Post 11 – 15 (stare)

 

Post nr 15, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 15-6-2010 o godzinie 21:18:49
Wtorek

Dziś obudziłam się wcześnie, bo między ósmą a dziewiątą miał przyjść pan zakładający plomby na liczniki. Oczywiście był bliżej dziewiątej niż ósmej, ale z nimi tak to już jest. Zaraz jak sobie poszedł pojechałam na uczelnię. W pierwszej kolejności poszłam do dziekanatu wydziału ekonomii i odebrałam dla Oli zaświadczenie o ukończeniu studiów podyplomowych. Oczywiście swoje w kolejce trzeba było odstać. Później poszłam szukać pana doktora u którego muszę zaliczyć ćwiczenia. Oczywiście w pokoju go nie ma, ale pani z sekretariatu powiedział, że jest na dole w klubie. Niestety nie mogłam pójść go poszukać w klubie skoro nawet nie wiem jak wygląda. Po około godzinie wreszcie przyszedł. Powiedział, że co ja w ogóle od niego chcę i dlaczego chcę zaliczać ćwiczenia w czasie sesji, a że w ogóle to on chce mieć wakacje i mam mu nie zawracać głowy do września. Czyli innymi słowy mam się zgłosić w sesji poprawkowej. Bardzo mi się nie spodobała ta odpowiedź. Pojechałam do domu. Po drodze wstąpiłam do Rossmann kupić nowe soczewki. Ponieważ do autobusu miałam jeszcze chwilę wstąpiłam do CCC i opalcowałam im wszystkie czerwone buty. Żadne mnie nie ujęły za serce. W domu zjadłam resztę szpageti i pobiegłam do hufca na komendę. Myślałam, że się spóźnię, ale nie. Nawet ostatnia nie byłam. Oczywiście jak zwykle dużo gadania a mało konkretów. Wieczorem przyszłam do domu, zjadłam kanapkę i po mału kontynuuję pisanie książki. A za chwilę idę spać.

Poniedziałek

Z snu głębokiego wyrwał mnie budzik. Najpierw odwiozłam Kasię do szkoły a potem pojechałam do Szczuki. Zawiozłam im Mazdę na jakiś czas. Później Magda dostarczyła mnie na PKP. Pojechałam InterRegio do Gliwic, a tam się przesiadłam na pociąg do Batorego. W sumie około dwunastej byłam w domu. Po drodze zadzwonił do mnie Wadson i powiedział, że będzie dziś w Katowicach i czy chcę się z nim zobaczyć. Pomysł miał taki, żeby być na dworcu około pierwszej w nocy. A następny pociąg (ten którym jechał do Krakowa) jakieś dwie godziny później. Czyli za krótko, żeby przyjechać do Chorzowa na herbatę, a za długo, żeby siedzieć na dworcu. Wpadłam na szybki pomysł, żeby przyjechał wcześniejszym pociągiem i przybył do mnie na kolację. Zaprosiłam też Magdę P i Olę Sz. Zatem zaraz po przyjeździe zabrałam się za odkurzanie podłogi, mycie łazienki i takie tam. Potem szybko pobiegłam do Lidl, kupić coś z czego kolację miałam przyrządzić. Później zabrałam się za gotowanie. Zaplanowałam na kolację szpageti z sosem. Zaczęłam od sosu. Mniej więcej gdy był gotowy pojechałam do Katowic odebrać Wadsona z dworca. Oczywiście pociąg był spóźniony jakieś pół godziny. Ale nie dłużyło mi się bardzo, bo w tym czasie zadzwonił tata. W tramwaju do Chorzowa spotkaliśmy się z Olą i Magdą. Ogólnie było wesoło. Najpierw wszyscy podziwiali jak wrzucam makaron do garnka i podgrzewam sos. Jedzenie wszystkim smakowało, a pomimo tego jeszcze mi zostało na obiad na jutro. Około jedenastej Ola z Magdą pojechały do domu. Myśmy poplotkowali co w Ostravie i dlaczego Słowacja jest piękna. Pozmywałam i wkrótce potem był czas zbierać się na tramwaj z powrotem do Katowic. Akurat pociąg do Krakowa nie był spóźniony, więc wsadziłam Wadsona do środka, a sama wróciłam do domu spać. To był miły wieczór.

