komentarz:
Starsze auto dostało niższy numerek… czyli moje 🙂

Post nr 120, ostatnio modyfikowany: 17-11-2015

Po naszej ostatniej rozmowie na temat prędkości internetu domowego postanowiłam to jednak sprawdzić.

Prędkość „badana” komputerem:

Blog Basia

Ponieważ twierdzę, że mój komputer jest wolniejszy od internetu postanowiłam również sprawdzić telefonem.

Oto wynik:

Blog Basia

Czyli mam rację – to mój komputerek nie nadąża.

A na fakturze mamy wpisane „Neostrada do 80Mb- promocja Szybka Neostrada i Telewizja (24 mies.)”. Czyli teoretycznie wszystko się zgadza. 80Mb nie przekraczamy 😉

tata napisał(a) komentarz:
ale warto wiedzieć jak to jest właściwie, a szybkość trzeba sprawdzać bo różnie to bywa.

Post nr 119, ostatnio modyfikowany: 15-06-2015

12 czerwca tego roku minął drugi rok odkąd jeżdżę audi. Przejechaliśmy wspólnie w tym czasie 57 195 km. Auto poważnie zawiodło trzy razy – pierwszy raz w Tarnowie, gdy alternator przestał działać, drugi raz w Lublinie – awaria pompy paliwowej i ostatnio w Kłobucku jak poszła pompka wspomagania układu kierownicy. Poza tym – naturalne usterki eksploatacyjne: zakładanie gazu i związane z tym problemy, zakup nowiutkich czterech opon letnich, wymiana klocków hamulcowych, tarcz tylnich, termostatu i jeszcze parę innych. Ja zawiodłam auto poważnie raz – jak wjechałam w słup pod Galerią Jurajską. No i w tym czasie zapłaciłam mandatów za 1100 zł (ale 2015 planuję nie płacić mandatów w ogóle i jak na razie mi się udaje).
Po tych dwóch latach mamy jeszcze wspólne plany z audi: załatanie rozdartego fotela, wymiana radia, przyciemnienie szyb i jeszcze parę innych 🙂

tata napisał(a) komentarz:
Spróbuje policzyć czy w życiu prywatnie tyle przejechałem.
Kwota spota, całe szczęście że punktów starczyło.
Tak to – spiesz się po woli.
A fotel faktycznie się prosi, szczególnie że nie używasz poduszki ani mat np. masujących.
mamaewa napisał(a) komentarz:
Jakbyś jechała w jednym kierunku to już byś wróciła i znowu pół świata przejechała a tu tylko kawałek Polski wte i we wte
mamaewa napisał(a) komentarz:
A może szyb nie przyciemniać = lepiej widać przez jasne, chyba że się pobrudzą

Post nr 118, ostatnio modyfikowany: 19-05-2015

Przegląd Audi na rok 2015/2016 zaliczony. Wszystko ładnie, tylko żarówki w migaczach muszę powymieniać. Pan od przeglądów nawet mi cztery podarował 😉

W piątek w zeszłym tygodniu kupiłam nowe tarcze do tylnich hamulców, więc nie mogło być „wpadki”.

tata napisał(a) komentarz:
to dobrze, to dobrze, a żarówki przepalone czy nieprawidłowe?
lepiej z tarczą niż na tarczy!
basia napisał(a) komentarz:
Żarówki świecą, prawidłowe, ale zużyte – „zaszłe”.

Post nr 117, ostatnio modyfikowany: 28-02-2015

Zaczęłam właśnie czytać nową książkę, ale zanim tą poprzednią odłożę na półkę postanowiłam jeszcze raz ją przejrzeć.
Książka o której piszę nosi tytuł: Ekspert biznesu. Jak wymyślić, stworzyć i prowadzić zyskowny biznes bez środków na start. autor: Adam Grzesik, wydawnictwo Helion SA. Książka jest dostępna m.in. tutaj http://onepress.pl/ksiazki/ekspert-biznesu-jak-wymyslic-stworzyc-i-prowadzic-zyskowny-biznes-bez-srodkow-na-start-adam-grzesik,eksbiz.htm lub w EMPIKach.

Postanowiłam wpisać tutaj wszystkie te zdania, które zakreśliłam sobie na kolorowo podczas czytania.

W biznesie postęp jest dużo ważniejszy niż perfekcja. (s. 21)
Uwolnij swoją kreatywną cześć umysłu i twórz rozwiązania problemów. (s. 22)
Szukaj rzeczy, które dobrze działają, i zadaj sobie pytane, jak możesz to udoskonalić, jak możesz dostarczyć to szybciej, taniej, jak możesz to usprawnić. (s. 23)
Ale to, z czego żyje Twoja firma, to ZYSK. (s. 27)
Kiedy otrzymasz ofertę, wybierz tę, która Ci pasuje, i poproś daną firmę, aby postarała się bardziej, bo jej oferta Ci się podoba, ale cenowo niestety odbiega od innych. (s. 28)
Jeśli tylko możesz, staraj się utrzymywać jak najmniej rozbudowaną strukturę. (s. 29)
Tak naprawdę każdy biznes można uczynić pasywnym. (s.32)
Pamiętaj, aby kupić lub stworzyć biznes pasywny, który zarabia, kiedy Ty śpisz. (s.33)
Kluczem jest zajęcie się jedną rzeczą w jednym czasie. Kiedy robisz biznes, to cały swój czas, całe skupienie i 100 % zaangażowania włóż właśnie w ten biznes. (s. 33)
Zauważ, że swój czas w biznesie poświęcasz na:
A. Pracę, która daje dochód (…)
B. Pracę, która da Ci dochód w dłuższej perspektywie czasowej bądź długofalowo, ale już bez Twojego udziału (…)
C. Rzeczy, które muszą być zrobione, lecz nie mają wpływu na finanse firmy, bo nie dają dochodu (…)
D. Czynności, które nie wnoszą nic do biznesu, a wręcz mu szkodzą (…)
Punkty A i B to absolutny TOP. Dopóki nie zrobisz tych rzeczy, nie masz prawa zabierać się za C i D.
(s. 34)
Byle jaki sukces jest lepszy niż idealna przeciętność. (s. 35)
…wyróżnij się albo zgiń. (s. 35)
Sam musisz zadbać o to, aby rynek dowiedział się, że jesteś ekspertem, specjalistą, że Twoja firma to fachowcy w swojej dziedzinie. (s. 35)
To Ty odpowiadasz za jakość i za swoją strategię. (s. 37)
Twojw wielkość jako menedżera polega na tym, że firma potrafi funkcjonować bez Twojego udziału. (s. 38)
Będąc głównym pracownikiem, nigdy nie staniesz się zamożny. (s. 101)
Jako szef powinieneś robić rzeczy, które tylko Ty możesz zrobić. (s. 103)
Wykonywanie pracy, którą ktoś może zrobić taniej niż ja, jest finansową niodpowiedzialnością. (s. 104)
Odkryj więc swoje KPI i zajmij się mierzeniem tylko ich, a nie tego, co mało istotne.
(s. 107)
Sznuj ludzi, szczególnie ludzi mniej ważnych w strukturze. (s. 112)
Ludzie muszą wiedzieć, ile wynagrodzenia otrzymują i za co. (s. 113)
Dzielenie się z pracownikami własną wizją jest wręcz niezbędne, jeśli chcesz, aby pracowali dla Ciebie a nie dla pieniędzy. (s. 113)
Wybierając pracowników, szukaj specjalistów, którzy są lepsi od Ciebie. Twórz firmę złożoną z „gigantów”. (s. 114)
Zatrudniaj powoli i zwalniaj szybko. (s. 116)

Powyższe zdania to cytaty bezpośrednio przepisane z książki. Są to myśli i przekonania autora.
W moim subiektywnym odczuciu tytuł tej książki „… zyskowny biznes bez środków na start” niestety obiecuje więcej niż można z niej wyczytać. Oczekiwałam porad na temat pozyskiwania środków lub doświadczenia jak to zrobił autor. Niestety cały ten wątek został pominiety. Co jednak nie oznacza, że nie warto przeczytać tej ksiązki 🙂

Ojciec napisał(a) komentarz:
Zawsze warto czytać- wspaniale jest umieć jeszcze zapamiętać co się czytało a ideałem jest wykorzystać to co się przeczytało.
Tego ci życzę i pozdrawiam.
Ojciec napisał(a) komentarz:
Dziękuje za wpis.
mamaewa napisał(a) komentarz:
Jak zdobyć środki na start w biznesie? Napisać książkę o zdobywaniu środków, lub o czymkolwiek innym, byle tytuł gwarantował dużą sprzedawalność 😉

Post nr 116, ostatnio modyfikowany: 15-08-2014

Zdjęcie z fotobudki na weselu Weroniki i Mateusza:

Blog Basia

A Młodej Parze życzymy, aby każdy dzień ich wspólnego życia był tak udany jak to wesele!!

MadaMag napisał(a) komentarz:
Gdybym nie wiedziała, że to ty, to bym się zastanawiała kto to.

Post nr 115, ostatnio modyfikowany: 07-03-2014

Z kołem wszystko dobrze, ale już się rozglądam za nowymi oponami:)

Dziś dodaję ekspozycję kwiatową z Żabna. Ekspozycja przygotowana specjalnie z okazji zwiększonej sprzedaży na okoliczność zbliżającego się święta.

Blog Basia
tata napisał(a) komentarz:
W Borkach były po 3zł też w foli i z wstążeczką.
mamaewa napisał(a) komentarz:
cudnie

Post nr 114, ostatnio modyfikowany: 05-03-2014

Właściwie historię powinno się zacząć opowiadać „od wczoraj”. Wczoraj bowiem po pracy zauważyłam, że mam coś mało powietrza w tylnym kole tuż za kierowcą. To się zdarza raz na jakoś czas – opony też z niecierpliwością czekają na koniec sezonu i to chyba będzie ich ostatni, podjechałam na pobliską stację benzynową i zatankowałam powietrza do pełna (można to uczynić bez wnoszenia opłat).
Miałam mieć dziś wolne od pracy, ale ze względu na ciężką sytuację kadrową, oraz awizowaną na 11 dostawą świeżego (zresztą jak w każdą środę) umówiłam się z Anią, że jednak przyjdę. Żeby nie przesadzać, zapowiedziałam, że nie będę na szóstą ale pojawię się gdzieś koło ósmej.
Wychodziłam z domu chwilę przed siódmą i już byłam prawie dumna z siebie, że będę wcześniej niż zamierzałam. Niestety okazało się, że dopompowane wczoraj koło jest totalnym kapciem. Nie chciałam z takim kołem jechać nawet na stację, bo raz jechałam i zniszczyłam oponę, więc postanowiłam koło wymienić. Pierwszym problemem był zdjęcie dekla. Śrubokręt za duży, żeby go włożyć do dziurki, patyczek z pola zbyt kruchy. Jak wreszcie się udało, okazało się, że śruby są zbyt mocno przykręcone, aby je odkręcić za pomocą mojego klucza, albo mojej siły. Użyłam rureczki do podnośnika, nasadziłam na klucz i jakoś się udało. Potem problem podnieść samochód, bo zamiast auto unosić się w górę to podnośnik zatapiał się w ziemi. Ten problem pokonałam za pomocą zestawu cegieł i deseczki. Cały czas miałam na uwadze to, że koło zapasowe ma inny rozmiar niż te nie-zapasowe.
A swoją drogą pewnie, gdyby nie to, że raz Artur w Tarnowskich Górach wymieniał koło, pewnie nie kupiłabym klucza i podnośnika do bagażnika i nie miałabym dziś czym działać…
W międzyczasie sąsiadka wychodziła do pracy, a pani właścicielka podeszła zapytać „jak się mieszka” i zaproponowała pożyczenie swojego samochodu.
Udało mi się wymienić.
Pojechałam do pracy na jednym kole mniejszym, ale na ósmą się nie spóźniłam.
Zaplanowałam zaraz po pracy pojechać do kapciarza. Plan obejmował odwiedzanie wszystkich wulkanizatorów po drodze do skutku (w sensie, że do momentu aż któryś mi koło naprawi). Już trzeci kolejny zakład był czynny. Taki młody chłopak najpierw koło napompował, wsadził do miski z wodą (tradycyjne sposoby) i zdiagnozował gwoździa wbitego do opony. Postukał, popukał, zdjął oponę, dał jakąś łatkę czy coś założył oponę, pokręcił na maszynie, ponaklejał metalowe naklejki i pozwolił odjechać. Poprosiłam go, żeby założył mi koło we właściwe miejsce, co też uczynił.
I w tym momencie nastąpiła obawa o wysokość zapłaty. Nie mam doświadczenia (skali porównawczej) ile taka usługa może kosztować. Szybko w pamięci przeanalizowałam stan portfela i ruszyłam do biura. Okazało się, że za prawie 50 minut pracy z użyciem urządzeń technicznych, narzędzi, półproduktów i umiejętności zapłaciłam 26 złotych. Tyle gotówki miałam (później okazało się, że Łęg Tarnowski to nie byle wiocha i w razie czego u kapciarza można płacić kartą). Myślałam, że będzie więcej, więc z radością pognałam w stronę Tarnowa.
Ciekawe, czy ta historia będzie miała ciąg dalszy…

tata napisał(a) komentarz:
to byłaś dzielna, a 26zł to dobra cena, bo w Olesnie z zdejmowaniem koła z auta chciał nawet 40 zł. 15zł liczą za samo wyważenie koła dostarczonego.
tata napisał(a) komentarz:
a na taką okoliczność lub gdy na stacji benzynowej popsute płatności kartą, wożę w aucie lub dowodzie rej. bilet narodowego banku o średnim nominale – żelazny zapas.
Meg napisał(a) komentarz:
No i zaraz mi się przypomniało jak ja wymieniałam koło o 21 przed PO 😀
Więcej wpisów!

Post nr 113, ostatnio modyfikowany: 18-02-2014

W zeszłym tygodniu byłam na III etapie rekrutacji do JMD, na stanowisko kierownik rejonu – stażysta. Było to assesment center. Jak podaje wikipedia:
Assessment center (AC) to proces, który pozwala na zebranie w wystandaryzowanych warunkach informacji o wiedzy, umiejętnościach i postawach jego uczestników. Jest to metoda wielowymiarowa, a na jej obiektywizm wpływają następujące czynniki: różnorodność kryteriów (oceniany jest cały zestaw kompetencji, opisanych za pomocą konkretnych zachowań), różnorodność narzędzi (podczas sesji AC uczestnicy biorą udział w wielu zadaniach, ćwiczeniach i symulacjach), mnogość ocen (każda kompetencja jest obserwowana i oceniana w kilku różnych zadaniach) oraz mnogość obserwatorów (każdego uczestnika obserwuje jednocześnie kilku doświadczonych i odpowiednio przeszkolonych asesorów). Jest to najbardziej skuteczna metoda trafnego przewidywania dopasowania osoby do przyszłego stanowiska pracy.
Znałam już tę formę rekrutacji z Tesco, więc nie było to dla mnie nowością.
Zadania były cztery – jedno grupowe i trzy indywidualne. Zespołowe było na początku, co dla mnie jest niekomfortowym ustawieniem, bo rzadko się odzywam w grupie osób, które znam od pięciu minut. Temat dotyczył wprowadzenia kas samoobsługowych. Według instrukcji miałam być entuzjastką tego pomysłu, natomiast w rzeczywistości tak nie jest (jeśli mowa o małych sklepach), co dodatkowo utrudniło zadanie. W drugim zadaniu dostałam kilka działań z zakresu pracy kierownika rejonu. Musiałam ustalić priorytety oraz określić kolejność działań. W trzecim zadaniu musiałam przekonać kierownika do zmiany sklepu. Kierownik pracował w tym sklepie od roku, ułożył cały sklep, poprawił standardy, podniósł sprzedaż i takie tam same superlatywy. Zarząd zdecydował przenieść go do nowo powstałego sklepu, dalej od jego miejsca zamieszkania i na gorszych warunkach finansowych. Ostatnie zadanie to zorganizowanie pracy przed otwarciem sklepu dla siebie oraz kierownika sąsiedniego rejonu jako wsparcie.
Ogólnie zadania nie zaskakiwały, szału nie było.
Zaskoczyła mnie natomiast „konkurencja”. Współrekrutowani to głównie kierownicy regionalni z naprawdę imponującym stażem. Jak się można domyślić, prawie wszyscy byli około czterdziestki. Wiem, że to nie ma większego znaczenia – ważne jest kto z nas „wpasował” się w klucz (niczym na nowej maturze z polskiego).
Na wyniki czekam w tym tygodniu. Trzymajmy kciuki!

Basia napisał(a) komentarz:
I niestety nie powiodło się – Biedronka mnie nie chce:( niech żałują!!!
tata napisał(a) komentarz:
Doświadczenie ma pomagać, ale trudno coś zachwalać gdy się wie że to nie jest doskonałe. Może dadzą inną szanse na inne stanowisko a jak nie to niech żałują i to mocno!. W takiej stawce trudno się przebić.
Ewa mama napisał(a) komentarz:
Widocznie nie masz dość entuzjazmu by pomiatać ludźmi /trzecie zadanie/ 🙂

Post nr 112, ostatnio modyfikowany: 08-01-2014

Stronka domowa prosi o wpis…

Niby Tarnów to polski biegun ciepła a mi wciąż zimno.
Byłam w Parku Wodnym Tarnów ale nie popływałam, bo na sześć torów do pływania wynajętych/zarezerwowanych było siedem.

Dobrze, że chociaż mój sklepik ma najlepszą produktywność na kasach w całym regionie… i to bez wręczania upomnień czy notatek służbowych 🙂

Ewa mama napisał(a) komentarz:
Koszulki bawełniane na cebulkę i wełniane sweterki, nie mówiąc o ciepłych „niewymownych” i może jakoś przetrwasz zimę – która niestety dopiero nadejdzie…. Ale byle do wiosny. Gratulacje za produktywność.

Post nr 111, ostatnio modyfikowany: 02-07-2013

najnowsze wyniki odnośnie spalania:

data od: 22-cze data do: 30-cze
początkowy stan licznika: 179 744
końcowy stan licznika: 180 384
ilość zatankowana (l): 55,87
ilość przejechanych kilometrów: 640
spalanie na 100 km: 8,730
cena 1 l. paliwa: 5,37 zł
cena za 1 przejechany km: 0,47 zł

nie taki diabeł straszny…

tata napisał(a) komentarz:
A jak by się tak ograniczyć z obecnych szybkości do 110 km/h lub niżej to dopiero były ładny wynik i tak jest ładnie.

Post nr 110, ostatnio modyfikowany: 20-06-2013

Uwaga, uwaga!

Samochód oficjalnie zarejestrowany:) 180 zł 50 gr. zostało wydane na nowe tablice. Numer zaczyna się od SH.

tata napisał(a) komentarz:
No i dwa dowody tej rejestracji.

Post nr 109, ostatnio modyfikowany: 19-05-2013

W ubiegłą środę wybrałam się wraz z Olą do restauracji Kryształowa w Katowicach ( http://krysztalowa.com.pl/ ). Lokal słynie z tego, że swoim nazwiskiem promuje go Magda Gessler. Pomysł wybrania się tam wziął się z tego, że: „wszyscy mówią, że u Gesslerowej nie jest smacznie, ale nie znam nikogo, kto u niej coś zjadł„.
Nie byłam w Kryształowej przed refitem, więc nie wiem jak było kiedyś. Obecnie wnętrze urządzone jest w stylu bardzo klasycznym. W sali, w której jadłyśmy sufity miały kolor betonu, a na oknach wisiały ciężkie klasyczne zasłony w kolorze ciemno fioletowym. Stoły oraz krzesła były białe. Podłoga oraz meble (kredensy do przechowywania naczyń) były zrobione z ciemnego, brązowego drewna. Ogólnie w moim odczuciu wnętrze jest bardzo przyjemne.
Danie, które wybrałam w karcie znajdowało się w zakładce Wiosna. Był to: Pstrąg z patelni podany z młodymi ziemniakami i bukietem sałat ogrodowych. Jeśli chodzi o sposób podania to nie można mu nic zarzucić, ale też niczego nowego nie podpatrzyłam. Sama ryba była w smaku dobra, zwłaszcza po skropieniu cytrynką. Ryba oraz młode ziemniaczki podane były z dużą ilością świeżego koperku. Sałatki podane były w osobnej miseczce. Polane były dressingiem z dużą ilością musztardy francuskiej (tej z dużymi ziarenkami gorczycy). Ten dodatek nie przypadł mi zbytnio do gustu, bo był zbyt pikantny.
Reasumując: wystrój wnętrza ładny, jedzenie przeciętne, a ceny zabójcze (dla portfela oczywiście). Smaczniej, a na pewno taniej można obiad zjeść np. w Kucobach. Wizyta w restauracji znanej kreatorki smaków to wydarzenie, które raz w życiu dobrze odbyć, żeby choć przez chwilę poczuć się „w wielkim świecie”. Ale raz wystarczy.

tata napisał(a) komentarz:
No i jadłaś u Gesslerowej i możesz powiedzieć: ja wiem jak tam jest. W domu prócz produktów w obiedzie jest sporo miłości matczynej – najlepszej przyprawy.

Post nr 108, ostatnio modyfikowany: 15-04-2013

Wreszcie stało się to, co wcześniej czy później stać się musiało i na co tak na prawdę od około roku wszyscy z niecierpliwością oczekiwali. Zakończyłam etap szkolenia i już wkrótce będę zupełnie sama zarządzać sklepem. Będę odpowiedzialna za obrót, zyski i straty, a przede wszystkim za moich pracowników. Gdyby jednostka, którą będę zarządzać należała do mnie a nie do korporacji byłabym całkiem majętną osobą;) Na pewno najbliższe pół roku to będzie całkiem nowe doświadczenie, duże wyzwanie i poważna szkoła dojrzałości. Trzymajcie kciuki, aby to zadanie nie przerosło mnie.
I tylko strasznie szkoda, że ta Ruda Śląska tak daleko od mojego ulubionego ostatnio Kłobucka… będzie mi brakowało tego wsparcia (jak nie „mięśniem” to zawsze pozytywnym słowem), którego ostatnio tak wiele otrzymywałam, i tego pozytywnego podejścia do świata (nie ma problemów są tylko wyzwania) i zachęty do codziennego wstawania do pracy też będzie mi brakowało… Bo czy bycie na odległość może zbliżyć?

MadaMag napisał(a) komentarz:
Będziesz miała siostry. Co prawda nie wiem jak tam z codziennym wstawaniem, ale za to może czasami ci kotlety poklepią (czyt. obiad ugotują)
tata napisał(a) komentarz:
Największy doping dają uzyskane efekty i ich ci życzę. Popatrz z ilu rzeczy rezygnujemy i na co nas nie stać za cenę bycia przez ostatnie 26 lat zawsze razem. Czy kochamy się przez to mocniej?
Suchy napisał(a) komentarz:
„kto pracuje ten ma ” i nikt w tym Tesco nie zasłużył na awans jak ty maleńka :*>Ze sklepem sobie poradzisz w 100% odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu to właśnie moja Basia jako menadzer. Wyniki zrobisz a ja się już postaram co by ci już nie było tęskno na wyjeździe. czeste nie spodziewane wizyty się szykują :))) I jescze raz gratuluje mała
_-> „kto pracuje ten ma ” i nikt w tym Tesco nie zasłużył na awans jak ty maleńka :*

Post nr 107, ostatnio modyfikowany: 01-04-2013

U nas stół świąteczny wyglądał tak:

Blog Basia
Blog Basia

Może nie było tyle słodkości co u Mamy, ale też było świątecznie. Znalazła się nawet specjalna taekwondowa pisanka:

Blog Basia

A teraz nie pozostaje nic innego niż życzyć wszystkim (i sobie też) aby świąteczna, radosna atmosfera przetrwała aż do następnych świąt.

tata napisał(a) komentarz:
Jestem pod wrażeniem – taki mały stół a tak pięknie to pomieścił.
ewa napisał(a) komentarz:
Cudo! Nie od dziś wiem, że masz talent artystyczny!