Post dodano 13-6-2010 o godzinie 23:23:15
Niedziela

Obudziły mnie hałasy wyprawiających się do kościoła. Ale ponieważ miałam jechać wieczorem postanowiłam przekoczować jeszcze trochę w łóżku. Po jakimś czasie się
obudziłam. Zrobiłam sobie kawę i posiedziałam na kanapie. Później szłam wyprowadzić psa i po drodze spotkałam Mamę, Magdę i Kasię wracających z mszy.
Razem zeszłyśmy do kuchni na dole. Później gotowaliśmy obiad, potem nastawialiśmy
talerze, potem zmywaliśmy talerze po obiedzie i nastawialiśmy na kawę. A potem
zmywaliśmy po kawie. W tym samym czasie wujek i ciocia przyjechali odwiedzić
babcię. Chwilę porozmawialiśmy i oni zbierali się do wyjścia a ja do wyjazdu do
kościoła. Byłam w Oleśnie i ksiądz misjonarz opowiadał o Madagaskarze. Gdy wróciłam do domu w stodole stał tir ze sprzętem. Ponieważ jednak byli już prawie gotowi a ja byłam czysto ubrana poszłam do domu. Chwilę posiedzieliśmy z nimi gdy jedliśmy kolację. Wieczorem popatrzałam trochę na telewizję, ale ponieważ nie umiałam się skoordynować z pilotem uznałam że bez sensu i sobie poszłam.

Post dodano 13-6-2010 o godzinie 23:21:57
Sobota

Skoro świt czyli gdzieś koło dziesiątej się obudziłam. Poszłam sprawdzić co tam się gotuje na dole. Obiad. Trochę pomagałam tacie nakrywać do obiadu, a potem sprzątać po obiedzie. Później podawać kawę i sprzątać po podawaniu kawy. Później robiłam zamieszanie na dole w kuchni. A potem nakrywałam do kolacji i sprzątałam po kolacji. I tak cały dzień toczył się wokół jedzenia.
Wieczorem rozmawiałam z Wadsonem na MSN. Okazuje się, że mamy w Polsce ostrawską pogodę.
A teraz mi ktoś wyłączył sieć, więc opublikuję to dopiero jutro.

Piątek

Dziś sobie zaplanowałam na załatwianie różnych spraw. W pierwszej kolejności pobiegłam do sądu. Najpierw poszłam do kasy, ale okazało się, że muszę mieć wniosek. Pobiegłam do sekretariatu wydziału ksiąg i zabrałam wniosek. Wypełniłam go i wróciłam do kasy. Pani skasowała swoje, przybiła na wniosku pieczątkę i kazała iść z powrotem do sekretariatu. Tam od ręki wydali mi potrzebny wypis. Całe załatwianie trwało mniej niż pół godziny. Z wypisem poszłam do notariusza. Umówiliśmy się na termin, zadałam dużo pytań a na jeszcze więcej odpowiedziałam. Później poszłam do domu. Zebrałam mundur do bagażnika, butle do paintball i pojechałam szukać tej firmy, która je napełnia. Już za drugim podejściem trafiłam bezbłędnie. Pan, który butle napełnił oznajmił mi, że będę musiała chwilę poczekać bo musi zmienić dużą butlę. Jak powiedział mi że około cztery minuty to zdecydowałam się zaczekać. Z napełnionymi butlami pojechałam do parku. Tam nasi harcerze mają biwak pod liliji znakiem. Byłam na uroczystym apelu rozpoczynającym biwak. Później wróciłam do domu, pozbierałam graty i pojechałam do Kucob. W drodze kupiłam dla Babci kwiatka, bo miała urodziny. W domu był torcik i kawa. Wieczór upłynął na codziennych czynnościach.

Czwartek

Rano, około 9 pojawiłam się w Maździe odebrać moje autko. Panowie pokręcili śrubkami, pomierzyli, postukali i powiedzieli, że będzie jeździć. Skasowali 120 zł, ale dopiero za jakiś czas się okaże czy ich praca przyniosła efekty. Prosto z Mazdy pojechałam do tesco (bo jest na drugiej stronie ulicy). Kupiłam wodę mineralną i coś do jedzenia. Potem pobiegłam szybko do spółdzielni (albo do wspólnoty) sprawdzić jak się kształtują moje płatności mieszkaniowe. Stamtąd poszłam do notariusza. Okazało się, że zanim tam coś załatwię muszę mieć wypis z księgi wieczystej. Niestety numer księgi został w domu, więc nie pobiegłam tam by coś załatwiać. Później trochę posiedziałam w domu, popracowałam nad książką, wysłałam zaległe maile i wzięłam prysznic. Około czwartej poszłam do hufca. W hufcu porobiłam co miałam do zrobienia, porozmawiałam z komendantem. Później zadzwonił tata, że mamy na niego poczekać. Tak też uczyniliśmy. Z tatą i pełnym samochodem pojechaliśmy do parku zawieźć sprzęt a potem do kaufland na zakupy. Później tata wysadził mnie na zakręcie. Ja poszłam, a on pojechał do domu.


 

Post nr 14, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 10-6-2010 o godzinie 15:15:17
Środa

Musiałam się obudzić bardzo rano, bo już o 8 miałam być z Mazdą w serwisie. Pan się nieco zasmucił, że nie naprawiamy hamulca, ale zniósł to godnie. Obiecali, że dziś lub jutro Mazda będzie gotowa. Wsiadłam zatem do tramwaju i pojechałam do domu. Zjadłam śniadanie, przygotowałam wszystko i pojechałam odstać w kolejce do Pani-z-Dziekanatu. Pani-z-Dziekanatu już nawet pamięta że jestem problematycznym studentem i nawet wie, jak mam na nazwisko. Zatem oddałam całą serię podań, wniosków i druków i dowiedziałam się że mam przygotować jeszcze jedno. Udało się również aktywować moją legitymację. Później pobiegłam do D zapytać się, czy mogę we wtorek przystąpić do egzaminu. Niestety nie. Mam zdać ćwiczenia a potem mogę się zgłosić do tej pani. Bez sensu. Pan, który prowadził ćwiczenia gdzieś był, ale nie wiadomo gdzie. A pań z sekretariatu katedry nie ma. Całe szczęście, że studiuję tam już szósty rok, bo inaczej byłabym strasznie rozczarowana panującymi tam zasadami. W ogóle to dziś był piątek a. I nie wiadomo, czy konsultacje odbywają się według harmonogramu z piątku czy środy (która jest dziś wszędzie indziej). Porozmawiałam chwilę z dziewczynami z mojej ale nie mojej grupy i poszłam do domu. Pojechałam tramwajem okrężnym. Wysiadłam na dole wolności. Po drodze do domu kupiłam baterie do zegara i do szczoteczki do zębów. W domu poskanowałam co mam do przepisania. Wieczorem byłyśmy umówione z Magdą P i Olą Sz. w Archibar na kawę. Ciekawa kawa, bo na dnie znajdowały się M&Ms z orzeszkiem zalane syropem waniliowym. Wyglądało to ciekawie, ale było strasznie słodkie. Takiej kawy to nawet w Czechach nie piłam. Do domu wróciłam około 10, wzięłam prysznic i poszłam spać.

Wtorek

Prawie, że z rana pojechałam na uczelnię. Najpierw postałam w kolejce do dziekanatu. Tam Pani-z-Dziekanatu powiedziała mi, że muszę napisać podanie, przynieść indeks i legitymację. I że mogę zacząć rozmawiać z wykładowcami. Niestety nie wiem nawet z kim mam rozmawiać, bo mam inne nazwiska na karcie a inne w planie zajęć. Cóż… przekonsultuję z kolegami i zdecyduję u kogo lepiej zdawać. Po powrocie z uczelni byłam w tesco i kupiłam kibelki do szafy. Wiaderka w kształcie rynny (długie i wąskie), które idealnie mieszczą się do mojej szafki i robią porządek. Po południu poszłam do hufca, sprawdzić co tam nowego. Oczywiście, że dużo zamieszania a mało konkretów. Poznałam naszą nową panią ratownik (z pierwszego turnusu). Potem pojechałam z Mikołajkiem do Selgros. Około 9 byłam w domu.

Post dodano 7-6-2010 o godzinie 21:48:24
Poniedziałek

Zostałam obudzona w celu wywiezienia toyoty do Olesna. Właściwie to toyotę zabrał tata z Meg. Ja dojechałam do nich Renault. Potem zostawiłam reno Meg, a z tatą dużym pojechaliśmy do biedronki na zakupy. Później obiad. Po obiedzie wsiadłam do Mazdy i pojechałam do Chorzowa. Wstąpiłam do hufca, żeby przekazać co miałam przekazać, a potem weszłam do Kaufland. Później przyjechałam do domu. Załączyłam komputer, przeczytałam pocztę. Dostałam wiadomość od ae.katowice.pl że zdałam egzamin z studiów podyplomowych. Mogę zatem dopisać sobie kolejną linijkę do CV. Teraz jeszcze sobie posprawdzam czy mogę spotkać jutro więcej nauczycieli czy tylko tego jednego, który ma konsultacje. I tyle na dziś.