Post nr 106, ostatnio modyfikowany: 17-03-2013

Wczoraj (a właściwie to już od czwartku) byłam w Warszawie na oficjalnej prezentacji planów biznesowych firmy na najbliższy rok. Impreza odbyła się na stadionie. Niestety nie pozwolili nam wejść na murawę, bo grzała się już trawa na mecz. Pozwolili za to wejść na trybuny…

Blog Basia

Nie wiem, ile z planów mogę ujawnić, ale w tym roku będziemy jeszcze lepsi, tańsi dla naszych klientów i jednocześnie oczywiście bardziej dochodowi…

Blog Basia
Kasia napisał(a) komentarz:
A pozdrowiłaś Henia, czy tylko sobie zdjęcie zrobiłaś?
Basia napisał(a) komentarz:
Tylko zdjęcie zrobiłam.
tata napisał(a) komentarz:
Czy ta elegancka pani to moja córa?
Basia napisał(a) komentarz:
Tak Tato, w środku to wciąż ta sama ja:)

Post nr 105, ostatnio modyfikowany: 12-03-2013

A tulipanów za złotówkę z pierwszej strony gazetki sprzedaliśmy w Dzień Kobiet prawie 600 szt.

mama ewa napisał(a) komentarz:
Do Twojego marketu daleko i dlatego dostałam kalanchoe w ceramicznym pudełku, za to w doniczce na dłuższy czas!!!
A ile z tych tulipanów Ty dostałaś?
Basia napisał(a) komentarz:
Ja dostałam jednego, ale nie z tesco 😉

Post nr 104, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Informacja dla wszystkich tych, którzy pytali: sprzedaliśmy 1843 pączki. Nie sprzedaliśmy 130 sztuk.

mama ewa napisał(a) komentarz:
a ile zjadła załoga sklepu? lub przynajmniej kierowniczka pierwszej zmiany?

Post nr 103, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Mamy internet stacjonarny. Niestety Netia nie wywiązała się z umowy, urządzenie nadal leży nieużywane na półce. W gniazdku płynie internet TP.
Mój komputer jest połączony kablem, bo niestety nie wiem dlaczego, ale bezprzewodowo nie chce. Artura komputer pobiera „świat” z powierza, więc śmiem twierdzić, że mój windows jest niekompatybilny, albo coś. Tak czy owak internet jest, a zatem nie będzie już wymówki do pisania 😉

Dzisiaj u nas trwają pierwsze przygotowania do sylwestra. Zrobiłam dziś zakupy. Liczyłam, że na wyprzedaży będą takie talerze jak moje i będę mogła kupić taniej jeszcze jedną paczkę. Bo zaprosiliśmy 8 gości, a talerzy mamy tylko sześć. Niestety na wyprzedaży ich nie było, więc kupiłam plastikowe – będzie mniej zmywania. Talerze kupię jak dostanę moją kartę zniżkową do tesco – to zawsze jakieś 15 zł zaoszczędzone.
Jutro zaczniemy od sprzątania, zamarynowania mięska na grilla, przygotowania mięsek z piekarnika i barszczu instant (na specjalne życzenie Artura).

Firma mnie zmusiła do wybrania całego starego urlopu w styczniu, więc zaraz po nowym roku mam dwa dni wolnego na odpoczynek (albo czytanie procedur przed walidacją).

Ewamama napisał(a) komentarz:
I jak tam wypadła impreza?
urlop, a wpisu nie ma. To chyba przez walidację…
powodzenia
tata napisał(a) komentarz:
To dziś pamiętamy i ty wszystko pamiętaj.

Post nr 102, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Hura!!!

Świat rozrywki znowu nam się powiększył. Urządzenie mobilne do łączenia się z internetem które pożyczył Tata działa, ale wymagało zakupienia karty. Zatem internet mobilny jest, a teraz czekamy na ten liniowy. Powinien być już za tydzień.

Ewa napisał(a) komentarz:
No to hurrra! We can be in tought /nie wiem czy dobrze napisałam.
tata napisał(a) komentarz:
To fajnie, bo już myślałem że coś nie tak.

Post nr 101, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Niektórzy pytali mnie ile pieniędzy wydałyśmy na wycieczce. Wygląda to mniej więcej tak:
* bilety lotnicze: 150 zł (w obydwie strony, bez bagażu i tanimi liniami),
* nocleg: 45 eur czyli około 200 złotych (wraz z zaliczką wpłacaną przy rezerwacji),
* przejazd na i z lotniska: 10 eur czyli ok 45 zł,
* koszty życia (jedzenie, wycieczka do Bergamo i takie tam): ok 90 eur czyli ok. 390 zł.

Gdybyśmy bardzo chciały mogłybyśmy wydać nieco mniej na przyjemności – na przykład mogłybyśmy pić jedną kawę dziennie zamiast trzech, ale nie chciałyśmy. W sumie wyszło około 785 zł. Warto zauważyć że koszt biletów został poniesiony miesiąc wcześniej (czyli z poprzedniej wypłaty).

tata napisał(a) komentarz:
tak trzymać, a co zobaczysz to twoje

Post nr 100, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Jak już wszyscy (albo chociaż prawie wszyscy) wiedzą ostatni weekend spędziłam wraz z Olą we Włoszech.

Blog Basia

Poleciałyśmy w czwartek z rana. W Katowicach padał deszcz i nie było ani kszty słońca. Włochy (a konkretnie lotnisko w Bergamo) powitało nas piękną słoneczną pogodą. Po przylocie przeszłyśmy do hali lotniska zapytać się skąd jedzie jakiś autobus do Mediolanu. Pan powiedział, że sprzed wejścia. Wyszłyśmy zatem przed lotnisko i w czasie gdy rozglądałyśmy się za autobusem przyszedł włoch i zapytał „Milano?”. My na to „si” i w ten sposób za jedyne 5 euro znalazłyśmy się w Mediolanie. W pierwszym dniu wybrałyśmy się na pizzę. Co prawda panowie kucharze niezbyt rozumieli o co nam chodzi, ale na słowo pizza zareagowali bardzo entuzjastycznie. W efekcie dostałyśmy taką oto pizzę:

Blog Basia

Później poszłyśmy się zakwaterować. Hotel był klasy bardzo turystycznej, ale miałyśmy dwuosobowy pokój z łazienką, nie było na co narzekać. Wieczorem wybrałyśmy się na krótkie zwiedzanie miasta. Zasnęłyśmy bardzo szybko – chyba podróż nas wykończyła.

Blog Basia

Drugiego dnia (czyli w piątek) cały dzień spędziłyśmy na zwiedzaniu Mediolanu.
Właściwie to nie miałyśmy przewodnika, zwiedzałyśmy na wyczucie. Mediolan – ogólnie ładne miasto. Pełne kontrastów: starodawne budowle i nowoczesne metro, włosi siedzący w knajpkach i godzinami rozmawiający o niczym i włosi pędzący na swoich skuterach niewiadomo dokąd byle szybciej, azjaci, hindusi, murzyni… Zwiedziłyśmy Zamek Sforzów, wraz z jego pięknym ogrodem, widziałyśmy budynek La Scali, oczywiście Galeria Vittorio Emanuele II i oczywiście Katedrę Narodzin św. Marii (Duomo di Milan), trzeci co do wielkości kościół w Europie po Bazylice św. Piotra i katedrze w Sewilli. W Mediolanie brakowało mi czegoś, co zmusiłoby mnie do powiedzenia „łał, ale tu jest pięknie”.
W sobotę wybrałyśmy się do Bergamo. To ta sama miejscowość, w której znajduje się lotnisko. Zwiedziłyśmy tam górne miasto wraz z jego zabudową (m.in. mury miejskie).
Niedziela została już poświęcona na powrót do Polski.

Kolacje spędzałyśmy w dzielnicy portowej. W Mediolanie tuż po zachodzie słońca nadchodzi pora aperitivo. Pod tą uroczo brzmiącą nazwą kryje się włoski odpowiednik kilkugodzinnej Happy Hour. Kupując drinka lub kawę, z reguły w cenie od 8 euro w górę, dostaje się nieograniczony dostęp do typowo włoskich przekąsek. Zwykle są to kawałki pizzy, różnorodne pasty, świeże warzywa, grzanki i sałatki.

tata napisał(a) komentarz:
łał ale pięknie1
MadaMag napisał(a) komentarz:
Ja też chcę, ja też chcę !!!
(Jak tylko naciułam po kupnie i remoncie autka)
Basia napisał(a) komentarz:
Dobrze Magda. Jak następny raz polecimy to Cię weźmiemy ze sobą.

Post nr 99, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Wczoraj i dzisiaj pełniłam „służbę” na rybach. Ogólnie to jak zeszłam na dół to dowiedziałam się od kierownika, że mam się nie wybierać na drugie otwarcie tylko iść po fartuch i na ryby. Dziś było to samo. Ogólnie ludzi kręciło się bardzo dużo po sklepie, więc czas upływał szybko. Jedynie po osiemnastej gdy skończyły się płaty śledziowe a la matias na 12,99 to kolejka szybciej malała. Na zakończenie dniówki burzyłam z dziewczynami stoły rybne i zasypywałam rybki śniegiem. Trochę śmiesznie, bo śniegu (a raczej skruszonego lodu) było mnóstwo, żywe karpie też mamy w ofercie tylko święta nie te właściwe.
Zanim poszłam do pokoju pobyłam jeszcze chwilę w punkcie obsługi klienta, wystawiłam dwie faktury, sprzedałam kilka paczek papierosów i poobserwowałam zliczanie kasy. Odwiedził nas też dziś Krzysztof Rutkowski i kupił wino. Szkoda, że nie chciał na firmę to bym mu fakturę wystawiła.
Ogólnie taki sobie rybny dzień.

tata napisał(a) komentarz:
O pierwszej to się śpi a nie pisze o Rutkowskim.
Dobrze że coś napisałaś.
mamaEwa napisał(a) komentarz:
a ty ciągle na rybach… a co z szkoleniem? Wieliczką? kolegami? pijaństwem ;)…?

Post nr 98, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Bardzo „pracowity” dzień – panowie zdążyli rozegrać tylko pięć partyjek bilarda na stołówce. Dzień obfitował w spotkania w magazynie:
1) z kierownikiem wysyłki grocery;
2) z pracownikami działu kontroli jakości – to od nich zależy, czy dana partia towaru zostanie przyjęta w stan magazynu, a co za tym idzie dopuszczona do dalszej dystrybucji;
3) z superuserami – którzy odpowiadają za poprawność systemów w firmie (spotkanie krótkie, bo jako kierownicy sklepów raczej nie będziemy mieli z nimi kontaktu);
4) z człowiekiem odpowiedzialnym za transport w firmie – opowiedział nam o posiadanych naczepach, ilości benzyny lanej codziennie do baków, liczbie przejechanych kilometrów, a liczby na prawdę robią wrażenie. Ponadto zabrał nas do myjni naczep, gdzie akurat jedna była serwisowana. Pokazał nam jak zrobić wydruk temperatury z naczepy, opowiedział po co i jak skonstruowana jest przegroda w naczepie. Bardzo pasjonujące spotkanie.
Chodząc po magazynie słyszymy często jak o nas mówią. Byliśmy już VIPami, prezesami, ważniakami, gwiazdami. Można odnieść wrażenie, że traktują nas bardziej jak tłum gapiów, niż przyszłych współpracowników. Trochę szkoda, bo może gdyby i oni zrozumieli sens naszej obecności w magazynie to nieco inaczej by nas traktowali.


Post nr 97, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Dzisiejszy dzień na magazynie był już nieco mniej ekscytujący. Rano spotkaliśmy się na dole i obgadaliśmy strategię na dziś. Ja trafiłam na fresh na picking i załadunek. Spacerowałam po magazynie z Kasią. „Nasz” kierownik opowiedział nam to samo co mówił wczoraj Zbyszek. Później spędziłyśmy trochę czasu oglądając jak załadunkowi ładują transport na Kapelankę. Skorzystałyśmy z okazji i zamieniłyśmy parę słów z załadunowymi. Na zakończenie „nadzorowałyśmy” założenie plomby i zamknięcie rampy. W tak zwanym międzyczasie dołączyła do nas ekipa, która na freshu obserwowała przyjęcie. Zrobiliśmy obchód całego magazynu (hihihi!) chyba ze dwa razy. W porze przerwy obiadowej przyjechała nasza krakowska koordynatorka żeby sprawdzić jak nastroje. Chwile porozmawialiśmy, a następnie poszliśmy na obiad do stołówki.
Więcej już na dół nie schodziłam, bo pojechałam do szkółki.

tata napisał(a) komentarz:
I na taką chwile fatygowała się tyli szmat drogi. Musicie być ważni.
Basia napisał(a) komentarz:
Myślę, że nasza koordynatorka też sobie rozpisała delegację na cały dzień (hihihi!!!)

Post nr 96, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Dziś o ósmej pozwolono nam wreszcie zejść na dół – na magazyn. Zostaliśmy zgarnięci na dział wysyłki. Tam nastąpiło szybkie przegrupowanie – część trafiła na fresh a część na groserkę. Ja znalazłam się w części freszowej (czyli świeżej żywności). Dla porządku należy wspomnieć, że magazyn ma 6 ha powierzchni. Pod jednym dachem znajduje się dział paczek (czyli żywności tzw. suchej – grocery) oraz świeży (fresh). Fresh został podzielony na strefy w zależności od temperatury przechowywania gromadzonej tam żywności na strefę +12oC oraz +1oC. Jest też myjnia opakowań zwrotnych. Na freszu zobaczyliśmy przyjęcie towaru, picking oraz wysyłkę. Po przerwie obiadowej (w porze drugiego śniadania) zamieniliśmy się grupami. Magazyn grocery jest z jednej strony bardziej przyjazny użytkownikowi ze względu na wyższe temperatury, jakie w nim panują, ale z drugiej strony wózki jeżdżą tak szybko, że na prawdę trzeba bardzo uważać. Tam również prześledziliśmy cały etap migracji towaru (od przyjęcia, poprzez picking aż do załadunku). Zadaliśmy chyba z tysiąc pytań. Wiemy już czym się różni PBL od PBS, dlaczego nikt nie chce być pickerem a każdy chce być załadunkowym, skąd się bierze darmowy wrzątek do herbaty oraz co wyświetla się na skanerze. Ogólnie wizyta w DC jest dla mnie bardzo pasjonująca. Jeszcze trochę tu pobędę i chyba zrozumiem dlaczego niektóre palety są tak bezsensownie zapakowane jak przybywają na sklep. Kto wie – może nawet zrozumiem dlaczego „oszukują” nas na zamówieniach centralnych…

tata napisał(a) komentarz:
A zawsze mówiłem – wycieczki kształcą, nawet do K.. nie Gliwic

Post nr 95, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Jestem pierwszy dzień w magazynie centralnym (w skrócie DC) w Gliwicach. Firma postanowiła nas przysłać do DC, abyśmy zrozumieli dlaczego palety przyjeżdżają do sklepów w takim a nie innym stanie. Podobno jeśli chwilę pobędziemy w DC to zrozumiemy, że nie da się inaczej.
Cała ekstraklasa została podzielona na dwie grupy. Pierwsza grupa była w Gliwicach w zeszłym tygodniu. Nasza trzynastka wypadła na druga turę. Spodziewaliśmy się, że ekipa z zeszłego tygodnia „przetrze nam szlak” i już wszyscy będą wiedzieli kim jesteśmy i o co nam chodzi.
Dzień zaczęliśmy od szkolenia BHP i P.POŻ. na terenie magazynu. Wiemy już jak można wezwać pomoc w przypadku pożaru, gdzie są miejsca zbiórki, i że 4 kg gaśnica sika przez około 8 sekund (mury gasimy od dołu do góry, a ciecze lejące się z sufitu od góry do dołu). Zapoznaliśmy się również bardzo dobrze ze stołówką. Korzystanie ze stołówki odbywa się w trybie bezgotówkowym. Każdy pracownik ma specjalną kartę, którą „doładowuje” w automacie i wszelkich płatności dokonuje przy użyciu tej karty. Ponieważ nie mieliśmy kart na przerwie nie mogliśmy nawet wypić kawy. Po szkoleniu i wypisaniu serii dokumentów poświadczających zrozumienie treści spotkaliśmy się (na stołówce, a jakże) z Darkiem i Eweliną – pracownikami przyjęcia towaru. Trochę nam poopowiadali o swojej pracy, ale ze względu na brak fachowego odzienia nie mogliśmy zejść na magazyn. Po tej rozmowie mieliśmy spotkanie z kierownikiem ochrony. Przypomniał o zasadach panujących w firmie (na przykład, że nie wolno kraść ani przychodzić do pracy pod wpływem alkoholu). W DC Gliwice mają też specjalny system losujący pracowników do kontroli. Każda osoba opuszczająca magazyn musi nacisnąć specjalny guzik. Nad guzikiem są dwie diody – zielona i czerwona. Jeśli zapali się zielona można przejść dalej, a jeśli czerwona należy udać się na kontrolę osobistą. Podobno częstotliwość zapalania czerwonej diody jest losowa. Na zakończenie dnia dostaliśmy buty służbowe oraz kamizelki ochronne. Każdy z nas otrzymał też kartę magnetyczną – przepustkę do wejścia oraz upragnioną kartę na stołówkę. Podobno każdy pracownik ma na karcie trzy napoje na dobę gratis. Dostaliśmy też kluczyki do szatni i zaproszenie na jutro na godzinę ósmą.

tata napisał(a) komentarz:
No proszę jak fajnie!

Post nr 94, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Uroczyście oznajmiam, że zdałam egzamin na operatora wózków wszelkiego rodzaju. Najpierw odbył się test z wiedzy teoretycznej. Wczoraj zaliczaliśmy zadania z wózka wysokiego składu a dziś z wózka gazowego. Zatem teraz pozostaje mi tylko czekać na odpowiedni dokument oraz zgodę pracodawcy na obsługę urządzeń i mogę śmiało śmigać po magazynach.
Wczoraj rozmawiałam z Tomkiem R. na temat zmiany mojego stoiska. Kazał mi się jeszcze raz zastanowić czy nauczyłam się na mięsie wszystkiego czego powinnam. Wiem, że nie umiem jeszcze wszystkiego, ale mam wrażenie, że (z różnych przyczyn) prawdopodobnie więcej się tam już nie nauczę. Jutro Tomasz jedzie do Łodzi w naszej sprawie, więc zobaczymy, co powie jak wróci.
Po szkoleniu i egzaminie wraz z Eweliną i jeszcze paroma innymi osobami z Ekstraklasy (goszczącymi w Częstochowie przy okazji kursu z wózków) pojechałyśmy do CinemaCity na film pt: „Żelazna Dama”. Pasjonujący film, ale smutny w swym przekazie.
Jutro po pracy jadę do Łodzi, żeby w czwartek o 8:30 pojawić się na spotkaniu. Mam nadzieję, że w hotelu będzie internet.

tata napisał(a) komentarz:
Gratulacje
nigdy nie wiadomo kiedy się uprawnienia mogą przydać.
A mięsem rzucać chyba każdy umi.

Post nr 93, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Uwaga! Dzisiejszy post pełen będzie smutku i żalu, więc jak ktoś jest w złym humorze, to lepiej niech nie czyta!

Od poniedziałku uczę się na operatora wózków wysokiego składu. Szkolenie odbywa się u nas w sklepie i zgodnie z rozpiską trwa od godziny 12:00 do godziny 18:00. W związku z tym, najwcześniejsza godzina, w której mogę rozpocząć pracę to godzina 10:00. Tyle tytułem wstępu.

Zgodnie z grafikiem powinnam dziś (tak samo jak w poniedziałek i wtorek) rozpocząć pracę o godzinie 10:00. Wiedziałam jednak, że nie ma dowództwa stoiska i najwyższą i niepodzielną władzą jestem ja. Wiedziałam również, że na pierwszej zmianie jest mój „ulubiony” wykrawacz (MUW). O godzinie 10:00 (czyli dokładnie w chwili, w której powinnam zejść na „podłogę”) rozpoczyna się zebranie, na którym powinnam być i co więcej, powinnam być przygotowana. Przygotowanie do spotkania obejmuje przygotowanie druków związanych ze stratami (dwa wydruki) oraz z obniżkami (jeden druk) oraz przygotowanie kropkowania. Wiedziałam, że jeśli sama się nie przygotuję do tego zebrania, to nikt tego za mnie nie zrobi. Te wszystkie czynniki sprawiły, że postanowiłam przyjść do pracy „nieco” wcześniej niż mogłam, żeby to wszystko pochwytać. Kilka minut po ósmej weszłam na sklep i pierwsze co usłyszałam brzmiało „a dlaczego się spóźniłaś do pracy?”. I to wcale nie było żartobliwe. Oczywiście MUW nie miał ochoty rozkładać palet z dostawą, aby było co wyłożyć na ladę do sprzedaży. Nie miał też ochoty mięsa kroić, wyciągać z vaccum ani nic w tym stylu. Miał ochotę chodzić po chłodniach i komentować czego wczoraj nie zrobił Artur, i miał ochotę decydować co będzie dziś w obniżce. Gdy zachęciłam go do rozkładania palet usłyszałam, że on pracuje w firmie dłużej niż ja i doskonale wie co należy do jego obowiązków i że w ogóle mam mu nie mówić co on ma robić. W ogóle usłyszałam jeszcze kilka ciekawych spostrzeżeń i to okraszonych słownictwem, którego w obecności pięknych kobiet nie powinno się używać.
Oczywiście nie zdążyłam zrobić wszystkiego na zebranie. Nie zdążyłam zeskanować strat, więc musiałam troszeczkę improwizować. Po zebraniu okazało się, że jedna pani wzięła urlop na żądanie – zaistniała możliwość, że nie będzie odpowiedniej obsady przy ladzie. W tak zwanym międzyczasie zadzwoniła kierowniczka działu, że pilnie potrzebuje pomocy na alkoholach przy kontrolowaniu banderol. Ogólnie na śniadanie poszłam wraz z Eweliną dopiero około pierwszej. Później do samego wieczora przekładałyśmy alkohole ze skrzynek do kartonów, kartony na rollcage, a wszystko do magazynu. Trochę bez sensu, bo każdą butelkę przestawiałyśmy trzy razy. Skończyłyśmy koło szóstej , wiec szybciutko pobiegłam na ladę. Porobiłam jeszcze co miałam porobić i w efekcie jak wychodziłam z pracy to było za dziesięć siódma. Msza była o siódmej. Chwilę się spóźniłam, nie miałam gdzie siedzieć i stałam kolejne półtora godziny.
Jak czytam to, co właśnie napisałam, to mam wrażenie że opis nie oddaje dramatyzmu tego dnia. Nie lubię odpowiadać za coś, co jest niezależne ode mnie. Nie rozumiem, dlaczego muszę się tłumaczyć z nadmiaru towaru na magazynie (który nie ja zamawiam), z braku grafików na nowy miesiąc (które nie ja układam), z wysokich strat (wynikających z nadmiaru towaru), z tego że seniorka i liderka przeniosły pracownicę z mięsa na ryby i nie mówią jej gdzie (i czy w ogóle) będzie za dwa tygodnie pracowała, że nie ma papieru do drukarki, skaner nie działa, pada deszcz i że jest środa. W ogóle to chciałabym porozmawiać z managerem marketu, który jest najlepszy na świecie, tylko nie ma na nic czasu.

tata napisał(a) komentarz:
Wielokrotnie są „czarne” dnie, gdy dzieje się coś poza nami a nam się obrywa. Ujawniają się słabości systemu. Najbardziej odporni (i wyszkoleni) przeżywają i osiągają sukces.
Czego ci życzę.
MUW może też pokłócił się np: z żoną lub miał kaca.
To była środa popielcowa, zalicz niesmaki a”konto pokuty.
Szkoda tylko szkolenia wózków wysokiego składu
mamaEwa napisał(a) komentarz:
W każdym razie nie pozwalaj na używanie „słów” w stosunku do Ciebie – metody są różne – albo zapytaj do kogo ta mowa, bo chyba nie do ciebie, albo zainteresuj się w której szkole takich słów uczą, bo w tych do których ty chodziłaś tego nie uczyli, albo (jeśli to jedno, dwa takie słowa) to poinformuj, że ty protezy umysłowej nie używasz. Ostateczną metodą – ale to już musisz się bardzo wkurzyć i przypomnieć sobie wszystkie słówka z grubej i najgrubszej rury, po czym stwierdzić – „rozumiesz chyba, powiedziałam to w twoim języku, a teraz idę umyć usta”. Może to zadziała. A pretensjami do spraw, które nie ty zawiniłaś się nie przejmuj, tylko powiedz, że przekażesz. Trochę asertywności się przyda!
Basia napisał(a) komentarz:
Nie wiem, czy zwrot proteza umysłowa nie jest za trudny w tym przypadku. Uwagę zwracałam niejednokrotnie, na przykład używając stwierdzenia „jak możesz tak brzydko mówić w obecności pięknych kobiet”. Zdaniem MUW jeszcze nikt mu sprawy w sądzie za to nie wytoczył, a do klientów się tak nie zwraca więc uważa, że wszystko jest w porządku. Na uwagę że paragrafy to jedno a kultura osobista to drugie stwierdził „i h*j” (że pozwolę sobie zacytować). Myślę, że najlepszą metodą będzie tutaj ignorancja, bo im bardziej wszyscy mu zwracają uwagę tym bardziej wulgarnie się odzywa. A do końca lutego mijamy się zmianami, więc nie powinno być z tym kłopotów.