Niedziela

Leniwa niedziela. Obudziłam się około południa, potem obiad. Potem prasowanie, prasowanie i jeszcze raz prasowanie. A potem nastała noc i trzeba było iść spać.

Post dodano 5-6-2010 o godzinie 22:4:57
Sobota

Obudził mnie skoro świt tata, gdyż byliśmy umówieni na przegląd mojego samochodu. Pan co prawda zauważył troszkę rdzy gdzieś tam pod spodem, ale ponieważ nie było zagrożenia bezpieczeństwa kierowcy ani pasażerów dowód rejestracyjny podbił. Później pojechaliśmy zrobić zakupy do Biedronki. Po powrocie do domu zdejmowałam, wieszałam i znów nastawiałam pranie. W międzyczasie czytałam pocztę, słuchałam muzyki i podglądałam jak Meg gra w grę. Później pojechaliśmy z tatą do pani sąsiadki naprawić odbiór telewizji O.dyrektora. Udało się. Wieczorem z mamą byłyśmy w kościele.

Piątek

Obudził mnie (prawie, że) w środku nocy budzik. Była godzina szósta, a Kasia miała zbiórkę na siódmą trzydzieści. Umówiłyśmy się, że wyjedziemy z domu około pięć po siódmej. Mniej więcej nam się udało. Na biwak wraz z Kasią pojechało może z 40 dzieciaków. Gdy już odmachaliśmy Sylwia zaprosiła mnie na herbatę. Pojechałam więc do nich. Niecałe dwie godziny porozmawialiśmy i pojechałam do domu. W drodze wstąpiłam do Auchan. Kupiłam masło, papier toaletowy i takie tam. W domu załączyłam komputer, przeczytałam pocztę i sprawdziłam co nowego na Facebook. W tym samym czasie zadzwoniła Sylwia powiedzieć, że wujka Henryka zalało po sam dach pierwszego piętra. Potem zadzwonił tata i też powiedział, że wujka zalało, więc nie jedziemy ich odwiedzić. Po tych wszystkich telefonach ubrałam się i pobiegłam na Wolności. Idąc od góry sprawdzałam wszystkie kantory, pod kątem ceny kupna koron. Okazało się, że najlepsze warunki zaoferował kantor, w którym już byłam. Ten na dole Wolności przy biurze podróży. Wracając do domu zajrzałam do notariusza, który jednak dziś nie pracował. Zapakowałam wszystkie moje rzeczy, komputer i pojechałam do Kucob. Zahaczyłam po drodze na Bliską i do Mazdy. Umówiłam się z panem na wizytę w środę o godzinie 8 rano. Śmiał się, czy się obudzę, ale powiedziałam, że dla Mazdy się poświęcę. Potem przyjechałam do Kucob. Zjadłam rybę. Chwilę zastanawiałam się czy robić pranie, chwile sprawdzałam czy wyschło to zrobione wczoraj, chwilę patrzałam na telewizor. Później tata naprawiał mi hamulec ręczny w prawym tylnym kole, a ja trzymałam lampę;) znaczy się pomagałam. W międzyczasie pojechaliśmy do pani sąsiadki wyregulować antenę, bo telewizja Trwam nie działa. Okazało się jednak, że jest to sprawa większej wagi i będzie trzeba sięgnąć po poważniejsze narzędzia i przybory. Potem chwilę poobserwowałam nasz nowy (dla mnie wciąż jeszcze nowy) telewizor a potem zdecydowałam się pójść spać.
A w ogóle to dziś miła niespodzianka – Wadson przysłał mi smsa =)

Post dodano 4-6-2010 o godzinie 0:20:29
Czwartek

Zbudził mnie budzik i świadomość że raczej nie zdążę się wybrać do kościoła na Boże Ciało. Ale jakoś się udało. Co prawda kawy nie wypiłam, ale nikt na mnie nie krzyczał. Po kościele zabrałam się za rozpakowywanie walizek, pranie brudów, sprawdzanie kiedy polscy wykładowcy mają konsultacje i tego typu czynności. Po obiedzie i kawie popołudniowej zapakowaliśmy Kasię i mnie do Mazdy i przyjechałyśmy do Chorzowa. Po drodze sprawdzałyśmy ceny paliwa na stacjach i śpiewałyśmy muzykę z radia. Wstąpiłyśmy też do druhny Janki wymienić książkę na pieniądze. Całe szczęście, że pamiętałam że numery mieszkań zaczynające się na czterdzieści zostały ulokowane na trzecim piętrze. Całkiem to logiczne. W mieszkaniu Kasia została pochłonięta przez Internet, a ja przez rozpakowywanie kolejnej walizki, torby i wiaderka. Jakoś udało mi się wszystko poupychać na swoich miejscach. Później wzięłam długą kąpiel w wannie. A teraz korzystając z faktu, że Kasia śpi uzupełniam brakujące wpisy.

Środa

Wstałam rano o w miarę przyzwoitej porze, bo trzeba było wszystko zorganizować. Najpierw musiałam rozebrać pościel i oddać ją do punktu wymiany pościeli. W zamian za to dostałam pieczątkę na moją kartę mieszkańca akademika. Później musiałam znaleźć panią sprzątaczkę, która własnoręcznym podpisem (na innej kartce) musiała potwierdzić, że niczego nie zdemolowałam. Później z tą kartką oraz kartą mieszkańca musiałam zejść na dół do kasy po podpis, że nie zalegam z płatnościami. Gdy już to załatwiłam mogłam pójść do Markety się wypisać. Niestety, Marketa czynna od 12. Czas, który pozostał do 12 wykorzystałam na pakowanie się. Do dużej czarnej walizki zapakowałam wszystkie ubrania. Do brązowej walizki zapakowałam kuchnię, kosmetyki, łazienkę i takie tam. Później zaczęłam się zastanawiać, gdzie zapakować buty i pozostałości. W trakcie zastanawiania się zeszłam na dół do biura. Umówiłam się z Marketą, że oddam jej wszystkie papierki (wraz z podpisami) a zwrot kaucji otrzymam na recepcji w momencie, gdy oddam klucz. Wyposażona w tę wiedzę pojechałam na wydział oddać wszystkie papierki tam. Jako, że Maria była w biurze poprosiłam ją o wpis na karcie. Jak zwykle potraktowała mnie niemiło, coś z cyklu przecież mówiłam że prześlę ocenę bezpośrednio do Lenki. U Lenki oddałam wyniki egzaminów, a w zamian dostałam zaświadczenie o odbyciu studiów. W drodze powrotnej do domu wstąpiłam do banku, aby zamknąć konto. Pani w okienku nie rozumiała po angielsku, ale była chętna się dogadać, więc udało nam się po czesko-słowacku. Okazało się, że żeby zamknąć konto muszę zapłacić około 50 koron (bo na koncie nie miałam nic a miałam zapłacić za jakieś usługi). Zapytałam się zatem co by się stało gdybym tego konta zamknąć nie przyszła. Pani poinformowała mnie, że zostały by naliczone opłaty, a jeśli w ciągu roku nie będzie na koncie żadnych ruchów to bank je po prostu zamknie. Nikt mnie nie będzie gonił po Polsce w celu zapłacenia, chyba że będę się ubiegała o kredyt w tym banku. Postanowiłam zatem zostawić sprawę tak jak jest. Wróciłam do akademika i kończyłam pakowanie. W międzyczasie zadzwoniłam do Mili, której zostawiłam płatki śniadaniowe, jakieś resztki szamponu Sue, chusteczki higieniczne, papier toaletowy i takie tam. Chwilę jeszcze posiedziałyśmy, porozmawiałyśmy i ona wróciła do nauki a ja do pakowania. Później zadzwonił Wadson sprawdzić czy jeszcze jestem. Właściwie to wiedział, że jestem bo widział, że moje auto wciąż stoi na parkingu. Ponieważ byłam już spakowana, pomógł mi wynieść resztę rzeczy do auta. Potem oddałam klucz, dostałam zwrot pieniędzy. Przed samym wyjazdem poszłam jeszcze na chwilę do Wadsona, poplotkowałam z jego roommate – Julio. Między innymi o Bratysławie i dlaczego uważam, że jest lepsza od Pragi (w której to opinii jestem odosobniona). Ustaliliśmy również, że Kraków jest piękny, ale należy go zaklasyfikować jako „mała część Europy w naszym kraju „. Polecany hostel w Krakowie to Żyrafa (świetny pomysł na nazwę hostelu, który chętnie gości obcokrajowców). Po jakiejś godzince albo dwóch nawet plotkowania pojechałam. Po drodze wstąpiłam do naszego tesco wydać ostatnie pieniądze. W Gliwicach skręciłam na Olesno, kierując się myślą, że wiem gdzie to jest i jak stamtąd trafić do Kucob. Sprawdziłam w google.mapy. Jadąc przez Tarnowskie Góry to 158 km, a trasą którą ja pojechałam (przez Pyskowice, Zawadzkie i Dobrodzień) to 167 km. Według google to jakieś 11 minut dłużej (i o jakieś 27 minut dłużej niż z Lizbony do Porto – 317 km). Faktem jest że trasę od Tarnowskich Gór do Kucob już mniej więcej znam, więc nie ma obawy co kryje się za kolejnym zakrętem. Ale tak przynajmniej zauważyłam że Biedronkę w Oleśnie zamknęli. W domu zjadłam kolację, porozmawiałam z wszystkimi i poszłam spać.