Post nr 92, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 92 dodano 19-01-2012 o godz 20:10
W dalszym ciągu pełnię „służbę” na mięsie (w charakterze lidera). Z nowości jedynie tyle, że zrobiłam dziś zwyżkę na kurczaka grill (z 9,99 zł/szt na 12,99 zł/szt). Poza tym dzień upłynął tak spokojnie jak tylko w dzień nowej gazetki jest to możliwe.
Po pracy pojechałam do galerii i spędziłam tam bardzo dużo czasu…

tata napisał(a) komentarz:
Efektywnie ?
tata napisał(a) komentarz:

A stronie minęło 5 lat

chyba nikt nie zauważył.

Aleksandra napisał(a) komentarz:
Proszę się nie obijać i opublikować kolejnego posta 😉


Post nr 91, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 91 dodano 09-01-2012 o godz 20:45
Od pewnego czasu (czyli mniej więcej od tygodnia) pracuję jako lider na mięsie. Najwięcej pracy jest zawsze rano. Zaczyna się od budowy stoiska, należy się zorientować co stoi w chłodni (co przyjechało w nocy), porobić POSy i cenówki. Należy sprawdzić temperaturę we wszystkich miejscach, przeprowadzić kontrolę czystości i wypełnić jeszcze wiele innych papierków. Następnie trzeba zrobić przeceny oraz określić szacowany poziom strat. Później szybko się biegnie na spotkanie. Po spotkaniu kawa (albo obiad). Później można przestać biegać i zajrzeć do komputera. Należy przeczytać pocztę, sprawdzić czy są jakieś wiadomości w biuletynie. Można też pomóc na stoisku, dbać o zatowarowanie lady. Około pół godziny przed pójściem do domu wita się drugą zmianę i żegna pierwszą. Potem samemu można iść do domu.
Tak to wszystko wygląda w telegraficznym skrócie.
Dziś po pracy pojechałam do Galerii przetestować lodowisko. Niestety ze względu na ciepło otoczenia lód był dość miękki i tak średnio zadbany. Ale za to za darmo.

tata napisał(a) komentarz:
Tak trzymać praca i sport, szkoda tylko że na mokro.

Post nr 90, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 90 dodano 20-12-2011 o godz 00:25
Rano poszłyśmy do naszej personalnej na ploteczki. Opowiadałyśmy o wakacjach oraz innych bardzo ważnych rzeczach. Po team 5 poszłyśmy do działu handlowego. Wylądowałyśmy na rybach. Ryby mogą być mrożone, świeże albo żywe. Co prawda od żywych trzymałyśmy się z daleka, ale chlupotały na nas. Po przerwie obiadowej rozdzieliłyśmy się – ja sprzedawałam mięso, a Ewelina pozostała na rybach. Najbliższy czas tak już pozostanie. Zaczęłam od drobiu, bo to się łatwiej sprzedaje. Indyków niestety brak.
Po pracy poszłam do tesco uzupełnić lodówkę. Jak wróciłam do pokoju to byłam senna i położyłam się na chwilę do łóżka. Właśnie się obudziłam, przeczytałam zaległe maile, ściągnęłam mapę, wykąpałam się i mogę znów iść spać.

tata napisał(a) komentarz:
Już drugi rok plotkujesz z tą personalną … do pracy !

Post nr 89, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 89 dodano 13-12-2011 o godz 00:07
piątek i sobota
W piątek pakowałyśmy z Eweliną paczki. Jakaś firma zażyczyła sobie pięknie pakowane i bardzo wypchane dla swoich pracowników. Zadanie proste i mechaniczne, ale za to okazało się, że towarowanie to nie jest najgorsza rzecz w tej pracy;)

W sobotę rozpoczęłam intensywnie – w POKu trwały przygotowania do festynu. Zatem miałam do zapakowania fanty na loterię, przygotowanie listy, dostarczanie nowych produktów do loterii a obok tego wszystkiego zwyczajna praca w POK. Festyn rozpoczął się o 13. Największą atrakcją była wizyta okolicznych przedszkoli, które ubierały choinki własnoręcznie przygotowanymi dekoracjami. Jedno przedszkole ubierało jedną choinkę. Aktualnie choinki stoją w alejce równoległej do tesco a klienci mogą głosować na najlepszą/najładniejszą/wykonaną przez ich własne dziecko. Za tydzień nastąpi rozstrzygnięcie konkursu. W międzyczasie trwało losowanie fantów oraz konkursy dla dzieci i całych rodzin.
Po pracy skoczyłam na zakupy. Do tesco, oczywiście.

niedziela
W niedzielę zaczęłam dzień od wizyty w kościele (tym samym do którego chodzę na roraty). Kościół ten jest dziwny. Po pierwsze znajduje się między akademikami a blokami (bo jest to kościół akademicki). Po drugie wchodzi się do niego po schodach w górę, na piętro. Po trzecie jak się wchodzi na mszę to zdejmuje się odzież wierzchnią, żeby się nie przegrzać. Po mszy pojechałam do Chorzowa. Zjadłam obiad, a wieczorem spotkałam się z Olą na plotki (chyba już ostatni raz w tym roku).

poniedziałek
Dzień spędziłam w Krakowie, do którego pojechałam z rana naszą strasznie drogą autostradą. O pierwszej mieliśmy warsztaty, w trakcie których opowiedziano nam co będziemy wkrótce robić, a co będziemy robić jak skończymy robić to co teraz robimy. Innymi słowy takie gadanie o niczym. Spotkanie zakończyło się kolacją świąteczną (na przystawkę pasztecik, na danie główne barszcz czerwony z pięcioma uszkami, kartofel w mundurku, kurczak nadziewany śliwką oraz marchewka glazurowana, na deser sernik; do picia podano wodę i soki, oraz dla niezmotoryzowanych wino do wyboru białe lub czerwone; kawa i herbata dostępna na oddzielnym stoliku). Wieczorem wraz z niektórymi osobami z ekstraklasy wybraliśmy się do pubu, gdzie kontynuowaliśmy opowieści zaczynające się od „… a u nas w tesco…”. Noc spędzam w hotelu Ruczaj.

Marek napisał(a) komentarz:
Fajnie że całość, ale zdecydowanie wolimy „powieść” w odcinkach.
Basia napisał(a) komentarz:
Uwaga!!
Niestety ze względu na remont pralni nie mam w pokoju w akademiku Internetu, więc powieść przez jakiś czas będzie pisana z opóźnieniem lub wcale.

Post nr 88, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 88 dodano 08-12-2011 o godz 23:10
Dzisiejszy dzień (czwartek – dzień nowej gazetki) rozpoczął się bardzo atrakcyjnie. Mianowicie menadżer marketu osobiście zabrał nas (tj. mnie i Ewelinę) na przechadzkę po sklepie. Przy okazji opowiedział nam o promocjach i mechanizmach promocyjnych oraz o podstawowych zasadach eksponowania towaru. To była bardzo pouczająca przechadzka. Umiem już rozróżnić STM od STD oraz stronę ciepłą od strony zimnej i takie tam. Później odbyło się spotkanie team 5, na którym zadebiutowałam pierwszym ważnym zdaniem (w sensie, że na temat). Powiedziałam „jedna hostessa na alkoholach”. Mój debiut został przyjęty bardzo sympatycznie;) Po spotkaniu (i oczywiście przerwie kawowej) wróciłam do POK, gdzie rozwiązywałam problemy klientów. Do końca dnia dwukrotnie jeszcze towarowałam (raz na herbatach a raz na chipsach i przkąskach) oraz odbyłam spotkanie z Agnieszką, które jednak nie było groźne. Do hitów dnia dzisiejszego należą:
1) zwrot nadgryzionego golonka z grilla, które klientowi bardzo niesmakowało,
2) pani, która chciała reklamować lalkę, która nie mówi (a nie mówiła, bo nie miała włożonych baterii),
3) ogólnosklepowe poszukiwanie maku, który jest w gazetce a prawdopodobnie go nie ma,
4) pani, która kazała wezwać kierownika w sprawie perliczki.
Po pracy skoczyłam jeszcze do Galerii. Dziś w akademiku nie ma imprezy.

Basia napisał(a) komentarz:
A Łukasz jest nie dość że jest fajny, to jeszcze z Piekar.
mama Ewa napisał(a) komentarz:
To wy tam macie perliczki? W reklamach wspominają o kaczce po 9,90/kg
PS a wolny???
MadaMag napisał(a) komentarz:
Ps. Pokrywkę już mam (24cm okazało się co prawda o 2cm za duże[inna miara czy cuś?]). Ale na krem sezamowy dalej się piszę!

Post nr 87, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 87 dodano 07-12-2011 o godz 23:22
środa

Do pracy poszłam na rano, to znaczy na szóstą. Do team 5 robiłam różne rzeczy w POK. Na przykład o 6:20 przyjęłam zwrot deski sedesowej. Po spotkaniu pokręciłam się jeszcze po sklepie, trochę pobyłam w POK. Po dwunastej wraz z Eweliną odbyłyśmy spotkanie ABCD, które składało się z testu podsumowującego etap „Witaj w TESCO” oraz formularza oceny. Ciekawa jestem jakie będą wyniki. Spotkanie zakończyło się około drugiej. Poszłyśmy na obiad, a potem skończyłam pracę. Dziś NIE towarowałam. Po pracy pojechałam na uczelnię. Na wykładzie siedziałam koło Łukasza P. i było fajnie. W drodze powrotnej wstąpiłam do carrefour i kupiłam Kasi jedzenie na tydzień. Do Częstochowy jechało się okropnie ze względu na opady śniegu i tiry.

Basia napisał(a) komentarz:
całą resztę zeszłego tygodnia robiłam przebudowy – zmieniały się tylko działy (od kociny począwszy, poprzez ciastka i słodycze a na jogurtach skończywszy)
Marek napisał(a) komentarz:
A Łukasz też jest fajny?

Post nr 86, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 86 dodano 06-12-2011 o godz 23:00
W sumie cała końcówka ubiegłego tygodnia, jak i początek nowego upłynął na towarowaniu. Zbliżające się święta oraz mikołajki dają się odczuć wzrostem obrotu na działach ze słodyczami oraz z zabawkami. Dużo osób kupuje produkty w większych niż zwykle ilościach, aby przygotować paczki dla pracowników, przedszkolaków, itp.
Ten tydzień spędzam (oficjalnie) w Punkcie Obsługi. Wczoraj i dzisiaj zaczynałam dzień od godziny szóstej. W sumie przez pierwsze trzy godziny prawie nic się nie dzieje. Wtedy jest czas na sprzątanie, wycieranie blacików, plotki oraz towarowanie papierosów. A potem do czternastej już leci. Nawet te zmiany są fajne i szybko się kończą.
Jutro ostatni raz w tym miesiącu idę na szóstą. Potem jadę do Katowic na zajęcia.

Aleksandra napisał(a) komentarz:
Miło, że wreszcie dałaś znak życia 🙂
Może jakaś kawa jutro po twoich zajęciach ??
Tylko nie jak ostatnio 😉
Marek napisał(a) komentarz:
A ja z obiecanym raportowaniem?

Post nr 85, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 85 dodano 29-11-2011 o godz 22:35
wpis zbiorowy z poniedziałku i wtorku

Poniedziałek upłynął na powrocie do przebudowy. Dzień spędziłam na płatkach śniadaniowych (łupinki, kulki, czekoladowe, truskawkowe i inne). W sumie to trochę też się poobijałyśmy z Eweliną, aby jakoś dotrwać do wieczora.
Wieczorem pojechałam do Chorzowa. Miałam się spotkać z Olą, ale ponieważ zakupy z Kasią nieco się przeciągły już nie zdążyłam. W domu – jak zwykle bura za bałagan. Założyłam też Kasi limit na internet – może korzystać tylko 1,5 godziny dziennie i to przed godziną 23.
We wtorek rano pojechałam do Katowic. Spotkanie odbyło się w SCC w biurze tesco. Pierwszym (i praktycznie jedynym) problemem było znalezienie tego biura. Okazuje się że trzeba przejść przez parking podziemny i wejść wejściem oznaczonym jako stołówka pracownicza. Następnie windą należy wjechać na piętro i tam jest recepcja. Z wszystkimi uczestnikami ekstraklasy 2011 spotkała się nasza opiekunka (czyli nasza personalna z Cz-wy) oraz personalna regionu (czyli jej szefowa). Ogólnie spotkanie poświęcone było nam – mówiliśmy o tym czego się już nauczyliśmy, co robimy i jak nam idzie 😉 Okazuje się, że koledzy (i koleżanki też) z innych miast mają inne, zdecydowanie bardziej odpowiedzialne zadania. Ale są również tacy, którzy nie robią nic innego oprócz towarowania. Można zatem powiedzieć, że jesteśmy gdzieś tak w środku „stawki”.
Po spotkaniu poszłam jeszcze do sklepów poszukać butów. Wypiłam też wczorajszą kawę z Olą. Na zakończenie wizyty w SCC poszłam do tesco, aby kupić sobie śniadanie na jutro. Szybko w domu się spakowałam i wyjechałam. Gdy byłam już na Dąbrowskiego przypomniało mi się, że nie wzięłam komputera. Dobrze, że się po niego wróciłam, bo w Cz-wie w pokoju już mi działa internet 🙂
Jutro idę na ósmą. Mam szkolenie z obsługi klienta.

Marek napisał(a) komentarz:
A gdzie inicjatywa własna by wysunąć się przed peleton, średniaków nikt nie zauważa!.

Marek napisał(a) komentarz:
A co z środą i czwartkiem
Aleksandra napisał(a) komentarz:
A co z piątkiem ?

Post nr 84, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 84 dodano 23-11-2011 o godz 20:46
Dziś opuściłam POK. Ze względu na przebudowę sklepu zostałyśmy (wraz z Eweliną) oddelegowane do pomocy. Przebudowa sklepu nie ma nic wspólnego z młotkami, gwoźdźmi czy nawet z murowaniem. Cała rzecz polega na przekładaniu asortymentu z jednych półek na inne. Kraków przygotowuje planogramy i na ich podstawie ustawia się produkty na półkach. Planogram składa się z części graficznej (gdzie są narysowane produkty lub tylko oznaczone miejsca, gdzie mają stać) oraz części opisowej (jaki produkt i w jakiej ilości). Chodzi o to, aby poprzestawiać artykuły ze starego planogramu do nowego, aktualnego. Dzisiaj ustawiałyśmy wina czerwone.
Ogólnie dużo się nowego dziś dowiedziałam: jak wygląda planogram, skąd się go bierze (łącznie z linkiem w intranecie), jak można sprawdzić, gdzie dany produkt powinien się znajdować na półce i jeszcze inne rzeczy.
Jedno wino się przewróciło i potłukło, ale pani z ekipy sprzątającej szybko się tym zajęła, więc odbyło się bez bury.

Marek napisał(a) komentarz:
A mówiłem pędz po buty bo się sprzedadzą.Lepiej żywić niż ubierać!.
Marek napisał(a) komentarz:
Taką lepiej żywić niż ubierać – z butów „nici”.!!!

Post nr 83, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 83 dodano 22-11-2011 o godz 22:02
Dziś upłynął kolejny dzień w POK. W sumie to chwilę byłam też na linii kas, ale nie jako kasjerka tylko jako człowiek do wszystkiego. Ponieważ nie ma już koli ani mleka wydajemy gratisy zastępcze. Zatem przytargałyśmy z Eweliną na linię kas pięć kartonów Lenora (który nawet pasjonująco pachnie). Z rzeczy ciekawych, które się dziś wydarzyły to można wspomnieć wizytę pana, który zaskoczył Magdę mówiąc do niej po angielsku. Chciał kupić sześć wagonów malboro, ale było tylko trzy. Później przypomniało mu się, że potrzebuje jeszcze zapalniczkę. Próbował zapłacić za pomocą dwóch euro, a my przyjmujemy euro tylko w banknotach. Zatem wręczył Madzi owe dwa euro i zabrał zapalniczkę. To pewnie była jedna z droższych jednorazowych zapalniczek w jego karierze. Zaraz jak skończyłam rozmawiać z tym panem to podszedł do lady jakiś Czech i chciał odzyskać kaucję, jaką zapłacił przy zakupie akumulatora. I było śmiesznie, bo ja oczywiście musiałam z nim porozmawiać nie-po-polsku, czym zadziwiłam pół POKu. Przed pójściem odbyło się jeszcze towarowanie (dzisiaj psina i kocina) oraz team 5. Po pracy poszłam na zakupy (do tesco!) i wróciłam do hotelu.
Przed pracą pojechałam do akademików obejrzeć pokój. Mały, ale za to z lodówką i w centrum. Czyżby to było to?

MadaMag napisał(a) komentarz:
A co ludzie na Lorenca zamiast koli?
Napisz mi po ile u was Laptory (w Opolu ,najtańsze laptopy są właśnie w tesco). Albo to jedna cena tu i tam?
Basia napisał(a) komentarz:
Laptopy są po tyle, ile chcesz, tzn. pełen przedział cenowy. Prawdopodobnie jeśli chodzi o laptopy to ceny mogą być różne. Jak chcesz jakiś konkretny model to napisz, to Ci sprawdzę.
Basia napisał(a) komentarz:
Ah… zapomniałam dodać, że sprawdzę oczywiście po pracy, bo w pracy mi nie wolno załatwiać prywatnych spraw (robić zakupów i takie tam). No, chyba że będę akurat szła na spotkanie team 5, które odbywa się w magazynie obok i rzucę okiem;)

Post nr 82, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 82 dodano 21-11-2011 o godz 23:21
poniedziałek

Przyjechałam do pracy, ubrałam się i poszłam do POK. Właściwie to dzisiaj nie było zbyt wielu klientów, dzień upłynął standardowo, raczej bez niespodzianek. Wypisywałam faktury, sprzedawałam papierosy, przyjmowałam zwroty produktów i takie tam. Nie było dziś szefa wszystkich szefów, więc nawet team 5 odbył się szybciej niż zwykle. Przed trzecią zaprosiła mnie i Ewelinę do siebie personalna. Potwierdziła datę spotkania w Krakowie na 12 grudnia oraz prawdopodobną datę spotkania w Katowicach na 30 listopada.
Po pracy pojechałam do Galerii po moje wymarzone buty. Niestety okazało się, że nie tylko ja o nich marzyłam i już ich nie ma w sklepie. Potem zameldowałam się w hotelu. Chciałam obejrzeć M jak miłość, ale zasnęłam.


Post nr 81, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 81 dodano 17-11-2011 o godz 23:43
Wszystko zaczęło się od tego, że przy śniadaniu zastanawiałam się jaki jest właściwie dzień tygodnia. Potem jednak przypomniało mi się, że wchodzi nowa gazetka, więc to musiał być czwartek.
Spędziłam dziś kolejny dzień w POKu. Przed spotkaniem „team 5” było dużo zamieszania, bo trzeba było zamienić gazetki, zrobić porządek, sprawdzić nowe promocje i mechanizmy. Właściwie to prawie cały dzień minął na tego typu rzeczach – dokładanie gazetek, wypisywanie faktur, przyjmowanie zwrotów i gwarancji. O trzeciej jak zwykle odbyło się towarowanie. Trafiłam dziś na makarony i oleje. Same towarowanie zajęło nam prawie dwie godziny. Nawet się zmęczyłam. Potem jeszcze porządkowałam kartony przy wejściu, zwoziłam wózki z kas i zajmowałam się innymi drobiazgami. W efekcie zrobiłam jakieś 45 nadminutek, bo jak wychodziłam to była szósta. Zaraz po pracy wstąpiłam do tesco na zakupy;)
Chwilę odpoczęłam i pojechałam oglądać lokale mieszkalne – dziś oglądałam pokoje. Zwiedziłam dwa: jedno w śródmieściu oraz jedno na północy. Dziewczyny w pracy powiedziały, że to są „dobre” miejsca do mieszkania. W śródmieściu było blisko. Pokój bardzo malutki (coś jak połowa pokoju Kasi w Kucobach) i zaplanowany dla dwóch osób (więc stoi łóżko piętrowe, dwa biurka, dwie szafy, dwa krzesła biurowe, stolik i fotel). Atutem było również wyjście na balkon i wesoły współlokator (chłopak, który mnie oprowadzał). Mieszkanie to miało dwa pokoje i zaplanowanych do niego było pięciu mieszkańców (na chwilę obecną mieszka tam student II roku na politechnice oraz dwie maturzystki). Drugie mieszkanie w którym byłam zamieszkuje (aktualnie) jeden chłopak, podobno 30 letni i pracujący. Właścicielką mieszkania jest pani na emeryturze, która studiuje na uniwersytecie trzeciego wieku;) Można rzec, że taka studentka-emerytka. W tym mieszkaniu do dyspozycji zostały dwa pokoje, z czego jeden zaplanowany na dwie osoby. Ten pokój miał 18 m2 i również wyjście na balkon. Ogólnie meble takie trochę z poprzedniej epoki, a przedpokój cały w boazerii z wąskich listewek. W oczy rzuciła mi się również kuchenka gazowa podobna do tej, jaką pamiętam z mieszkania w Piekarach. Stamtąd do hotelu wracałam przez 6 min czyli nie jest tak daleko jak to się wydaje na mapie. Obiecałam, że dam znać jeśli się na coś zdecyduję. Warto zanotować, że ten większy pokój wychodził taniej.

mama Ewa napisał(a) komentarz:
Mieszkanie ze studentką emerytką może być całkiem ciekawe…
Marek napisał(a) komentarz:
A buty kupiłaś?

Post nr 80, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 80 dodano 16-11-2011 o godz 21:10
POK – dzień drugi

Z samego ranka wydębiłam login na kasy. Dostałam numerek oraz hasło. Dzięki temu mogę przyjmować opakowania zwrotne i inne zwroty (również produktów pełnowartościowych), sprawdzać ceny, sprzedawać słodycze, papierosy i takie tam. O dziewiątej jak zwykle odbyło się spotkanie team 5. Troszkę dział kas (do którego należy również POK) dostał po uszach za bałagan w POKu przy wejściu B. Zatem zaraz po spotkaniu zostałam oddelegowana z jeszcze jedną dziewczyną do porządkowania. Później minął normalny dzień pracy, czyli wydawanie faktur (co mi już wychodzi całkiem sprawnie), pomaganie klientom, tłumaczenie że nowych gazetek jeszcze nie ma a starych już nie ma, odpowiadanie na pytania o promocje, mechanizmy zniżkowe oraz inne takie. Samodzielnie przeprowadziłam kilka transakcji sprzedaży papierosów, z czego jedną płatną kartą (łał). Przyjęłam do reklamacji ekspres ciśnieniowy do kawy, wymieniłam nieużywane bokserki męskie i takie tam. Mieliśmy też ciekawy przypadek pani, która kupowała papier toaletowy. Twierdziła, że wzięła dwa opakowania a na paragonie miała cztery. Ponieważ zakupy robiła wczoraj, dziś nie miała papieru ze sobą. Generalnie pani było obojętnie, albo zwrócimy jej pieniądze, albo damy jej dwie paczki papieru. Sprawa oparła się o oglądanie nagrania z wczorajszego monitoringu, żeby sprawdzić ile faktycznie papieru wyniosła. Okazało się, że wzięła dwa dwupaki papieru, czyli cztery opakowania (tak jak było na paragonie). Pani była niepocieszona, że nic nie dostanie, ale też nie awanturowała się zbytnio. Zupełnie inaczej, niż pan, który chciał ukraść paski wybielające do zębów, przy kasach samoobsługowych… Ogólnie cały czas się coś dzieje, więc czas szybko mija. O piętnastej odbyło się towarowanie. Dziś trafiłam do działu kawy i herbaty. Jest świetna promocja na Nescafe sensazione creme – opakowanie 200 g kosztuje jedyne 16,99. Jutro zapewne też będzie dużo zamieszania, bo wchodzi nowa gazetka oraz nowa promocja. Przy zakupach o wartości powyżej 100 zł, za okazaniem karty ClubCard można wziąć sobie za darmo 6 litrów mleka lub 4 litrowe butelki Pepsi. Przed pójściem do domu byłam na spotkaniu team 5 – wersja wieczorna. Udało mi się też „zdobyć” nożyk (taki do tapet), przydatny podczas towarowania, więc jutro będę gotowa do pracy 🙂


Post nr 79, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 79 dodano 15-11-2011 o godz 23:15
POK – dzień pierwszy

Zgodnie z obietnicą dzisiaj odbyłam pierwszy dzień w Punkcie Obsługi Klienta czyli w POKu. Od rana przyglądałam się działaniom pracowników. Jak zwykle o dziesiątej odbyło się team5 w którym wzięłam udział. W POK była też Ewelina, więc można powiedzieć, że razem było nam raźniej;) Zresztą ekipa POK jest bardzo miła i bardzo pomocna. Pod koniec dnia samodzielnie wystawiałam faktury, przybijałam pieczątki i takie tam. Jutro będę znów w POK, ale koniecznie muszę „pomęczyć” kogoś ważnego o nadanie loginu do kasy. Bez tego loginu nie mogę robić różnych fajnych rzeczy, jak na przykład przyjmowanie zwrotów i sprzedawanie (głównie papierosów i słodyczy kieszonkowych).
Dzisiaj był pierwszy dzień, w którym nie brałam udziału w towarowaniu.
Po pracy pojechałam do dzielnicy Raków, gdzie oglądałam potencjalne mieszkanie do wynajęcia. Mieszkanie ma dwa pokoje, kuchnię i łazienkę połączoną z wc. W dalszym ciągu się jednak zastanawiam, czy nie chcę mieć tylko taniego pokoju. W drodze powrotnej znów wstąpiłam do Galerii Jurajskiej. Moja firma wymusza na mnie noszenie czarnych butów. W związku z tym musiałam sobie takowe kupić (tak to jest jak się nie ma czarnych, niskich butów). Znalazłam w galerii kilka ciekawych sklepów. Jeden – ten w którym kupiłam buty (dużo ciekawych przecen), inny w którym buty były ułożone nie jak zwykle wg rodzajów (gatunków) ale wg. rozmiarów. Jak się człowiek zastanowi, to w sumie logiczne. Przeważnie w pierwszej kolejności szukamy butów w swoim rozmiarze, a dopiero potem dobieramy rodzaj i krój (może nie kolor). Tam stoją na jednym regale wszystkie buty np. w rozmiarze 37 i od razu wiadomo jakie są, a jakich nie ma. Całkiem sprytnie. Znalazłam też kozaki, o których marzę. Są piękne, czerwone, mają bardzo ciepłe futerko w środku i grubą podeszwę. Jak zostanie mi pieniędzy na koniec miesiąca a jeszcze będą w tym sklepie to na pewno je sobie kupię.
No i okazało się, że napisałam więcej o zakupach niż o mojej pracy.

Marek napisał(a) komentarz:
Jak ciepłe i solidne to kupuj a nie czekaj jak inni ci je sprzątną z przed nosa.

Post nr 78, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 78 dodano 14-11-2011 o godz 22:41
poniedziałek

Dzień rozpoczęłam od spotkania z personalną. Ustaliłyśmy mój grafik, mam też już wydrukowaną ewidencję obecności. Później przeszłam z menedżerem po sklepie. Przedstawił mi myśl, która przyświecała osobom, które przygotowały rozkład sklepu. Zgodnie z ich pomysłami sklep jest ustawiony logicznie. O dziesiątej, jak każdego dnia odbyło się spotkanie team 5. Po spotkaniu zostałam oddelegowana na dział kas. Właściwie to przyglądałam się codziennej pracy kierownika tego działu. O dwunastej brałam udział w towarowaniu. Po zakończeniu towarowania poszłam na ekspresowe szkolenie dotyczące tego, co pracownikowi wolno, a czego nie wolno. Generalnie wszystko co się wnosi powinno mieć naklejkę, że zostało sprawdzone przez ochronę. Do sklepu nie wolno wnosić telefonów komórkowych, pieniędzy ani nic innego. Tak czas minął do drugiego towarowania oraz drugiego spotkania team 5. Przed wyjściem poszłam jeszcze do POK aby „zapowiedzieć” się na jutro.
Po opuszczeniu sklepu zameldowałam się w hotelu i pojechałam zwiedzić Galerię Jurajską. Nie zostanę fanką tego centrum handlowego.

Marek napisał(a) komentarz:
Trudno, w życiu trzeba mieć priorytety.

Post nr 77, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 77 dodano 11-11-2011 o godz 11:23

Co robiłam w czwartek, czyli pierwszy dzień pracy na „podłodze”

Przybyłam do pracy nieco wcześniej niż menadżer marketu, z którym miałam pracować. Bardzo powoli się przebrałam i powłóczyłam nieco po biurach. Przy okazji odnalazłam toaletę damską. Gdy menadżer wreszcie przyszedł zlecił mi zejście do sklepu (ale nie po kawę) i skontaktowanie się z kierownikiem dyżurnym. Czekał na mnie na alkoholach. Przywitałam się i wyjaśniłam po co mnie przysłali. Kierownik dyżurny zalecił mi, żebym pochodziła po markecie i pooglądała go sobie. Na tej czynności spędziłam około godziny. O dziesiątej było spotkanie kierowników działów, na które też poszłam. Spotkałam tam Ewelinę, która też jest w programie. Spotkanie odbywało się w magazynie odzieży i trwało trochę ponda pół godziny. Trochę jak krąg rady – każdy miał możliwość powiedzenia czegokolwiek. Zostałam przedstawiona wszystkim. Po spotkaniu zostałam oddana pod opiekę Eli z działu odzieży. Pokazała mi cały dział, opowiedziała jakie są wymagania firmy, a na co może wpływać samodzielnie (wbrew pozorom tej swobody wcale nie ma dużo). Przed pierwszą poszłam z Elą na obiad (jadłam kanapki od mamy). Dokładnie o pierwszej odbyło się kolejne spotkanie. To spotkanie poświęcone było przydzieleniu kto i gdzie będzie towarował. Nam się trafiła żywność paczkowana. Dokładanie towarów na półki trwało około półtorej godziny. Wtedy rozstałam się z Elą i razem z Eweliną poszłam na przerwę. O trzeciej odbywało się drugie towarowanie – tym razem na psach i kotach. Później przez chwile robiłam porządki na konserwach i w dziale nabiału. Tak minął czas do siedemnastej dwadzieścia, o której poszłam do domu.
Raczej pojechałam autem. W pierwszej kolejności poszłam do hufca odebrać kopertkę dla taty. Była sama młodzież, więc też chwilę z nimi posiedziałam. Potem pojechałam do sklepu kupić coś do jedzenia (żeby nie było – pojechałam do konkurencji). Wieczorem oglądałyśmy z Kasią zaległe odcinki „Prosto w serce” i „Przepis na życie”.

Marek napisał(a) komentarz:
Tak zaczyna się szarość codzienności.

Post nr 76, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 76 dodano 08-11-2011 o godz 22:31
Dzisiaj się obudziłam i przez poważną chwilę myślałam, że zaspałam. Słońce świeciło w okno i miałam wrażenie, że już dziewiąta. Gdy spojrzałam na zegarek okazało się, że jest siódma, czyli jakieś 45 minut wcześniej niż planowałam się obudzić. Po śniadaniu pojechaliśmy (z chłopakami) do sklepu. Najpierw poszliśmy do punktu obsługi klienta. Tam pani poinformowała nas, że mamy obejść sklep i wejść wejściem dla personelu. Przy recepcji od strony pracowników wpisaliśmy się do księgi gości i zostaliśmy skierowani na piętro do biur. Po drodze spotkaliśmy personalną. Personalna mojego sklepu jest „przy okazji” personalną wszystkich ekstra-klasowiczów. W pierwszej kolejności poszliśmy na kawę do stołówki pracowniczej. Może jakiś wyczyn baristyczny to to nie był, ale za to tanio. Kawę postawił mi Michał, ale w zamian za to oczekuje, że ja postawię mu kawę jak się kiedyś spotkamy w Krakowie. Rozpoczęliśmy szkolenia. Głównie mowa była o organizacji życia pracownika firmy (wnioski urlopowe, ewidencja czasu pracy, rozliczanie delegacji i takie tam). Spotkaliśmy również dziewczynę, która zaczynała z pierwszym naborem. Opowiedziała nam nieco o programie i przeprowadziła przez sklep i magazyny. Wróciliśmy do biura. Personalna dała nam informację o sklepach do których trafimy. Chłopaki dostali również telefon z przykazem umówienia się na jutro (pierwszy kontakt ze swoimi sklepami). W tym czasie ja spotkałam pana Zbyszka, który wydał mi odzież roboczą (spodnie, bluzę i koszule) oraz klucz do szafki. Tak wyposażona umówiłam się z personalną na czwartek i poniedziałek, i pojechałam do domu.

Marek napisał(a) komentarz:
Drugi dzień pracy i już wolne oby tak dalej.

Post nr 75, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 75 dodano 07-11-2011 o godz 20:14
Dziś pierwszy dzień programu Ekstraklasa w znanej międzynarodowej korporacji na te. Wczoraj (czyli w niedzielę) wieczorem pojechałam do Krakowa, a dziś od rana szkolenie, właściwie to cykl szkoleń. Oprócz mnie szkoli się jeszcze dwóch chłopaków – jeden będzie w Gliwicach, a drugi w Ostrowie. Zaczęliśmy od spotkania z Krzysztofem, który trochę opowiedział nam o pracy w sklepach oraz w centrali. Bardzo sympatyczny człowiek. Jak sam powiedział chce nas trochę zniechęcić zanim podpiszemy umowy;) Praca będzie ciężka w trudnym otoczeniu. Natkniemy się na ludzi nieprzyjaznych i niemiłych. Po takim wstępie przyszła pani Maria, która umowy nam wręczyła. Po podpisaniu ich dostaliśmy materiały – coś w stylu przewodnika dla „świeżaków” w firmie. Później przyszedł inny młody człowiek, który opowiedział nam o społecznej odpowiedzialności firmy. Następnie mieliśmy szkolenie BHP, prawidłowa postawa, zagrożenia w miejscu pracy, sposoby udzielania pierwszej pomocy to tylko niektóre z poruszanych tematów. Po tym trudnym bloku wdrapaliśmy się na pierwsze piętro budynku (czyli do sklepu) i zjedliśmy obiad (no cóż, musieliśmy sami za siebie zapłacić). Po obiedzie mieliśmy dwa krótkie szkolenia o komunikacji wewnątrz firmy. Jedne poświęcone zostało głównie intranetowi, natomiast drugie Zespołowi Obsługi Sklepów. Około 16 zakończyliśmy spotkanie w Biurze Głównym i udaliśmy się do Częstochowy.
Myślałam, że nasza aglomeracja śląska to jeden wielki korek. Dziś przekonałam się, że to nic w porównaniu z wyjazdem z Krakowa. Zajęło mi to prawie godzinę. Do Częstochowy jechałam m.in. przez Olsztyn, Zawiercie, Myszków, Rodaki, Poraj i inne znane miejscowości. Przyjechałam i zakwaterowałam się w pokoju. Teraz idę znaleźć coś do jedzenia. Może skoczę do Tesco na zakupy, bo gdzieś tu w pobliżu jest 😉

Marek i Ewa napisał(a) komentarz:
Powodzenia!
a gdzie mieszkasz w Częstochowie?
Basia napisał(a) komentarz:
Chwilowo mieszkam w hotelu Grand przy ul. Drogowców 8, ale gdzie zamieszkam na stałe to jeszcze nie wiem.


Post nr 74, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 74 dodano 25-10-2011 o godz 11:16
Odliczam dni w Oplu. Do końca pozostały trzy, ale jeden dzień spędzę na urlopie, więc jakby dwa. Dziś przyszłam do pracy dwie i pół godziny później, bo byłam na badaniach do nowej pracy. Badania odbywały się w Bytomiu. Dla jasności wpisu należy wspomnieć, że aby naciskać enter w Oplu zbadano mi: wzrok, krew, ciśnienie, mocz oraz wykonano rentgen płuc. Badając się do nowej pracy, w której będę miała kontakt z żywnością (książeczka sanepidowska) zbadano mi jedynie wzrok (do 5 godzin dziennie przy komputerze) oraz ciśnienie. Tak czy owak badań mało a zajęło mi to dwie godziny. Rejestracja czynna od 8:00 ale okulista przyjmuje od 8:30. Żeby było śmieszniej to okulista przyjmuje tylko do ostatniego pacjenta (w dniu dzisiejszym było to do 8:45). Droga z Bytomia do Gliwic jest prosta, jednak GPS jak zwykle przydał się do (nie)błądzenia po centrum. O 9:50 wróciłam do pracy, wypiłam kawę, zjadłam śniadanie i siedzę przed komputerem czekając na fajrant.

Marek napisał(a) komentarz:
A co jabłecznikiem ? posypany pudrem cukrem?.

Post nr 73, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 73 dodano 12-09-2011 o godz 00:09
W nocy z wczoraj na dziś jakiś łobuz zniszczył mi zamek w drzwiach w moim autku. Rano, gdy miałam jechać na festyn okazało się, że nie da się otworzyć drzwi i musiałam wsiadać od strony pasażera.
Festyn był udany. Z zapowiedzianych 100 dzieciaków, które miały się z nami bawić przyszło 286, a może nawet jeszcze więcej. Mieliśmy tyle kart startowych, a jednak ich zabrakło. Myślę jednak, że każde dziecko, nawet to, któremu karty brakło świetnie się bawiło. To jest przecież najważniejsze.
Wizyta w komisariacie (zgłoszenie zniszczenia mienia) trwała prawie półtorej godziny. Najpierw przez niecałe 40 minut czekaliśmy na pana, który przyjmował zgłoszenie, później zeznawałam w charakterze pokrzywdzonej. Pan policjant był miły i nieco mnie uspokoił (włamywacze planujący kradzież działają podobno inaczej), więc porzuciłam pomysł spania w aucie. Na wszelki wypadek wyjęłam jednak płyty Natalii Kukulskiej, kasetę ze SpiceGirls oraz wszystkie ładowarki z auta. Wyjęłam również akumulator.
Jutro przez cały dzień skupiam się na czekaniu na telefon z Tesco.

Marek napisał(a) komentarz:
Współczuje i niech bym go dorwał.


Post nr 72, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 72 dodano 31-08-2011 o godz 23:31
Nastał wreszcie długo oczekiwany czas malowania w łazience. A w „międzyczasie” odbierania telefonów, wysyłania CV, rozwiązywania testów oraz wyjazdów do Krakowa.

A przy pracy wyglądamy tak:

Blog Basia
Marek napisał(a) komentarz:
By mieć ładnie trzeba na bieżąco konserwować. W grupie zawsze raźniej, chociaż czy aby lepiej i szybciej.

Post nr 71, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 71 dodano 14-08-2011 o godz 19:50

Blog Basia

Dwa dni roboty oraz wizyt w Castoramie, ale udało się… Mam zabudowaną wnękę pod oknem w kuchni.
Jak mi się w finansach nie powiedzie, to może się na budowlankę przekwalifikuję…

Marek napisał(a) komentarz:
Brawo zawsze to jest jakieś wyjście, ale myślę że ostateczne.
Nie załamuj się i szukaj wytrwale i aktywnie.

Post nr 70, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 70 dodano 06-07-2011 o godz 22:32
Niezłego nam Mamo bigosu nawarzyłaś – stwierdziłyśmy dziś wraz z Olą Sz. i Magdą P. Jako że miałam cały bigos zamrożony w jednym pudełku postanowiłam poprosić dziewczyny aby „pomogły” mi go jeść. Niezła okazja do plotek i to taniej niż „na mieście”. Ogólnie poplotkowałyśmy że hej, a bigos nam smakował. Teraz tylko czas na zmywanie po imprezce.
A jutro rano jadę na rozmowę o pracę w charakterze sekretarki.

Marek napisał(a) komentarz:
No i pięknie.


Post nr 69, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 69 dodano 17-06-2011 o godz 09:58
Wczorajszy dzień jest warty zapamiętania… dlatego zanotuję, żeby nie zapomnieć. Tytułem wstępu: przedwczoraj, czyli w środę byłam na uczelni załatwić potwierdzenie, które poświadcza, że zostałam magistrem na Akademii i że moja praca jest moja. Niestety okazało się, że teczka jest w archiwum, ale pani obiecała że w czwartek (czyli wczoraj) na rano będzie. Ważne, żeby na rano, bo o 9:00 moja ulubiona Pani Promotor (dalej: PP) miała konsultacje i miałam jej to pisemko pokazać. Wczoraj wstałam wcześnie, żeby zdążyć dojechać do uczelni przed dziewiątą, odebrać pracę (starą) z oprawiania, odebrać to pisemko i ustawić się w kolejce do PP. Za dwie ósma zadzwoniła pani, która to pismo miała przygotować, że ona to nie wie czy może mi takie wydać i ogólnie, że jest problem. I czy ja je na pewno potrzebuję. Oczywiście, że go potrzebowałam. Za jakieś piętnaście minut, czyli jak jeszcze byłam w mieszkaniu zadzwoniła i powiedziała, że je napisała i mogę przyjechać je odebrać. Właściwie to nie wiem dlaczego, ale postanowiłam pojechać autem. Zatem pojechałam. Najpierw odebrałam pracę z oprawiania (też miała być gotowa wczoraj, ale pan oprawiacz zrobił błąd na okładce i musiał robić drugi raz). Później pobiegłam po to pisemko i pognałam do budynku D ustawić się w kolejce. Gdy kolejka zmniejszyła się na tyle, że widziałam już drzwi do tego właściwego gabinetu okazało się że PP ma o 10:00 obrony i musi już iść. Powiedziała, że wróci około wpół do drugiej. I już sobie pomyślałam, że beznadziejnie, bo będę długo czekać, ale postanowiłam pójść w tym czasie do czytelni i przeczytać jeszcze raz notatki do egzaminu, który miał się odbyć o 16:30. Schodząc na dół schodami spotkałam Mariolę – dziewczynę, która chodzi ze mną na seminarium. Powiedziała, że jest już ustalony termin obrony i zapytała czy bronię się z nimi. Wtedy postanowiłam zajść do sekretariatu katedry, gdzie nowa PP zostawiła poprawioną nową pracę. Po przejrzeniu jej (pracy, nie nowej pani promotor) okazało się, że poprawek nie ma dużo. Mariola powiedziała, że nowa PP jest dziś na uczelni bo ma radę wydziału i mogę ją złapać jeśli chcę. Szybko (ale bezpiecznie) pojechałam do domu, naniosłam poprawki, wydrukowałam nową prace i pojechałam z powrotem na uczelnię. Okazało się, że rada wydziału już się skończyła i profesorowie poszli każdy w swoją stronę. Nieco rozczarowana poszłam do budynku D żeby czekać na PP i w korytarzu spotkałam… nową panią promotor. Pokazałam jej naniesione zmiany (dobrze, że w tym budynku na korytarzach stoją stoliki) i ona powiedziała, że mam na poniedziałek przynieść wydrukowane wszystkie egzemplarze, to mi podpisze co trzeba, wpisze coś do indeksu i będę mogła podejść do obrony wraz z dziewczynami 28 czerwca. Zadowolona takim obrotem spraw wdrapałam się na czwarte w oczekiwaniu na PP. Gdy już przyszła miała czas, bo dopiero na którąś tam miała jechać do studium, więc na spokojnie przejrzała wszystko co zostało przygotowane, odpowiedziała na moje wszystkie pytania, podyktowała mi pismo przewodnie do mojej pracy, podpisała i życzyła powodzenia. Zanim wyszłam zapytała jak tam moje studia doktoranckie i powiedziała, że mogę przyjść do niej w lipcu na konsultacje z przygotowaną deklaracją opiekuna naukowego to mi podpisze!! Uradowała mnie tą wieścią! Gdy to już załatwiłam pojechałam tramwajem do centrum, kupiłam strzały do łuku i wróciłam na UE. Zjadłam kanapkę i w końcu poszłam do tej czytelni (bo zostało mi 1,5 godziny do zajęć). Zajęcia były jak zawsze, egzamin w miarę przystępny. W międzyczasie jedna koleżanka z grupy podarowała mi czekoladki, w podziękowaniu za to, że wysłałam jej notatki. Takie coś zdarzyło mi się pierwszy raz. W drodze powrotnej do domu weszłam do Auchan, kupiłam nowy papier do drukarki. W domu obejrzałam ostatni przed wakacjami odcinek „Prosto w serce”, zdjęcia siostry zrobione przed komersem (dziękuję, że mi posłaliście) i poszłam spać.

Kasia napisał(a) komentarz:
Ależ zakręcony dzień miałaś. Ale dobrze, że wszystko udało Ci się dobrze.
Marek napisał(a) komentarz:
Cały ten dzień to efekt twej ciężkiej i systematycznej pracy. Możesz być dumna, nawet z tych czekoladek. Tak trzymaj.
MadaMag napisał(a) komentarz:
Ależ dzień…
A entery nie działają, czy też wszystko pisałaś jednym ciągiem?
Basia napisał(a) komentarz:
Pisałam wszystko jednym ciągiem!


Post nr 68, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 68 dodano 12-06-2011 o godz 22:56
Czyżby złośliwość rzeczy martwych (albo przyrody nieożywionej) znów się odezwała? Półtora roku temu, gdy drukowałam pracę magisterską zabrakło mi papieru (bo może praca była za długa…). W tym roku zaopatrzyłam się na wszelki wypadek w zapasową paczuszkę (w tesco za 9,99). I gdy w najlepsze wydrukowało mi się już jakieś 40 stron okazało się, że skończył się czarny tusz w drukarce. Całe szczęście, że to wydruk próbny i mam nadzieję, że pani profesor nie będzie miała nic przeciwko niebieskiemu kolorowi tuszu…

marek napisał(a) komentarz:
Bez niespodzianek życie było by nudne. Sukcesy mniej by cieszyły. Niebieski to też sukces.

Post nr 67, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 67 dodano 08-06-2011 o godz 23:32
Okazuje się, że do Ołpin szybciej dochodzi poczta niż… właściwie to nie wiem co, ale zdecydowanie szybciej Pocztą polską niż e-mailem. W poniedziałek, jak wracałam z hufca czyli było gdzieś koło godziny 14:00 wysłałam na poczcie głównej list. A już następnego dnia (czyli we wtorek) przed jedenastą zadzwonił wujek, żeby podziękować za zdjęcia. Co prawda wybrałam opcję „PRIORYTET” za jedyne 1,95 ale jednak…

marek napisał(a) komentarz:
A widzisz nawet cuda się zdarzają.

Post nr 66, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 66 dodano 31-05-2011 o godz 23:37
Dla ciekawostki chciałam kiedyś sprawdzić jak daleko udało mi się przemieścić w maju. Wg maps.google.pl (dziękuję, wujku Google) między Karłowem (jadąc Drogą Stu Zakrętów aż do Kudowy Zdrój i później na Duszniki, a Ołpinami (jadąc przez Częstochowę) z uwzględnieniem „po drodze” Kucob jest jakieś 515 km. Na mapie wygląda to całkiem ciekawie =)

marek napisał(a) komentarz:
No pięknie!

Post nr 65, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 65 dodano 31-05-2011 o godz 13:30
Obiecane zdjęcie z Ołpin prezentuje się następująco:

Blog Basia

Post nr 64, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 64 dodano 23-05-2011 o godz 23:19
Pozdrowienia z Ołpin!!