 

Post nr 13, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 2-6-2010 o godzinie 9:51:50
Wtorek

Na samym początku dziękuję za życzenia z Kucob. Niestety u mnie ciastek nie było. Może jutro…
Obudziłam się dziś dość wcześnie, bo myślałam, że zadzwoni Yun się pożegnać, bo tak mi obiecała. Ale nie zadzwoniła. Ranek spędziłam zatem na bieganiu na parter (żeby zapłacić za akademik), na piętro bo kasa ma przerwę obiadową, znów na dół… I tak ze trzy razy. Ale za to jakie łydki będę miała… Później, gdy w marę wszystko załatwiłam, pojechałam na uczelnię. Najpierw miałam spotkanie z Karelem, który też postawił mi A. Jestem jedyną osobą, która ma A u Karela. Na uczelni spotkałam Milę, posiedziałyśmy trochę razem. Później przypomniało mi się, że muszę zanieść mój raport z pobytu, więc poszłam do budynku E. Oddałam raport z życzeniami rychłego spotkania. Później poszłyśmy spotkać się z Kamilą. Nie wiem dlaczego postawiła mi A skoro miałam dostać B. Mila wytłumaczyła mi, że wszystkim podniosła o jeden stopień. Ja tam się kłócić nie będę (dopóki to działa w tę stronę). Po tych wszystkich wpisach poszłyśmy do Daniel restaurant. Ogólnie miejsce urządzone w mieszkaniu, ze ścianami pomalowanymi na słoneczny żółty kolor. Podawali bardzo przyjemną dużą kawę z dużym mlekiem. Inne rzeczy też podawali, bo Youri z którą się tam umówiłyśmy wybrała herbatę i ciastko. Spędziliśmy tam jakieś dwie godziny. Potem wróciłam do mojego pokoju, wzięłam prysznic, pograłam na komputerze. A później przyszedł mnie odwiedzić Wadson, który wrócił z dalekiego świata (czyli ze Szkocji). Cóż za miła niespodzianka. Chwilę poplotkowaliśmy jednak on poczuł się głodny i poszedł sprawdzić, czy Julio coś mu ugotował. Około 22 umówiłam się z pewnym Turkiem imieniem Oguz na spacer. Akurat nie padało=) Poszliśmy dookoła kampusu i około półtorej godziny później wróciliśmy do akademików. On wrócił do siebie się uczyć, a ja poszłam do Vrtule bo byłam umówiona z Youri. Vrtule zamykają o pierwszej, więc wróciłam do pokoju i poszłam spać.

Post dodano 1-6-2010 o godzinie 10:16:27
Poniedziałek

Plan przewidywał na dzisiaj wyjazd do Ziliny. Nastawiłam sobie budzik, aby zdążyć na pociąg. Gdy się obudziłam i wyjrzałam przez okno zobaczyłam ulewę. Nawet nie deszcz, ale ulewę. Wyłączyłam zatem budzik i poszłam dalej spać. Przecież nie będę zwiedzać w deszczu bo to jest bez sensu. Gdy się wreszcie obudziłam na prawdę poszłam odebrać moje pieniądze. Oczywiście trafiłam na przerwę obiadową, więc musiałam swoje odczekać. Ale potem pani mi wydała należną mi sumę bez wybrzydzania. Prosto z rektoratu poszłam do Interspar. Zrobiłam zakupy i zaszalałam – zjadłam zupę „na mieście „. Podobno miał to być krem łososiowy. W drodze powrotnej próbowałam zapłacić za akademik, ale niestety było zamknięte. Później chwilę nic-nie-robiłam w moim pokoju, aż do czasu gdy zadzwoniła Mila. Zaproponowała spacer. Założyłam więc moje guminki i poszłyśmy. Po spacerze załączyłam komputer a tam leciała czwarta część Shreka. Położyłam się zatem na łóżku, ustawiłam komputer i zaczęłam oglądać. Gdy się obudziłam było już około dziesiątej wieczorem. Zadzwoniła Mila z pytaniem czy idę do Vrtule, bo Yun jutro jedzie do domu i wszyscy wybierają się na „ostatni wieczór z Yun „. Oczywiście, że poszłam. Podoba mi się w Vrtule system oddawania naczyć. Nie wiem czy o tym pisałam, ale do każdego kupionego napoju doliczana jest kaucja – 20 kč za szklankę piwną i 10 kč za pozostałe naczynia. Kupując więc 3 dcl kofoli płaci się 15 kč + 10 kč. Gdy oddaje się szklankę kaucja jest zwracana. Więc wszyscy spacerują od baru do sali z pełnymi naczyniami, a po jakimś czasie w kierunku odwrotnym z pustymi. Generalnie do pokoju wróciłam koło drugiej i poszłam spać.