MadaMag napisał(a) komentarz:
coż to ciekawego robiłaś w Ołpinach?
Basia napisał(a) komentarz:
@Meg

Trzymałam tralki do spawania, malowałam gelender, kładłam płytki, mieszałam klej i kładłam fugę, i takie tam… Innymi słowy, wspierałam Tatę w remoncie schodów wejściowych do domu,


Post nr 63, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 63 dodano 29-03-2011 o godz 10:01
Co ja robiłam w weekend?
W piątek mi wyparował obiad. Dzień wcześniej gotowałam udko i zostawiłam sobie rosół =) Postanowiłam zatem dodać do niego ryżu, przecieru pomidorowego i miałabym pomidorową. Postawiłam garnek z rosołem na gazie, ryż wysypałam z tej torebki plastikowej, wypłukałam i wrzuciłam do rosołu, żeby się ładnie gotowało. W tym czasie poszłam poodkurzać podłogę w pokoju. Okazało się jednak, że muszę wysypać brudek z pojemnika. Niejako przy okazji postanowiłam wyczyścić kudły, które dostały się do szczotki. Wzięłam śrubokręt, rozkręciłam ją, wyjęłam co się dało i skręciłam ponownie. Zmontowałam wszystko razem i zaczęłam odkurzać. Gdy już podłoga „nie straszyła” wróciłam do kuchni. Na dnie garnka pozostał ryż z niewielką ilością rosołu. W ten oto sposób wyparowała mi zupa i został ryż
na gęsto. W sobotę to właściwie niewiele, bo wstałam około południa. Zanim się wyzbierałam, pojechałam do Auchan by kupić coś na śniadanie to właściwie był już podwieczorek. Potem coś robiłam na komputerze i tak się dzień skończył.
W niedzielę poszłam do kościoła na 11 a o 13 byłyśmy umówione z Olą na spacer do parku. Spacerowałyśmy tak do 19 z przerwą na obiad. Mnóstwo ścieżek zwiedziłyśmy.

i tak zakończył się weekend.

marek napisał(a) komentarz:
To i tak ci się udało żeś zajrzała do garnka nim z ryżu zrobił się węgiel. Ryż na bulionie pomidorowym to prawie gołąbki bez liści, a gołąbki same nie lecą do gąbki. W życiu samo nic za nas się nie zrobi.
Marek napisał(a) komentarz:
Strasznie dłuuuugo ten obiad paruje.

Post nr 62, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Jak zwykle miałeś rację Tato – okna wymagały pilnego umycia.

Dodaj komentarz

 


 

Post nr 61, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 61 dodano 23-03-2011 o godz 13:17

Blog Basia

po urlopie Taty

MadaMag napisał komentarz:
Jakie ładne zdjęcie 😀

Ewamama napisał(a) komentarz:
Ale Twój wkład też tu widać;)
Basia napisał(a) komentarz:
nie… ja kładłam fuslajsty w kuchni

 


 

Post nr 60, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

 


 

Post nr 59, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 03-02-2011 o godz 23:00
Czwartek

Oficjalnie remont uważam za zakończony

Od rana (znaczy rana jak wstałam) rozpoczęłam sprzątanie. Umyłam podłogę w pokoju pod kaloryferem, powyrzucałam stare rzeczy, poodkurzałam szafki, meblościanki, półeczki i stoliki. Na końcu miałam się zabrać za odkurzanie. Niestety odkurzacz zrobił pfff i nie chciał dalej współpracować. Już miałam wpaść w depresję, że mi się zepsuł odkurzacz ale jednak postanowiłam wsadzić kabel do innego gniazdka. Oczywiście, że zadziałał. Poodkurzałam wszystkie podłogi (łącznie z kuchnią i łazienką). Potem wykąpałam się i chciałam suszyć włosy, ale suszarka też nie działała. Wydało mi się to nieco podejrzane, więc otworzyłam szafkę z bezpiecznikami. Jeden przełącznik był na dole, przesunęłam go do góry i już mi suszarka działała. Około trzeciej pojechałam na uczelnię. Niestety jest zima i moje auto jeździ „jak zimą”. Poszłam kupić przełącznik do mojego dzbanka elektrycznego (bo bardzo mi przeszkadza, że się nie wyłącza) oraz zobaczyć czerwone spodnie dla Kasi (niestety rozmiary były bardzo „nie Kasiowe”). Na zajęciach było przyjemnie, prowadził prof Wojciech Cz. i dawał dużo dobrych rad, dla mówiących oraz dla słuchających też. W przeciwieństwie do zeszłego tygodnia skończyło się pół godziny później niż przewidywał plan. Prosto z uczelni pojechałam do Sylwii i Jacka odebrać kapcie. Posiedziałam chwilę, zjadłam kolację i zabrałam się do domu (bo było już późno). Zaraz wskakuję do łóżka.

Marek napisał komentarz:
A co z party?

 


 

Post nr 58, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 02-02-2011 o godz 23:24
Środa

Rano pojechałam do Centrum Kamienia oraz do Ligonia zawieźć zaproszenia. W Centrum była i pani Krysia i pani Hania, więc wypiłam tam herbatkę. W Ligoniu zostawiłam zaproszenie w sekretariacie. Potem pojechałam do Auchan ale też spędziłam tam tylko chwilkę. Do nocy (czyli do teraz) wykańczałam remont (albo to remont wykańczał mnie). Jeśli nic nie przewidzianego się nie wydarzy, to będę jutro mogła ogłosić uroczyste zakończenie remontu. Może zorganizuję party przy nowych rurach, albo coś takiego?

Marek napisał komentarz:
Aż żałuje że mnie to pary ominie.
Co z płytkami?.

 


 

Post nr 57, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 02-02-2011 o godz 19:59
Wtorek

Budzik miałam nastawiony na basen, ale jak zabudził to zastanawiałam się czy jechać. Bardzo było mi zimno a poza tym skończył mi się bilet miesięczny więc nie pojechałam. Zabrałam się za sprzątanie. Wytarłam (dość dokładnie) podłogę w przedpokoju, wypastowałam „boczki”, rozwinęłam dywan. Chyba z trzy razy musiałam go odkurzyć. W międzyczasie pobiegłam na Wolność wpłacić pieniądze do wpłatomatu. Pierwszy raz jak tam chodzę stała większa kolejka by wpłacić, niż wypłacić pieniądze. Przeszłam do góry w poszukiwaniu czerwonych spodni dla Kasi. Gdy wracałam do domu było już szaro. Do nocy układałam jeszcze jakieś rzeczy, czytałam sobie artykuły a potem poszłam spać.

 


 

Post nr 56, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 31-01-2011 o godz 23:01
Poniedziałek

Zaczął się nowy tydzień. Skończył się remont. Mam nowe rury i duużo kurzu wszędzie. Obudzona zostałam jak zwykle około wpół do ósmej po klucz do piwnicy. Ponieważ sąsiada z dołu nie było, więc od ósmej budowali u mnie. Zabudowali rury, zagipsowali. W tym czasie ja pojechałam na uczelnię. Zdawałam egzamin z „środki i techniki reklamy”. Egzamin zdany i wpisany. Można zacząć przerwę międzysemestralną i w spokoju pisać pracę magisterską i esej na zaliczenie przedmiotu. Wróciłam do domu dość późno. Zabrałam się za przygotowanie tego, co miałam zrobić na komendę. W drodze do hufca poszłam oddać modem. Pan bez szemrania przyjął modem i oddał pieniądze. Niestety nie zdążyłam ich wpłacić do bankomatu. W hufcu Lolo zaoferował mi zupę kapuścianą, którą z apetytem zjadłam. Poprosiłam Adama, żeby mi pomógł zawiesić szafkę w łazience, przy okazji podwiózł mnie do domu. Porobiłam jeszcze coś (na przykład obiad) i idę spać. Jutro nie ma remontu, więc budzik ustawiam na dziewiątą=)

Marek napisał komentarz:
No to hura i Alleluja i do przodu.

 


 

Post nr 55, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 20-01-2011 o godz 10:52
Hura!!!

Dziekan zgodził się na wpisanie wszystkich realizowanych przeze mnie przedmiotów do indeksu. W ten sposób „wzbogaciłam się” o kilka ECTS.

Marek napisał komentarz:
Hura, Hura, Hura cieszę się też
No widzisz jak to się ładnie ułożyło.Witamy po długiej nieobecności w rodzinnej wirtualnej przestrzeni.
Teraz zdało by się jeszcze coś opublikować!.
Basia napisał komentarz:
oj… przydało by się…

 


 

Post nr 54, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 06-12-2010 o godz 21:57
poniedziałek

Na uczelnię pojechałam autobusem spod pałacu ślubów. W autobusie spotkałam koleżankę, z którą chodzę (albo jeżdżę) na ten angielski, więc podróż upłynęła w miarę szybko. Po angielskim chciałyśmy jechać na pl. Andrzeja zobaczyć gdzie parkują te wszystkie autobusy, które niegdyś parkowały pod schodami do dworca PKP. Niestety nie miałam już czasu oczekiwać na taki, który tam jedzie, więc wsiadłam do takiego na plac Wolności, a stamtąd do Chorzowa. Wysiadłam z tramwaju, kupiłam bułkę na drugie śniadanie i poszłam na dyżur do hufca. Ogólnie nic się nie działo, na chwilę przyszła Agatka, odebrałam kilka telefonów. Przed piątą szłam do domu, ale okrężną drogą. Miałam za zadanie wstąpić do parafii św. Wawrzyńca i dookreślić ustalone wcześniej terminy. Gdy wróciłam do domu miałam czas zjeść kanapkę i pobiegłam na roraty. Po roratach gotowałam, siedziałam chwilę przed komputerkiem.
Okazuje się, że ten malutki komputerek ma zamieniony klawisz prawy alt z klawiszem menu kontekstowego. Chwilę to pewnie potrwa, zanim się przyzwyczaję do tego (bo tak często chcę napisać polski znak, a tu mi wyskakuje menu podręczne).
Dziś w tramwaju jedna pani widziała jak jeden pan okrada inną panią. I powiedziała jej o tym (tej pierwszej pani). Ale pan złodziej zdążył już wyrzucić ukradzony portfel na ziemię i udawać, że to nie on.
I jeszcze wrzucili mi zajęcia na piątek wieczorem (od 16:00 – 19:30), więc nie wiem jak to będzie z tym powrotem do domu.
Nie zdążyłam iść do administracji w sprawie nieszczelności na gazie i braku klamki w drzwiach wejściowych.
A ponadto mamy nowego – nowego prezydenta w Chorzowie i zobaczymy czy nam podniesie czynsz czy dalej pozwoli egzystować harcerzom na preferencyjnych warunkach.
A na roratach pomyślałam sobie że to już piętnaście lat, jak dziadka nie ma z nami…

Marek napisał komentarz:
Tak ja też kilka razy dzisiaj pomyślałem o waszym dziadku.
Jak by było się bliżej to może w mikołaja zaświeciło świeczkę.
A na portfele trzeba zawsze uważać. Mamę moją w 11 też okradziono.
marek napisał komentarz:
A problem klawiszy przerabiam przechodząc z Siemensa / internet / na Compaq /saldo /.
To nie boli tylko pożera czas.

 


 

Post nr 53, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 05-12-2010 o godz 20:26

Blog Basia

 


 

Post nr 52, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 02-12-2010 o godz 00:06
środa

Strasznie szybko ten tydzień przebiega.
„Walczę” z nowym maluszkiem, niesety Win7 nie chce współpracowac z moim internetem.
Chciałam wrzucić zdjęcia, ale nie wiem jak. Może mailem wyślę.

Idę spać, bo późno.

Marek napisał komentarz:
To nie zakładaj tetrowej pieluchy ” maluszkowi” tylko dobry pampers, może się da udobruchać.
MadaMag napisał komentarz:
Przejdź do operacji na wpisie, ostatni przycisk by dodać zdjęcie. Skopiuj ścieżkę i dodaj ją jako tekst w blogu.

 


 

Post nr 51, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 22-11-2010 o godz 23:19
poniedziałek

Na godzinę 9:50 pojechałam na zajęcia z angielskiego. Pani była miła jak zwykle. Z uczelni pojechałam do domu, wstąpiłam po drodze do Lidl po chleb. Później poszłam piechotą do hufca i siedziałam tam prawie do piątej. Szybko wróciłam do domu, ubrałam się ładnie, uczesałam i pobiegłam (raczej pojechałam) na podsumowanie kampanii wyborczej. Mówi się o wielkim sukcesie (na 25 głosów w radzie uzyskaliśmy 14). Niestety radną nie zostałam, ale myślę, że dzielnie to przetrwam. Na spotkaniu podano minikanapeczki z wszystkim, później obiad (pieczeń z czymś, łódeczki ziemniaczane oraz kapusta biała) a na końcu ciasto (sernik lub makowiec). Na stole stały termosy z kawą i herbatą (na bieżąco uzupełniane) oraz soki o smaku zmiennym. Były też napoje dla nie-kierowców. Nikt nie pokazywał mnie palcem (że miałam najmniej głosów z wszystkich) a nawet się uśmiechali (pewnie się cieszyli, że to nie oni byli ostatni). Siedziałam obok Eryka i pani, której mąż piekł ciasta na konwencje wyborcze. Taki sobie wieczorek. Wyszłam koło dziewiątej. Zaraz wyłączam to pudło, idę zrobić sobie kanapkę na jutro i idę spać. Dobranoc =)

Marek napisał komentarz:
Kolejny -ważny, ciekawy, pouczający, istotny, nie istotny, i.t.d. wybierz sama – okres za tobą. Mając dzisiejsze doświadczenie za 4 lata można go powtórzyć lub zdecydowanie zrezygnować wiedząc jak to jest. Życie dopiero przed tobą, bo gdzie tam 30 lat po ślubie lub 24 lata w Kucobach, które miały być rokiem.

 


 

Post nr 50, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 20-11-2010 o godz 00:28
piątek

Odsypiałam nockę, ale musiałam się o ósmej obudzić. Najpierw pojechałam na Truchana odebrać długopisy z produkcji (jak mówią lepiej późno, niż wcale). Dostałam nawet kilka gratisów. Bezpośrednio stamtąd pojechałam na uczelnię. Zabawiłam tam tylko dwie godzinki na psychologii konsumenta. Dziś w drodze do domu nie wstępowałam do żadnego sklepu. Później robiłam coś innego. Wieczór spędziłam na rozpisywaniu długopisów, tak, żeby każdy z nich pisał. W końcu jest na nich moje nazwisko to powinny sprawnie działać 😉 I to tyle. Idę spać.

czwartek

Prawie cały dzień zużyłam na uczelni. Rano zaczęłam od środków i technik reklamy (z tym panem co rankiem mierzwi włosy) przez dwa bloki zajęć, a potem na systemach wynagrodzeń (też dwa bloki). Wracałam do domu zahaczając o silesię w poszukiwaniu komputra. Kilka ciekawych propozycji padło, ale zamierzam jeszcze poszukać. Można rzecz, że ustawiłam się na przetwarzanie centralne. Dość dużo czasu tam spędziłam. Wróciłam do domu, ugotowałam obiado-kolację. Potem zaczęłam zajmować się bardzo_ważną_rzeczą. W efekcie jak szłam spać to było już bardzo późno.

Marek napisał komentarz:
A oni je wezmą i zrobią nim haczyk przy innym nazwisku.
Czarna ludzka niewdzięczność.
Trzymamy kciuki, by buli tacy którzy odhaczą w/g wzoru.

 


 

Post nr 49, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 17-11-2010 o godz 23:27
środa

Rano pojechałam na zajęcia, na ósmą. Pani magister uznała, że robienie testu ze słówek jest bez sensu i nie kazała nam pisać. Prosto z zajęć autostradą (bo miałam w budynku N) pojechałam do Chorzowa Batorego na pogrzeb. Zgromadziło się dość dużo ludzi, harcerzy, osób z którymi śp. współpracował. I kazanie było piękne. Później pojechałam do hufca. Wypiliśmy herbatę, włożyliśmy kurtki do archiwum i wykonywaliśmy inne czynności. Był Tata, więc rozmawialiśmy. Dziś na obiad zaprosił mnie Tata. Ciekawe z kim będę jadła jutro. Tata zamontował nowe lampy, które dają ciepłe światło. Po czwartej, gdy już wszyscy poszli poszłam i ja. Rozdawałam ulotki, ale ludzie byli bardzo nieprzychylni, a może już zmęczeni ciągłym zasypywaniem ich makulaturą i trochę mnie to zniechęciło. Stamtąd pojechałam na Wyspę oddać fakturę za długopisy. Mam nadzieję, że jutro uda mi się je odebrać, bo chciałabym dać kilka Karolinie (koleżanka ze studiów, która mieszka na Klimzowcu). Wieczorem przygotowałam zestaw ulotek, który dam jutro Patrycji, bo jej dzieci są z mojego okręgu. I wykąpałam się w wannie.

wtorek

O ósmej zameldowałam się na zajęciach, robiliśmy jakieś grafy i wykresy. Gdy skończyliśmy pobiegłam oddać książkę do biblioteki katedry marketingu. Pomimo, że miałam ją oddać już wczoraj to pani nie krzyczała, a nawet zaprosiła ponownie. Oddałam też książki do biblioteki głównej. Poszłam do dziekanatu. Właśnie. W regulaminie uczelni jest napisane:


§ 11 […]
2. Student realizuje indywidualny plan studiów i program nauczania poprzez wybór przedmiotów z oferty dydaktycznej wydziału, o której mowa w § 12 i § 13 Regulaminu lub w ramach oferty innych wydziałów.

§ 12
Oferta dydaktyczna obejmuje przedmioty:
* obowiązkowe, których minimalny zakres określają przepisy ustalające standardy kształcenia,
* ograniczonego wyboru, proponowane w ramach danego kierunku studiów (przedmioty specjalnościowe),
* swobodnego wyboru – przedmioty oferowane przez wszystkie wydziały, w tym oferowane na innych kierunkach i specjalnościach.

[…]

§ 13

1. Każdy student jest zobowiązany do zaliczenia przedmiotów obowiązkowych na danym kierunku studiów.
2. Student ma prawo wyboru przedmiotów z oferty wydziału z uwzględnieniem możliwości organizacyjnych uczestnictwa w zajęciach oraz warunków wstępnych określonych dla danego przedmiotu w karcie opisu przedmiotu.

Ale okazuje się, że w skład oferty dydaktycznej lub oferty wydziału zaliczają się tylko przedmioty swobodnego wyboru. W związku z tym z obecnego semestru będą uwzględnione tylko dwa przedmioty + seminarium magisterskie, co da razem 11 ECTS, do tego mam 21 ECTS z Ostravy, więc starczy mi, żeby zaliczyć semestr, ale nic, żeby nie musieć chodzić w przyszłym semestrze. I teraz nie wiem, czy to ja źle interpretuję regulamin, czy jest jakieś nieporozumienie. Postanowiłam iść do dziekana i porozmawiać na ten temat. I chyba pójdę do niego (ale po wyborach) z pisemkiem, na którym poproszę wykładowców o zgodę na studiowanie ich przedmiotów.
Z uczelni pojechałam do hufca otworzyć drzwi, była druhna Teresa i druh Andrzej, którzy pilnie szykują wystawę. Chwilę potem przyjechała Mama. Zatem nie musiałam siedzieć sama w chłodzie, ale mogłyśmy poplotkować. Zachęciłam Mamę, żeby mnie zaprosiła na obiad, co niniejszym uczyniła. O wpół do piątej wróciłam na uczelnię, na ostatnie zajęcia z źródła informacji naukowej i test. Test zdecydowanie nie był motywujący do dalszej nauki. Po zajęciach wróciłam do domu i zaczęłam tworzyć narzędzie w Excelu, które pomoże mi analizować ankiety do pracy magisterskiej. Jestem bardzo blisko sukcesu w tworzeniu tego narzędzia, ale jeszcze wymaga dopracowania kilku miejsc. Bardzo późno poszłam spać.

Basia napisał komentarz:
pisząc ten wpis skorzystałam z:
Regulamin studiów w Akademii Ekonomicznej
im. Karola Adamieckiego w Katowicach
z dnia 3 lutego 2005 roku

Tekst jednolity po zmianach uchwalonych przez Senat Akademii w dniu 17 kwietnia 2008 roku. Obowiązujący od 1 października 2008 roku

opublikowany na stronie http://www.studenci.ue.katowice.pl/?contentid=5595 .

Ale może on już nie jest ważny, skoro z wielką pompą staliśmy się uniwersytetem? Hm…

Marek napisał komentarz:
Ważny jak odpowiedzieć nie – nie ważny jak odpowiedzieć tak.

 


 

Post nr 48, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 15-11-2010 o godz 23:31
poniedziałek

Nie zaspałam (bo mam na 9:50). Angielski upłynął dziś bardzo szybko, to znaczy takie było moje wrażenie. Po zajęciach pojechałam do hufca, otworzyć drzwi druhnie Teresie. W tak zwanym międzyczasie zadzwoniła Pani_z_Dziekanatu, żeby ustalić, które przedmioty studiuję w tym semestrze (nic nie mówię, ale te same które wpsiałam w obowiązkowo składanej deklaracji ) i jakie będę chciała studiować w następnym semestrze. I to jest dobra wiadomość: skoro chce wiedzieć jakie przedmioty będę studiować, to raczej nie zamierza mnie wyrzucić =) W trakcie otwierania drzwi odbierałam telefony, robiłam dziurki w „Błękitnej Trójce”, drukowałam podania, listy, pisemka, nie zdążyłam tylko pozamiatać podłogi… ale przecież jutro też jest dzień. Gdy wychodziłam było po czwartej. Pojechałam do Siemianowic odebrać fakturę za wynajęcie kręgielni (nie ja organizowałam). Stamtąd pojechałam do domu, zabrałam nadmiar materiałów wyborczych i wsadziłam je do bagażnika. Kolejnym przystankiem był sklep OKAPI, gdzie odebrałam fakturę (moją i hufcową) i wypiłam z Sabiną herbatę troszkę plotkując. Później odwiozłam to co miałam w bagażniku na wyspę i pojechałam do Batorego obejrzeć nowe mieszkanie Sylwii i Jacka. Wróciłam do domu to była prawie jedenasta. Usmażyłam i zjadłam rybę, a teraz uzupełniam wpisy. Myślę, że oprócz spania nic więcej już dziś robić nie będę. Właśnie przypomniało mi się, że nie oddałam na wyspie faktury za długopisy, więc będę tam się musiała udać ponownie.
Dobrej nocy.

niedziela

Obudziłyśmy się z Kasią dość rano. Po śniadaniu poszłyśmy do kościoła. Była msza dla dzieci. Po mszy Kasia zajęła się moim komputerem. Ja w tym czasie zajęłam się słówkami z angielskiego, pracą magisterską i gotowaniem obiadu z torebki. Po obiedzie na chwilę odgoniłam Kasię od sprzętu, ale po chwili wszystko wróciło do normy. Około piątej poszłyśmy na pociąg. Chciałam po drodze zaprosić Kasię na romantyczny deser w McDonald’s, ale nie chciała. Więc gdy szłam do domu kupiłam sobie loda. Szłam, oglądałam plakaty wyborcze i trochę się uciaprałam polewą czekoladową. W połowie wolki wisi wielki ekran diodowy. Na ekranie tym (za jedyne 300 zł na miesiąc) ukazują się reklamy, sylwetki kandydatów na prezydenta miasta i SKOK Kopernik, który pojawia się w bardzo zaskakującym momencie. Wieczorem nadrabiałam to, co miałam zrobić przez weekend, ale nie zrobiłam z racji tego, że mam tylko jeden komputer. Przerobiłam kwestionariusz badawczy do mojej nowej pracy magisterskiej w około 90 %. Co prawda był już omówiony z Panią Promotor, ale mnie się bardziej podoba wersja druga i jej też będzie. A i dopisałam jeszcze dość obszerny fragment mojej pracy magisterskiej (do tego już zatwierdzonego). Bardzo późno poszłam spać.

MadaMag napisał komentarz:
O, to po 23 wypada smażyć/gotować coś do zjedzenia? To może też sobie coś ugotuję (jest 22.50), bo dziś z tego wszystkiego nie zdążyłam… 😀
marek napisał komentarz:
Patrz widzieliśmy się pół dnia, a dopiero z powyższego tekstu wyczytałem tyle szczegółów.

 


 

Post nr 47, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 13-11-2010 o godz 22:24
sobota

Obudziłyśmy się około dziewiątej. Zanim zjadłyśmy śniadanie i ubrałyśmy się zrobił się czas iść do lidl po półprodukty do obiadu. Po drodze Kasia uznała, że jednak nie chce szpageti z sosem mięsnym, ale woli kluski na parze. Kupiłyśmy całą paczkę (chyba ich tam osiemnaście było). Około czwartej przyszła Magda P., która pomogła nam pakować materiały wyborcze do reklamówek. Zajęło nam to czas prawie do ósmej. Później zjadłyśmy kolację i odwiozłam ją (Magdę, a nie kolację) do domu. Chwilę oglądałyśmy z Kasią film, a raczej bajkę. Teraz siłą ją odgoniłam, żeby wpisać tutaj, a zaraz idziemy spać.

MadaMag napisał komentarz:
Ocho, boty ‚wyniuchały’ naszą stronę. Muszę wymyśleć jakąś weryfikację wpisów…

MadaMag napisał komentarz:
No, zobaczmy na ile to pomoże.
A niechciane komentarze do ostatniego wpisu możesz usunąć sama przez edycję wpisu.
(Ze starszymi jest trochę problemu, ale i z tym sobie chwilowo poradziłam.)

 


 

Post nr 46, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 12-11-2010 o godz 22:23
piątek

Rano byłam na uczelni. Miałam się uczyć marketingu organizacji non-profit. Zwykle mamy ćwiczenia, potem okienko, a potem wykład. Niestety dziś na ćwiczeniach pani doktor uznała, że jest nas mało i zapytała, czy chcemy mieć wykład. Presja grupy sprawiła, że wszyscy powiedzieli, że nie. Zatem wróciłam z uczelni po półtorej godziny. Pojechałam do hufca, zdjęłam flagi (tym razem zrobiłam to osobiście, a nie zleciłam), dopisałam Praszkę do grafiku. W domu ugotowałam obiad (ale nie przypadł zbytnio Kasi do gustu). Okazało się również, że mój piekarnik działa, tylko ogień trzeba ręcznie podłożyć. Około czwartej wybrałyśmy się z Kasią na miasto poroznosić ulotki. Rozdałyśmy około jednej trzeciej. Później pojechałyśmy do sztabu wyborczego odebrać nowe ulotki (tym razem z prezydentem). Jakieś 850 woreczków, 850 programów wyborczych, 850 książeczek z prezentacją kandydatów do Rady Miasta i 850 ulotek Marka. Z tego mamy przygotować 850 zestawów promocyjnych i rozdać mieszkańcom wyznaczonej ulicy. Jeszcze nie wiem, która ulica została mi naznaczona. Wieczorem zjadłyśmy ciasto, Kasia przeglądała sobie internet, a ja poprawiałam pracę magisterską. Teraz wyrzuciłam ją od komputera, kazałam iść spać, a sama przenoszę poprawki na monitor i uzupełniam wpis.

Marek napisał komentarz:
Dziwne to imię komentującego.
Natomiast twój wpis jest super nawet z kursywą.
A dworzec Chorzów Stary jest w części administracyjnej mapy
Ch-w Miasto.
850 to sporo materiałów ulotnych do rozdania niechętnym ludziom.

 


 

Post nr 45, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 11-11-2010 o godz 22:38
czwartek

Rano Kasia pobiegła do hufca już przed ósmą. Ja szłam dopiero na dziesiątą pod pomnik, więc trochę mogłam dłużej pospać. Ogólnie była bardzo nieprzyjemna pogoda i składaliśmy kwiaty w deszczu. Spotkałam też ten sam skład osobowy co wczoraj (prezydenci, poseł i in.). Tylko orkiestra inna była i pan nie miał takiego grubego czegoś do machania tylko pałeczkę. Po uroczystościach pojechaliśmy do hufca oddać kurtki firmowe. Poszłyśmy z Kasią do domu. Ja zjadłam pierogi, a Kasia kanapkę (bo ja miałam więcej czasu). Później Kasia poszła na bilard ze 110 KDH (prywatny, ale z drużyną) a ja do Siemianowic na coroczny Instruktorski Turniej Bowlingu. W tym roku to nie ja byłam organizatorką, więc mogłam spokojnie sobie grać (z pominięciem momentów w których ustawiałam ludzi na torach, sprawdzałam czy mają butki, sprawdzałam ile już porzucali i czy można drukować wyniki oraz momentu w którym podsumowywałam zawody i wypisywałam dyplomy). Grałam na torze z Adamem, druhowieństwem Małgorzatą i Leszkiem oraz Sebastianem R (który, co za niespodzianka, turniej wygrał). Po kręglach jeszcze chwile pobyłam w hufcu i poszłam do domu. Tam czekała już na mnie Kasia i byłyśmy gotowe iść na urodziny. Na urodzinach zgromadzili się wszyscy najbliżsi nam Czerniejewscy. Ogólnie było wesoło. Na koniec Basia dała nam jedzenie na wynos, więc jesteśmy uratowane. I szybko jeszcze załączyłam komputer aby uzupełnić zaległości.

Dziś jeden z wiceprezydentów, który eufemistycznie powiedziawszy, nie pała sympatią do harcerzy podszedł do nas po uroczystości, uśmiechnął się i podziękował za przybycie.

Na cześć tego wydarzenia dzisiejszy wpis jest napisany kursywą

środa

Mój plan na dziś wyglądał następująco:
8:00 – 9:40 – j. angielski, budynek N, Katowice
10:15 – hufiec, otworzyć drzwi druhnie Teresie, wydrukować pismo do pani dyrektor, poczekać na Dorotkę
10:45 – SP 29, Chorzów, spotkanie z panią dyrektor (bardzo miła pani, udało nam się załatwić salę na spotkanie świąteczne oraz na imprezę zuchową)
11:30 – Chorzów, odebrać kwiaty z kwiaciarni
12:00 – w hufcu, spotkanie z osobami, które idą pod pomnik złożyć kwiaty
13:00 – Chorzów, jednostka wojskowa, składanie kwiatów udział w uroczystościach (spotkałam też chorzowskiego prezydenta, komendanta chorągwi, pana, który dyrygował orkiestrą i inne szychy), wysłuchanie salwy honorowej 😉
13:30 – Katowice, odebrać książkę z biblioteki katedry marketingu (zamówioną wczoraj)
14:00 – 16:05 – Chorzów, dyżur w hufcu
17:30 – odebrać Kasię z dworca
18:00 – odebrać ulotki z wyspy
19:40 – Katowice, obok ING, zgarnąć Olę Sz.
20:00 – Katowice, zwiedzanie urzędu
Trochę się spóźniłam do biblioteki, bo za długo składaliśmy kwiaty. Ale pani bibliotekarka wcale się nie gniewała, a nawet zaprosiła mnie ponownie. Co było logiczne, bo przecież muszę tę książkę oddać.
A ponadto okazało się, że Kasia wysiadła nie na tym dworcu i musiałam pojechać ją poszukać. Większość mieszkańców Chorzowa Starego nie wie, że Chorzów Stary takowy posiada.
A zwiedzanie urzędu było całkiem ciekawe. Przeszliśmy po może nie wszystkich, ale wielu salach zwykle dostępnych tylko dla VIPów, widzieliśmy skarbiec i basen pod skarbcem. Przeszliśmy również podziemnym tunelem, a na koniec dostaliśmy zaświadczenie z urzędu. W końcu jakiś papierek musi być.
Po zwiedzaniu odwiozłyśmy dziewczyny i pojechałyśmy jeszcze do tesco kupić kokos. W efekcie poszłyśmy spać bardzo późno.

wtorek

Rano byłam na wizualizacji wiedzy. Ogólnie te zajęcia miały być ekscytujące, a koncentrują się głównie na tym co już wiemy. Na przykład, że czcionka w prezentacji PP nie może być za mała, bo z ostatnich rzędów nie będzie widać. To wie nawet student pierwszego roku=) Po zajęciach pojechałam do auchan na duże zakupy. Trochę czasu tam spędziłam. O pierwszej byłam w hufcu na dyżurze. Siedziałam tam prawie do piątej, bo jak zwykle ciężko stamtąd wyjść. A resztę wieczoru przesiedziałam w domu.

Basia napisał komentarz:
Co prawda pani z Wizualizacji wiedzy powiedziała, że kursywa jest nieczytelna i męczy oczy, ale dla tego wydarzenia warto się trochę pomęczyć.

 


 

Post nr 44, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 08-11-2010 o godz 23:46
poniedziałek

Wstałam około ósmej, bo (całe szczęście) miałam na 9:50. Na angielskim budowaliśmy wieżę z 20 patyczków szpageti, taśmy klejącej, sznurka i pianki mashmallow. Świetne zajęcia. Wróciłam do domu. Ugotowałam sobie pomidorową z drugą połową ryżu. Zadzwonił Adam,że umówił się z kimś tam w hufcu, ale się spóźni i czy mogłabym otworzyć. Więc zaczęłam się ubierać. Jak już stałam w kurtce z kluczami w ręku, to zadzwonił, że te panie jednak nie dojadą i nie muszę iść. Wróciłam zatem do przerwanej wcześniej czynności.Po chwili był już czas, aby się zbierać na dzisiejszy wiec. Jak się już czysto ubrałam, to zadzwonił pan wieceprezydent, że z powodu złej pogody (czyli deszczu) dzisiejszy wiec jest odwołany. I tak znów mogłam wrócić do poprzednich zajęć. I tak przesiedziałam do nocy, pisząc różne prace, notatki, poszukując informacji i takie tam. Idę spać.

niedziela

Wstałam skoro świt, bo już o ósmej trzydzieści miałam zamknąć hufiec za Tusią. Gdy wróciłam z hufca poszłam na mszę. Po mszy ugotowałam sobie obiad (przypaloną paprykę nadziewaną mięsem mielonym i połową ryżu). Chwilę potem był już czas, żeby udać się na wiec wyborczy. Zatem ubrałam się czysto i poszłam. Takie spotkanie, mówi się że z lokalną społecznością, ale tak naprawdę to z rodzinami kandydatów i głodnymi na ciastko. Trwało to wszystko około dwóch godzin. O szóstej byłam umówiona z Olą Sz w Katowicach i prawie się nie spóźniłam. Dość długo sobie siedziałyśmy i plotkowałyśmy. Gdy w nocy wróciłam do domu przygotowałam narzędzie badawcze na spotkanie z Panią promotor i poszłam spać.

marek napisał komentarz:
Ciekawe czy zawsze w se same ubiorki?

 


 

Post nr 43, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 06-11-2010 o godz 22:45
sobota

Obudziłam się gdy już było jasno. Postanowiłam wybrać się na salę sportową zobaczyć jak się bawią harcerze. Pojechałam tam rowerem, żeby się nie wozić wszędzie autem. Zostałam tam aż do zakończenia imprezy (czyli około drugiej). W domu zjadłam kanapkę na drugie śniadanie, wykąpałam się i już był czas, aby jechać otworzyć Tusi hufiec. Znów wygrzebałam rower z piwnicy i pojechałam. Spędziłam tam chwilę. Gdy jechałam z powrotem (właściwie to stałam już przed drzwiami), zadzwoniła mama, że potrzebuje pewną kwotę w jednym banknocie. Postanowiłam pojechać poszukać bankomatu dwukasetowego (bo wtedy nie ma technicznej możliwości wypłacić w 10 czy 20 złotowych banknotach). Okazało się, że taki jest na dole przy SP 5. Chwilę po tym jak wróciłam do domu przyjechała mama z Kasią i pojechaliśmy na urodziny. Coś się stało z autem i nie chciało zapalić. Zjechało na dół z górki i dalej nie umiało. Pomógł nam pchać taki chłop z ulicy. Po chwili zmagania udało nam się znów zapalić i pojechałyśmy. Na urodzinach było całkiem wesoło, trochę plotek, trochę Kubicy i oczywiście trochę wyborów. Oczywiście, że auto znów nie chciało zapalić, ale zszedł z nami Michał i połączył jakieś kabelki i się udało. Mama odwiozła mnie do domu i pojechała też do domu. Później siedziałam sobie przy komputerze.

Marek napisał komentarz:
Tylko fachowiec powie o firmie ” niskospozycjonowana „. A wybrać np: dobry szampon z takiej oferty opakowań bo skład w 95% to dokładnie to samo a te 5% innowacyjności czy coś wnosi do działania ? czy jest tylko usprawiedliwieniem dla obrazka na butelce. Brawo za rower .

 


 

Post nr 42, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 05-11-2010 o godz 22:26
piątek

Rano pojechałam do kościoła św. Wawrzyńca umówić się z księdzem w sprawie organizacji spotkania świątecznego oraz Betlejemskiego Światła Pokoju. Uświadomiłam sobie, że chyba jestem leniwa. Przecież tam nie jest daleko, a ja pojechałam autem. Ale za to szybciej. Wróciłam do domu, zaczęłam przerabiać notatki z psychologii konsumenta i za chwilę przyjechał tata. Chwilę porozmawialiśmy i już trzeba było uciekać dalej. Tata do domu a ja na uczelnię. O mały figiel byłabym się spóźniła. Wykład być pasjonujący jak zwykle, ale wzbudzał tyle poruszenia, że był bardzo głośny. Z uczelni wróciłam do domu, ugotowałam obiad i porobiłam coś na komputerze. Około piątej poszłam do hufca, bo miałam otworzyć Tusi drzwi. O szóstej okazało się, że to jednak będzie jutro a nie dziś. W drodze powrotnej do domu „zahaczyłam” o Carrefour bo musiałam kupić szampon. I tutaj nasunęła mi się myśl. Stałam przed półką i wybierałam. Najpierw postanowiłam kupić szampon odpowiedni do moich włosów farbowanych, ale potem zauważyłam taki do pasemek. Po chwili uznałam, że dobry byłby też ten zwiększający objętość i ten zapewniający puszystą lekkość. W ofercie był też szampon 2w1 i przeciwłupieżowy. Ponieważ miałam kupić tylko jeden postanowiłam zmienić strategię. Wybierałam po zapachu. Ale to też nie była dobra strategia. Mniej więcej po dwudziestu minutach stania przed regałem wybrałam szampon pewnej firmy. Zapewnia wyrazisty kolor, delikatność w dotyku, połysk i takie tam. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy: zamiast zastanowić się dlaczego ten szampon jest taki tani (w porównaniu do innych tam stojących, czyli nie znów bardzo tani) to ja się zaczęłam zastanawiać dlaczego ta marka jest tak nisko spozycjonowana. Ups, chyba za dużo marketingu jak na jeden tydzień. Potem spokojnie wróciłam do domu, przepisałam co miałam przepisać. A teraz idę umyć włosy…

czwartek

Prawie cały dzień spędziłam na uczelni. Na początku dwa bloki zajęć ze środków i technik reklamy, a później dwa z wynagrodzeń. Na wynagrodzeniach opowiadałam jak obliczać składki związane z płacą podstawową. Generalnie jak wychodziłam z uczelni to była piąta. Wróciłam do domu, ugotowałam rybę, i coś tam robiłam. A przed snem poszukiwałam gadżetu na którym nadrukuję swoje nazwisko, bo ołówki są niedostępne. Z ciekawostek znalazłam magnesy na lodówkę albo standardowe długopisy. Ciekawe co na to opinia społeczna?

 


 

Post nr 41, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 03-11-2010 o godz 23:00
środa

Rankiem pojechałam na UE. Mieliśmy angielski. Nasza ulubiona pani po raz pierwszy zapytała o zadanie domowe. Oczywiście, że nikt nie zrobił (bo było na to za dużo czasu) a okazało się, że słówka z ostatniej środy były potrzebne dziś. Ale ta pani ma pomysły, skoro już tydzień temu miała plan co będziemy robić dziś… W drodze powrotnej pojechałam do carrefour po rybę i pieczywo. Potem byłam w domu i robiłam prezentację na jutro. Około wpół do drugiej poszłam do hufca na dyżur. Trzy godziny potem wróciłam do domu i kontynuowałam rozpoczętą prezentację (znaczy się tworzenie jej). I tak minął czas. Porozmawiałam sobie jeszcze trochę ze znajomymi na MSN (szkoda, że nie o logistyce to mogłabym słówka na angielski poćwiczyć), odpisałam na kilka maili. Teraz już prawie jedenasta i trza iść spać.

 


 

Post nr 40, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 02-11-2010 o godz 22:43
wtorek

Miałam dziś dzień rektorski (zupełnie bez sensu) więc budziłam się bez budzika. Jak wstałam to usiadłam do pracy magisterskiej. W tym tygodniu uda mi się zamknąć drugi rozdział. Czyli postępy dokonują się zgodnie z planem. Około pierwszej szłam do hufca na dyżur bo druhna Janina na L4. Poodbierałam kilka telefonów, skserowałam statut i wyciąg z KRS. Nie zdążyłam zrobić wpisu do kroniki, ale może uda się jutro. Około piątej poszłam na cmentarz, zapaliłam światełka u dziadka i u babci. Nawet się jeszcze kilka świeczek na „naszych” grobach paliło. Później wróciłam do domu, zjadłam i narysowałam piękny wykres, który też wkleiłam do pracy mgr. A teraz idę spać pomimo, że jeszcze młoda godzina, ale muszę oczy oszczędzać. Pozdrowienia

Marek napisał komentarz:
Zjadłaś posiłek a nie pięknie namalowany wykres.
Fajnie że znowu się odezwałaś.
Faktycznie produkują teraz znicze długodystansowe, i przy pięknej pogodzie palą się długo.

 


 

Post nr 39, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 21-10-2010 o godz 22:56
czwartek

Dziś od rana spędziłam na uczelni. Miałam ćwiczenia i dwa wykłady. Po zajęciach pojechałam do hufca, posiedziałam chwilę, poplotkowałam. Później wróciłam do domu i zaraz potem przyszła Weronika. Znów sobie poplotkowałyśmy. Przed dziesiątą odwiozłam ją do domu, oddając przy okazji walizkę. Zaraz idę spać.

Komentarz dodany przez MEG:
Innymi słowy miałaś plotkarski dzień…
tata napisał komentarz:
Coś wolno spadają kartki z twego kalendarza.
Może to i dobrze.

 


 

Post nr 38, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 20-10-2010 o godz 21:38
środa

Rano pojechałam na angielski. Jak zwykle było fajnie, dziś pracowaliśmy w grupach. Po zajęciach wróciłam do domu, opracowałam notatki na jutro, zaczęłam tworzyć nowy rozdział pracy magisterskiej. Odgrzałam i zjadłam obiad. Około trzeciej zaczęłam się zbierać, bo o czwartej w Jadwidze była msza w intencji chorzowskich samorządowców, na którą musiałam pójść. Później wraz z innymi kandydatami Wspólnego Chorzowa przeszliśmy do kina panorama. Odbyło się tam oficjalne spotkanie, prezentacja kandydatów na radnych oraz na prezydenta miasta. Po spotkaniu poszłam na kawę z Zuzią i jej rodzicami. Wróciłam do domu, zjadłam kolację, poczytałam trochę i chyba zaraz pójdę spać.

wtorek

Wstałam wcześnie rano, bo obiecałam Madzi P, że zawiozę ją z bratem do szpitala. Umówiłyśmy się u niej na 6:30, bo brat miał być w Siemianowicach o siódmej. Stamtąd pojechałam na uczelnię. Spędziłam tam dwie godziny, odbyłam zajęcia i podpisałam obiegówki na studia podyplomowe. Wróciłam do domu, ugotowałam obiad na dziś i jutro. Koło trzeciej pojechałam do Batorego zrobić zdjęcia do kampanii. Myślę, że jedno ujęcie mi wystarczy. Wróciłam do domu i już był czas, żeby zbierać się na zajęcia studiów doktoranckich. Miałam w tej samej sali, co zajęcia poranne. Mieliśmy dziś zajęcia w grupie, więc poznaliśmy się troszkę. Zajęcia nie były bardzo ekscytujące, ale nie były też nudne. Trwały do ósmej. Wróciłam, zjadłam kolację, coś tam jeszcze porobiłam i poszłam spać.

 


 

Post nr 37, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 18-10-2010 o godz 22:54
poniedziałek

Zajęcia zaczynałam o dziewiątej więc musiałam się zerwać skoro świt żeby zdążyć. Ale udało się. Po zajęciach pojechałam do auchan, kupiłam produkty spożywcze. Potem pojechałam na 3-go maja gdzie wymieniłam łożysko do samochodu (bez żadnych problemów). Później siedziałam w domu, zjadłam obiad i właściwie to nic nie robiłam. Około czwartej pojechałam do tesco i kupiłam garnitur. Niestety nie jest to model szyty na miarę, ale co robić… Później pojechałam do Adama a stamtąd do Cylów zawieźć wspomniane wyżej łożysko, aby zostało zawiezione do Kucob.

 


 

Post nr 36, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 14-10-2010 o godz 23:43
czwartek

Dziś zajęcia zaczynałam o pierwszej, więc gdzieś do jedenastej spałam. Zjadłam śniadanie i pojechałam na uczelnię. Pierwszy raz w tym roku byłam na zajęciach z grupą, do której należałam w pierwszym semestrze, więc wreszcie kogoś znałam. Po zajęciach poszłam do czytelni i przygotowałam sobie informacje na jutrzejsze ćwiczenia. Później zjadłam drugie śniadanie i już był czas zajęć na studiach doktoranckich. Odbywał się ciąg dalszy prezentacji katedr, więc szału nie było. Po zajęciach poszłam do tesco, kupiłam bułki na jutro i pizzę na dziś. Po powrocie do domu zjadłam, przeczytałam pocztę, obejrzałam teleekspres i idę spać.

 


 

Post nr 35, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 13-10-2010 o godz 23:49
środa

Dziś zaczęłam od języka angielskiego. Do budynku N gdzie odbywały się zajęcia udało mi się dotrzeć bez problemów i nawet nie pomyliłam sali. Na zajęciach było jak zwykle fajnie. Prosto stamtąd udałam się do dziekanatu złożyć indeks. Pani z dziekanatu się śmiała jak jej powiedziałam, że dziękuję, że pozwoliła pani dziekan mnie wczoraj przeegzaminować. Złożyłam też deklarację przedmiotów, które studiuję w tym semestrze. W drodze powrotnej do domu zajrzałam za spodniami, ale nic ciekawego nie było. I wstąpiłam również do Lidl kupić bułki na jutro na śniadanie. Potem siedziałam w domu i właściwie nic nie robiłam. Wieczorem miałam jeszcze spotkanie z panem z komitetu wyborczego, który opowiedział mi o przebiegu kampanii i o tym, jakie piękne broszury będą wydawać. A teraz jest już późno i idę spać.

 


 

Post nr 34, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 12-10-2010 o godz 23:35
wtorek

Rano pojechałam na wizualizację wiedzy. Uczyliśmy się o elementach graficznych w dokumentach. Po zajęciach poszłam do czytelni, bo miałam trzy godziny okienka i postanowiłam zasięgnąć literatury do przedmiotu z którego egzamin miałam za te trzy godziny zdawać. Poczytałam, posiedziałam i jakoś ten czas upłynął. Poszłam zatem do budynku D, gdzie miały się konsultacje odbywać. Pani z sekretariatu katedry powiedziała, że pani profesor jest w budynku A, gdzie jako nowy dziekan ma swój gabinet. Więc zabrałam graty i poszłam z powrotem do A. Poszłam do sekretariatu dziekana a pani sekretarka powiedziała, że pani dziekan jest do 13:20 na zajęciach i będzie za chwilę. Postanowiłam zatem zaczekać. Siedziałam na ławeczce a pani dziekan przemknęła do siebie. Podążyłam więc za nią. Jednak pani sekretarka powiedziała, że absolutnie wejść nie wolno, a pani dziekan – profesor przyjmować będzie w katedrze w godzinach konsultacji. Więc zabrałam kurteczkę i poszłam do D poczekać. Pani sekretarka z katedry trochę się zdziwiła widząc mnie i zapytała czy czegoś nie rozumiem. Więc opowiedziałam jej jeszcze raz wszystko po kolei i stwierdziła, że teraz to ona nie rozumie. Zadzwoniła zatem i porozmawiała jak sekretarka z sekretarką i ustaliły że mam przyjść (wraz z dwoma pozostałymi czekającymi osobami) do budynku A. Jak już dostałam się do tego właściwego pokoju i wytłumaczyłam pani dziekan w czym rzecz, okazałam zgodę prodziekana na zdawanie egzaminu w nietypowym terminie to pojawił się problem czy jeszcze mogę go zdawać bo już połowa października i ona nie była pewna czy jeszcze nie jestem skreślona. Zadzwoniła zatem do pani_z_dziekanatu zapytać czy może mnie przeegzaminować. Teraz już wiem, że mit o tym, że na uczelni rządzi pani_z_dziekanatu jest potwierdzony. Pani z dziekanatu usłyszała, że chodzi o mnie (znów ja) i pozwoliła. I tak udało mi się zdać ostatni egzamin w sesji letniej=) Szczęśliwa pojechałam sobie kupić bułki na jutro. Byłam chwilę w hufcu a potem wróciłam do Katowic bo miałam spotkanie z Magdą P. Poplotkowałyśmy nieco przez jakieś trzy godziny.

poniedziałek

Rano pojechałam na uczelnię. Miałam w budynku N. Najpierw musiałam pobiec na rynek, żeby kupić bilet. Chciałam kupić 5-dniowy, ale niestety nie było. Kupiłam zatem jednorazowy i pojechałam tramwajem. Na dworcu w Katowicach kupiłam ten właściwy bilet i przesiadłam się na autobus. Udało mi się nie spóźnić=) Na zajęciach było jak zwykle fajnie, bo dużo sobie rozmawialiśmy. Po angielskim pojechałam do budynków głównych, żeby się spotkać z panią promotor. Okazało się że grupa będzie się spotykać co tydzień o dziesiątej, ale ja się będę spotykać o dwunastej (bo o dziesiątej jestem na angielskim). Umówiłyśmy się na następne spotkanie i poszłam sobie, a właściwie pojechałam do Silesi. Byłam umówiona u Dużej Basi i chciałam kupić coś dziewczynkom. Wieczorem poszłam do nich i było bardzo przyjemnie. Potem wróciłam do domu i poszłam spać.