Post dodano 31-5-2010 o godzinie 10:8:30
Niedziela

Mój telefon w dalszym ciągu nie ma naładowanej baterii, więc obudziłam się samoistnie. Na tyle wcześnie, że zdążyłam do kościoła na 12. Trafiłam na chrzciny i roczki. Ale było tylko troje dzieci, w tym jeden chłopczyk. Po mszy wróciłam do domu, napisałam i wydrukowałam raport dla Renaty, wydrukowałam pracę dla Karela i ogólnie posiedziałam przed komputerem. Potem zjadłam i pojechałam do Ostrawy. W Rybniku akurat skończył się mecz i tłumy wyległy na ulicę. Ale dojechałam szczęśliwie. W Ostrawie zaczęłam od zadzwonienia do Mili. Później do niej poszłam, żeby zabrać moje zeszyty, które zostawiła mi Andra. Trochę u niej posiedziałam, pooglądałyśmy zdjęcia, które skopiowała od Sebastiana. Przed północą wróciłam do siebie. Odczytałam maila od Karela, który napisała mi o co powinnam uzupełnić moją pracę. Zaczęłam zatem szukać materiałów. Ale po mniej więcej półtora godziny się poddałam i poszłam spać.

Post dodano 29-5-2010 o godzinie 21:50:24
Sobota

Wstałam rano zdecydowanie za późno, bo budzik w telefonie nie dzwoni gdy nie ma baterii. Tak czy inaczej w tempie szybszym niż ekspresowe ubrałam się i dostałam na uczelnię. Niestety znów musiałam zaparkować na gwiazdach bo nie było miejsc pod uczelnią. Test był okropny, bardzo szczegółowy. Temat eseju nie był najgorszy ale i tak uważam, że trochę przekombinowali z tymi zagadkami. Po zajęciach poszliśmy do Arkady na kawę. Po kawie pojechałam do domu zahaczając po drodze o Auchan. Myślałam, że Czesi są daleko przed nami, bo u nich w tesco w kasie samoobsługowej samemu obsługuje się również płatności karami. A tu niespodzianka – w Polsce w Auchan również. W domu posiedziałam przed komputerem, wykąpałam się, obejrzałam Metro (musical) i postanowiłam pójść dziś wcześniej spać.