 


 

Post nr 33, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 27-09-2010 o godz 23:32
poniedziałek

Po śniadaniu pojechałam do urzędu miejskiego, żeby przekazać zaproszenia do wysyłki. Było jeszcze przed ósmą, więc nie musiałam płacić za parking. Zajęcia na uczelni zaczęłam o ósmej. Były to zajęcia z I stopnia i bazowały na zdobytej wiedzy z języka C(coś tam). Niestety ja takiej wiedzy nie posiadam, więc nie wiem, czy będę bardzo oponować jak pani z dziekanatu uzna, że nie mogę chodzić na przedmiot I stopnia. Po zajęciach poszłam do centrum obliczeniowego, gdzie poprosiłam o pozwolenie na korzystanie z sieci bezprzewodowej. Pan z centrum powiedział, że przy wniosku o nadanie e-mail wypełnia się pole, że chce się mieć dostęp do WiFi na uczelni. Jak pięć lat temu składałam ten wniosek to tego pola nie było. Ale pan sobie zaznaczył, że chcę dostęp do sieci i się udało. Potem poszłam do czytelni i spędziłam tam kolejne cztery godziny pisząc pracę magisterską. W drodze do domu wstąpiłam do Lidl po świeżą bułkę na jutrzejsze śniadanie i parę innych rzeczy. Od tego czasu siedziałam w domu (przed komputerem) i oczekiwałam na Weronikę, która miała mnie przyjść odwiedzić. Zakupiłam też OC na kolejny rok. Weronika przyszła po szóstej i plotkowałyśmy. Przed jedenastą pojechałam ją odwieźć do Siemianowic a teraz uzupełniam blog przed pójściem spać.
A pogoda dziś była (i nadal jest) paskudna.

 


 

Post nr 32, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 23-09-2010 o godz 22:03
czwartek

Po śniadaniu pojechałam do Katowic. Weszłam do Pentagonu i kupiłam spódnicę do munduru i pasek. Strasznie drogo. Potem udałam się na AE. Długo stałam w kolejce do dziekanatu, ale podanie złożyłam. Pani z dziekanatu powiedziała, że szanse na sukces są raczej niewielkie, ale i tak postanowiłam podanie zostawić. Później pojechałam tramwajem do centrum. Na uczelni udało mi się wypożyczyć książki – po raz pierwszy od sześciu lat jak jestem tam studentką. W domu ugotowałam pomidorową z ryżem. Najedzona poszłam do hufca, gdzie odbyliśmy zjazd nadzwyczajny. Celem był wybór delegatów na zjazd chorągwi i cel ten został zrealizowany. A teraz siedzę przed komputerem, uzupełniam wpisy, oglądam serial i jak skończę ten odcinek to idę spać.

środa

Dzień niezbyt ciekawy. Po śniadaniu poszłam do hufca. Rozmawiałam w sprawie imprezy VIP, potem pisałam zaproszenia, próbowałam znaleźć adresy osób, które były na liście i takie tam. Po trzeciej wyszłam, ale zadzwoniła Monika, że potrzebuje coś z sekretariatu, więc wróciłam. Po przyjściu do domu ugotowałam obiadokolację, napisałam podanie do dziekana, analizowałam czemu moja drukarka nie drukuje na żółto (chyba nie ma żółtego tuszu) i poszłam spać.

 


 

Post nr 31, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 21-9-2010 o godz 23:51
wtorek

Dzień zaczęłam od wizyty na uczelni, jednak nic nie załatwiłam, bo pani prowadząca przedmiot uznała, że sesja się kończy w piątek i nie mogę pisać egzaminu w innym terminie. Albo dziekan przywróci mi termin, albo czeka mnie tryb poprawkowy. Nie podoba mi się to, ale udam się do dziekana na rozmowę (jak tylko pojawi się na uczelni). Później siedziałam w bibliotece i pisałam pracę. W drodze powrotnej do hufca wstąpiłam do Auchan, bo miał być tani papier do drukarki, ale nie było. W hufcu nie byłam długo, opowiedziałam komendantowi o moich wrażeniach po wczorajszym spotkaniu z młodzieżą i pojechałam do domu. Zjadłam kolację i wróciłam do Katowic, bo umówiona byłam z dziewczynami. Wróciłam koło jedenastej i zaraz idę spać.

 


 

Post nr 30, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 20-9-2010 o godz 22:27
poniedziałek

Wstałam rano, bo obiecałam odnieść protokoły do hufca. Z hufca poszłam na wolność, wstąpiłam do Rossmann i wymieniłam złotówki na euro. Wróciłam do domu i ugotowałam sobie zupę warzywną na obiad. Po obiedzie zaczęłam przygotowywać to, co mam powiedzieć drużynowym na odprawie. Poszłam do hufca, powiedziałam co chciałam i wróciłam do domu. Oglądałam serial, poodkurzałam dywan i przetarłam kurze. Zaraz idę spać.

niedziela

Obudziłam się w okolicach południa. Zjadłam śniadanie. Później pisałam pracę i zaczepiałam Kasię. Po serialu i kawie popołudniowej pojechałam do domu.

sobota

Była u nas impreza hutników, więc pomagałam w kuchni. Podawałam schabowe, zmywałam. Wieczorem byłam na mszy z Tatą i Magdą, a potem oglądałam z Kasią „Tylko mnie kochaj”.

piątek

Pojechałam na uczelnię żeby odebrać indeks z rektoratu. Szczęśliwie był już gotowy, więc udało się bez czekania. Potem pojechałam do domu i zjadłam drugie śniadanie (opóźnione). W następnej kolejności udałam się do hufca, odebrałam list pochwalny dla hutników i statuetkę i z 101 szklankami w bagażniku pojechałam do Kucob. Oglądałam telewizję, a potem poszłam spać.

 


 

Post nr 29, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 16-9-2010 o godz 23:32
czwartek – popkorn i lody

Wstałam rano, żeby zdążyć zjeść śniadanie. Pojechałam na uczelnię. Pan doktor z Sosnowca przyjmował, ale nie miał czasu dla studentów. Była nas czwórka do pisania. Zapytał się czy umiemy i wpisał wszystkim czwórki. Nawet nie zapytał nas czy chcemy. Trochę to było bez sensu, ale skoro nie jest ważne jaka cyferka jest w indeksie tylko czy ona tam w ogóle jest to się nie oburzyłam. Poszłam do rektoratu zanieść mój indeks po wpis. Mogę go odebrać jutro przed południem. Stamtąd poszłam odebrać mój tusz do drukarki. Jako że jestem studentem zapłaciłam jedynie 25 zł (pomimo, że był to nabój kolorowy) i dostałam wafelka gratis. Później pojechałam do domu. Wydrukowałam zaproszenia, a w tym czasie zadzwonił Tata z misją. Pojechałam zatem do tesco i kupiłam 101 szklanek. Właściwie to miało ich być sto, ale wzięłam jedną więcej bo tak mi do kompletu pasowało. Z bagażnikiem wypchanymi szklankami pojechałam do hufca ustalać to, co ustaliliśmy we wtorek. Bez sensu było to sobie stamtąd poszłam. Wróciłam do domu, ugotowałam kolację i tak dzień się kończy.

 


 

Post nr 28, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 15-9-2010 o godz 23:52
środa

Dzisiejszy dzień rozpoczęłam wizytą w czytelni. Napisałam chyba ze trzy strony mojej nowej pracy magisterskiej… Prosto z uczelni pojechałam do hufca. Później wróciłam do domu, żeby się przebrać i uczesać. Wraz z Olą i Magdą szłyśmy do Teatru Rozrywki na JESUS CHRIST SUPERSTAR. Grają to już od 2000 roku, ale zdaje się że aktorów (na pewno niektórych) wymieniają na młodszych. W ogóle jest to rock-opera. O czym jest:

Oto ostatnie dni życia Jezusa Chrystusa. Syn Boży naucza jeszcze, wiedząc jednak, że zbliża się czas odejścia. Jego uczniowie są przy nim, tak jak jest obok niego kochająca go Maria Magdalena. Judasz ma wątpliwości, czy Jezus nie bierze swoich marzeń za rzeczywistość. Pochylając się nad sakiewką ze srebrnikami, wciąż jeszcze się waha. Nie uniknie jednak przeznaczenia.
Jest jeszcze Piłat, który próbuje uratować Jezusa. Bezskutecznie. Wiadomo przecież, że Słowo musi stać się Ciałem…
JESUS CHRIST SUPERSTAR stał się czymś więcej, niż jeszcze jednym musicalem. Przedstawienie stworzone przez dwóch młodych, zaledwie dwudziestokilkuletnich Brytyjczyków, okazało się na przełomie lat 60. i 70. jednym z największych przebojów w historii teatru muzycznego, spektaklem na miarę rewolucji Dzieci Kwiatów. Rice i Webber zaproponowali hipisowską wersję Ewangelii – ilustrowaną muzyką rockową opowieść, w której Jezus Chrystus kreowany jest na pierwszego młodzieżowego idola w dziejach świata. Popularność JCHS — mimo zmieniających się mód i tendencji muzycznych — trwa do dzisiaj.

Dzisiejsza obsada:
Jesus Chrystus: Maciej Balcar
Judasz Iskariota: Janusz Radek
Maria Magdalena: Maria Meyer
Król Herod: Jacenty Jędrusik
Poncjusz Piłat: Andrzej Kowalczyk
Kajfasz Arcykapłan: Zbigniew Mikolasz
Annasz: Marta Tadla
Kapłan: Marta Tadla
Dowódca straży-Kapłan II: Marian Florek
Piotr: Marek Chudziński
Szymon Zelota: Dominik Koralewski.

Ogólnie bardzo mi się podobało. Polecam. Jednakże Janusz Radek pozostanie moim idolem pod warunkiem, że będzie zamknięty w płycie, pendrive albo w MP3. Na scenie raczej mnie nie powalił. A swoją drogą ciekawe jak to jest wieszać się publicznie dwa razy dziennie przez trzy dni w tygodniu. Po drugie to Jezus w tym przedstawieniu był bardzo nieszczęśliwy. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Najbardziej podobała mi się chyba Maria Magdalena i oczywiście scena z Herodem.
A teraz jest późno i idę spać.

Korzystałam z informacji na teatr-rozrywki.pl

 


 

Post nr 27, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 14-9-2010 o godz 23:5
wtorek

Pojechałam rano na uczelnię. Rozmowa miała się odbyć o jedenastej, ale były opóźnienia. Weszłam około dwadzieścia po. Zapytali mnie o studia podyplomowe (nie dołączyłam dyplomu do dokumentów), o to, dlaczego chcę studiować i dlaczego nie należałam do żadnego koła naukowego. Poprosili mnie też o wyjaśnienie dlaczego jestem magistrem a jeszcze studiuję. Ogólnie rozmowa trwała około siedmiu – ośmiu minut. W komisji było pięć osób, trzy znajome. Było szybko i w marę bezboleśnie. Jednak osoby, które czekały oprócz mnie miały już jakieś publikacje i wszyscy brali w czymś udział, co zdecydowanie stawia ich powyżej mnie w kolejce do studiów doktoranckich. Teraz pozostaje czekanie na wynik. Z uczelni pojechałam do tesco zrobić zakupy, a stamtąd do domu. Zjadłam obiad i poszłam do hufca na dyżur. Wieczorem wróciłam do mieszkania, czytałam test z zarządzania, oglądałam serial i teraz idę spać.

 


 

Post nr 26, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 13-9-2010 o godz 23:10

poniedziałek

Obudziłam się prawie że w południe. Potem ustawiałam talerze do obiadu. Po obiedzie pojechałam do Chorzowa. Dojechałam cała i zdrowa.

niedziela

Byłam na Mszy, oglądałam telewizję i takie tam…

sobota

Oglądałam Opole Festiwal i prasowałam.

piątek

Wstałam dopiero jak mi się chciało, czyli nie znów jakoś bardzo wcześnie. Później pobiegłam na Wolność żeby wymienić pieniądze, ale bankomat wydał mi tylko tyle pieniędzy na ile pozwolił mu limit. Okazało się, że po resztę będę musiała pójść w następnych dniach. Może to i lepiej, bo złotówka się umacnia, więc powinno być taniej. A potem zjadłam obiad i pojechałam do Kucob.

 


 

Post nr 25, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 9-9-2010 o godz 22:11
czwartek

Wstał mnie budzik. Na śniadanie zrobiłam sobie jajecznicę. Na uczelni okazało się, że godzina jedenaście oczekiwania na doktora skutkuje tym, że nie ma już czasu na pisanie zaliczenia i mogę przyjść za tydzień. Ale za to wiem, że będzie to test wielokrotnego wyboru (prawdopodobnie ten sam, który pisali wszyscy). Później pojechałam do centrum Katowic zawieźć tusz z drukarki do regeneracji. Po drodze wstąpiłam do katowickiego oddziału NBP aby zapytać o harcerskie dwuzłotówki. Niestety nie było. Potem wróciłam do domu i poszukałam w komputerze testu, o którym jest napisane powyżej. Około piątej pojechałam do hufca i posiedziałam tam nieco. I tak minął dzień…

 


 

Post nr 24, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 8-9-2010 o godz 23:55
środa

Obudziłam się z rana, żeby zdążyć dorwać świeżo upieczonego doktora przed egzaminem. No a przecież rano muszę zjeść śniadanie a jeszcze najpierw to je przygotować. Tak czy owak doktora dorwałam, ale kazał mi pisać egzamin. Szkoda, że wymyślił inne pytania niż się nauczyłam. Były tylko dwa pytania: na pierwsze zrobiłam mix z wszystkiego co wiedziałam, a drugie napisałam na czuja . W przyszłym tygodniu mam się zgłosić do rektoratu po wpis – dostałam 4+. Później poszłam do D, żeby przekonać pana magistra inżyniera, żeby mi skasował dwóję z wirtualnego dziekanatu, bo z logistyki mam piątkę pod którą podpisał się dziekan. Niestety podobno to się nie da, ale skoro się dziekan podpisać to dziekanat to poprawi. Mam nadzieję. Przy okazji dowiedziałam się, że mam swoją własną grupę. Każdy wykładowca dziwi się dostając grupę z jedną osobą. Wracając z uczelni wstąpiłam do Saturn, żeby odebrać zdjęcia prezesa z synem. Dalej pojechałam do hufca, pomogłam wkładać listy do kopert (jestem przecież wykwalifikowana do tej pracy). Posiedziałam chwilę, ale nic się nie działo to pojechałam do domu. Zrobiłam obiad, obejrzałam serial (ale nie cały) i zaczęłam się uczyć na jutro. Nie wiem, czy przez przypadek pan doktor nie każe mi pisać.
Tak w ogóle to jak robiłam obiad to pomyślałam, że nawet fajnie – zaliczyłam jeden przedmiot, dostałam nowy katalog z IKEA i przeniosłam fotel z kuchni do pokoju.
A teraz idę spać, bo jutro kolejny dzień wojny z (jeszcze) AE.

 


 

Post nr 23, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 7-9-2010 o godz 23:51
wtorek

Obudziłam się i zjadłam śniadanie. Postanowiłam wybrać się na uczelnię, ale zanim to nastąpiło zrobiłam przegląd szafki w kuchni i wyrzuciłam sześć pustych pudełek po fruktozie. Dwa zostawiłam na wszelki wypadek. Później pojechałam na uczelnię, posiedziałam w czytelni i poczytałam książkę o zarządzaniu procesowym. Później wróciłam do domu, gotowałam obiad i takie tam. Wieczorem poszłam do teatru kupić bilety. Niestety była awaria terminalu płatniczego i musiałam biec do bankomatu po prawdziwe pieniądze. W drodze powrotnej wstąpiłam do hufca. Gdy szłam do domu udało mi się kupić bilety. Idziemy wraz z Olą i Magdą na Jesus Christ Superstar za tydzień w środę. Siedzonka na środkowym balkonie. Potem posiedziałam nadal nad procesami, oglądałam serial. Zaraz idę spać.

 


 

Post nr 22, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 6-9-2010 o godz 21:48
Po wielu dniach nieobecności wróciłam do pisania. Właściwie to zostałam zachęcona.
Dziś obudziłam się rano, bo przyjmował pan dziekan a ja potrzebowałam od niego podpisu. Zgodnie z ustaleniami nie wychodzę z domu bez śniadania, więc potrzebowałam więcej czasu niż zwykle. W tak zwanym międzyczasie przyszedł pan kominiarz, aby sprawdzić wyciągi czy coś takiego. Później pojechałam na uczelnię. Pan dziekan podpisał grzecznie zmianę w Learning Agreement. Powiedział mi, że to wykładowca jest królem przedmiotu i jeśli uzna, że nie muszę zdawać ćwiczeń to nie muszę. Ale jeśli powie, że muszę to niezależnie od tego, że ćwiczeniowiec jest na wakacjach przed przystąpieniem do egzaminu muszę je zaliczyć. I klops. Później pobiegłam do budynku D, gdzie konsultacje miał profesor statystyk matematyczny. Przyszedł jakieś pięć minut przed oficjalnym rozpoczęciem konsultacji, zapytał czy ja do niego, a potem poszedł do sekretariatu katedry. Po około pół godziny przyszedł ale pobiegł jeszcze szybciutko do kibelka. Gdy wreszcie mnie przyjął należało zacząć od wyjaśnień, że studiuje na wydziale zarządzania i na kierunku też zarządzanie (całe szczęście, że o specjalność nie pytał). I stwierdził ze zdziwieniem, że nie ma mnie na protokole. Należało zatem zadzwonić do dziekanatu aby wyjaśnić tę kwestię, potem do działu finansowego żeby sprawdzić czy na pewno zapłaciłam za tryb poprawkowy a potem do pana informatyka, żeby poinformować go, że BARBARY JOANNY nie ma w protokole. Potem można było już rozpocząć poszukiwania mojej pracy. Około dwustu przełożonych kartek i czterdziestu minut później moja praca się znalazła. Należało zatem zadzwonić znów do pani z dziekanatu, czy skoro mnie nie ma w protokole to czy można mi wpisać ocenę do indeksu. I na końcu pan profesor powiedział mi, że zdałam. Z radości pojechałam do tesco na całotygodniowe zakupy. Z tesco przyszłam do domu, a potem poszłam do hufca. Oddałam 44,02. W drodze powrotnej kupiłam kartkę ślubną i sprawdziłam kursy walut. Pomyślałam, że mogłabym pójść na rower, ale jak zjadłam kluski z roladą to zaczęło padać, więc nie poszłam. Obejrzałam Grey’s Anatomy, powtórzyłam zarządzanie procesowe, a zaraz pozmywam, wykąpię się w wannie i idę spać.

 


 

Post nr 21, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 14-7-2010 o godz 0:5
Wtorek

Wstałyśmy rano z Kasią, żeby w miarę przy czasie udać się do sklepu. Po śniadaniu wsiadłyśmy do tramwaju!! i pojechałyśmy do Katowic. Całe szczęście, że miałyśmy bilety, bo spotkała nas kontrola. W Pentagonie udało nam się załatwić wszystko w miarę sprawnie. Pierwsza bluza, którą pani nam podała okazała się wręcz idealna. Do tego najdłuższy możliwy pas i już po zakupach. Po drodze na tramwaj obeszłyśmy trzy sklepy z butami i jeden spożywczy. Z tramwaju wysiadłyśmy na AKS i poszłyśmy do Lidl kupić mleko i kawę (czyli wszystko, co było na liście zakupów). Po powrocie zjadłyśmy obiad i pobiegłyśmy do hufca na dyżur. Kasia skoczyła na Wolności kupić sobie gazetę. Ja w tym czasie edytowałam z druhną Teresą książkę oraz odbierałam telefony. Po piątej poszłyśmy sobie do domu. Szłyśmy Wolności, po drodze kupiłyśmy dla Kasi sandały, żeby jej się stopy nie odparzały. Zaszłyśmy też do McDonald’s na lody. Gdy wróciłyśmy do domu postanowiłyśmy zjeść kolację i pójść do WPKiW zobaczyć jak wygląda plaża. Pojechałyśmy tramwajem do żyrafy, a stamtąd nogami przeszłyśmy do domu. Po drodze odwiedziłyśmy jeszcze Carrefour, bo Kasia pilnie potrzebowała soku. W domu obejrzałyśmy film, Kasia poszła spać, ja uzupełniam wpis i też idę spać.

 


 

Post nr 20, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 13-7-2010 o godz 23:28
Poniedziałek

Obudziłam się rano, ale na śniadanie nie poszłam, bo byłam jeszcze w piżamie. Gdy już doszłam do siebie zabrałam się za kończenie pisania pracy dla Rafała K. Udało mi się skończyć i od razu ją wysłałam. Wysłałam też maile do Renaty i Lenki. Renata odpisała i przysłała potrzebne zaświadczenie mailem. Lenki nie ma w biurze do 19 lipca – urlop. W wolnej chwili poszłam nad basen, pogadałam z ratowniczką, pooglądałam jak Kasia i Meg płuczą nogi (i nie tylko nogi). Około 12:00 zjadłam w kuchni śniadanie. Potem posiedziałam pod daszkiem. Krótko przed obiadem plotkowałam z Pastorem. Po obiedzie robiłam coś na komputerze bo miałam w tle Magdę M. Uznałam, że muszę sobie wrzucić drugi sezon, bo pierwszy już znam na pamięć. Około piątej znów kawa, ploteczki i kolacja. A po kolacji zabrałam Kasię i przyjechałyśmy do Chorzowa kupić jej nowy mundur (bluzę i pas, spódnice dostanie po starszej siostrze). Kasia już leży na łóżku a ja uzupełniam brakujące wpisy.

Niedziela

W niedzielę z objęć Morfeusza wyrwał mnie budzik. Miałam nastawiony, by zdążyć do kościoła na 9:00. Plan był taki, że im wcześniej zacznę się modlić, tym wcześniej skończę i będę mogła jechać do Kucob. W drodze na mszę spotkałam sąsiadkę. Po mszy szybko odkurzyłam podłogę i pojechałam do Kucob. Trafiłam akurat na obiad. Po obiedzie powłóczyłam się trochę, poplotkowałam, wypiłam kawę. I tak nic nie robiąc minął mi czas do kolacji. A po kolacji oglądaliśmy film, a w przerwach na reklamy mecz z okazji zakończenia mistrzostw świata w piłce nożnej. Grała Holandia z Hiszpanią. Wygrali ci drudzy zdobywając jedną bramkę w doliczonym czasie gry.

Sobota

Sobota minęła mi bardzo szybko. Postanowiłam, że nigdzie nie wychodzę przed południem jeśli nie napiszę pracy dla Rafała K. w ramach przedmiotu „Przedsiębiorczość”. Zatem zaraz potem jak się obudziłam, jeszcze w piżamie zaczęłam pisać. Miałam już początek, więc pozostało mi przygotować część praktyczną oraz zakończenie. Gdy o szesnastej zadzwoniła Ola ja nadal w piżamie pisałam. Postanowiłam zatem zrobić przerwę, wziąć prysznic i przygotować się do wyjścia. O piątej spotkałyśmy się przed wejściem głównym do parku. Po chwili zjawił się Marcin i Piotrek. Okazuje się, że oprócz mnie wszyscy uczciwie pracują. Posiedzieliśmy około trzech godzin. Potem wszyscy zaczęli się zbierać do pójścia do domu. Wszyscy szli w kierunku Katowic, a tylko ja w przeciwnym. Postanowiłam jednak pójść z nimi pod Żyrafę i stamtąd wrócić tramwajem. Spacerkiem poszliśmy i pod Żyrafą rozstaliśmy się. Marcin poszedł na autobus, Ola na tramwaj, a Piotrek piechotą do domu. Ja poszłam też piechotą i też do domu, tyle że w przeciwną stronę. Przeszłam przez park, który jest bardzo atrakcyjny. Ogólnie było dużo ludzi i widać, że „się tam dzieje”. Gdy wychodziłam z parku strasznie zachciało mi się do ubikacji. Poszłam do Carrefour bo tam mają darmowe toalety. Skoro już ich wykorzystałam to weszłam też do sklepu. Właściwie to chciałam kupić brzoskwinie w koszyczku po 2,49 ale już nie było. Kupiłam zatem mleko. Potem spacerkiem poszłam do domu spać.

 


 

Post nr 19, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 9-7-2010 o godzinie 22:58:21
Piątek

Obudziłam się dzisiaj z rana. Ubrałam się, zjadłam śniadanie i poszłam do miasta. Przeszłam Wolności z dołu do góry. Sprawdziłam aktualne kursy koron czeskich we wszystkich dostępnych kantorach, ale były niezbyt zadowalające. Przeszłam na pocztę. Odebrałam jeden polecony do Babci, ale drugiego mi pani nie chciała wydać (ten z sądu). Tak właściwie minęła mi większa część dnia. W mieszkaniu trochę posprzątałam, posiedziałam przy komputerze. Obejrzałam siatkówkę i w dalszym ciągu się dziwię dlaczego oni nie potrafią zagrywać (pomimo, że są w lidze światowej). A teraz idę spać. Jutro mamy spotkanie z analitykami, ale niestety bez Magdy P bo jest chora.

Post dodano 8-7-2010 o godzinie 23:26:19
Czwartek

Dzisiaj miałam strasznego lenia. Zignorowałam zatem budzik o 8:30 i ten o 9:00 też. Obudziłam się koło 11. Akurat bez pośpiechu miałam czas żeby się wybrać do hufca. Udało mi się tam dotrzeć wcześniej niż miałam. Posiedziałam na dyżurze, odebrałam kilka telefonów i nawet kilku rodziców się przewinęło. W międzyczasie z druhną Teresą „wkładałyśmy” zdjęcia do książki. Jednak dużo zdjęć nam jeszcze brakuje. Po dyżurze przeszłam Wolności do domu. Na jakieś 10 minut przyszła Weronika, bo była z kimś umówiona, ale miała jeszcze chwilę czasu. Akurat tyle, żeby wypić szklankę soku. Potem robiłam porządek w strefie reklamówek i innych taśek w kuchni. A na obiad jadłam sałatkę i zupę pomidorową (zupy mam jeszcze na jutro). Taki sobie dzień.

 


 

Post nr 18, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 8-7-2010 o godzinie 0:29:34
Środa

Rano, a właściwie to w środku nocy (2:15) obudziłam się, żeby zawieźć chłopaków na lotnisko. Lot mieli o 6:00 ale ponieważ mieli duże bagaże to należało być tam półtorej godziny wcześniej. Z lotniska wróciłam około siódmej i położyłam się spać. Nastawiłam budzik na 12. Pojechałam na uczelnię zobaczyć się z Janinką. Podobno, największe szanse na to, żeby się dostać na studia doktoranckie mają ci, którzy mają opiekuna naukowego. Powiedziała, że mam napisać konspekt mojej pracy badawczej i się do niej zgłosić. Z uczelni wstąpiłam do tesco na zakupy. Przygotowałam i zjadłam sałatkę. Chwilę potem przyszła Magda P, która akurat była w Chorzowie. Poplotkowałyśmy jakiś czas, ale zrobiło się późno i Magda poszła do domu. Ja poszłam do wanny się wykąpać. A teraz uzupełniam brakujące dni i zaraz idę spać.

Wtorek

Obudziłam się wcześnie, bo musiałam rano wyjechać żeby zdążyć na dyżur do hufca. Całe szczęście chłopacy byli wyzbierani szybciej niż ja, więc cała wyprowadzka odbyła się w miarę sprawnie. Trochę się przeraziłam, że wszystkie ich rzeczy nie zmieszczą się do mojego małego autka. Dziwnym trafem się udało. Sprawnie przyjechaliśmy zatem do Chorzowa. Ja pobiegłam do hufca a chłopaków wysłałam do McDonald’s na Wolności. W hufcu w sumie nie było wiele roboty, obgadałyśmy z Dorotą, Olą i Patrycją kolonię zuchową, odebrałam kilka telefonów i klika kart zdrowia doniesionych przez rodziców. Gdy wyszłam z hufca zadzwoniłam do Wadsona. Okazało się, że akurat byli w Carrefour. Pojechałam tam. Zrobiliśmy zakupy na obiad. Później w domu gotowaliśmy. Danie na dziś: kurczak z pieczarkami i makaronem w sosie śmietanowym. Właściwie to moja rola w gotowaniu ograniczała się do wyciągania garnków, przypraw i innych przedmiotów niezbędnych do pracy. Wyszło nam całkiem nieźle. Z racji nocy Julio przespał się na kanapie, ja na moim łóżku, a Wadson oglądał mecz. Chciałam mu wyciągnąć kanadyjkę, ale stwierdził, że nie będzie spał. Nie, to nie.

Mam nadzieję, że żadna sąsiadka (ani sąsiad) nie ucierpieli (zawał serca albo coś takiego) na widok czarnoskórego chłopa w naszej dzielnicy.

Poniedziałek

Pod przykrywką odebrania brakujących dokumentów z uczelni pojechałam do Ostrawy. Niestety przykrywka okazała się nędzna, bo w całych Czechach ogłoszono długi weekend (z okazji Cyryla i Metodego) i żadne instytucje nie działają. Uczelnie również. Zatem odwiedziłam kolegów Portugalczyków. Zjedliśmy razem obiad i kolację. Odwiedziłam również Milę, która ciągle jeszcze się nie wyprowadziła ze swojego pokoju, więc skorzystałam z opcji spania w akademiku ostatni raz. Właściwie to chciałam jechać do domu, ale Portugalia się jutro wyprowadza i stwierdzili, że było by bardzo miło, gdybym zechciała ich przechować do czasu odlotu (z lotniska w Katowicach oczywiście).

Post dodano 4-7-2010 o godzinie 21:42:50
Niedziela

Dzisiaj spałam do południa (prawie że). Jak się wykąpałam i ubrałam to już zbliżał się czas obiadu. Po obiedzie chwilę obserwowałam jak leci para z odpowietrzania solarów. Wraz z całą rodziną zjedliśmy lody, a potem pojechałam do Chorzowa. W Chorzowie od razu pojechałam do Ekonomika, aby oddać swój głos. W domu oglądałam wieczór wyborczy na itvp.pl

Sobota

Właściwie cały dzień spędziłam na wkładaniu i wyciąganiu prania z pralki, wieszaniu i ściąganiu a potem prasowaniu. Ponieważ zaczął się obóz wypiliśmy popołudniową kawę pod pergolą. Wieczorem pojechałam z Mamą do kościoła.

Piątek

Miałam ustawiony budzik na rano, bo o dziesiątej byłam umówiona w hufcu z druhną Teresą. Niestety zdjęcia, które miały dojść nie doszły więc nie wiele zrobiliśmy. Posiedziałam tam prawie do czwartej. W między czasie Agata pojechała do Urzędu Pracy i do Chorągwi. Przyjechał i pojechał Tata. I jeszcze mnóstwo osób i telefonów się przewinęło. Przed wyjazdem zagadał mnie sąsiad z naprzeciwka. Pojechałam do Kucob, obejrzałam film i poszłam spać.

 


 

Post nr 17, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 1-7-2010 o godzinie 23:6:45
Czwartek

Dziś miałam nastawiony budzik na ósmą, bo o dziesiątej przyjmowała moja pani promotor. Zatem pojechałam. Po około godzinie oczekiwania pod drzwiami wszyscy wyszli i był mój czas na rozmowę. Ustaliłyśmy, że mogę napisać pracę o zaspakajaniu potrzeb młodzieży przez organizacje pozarządowe. Co prawda nie mam pojęcia jaki ma to związek z zarządzaniem, ale niech będzie. W porównaniu do pani profesor Janiny, ta pani strasznie dużo mówi. Cóż, trzeba będzie się przyzwyczaić do nowego stylu pracy. Ustaliłyśmy, że mam do niej mailować jak coś napiszę. Z tą myślą pobiegłam do dziekanatu zanieść całą tą makulaturę przygotowaną wczoraj. Po odczekaniu pół godziny odebrałam indeks i kartę egzaminacyjną, ale nie złożyłam podań, bo pan dziekan gdzieś biegał po uczelni i miałam go złapać. Okazało się, że jest na obronach i będzie dostępny jak się skończy. Ponieważ było siedem osób do obrony a pierwsza weszła do pokoju obron i wyjść nie mogła. Stwierdziłam, że bez sensu czekać dwie godziny, bez pewności, że dziekan będzie miał czas ze mną porozmawiać. Wróciłam do dziekanatu i oddałam wszystko. Jak się uda to pani z dziekanatu podrzuci podania do podpisania, a jak nie to przyjdę w przyszłym tygodniu w godzinach konsultacji. Wróciłam do domu, zjadłam resztę wczorajszego obiadu. Około piątej byłam umówiona z Dużą Basią na placu zabaw (jak to Ewa powiedziała na „placu i zabaw”). Chwilę pochodziłyśmy dookoła piaskownicy i poszłyśmy do nich. Po krótkich plotkach wrócił Sławek i tak prawie do dziesiątej plotkowaliśmy w trójkę.

Środa

Wstałam rano około godziny dziewiątej. Zrobiłam kawę i zaczęłam przygotowywać podania, które muszę zanieść dziekanowi. Gdy było za piętnaście dwunasta zorientowałam się, że dziekanat jest czynny do dwunastej, a ja jeszcze byłam w piżamie. Porzuciłam zatem myśli o pojechaniu na uczelnię. Poszłam zatem na Wolność sprawdzić po ile dziś korony czeskie. Przeszłam całą ulicę w kierunku z dołu do góry. Na górze wsiadłam do tramwaju i pojechałam do Carrefour. Kupiłam sobie kurę i sos na obiad. Sprawdziłam także nowego Rossmanna. Raczej go polubię. Ma duże uliczki między półkami i sprzedają w nim moje soczewki (więc już nie będę musiała jeździć po nie do Katowic). Życzę mu długiej kariery. Wróciłam do domu i przygotowałam sobie obiad. Zasiadłam przed komputerem i chwilę potem zadzwoniła Kasia, że wpadają na herbatę. I faktycznie kilka minut później byli. Chwile poopowiadaliśmy, ale Tata z Kasią musieli jechać dalej. Około dziewiątej zadzwonił do mnie Wadson, że jest w Katowicach i ma dwie i pół godziny do przesiadki, więc jak chcę to możemy się spotkać. Oczywiście, że chciałam. Popędziłam zatem Mazdą do Katowic. Pojechaliśmy do Silesi. Niestety dwie i pół godziny szybko minęły i odstawiłam go z powrotem na dworzec. A ponieważ już była noc wróciłam do mieszkania i poszłam spać.

Post dodano 29-6-2010 o godzinie 23:7:21
Wtorek

Obudziłam się około dziewiątej. Ponieważ miałam dużo czasu nie musiałam się śpieszyć przy porannych czynnościach. Biuro wymiany na uczelni przyjmowało dziś od 12. Pojechałam samochodem i zaparkowałam na parkingu „dla wybranych”. Obok mnie parkował ten pan, co mi kazał pisać zaliczenie we wrześniu. Teraz już wiem czemu jest taki – na rejestracji miał SO. Generalnie w biurze załatwiłam prawie wszystko. Niestety Lenka nie przysłała mojego Learning Agreement, który jest niezbędny do zamknięcia formalności na uczelni. Potrzebuję też potwierdzenie od koordynatora CEEPUS, więc wszystko wskazuje na to, że czeka mnie wycieczka do Ostrawy. W drodze powrotnej zatrzymałam się w tesco, żeby sprawdzić czy mają w ofercie coś, co nadaje się do wsadzenia do szafy, którą niedawno przestawialiśmy. Nabyłam drogą kupna dwa kartony. Zobaczymy jak się sprawdzą. Potem pojechałam do hufca, zawiozłam koło. Wczoraj listonosz wrzucił do skrzynki awizo, więc skoro już byłam w tych okolicach to poszłam na pocztę. Pani w okienku wydała mi mój list, a stanowczo odmówiła wydania listu babci. I nie da mi go nawet jak będę miała upoważnienie, dowód osobisty i nie wiadomo co jeszcze. Z hufca pojechałam do domu zjeść obiad. Dwie godziny później wróciłam, bo byłyśmy umówione z Dorotką i komendantem. Oczywiście czasu na rozmowę nie było, więc nie ustaliliśmy nic. Pokazałam im zdjęcia z budowy cyrku. W hufcu byłam piechotą i postanowiłam pójść na cmentarz zapalić dziadkowi znicza. W drodze powrotnej spotkałam Weronikę, która wracała od Babci. Poszłyśmy razem poplotkować do McDonald’s. Dobrze, że ją spotkałam, bo mi się trochę humor poprawił. Do domu wróciłam koło 22:30.

Poniedziałek

Obudziłam się jak zwykle. Podczas dopołudniowej kawy Tata zaproponował abyśmy stawiali z nim cyrk. Więc z Mamą, Magdą i nawet Kasią poszliśmy. Stawialiśmy aż do wieczornej kawy (oczywiście z przerwą na obiad). Później ja pojechałam do Chorzowa a oni pewnie dalej stawiali.

Niedziela

Obudziłam się jak mi się chciało. Przez cały dzień nie robiłam właściwie nic konkretnego poza polerowaniem Mazdy. Trochę mi Kasia pomagała. Wieczorem oglądałam film w prawdziwym telewizorze 😉

Post dodano 26-6-2010 o godzinie 20:40:14
Sobota

Dziś obudziłam się samoczynnie około jedenastej. Zadanie na dziś: umyć samochody. Zaczęłam od Renault, potem Toyota. Przerwa na obiad. Po obiedzie pojechałam z Kasią na zakupy do Biedronki. Gdy wróciłyśmy był u babci wujek i ciocia. Wypiliśmy wspólnie herbatę. Potem zabrałam się za mycie Mazdy. Gdy skończyłam był dobry czas, aby zbierać się do kościoła. Wieczorem myślę, że znajdę jakiś pasjonujący film i pójdę spać.

Piątek

Wkrótce po tym, jak się obudziłam pojechałam z mamą do Olesna odebrać Mazdę z warsztatu. W drodze powrotnej pojechałam do Bodzanowic odwieźć gaśnice do legalizacji. Nawet zawiozłam o jedną więcej niż miałam. Później gotowałam kalafior na obiad. Po obiedzie zabrałam się z poprawianie Błękitnej Trójki, ale bardzo opornie mi szło. Wieczorem z wszystkimi oglądaliśmy film.

Post dodano 26-6-2010 o godzinie 20:40:6
Sobota

Dziś obudziłam się samoczynnie około jedenastej. Zadanie na dziś: umyć samochody. Zaczęłam od Renault, potem Toyota. Przerwa na obiad. Po obiedzie pojechałam z Kasią na zakupy do Biedronki. Gdy wróciłyśmy był u babci wujek i ciocia. Wypiliśmy wspólnie herbatę. Potem zabrałam się za mycie Mazdy. Gdy skończyłam był dobry czas, aby zbierać się do kościoła. Wieczorem myślę, że znajdę jakiś pasjonujący film i pójdę spać.

Piątek

Wkrótce po tym, jak się obudziłam pojechałam z mamą do Olesna odebrać Mazdę z warsztatu. W drodze powrotnej pojechałam do Bodzanowic odwieźć gaśnice do legalizacji. Nawet zawiozłam o jedną więcej niż miałam. Później gotowałam kalafior na obiad. Po obiedzie zabrałam się z poprawianie Błękitnej Trójki, ale bardzo opornie mi szło. Wieczorem z wszystkimi oglądaliśmy film.

 


 

Post nr 16, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 24-6-2010 o godzinie 22:39:6
Czwartek

Obudziłyśmy się z Magdą około godziny jedenastej. Zaczęłyśmy dokańczać sprzątanie pokoju. Odkurzanie podłogi, układanie książek wg rozmiaru. Zjadłyśmy obiad. Później wyciągnęłyśmy wszystko zza szafy i wyniosłyśmy to do piwnicy. Okazuje się, że jest tam też miejsce dla mojego roweru. Poszłyśmy do bankomatu oraz kupić sobie lody. Wieczorem przyjechał Tata i wspólnie pojechaliśmy do domu. Tata mercedesem, Magda toyotą a ja renault odebranym w Tarnowskich Górach.

Środa

Miałam nastawiony budzik na wczesne rano, bo na ósmą znów odstawialiśmy Mazdę do salonu. Okazuje się, że pan Adam ma z niej więcej pożytku niż ja. Szybko zrobiliśmy z Tatą zakupy w Oleśnie. Po powrocie piliśmy świąteczną kawę i jedliśmy tort. Pojechałyśmy z Magdą jej autem do Chorzowa. Najpierw prowadziłam w Hufcu spotkanie z rodzicami dzieci wyjeżdżających na kolonię do Kucob. W tym czasie Magda pobiegła do McDonald’s zorganizować coś do jedzenia. Po spotkaniu pojechałyśmy do mieszkania. Wyjęłyśmy wszystko z szafy i zabrałyśmy się za przestawianie. Najbardziej pracochłonną czynnością było powkładanie wszystkiego z powrotem na miejsca. Dużą część papierów trzeba było wyrzucić. Spać poszłyśmy po północy.

Wtorek

Obudził mnie budzik skoro świt. Razem z Tatą pojechaliśmy do Zawiercia odebrać stal do konstrukcji cyrku na kolonii zuchowej. Całkiem ciekawa wycieczka. Łącznie z wjazdem do huty bez kasków ochronnych ale za to z ważeniem samochodu bez pasażerów. Po powrocie zjedliśmy obiad. W top-secrecie zrobiłam krem do tortu dla którego Magda wcześniej upiekła biszkopt. Wieczorem oglądałyśmy z Mamą film w prawdziwej telewizji.

Poniedziałek

Nie miałam nastawionego budzika, bo egzamin miał być dopiero o 17:00. Zatem obudziłam się jak mi się już znudziło spanie. Bez pośpiechu ubrałam się. Około drugiej poszłam do hufca, posiedzieć sobie i zobaczyć co słychać. Około wpół do czwartej pojechałam na uczelnię komunikacją miejską =) Na uczelni całe mnóstwo znajomych twarzy. W końcu statystykę poprawiało 50 osób od nas, a pisały jeszcze dwa inne przedmioty w tym samym czasie. Było całkiem duże zamieszanie przy usadzaniu studentów (żeby przez przypadek statystyka matematyczna nie siedziała obok statystyki matematycznej). Nawet musieliśmy podnieść rączki, kto jest kim. Potem pojechałam do mieszkania. Po chwili przyjechał Tata z Magdą. Udało się wynieść szafę spod okna do samochodu i wysłać ją do Kucob. Tak samo jak i rzeczy, które się w niej znajdowały. Razem z nimi wróciłam do domu.

Post dodano 20-6-2010 o godzinie 21:47:37
Niedziela

Obudził mnie budzik, bo miałam zaplanowane, że na jedenastą idę do kościoła. Tak też zrobiłam. Po Mszy wróciłam do domu i wyjęłam notatki (znów ze statystyki). Trochę poczytałam, przygotowałam i zjadłam obiad. Około trzeciej poszłam się przejść na wybory. Wróciłam do domu i wróciłam do uprzednio wykonywanych czynności. A teraz patrzę na film, a jak się skończy to idę spać.

Sobota

Wstałam trochę przed południem. Zaraz „z rana” poszłam do Carrefour kupić sobie coś na obiad. A potem przez resztę dnia zaznajamiałam się ze statystyką matematyczną. I trochę czasu zmarnowałam przed komputerem. Na „Skrzypka…” do parku nie poszłam, bo po pierwsze nie chciałam iść sama, a po drugie to przeczytałam, że to się kończy koło północy i się bałam. A spotkanie grupowe zostało przeniesione na lipiec.

Post dodano 19-6-2010 o godzinie 11:43:55
Piątek

Budzik miałam nastawiony mniej-więcej na godzinę dziewiątą. O tej też porze udało mi się wyjść z łóżka. Zaraz potem pobiegłam do banku, zabrałam pieniądze, w sklepie kupiłam mleko i ciasto. Później zabrałam się za odkurzanie mieszkania. Gdy już prawie skończyłam przyjechała babcia z mamą. Wypiłyśmy herbatę i zjadłyśmy po kawałku ciasta. Chwilę potem przyjechał tata i wspólnie poszliśmy do notariusza. Wizyta tam trwała mniej niż godzinę (bo na tyle mieliśmy bilet do parkometru). Później wszyscy pojechali a ja pobiegłam do hufca. Oddałam kartkę z PKP InterCity i poszłam. Po drodze kupiłam sobie kalafior na obiad. Kupiłam też kwiatki dla Gosi. W domu zjadłam kalafior, sprawdziłam najnowsze wiadomości. Około szóstej zaczęłam się zbierać na urodziny. Do Gosi trafiłam bez problemów. Gdy przyszłam był już brat Gosi z żoną, drugi brat, siostra Mariusza z mężem i koleżanka Gosi. Nikogo nie znałam. Około godzinę potem przyszła jeszcze Weronika i Ula. Na początku serwowano ciasta, potem zimne i ciepłe płyty. Około północy po Weronikę przyjechał tata, który i zabrał i mnie i odwiózł do domu. Potem poszłam spać.

Post dodano 17-6-2010 o godzinie 22:8:8
Czwartek

Dziś obudził mnie budzik skoro świt około 6:45. O ósmej miałam być pod kościołem Ducha, bo stamtąd był wyjazd na wycieczkę. Niestety ze względu na zawirowania związane z autobusem wyjechaliśmy dopiero po dziewiątej. W pierwszej kolejności pojechaliśmy do Cieszyna. Babcie porobiły zakupy, głównie butelkowane. Z Cieszyna pojechaliśmy do Nosowic, gdzie znajduje się browar Radegast. Przeszliśmy browarem, a wycieczkę zakończyliśmy na 10 piętrze, gdzie odbyła się degustacja piwa. Później pojechaliśmy do Ostrawy. Spędziliśmy tam mniej niż godzinę, bo trzeba było jechać z powrotem. W domu byłam około dziewiątej.

Środa

Miałam wreszcie okazję się wyspać. Zatem gdy obudziłam się okazało się, że zbliża się południe. Zaczęłam się zatem zbierać na uczelnię. W czasie gdy się szykowałam zadzwoniła druhna Janka z pytaniem czy zdążę podejść na PKP zapytać się, o której jadą nasze pociągi. Postanowiłam zatem kupić krótkie bilety i tam pojechać. Pani kolejarka była bardzo miła, wydrukowała mi kartkę z rozpiską naszych pociągów. Później pojechałam na uczelnię. Usiadłam w bibliotece i napisałam część teoretyczną pracy dla Rafała K. Teraz jeszcze muszę poszperać za cyferkami i praca będzie gotowa. Czytelnię zamykają o 18:45. O 19:00 byłam umówiona z Olą na katowickim rynku. Poszłyśmy do Archibar na kawę. Około dziesiątej wróciłam do domu i poszłam spać.