Post dodano 29-5-2010 o godzinie 0:18:27
Piątek

Obudziłam się skoro świt bo już o 10 miałam być na wydziale. Wykorzystałam kombinację autobus + tramwaj + trolejbus. Najlepsze jest to, że autobus nr 47 zatrzymuje się na przystanku tramwajowym. Wjeżdża na tory wcale się tym nie przejmując. Zaczęłam dzień od spotkania z Object Oriented Programing. Taki nauczyciel, co nie dość że niczego nie nauczył to jeszcze jak się chce do niego wejść to trzeba poinformować o tym panią sekretarkę. Zapytał się mnie czy wysłałam mu projekt, a jak odpowiedziałam że tak to mi postawił A. Za takie zachowania powinni wyrzucać z uczelni. Ogólnie całe spotkanie (łącznie z oczekiwaniem na otwarcie drzwi przez panią sekretarkę) trwało jakieś siedem minut (oczywiście nie licząc półtora godziny dojazdu na i z wydziału). W pokoju szybko przegrałam moją pracę dla Borisa na pendrive, z zamiarem wydrukowania jej po drodze. W kserze na dole spotkałam Canera (o ile tak to można odmienić), który też chciał sobie wydrukować. Niestety drukarka nie chciała współpracować. I to nie tylko z studentami zagranicznymi, ale nawet z tambylczymi. Poddałam się i ponownie pobiegłam na wydział. Gdy przesiadałam się na Svinov Mosty h.z. spotkałam Andrę i pojechałyśmy razem. Andra pobiegła po jakiś wpis a ja poszłam drukować pracę. Spotkałyśmy się ponownie downstairs w budynku E. Jako że zajęcia miałyśmy na 7 piętrze pojechałyśmy windą (tylko dla nauczycieli „i studentów erasmusa „). W ramach psikusa zjechałyśmy na dół zobaczyć co tam jest. Okazało się, że na piętrze 0 jest skład i garaż. I dużo drzwi prowadzących do niewiadomokąd. Boris się jak zwykle spóźnił i jeszcze śmiał zwrócić uwagę, że nie dostał mojej pracy. Oczywiście, że dostał, ale nie zauważył załącznika w e-mailu. Najpierw podsumował nasze testy. Zauważył postępy w geografii. Ogólnie to szału nie było (chociaż miałam najwięcej punktów). Później prezentowała swoją pracę Andra a potem ja. Ogólnie stworzyłyśmy z Andrą team i sobie podpowiadałyśmy wzajemnie. Bardzo przyjemnie. Później, jadąc tramwajem z powrotem uznałyśmy, że to były najlepsze zajęcia z wszystkich jakie były wykładane podczas całego semestru. Nie dość że Boris umie mówić po angielsku to jeszcze dużo wie. A ponadto czasem pozwalał sobie na żarciki i nam też pozwalał na żarciki. A przy tym wszystkim prowadził zajęcia teoretyczne. Czasem było nudno, ale i tak lepiej niż na wszystkich innych zajęciach. W drodze od tramwaju do akademika spotkałyśmy znajomych z którymi oczywiście trzeba było poploteczkować. Później, przed wyjazdem poszłam do dziewczyn się pożegnać. Na pamiątkę dałam Andrze kubek z Tetley, który jej się bardzo podobał, a Marcie płócienną torbę na zakupy z napisem Polska. Dodatkowo dziewczyny dostały kalendarze z ZHP Chorzów. Z przykazaniem, że mają zaznaczyć dzień w którym się znów spotkamy i do tego czasu nauczyć nazw miesięcy po polsku na pamięć. Marta leci jutro rano do domu, a Andra jutro wieczorem. Dziewczyny, których będzie mi brakować. Ale cóż… takie jest życie. Później przyjechałam do Chorzowa. Po drodze zatrzymałam się kupić sobie coś do jedzenia w Wodzisławiu w Kaufland. Przez chwilę się zastanawiałam, czy na pewno przekroczyłam granicę, bo układ półek zupełnie jak w Ostravie. Droga zajmuje dokładnie 102 km. A teraz idę spać.

Czwartek

Update do wczoraj: Poszliśmy do Vrtule. Była muzyka na żywo i Czech, który bardzo się cieszył, że może rozmawiać ze mną po Polsku. I wszyscy się ze mnie śmiali, że zaginęłam w akcji. Swoją drogą to polski język brzmi bardzo przyjemnie z czeskim akcentem. Na Stodolni się nie wybraliśmy, bo nie dość że padało to jeszcze było zimno. Więc wieczór zakończyliśmy około 3 gdy pan barman powiedział, że mamy sobie iść bo zamykają.

Miałam ustawiony budzik na pobudkę, ale go zignorowałam. Zatem samoistnie obudziłam się w okolicy 11. Gdy przeczytałam pocztę i okazało się, że Boris zachęca mnie żebym przyszła na spotkanie o 13. Niestety nie było to możliwe bo już było za późno. Zatem odpisałam mu, że sugeruję jednak wspólne spotkanie z Andrą i Milą w piątek. Dostałam zwrotkę, że przeczytał, więc raczej nie czekał na mnie. Później zadzwoniła Andra, czy chcę iść z nimi na obiad. Oczywiście, że chciałam. Ponieważ byłam jeszcze w piżamie umówiłyśmy się za godzinę. Około drugiej poszłyśmy. Co prawda zamiast Marty poszedł z nami Adam (Czech), ale też się nadawał 😉 Dziś podawali paluszki rybne z kartoflami i sałatkami. Po obiedzie (czyli lunchu) pobiegłam do rektoratu sprawdzić, czy kasa jest jeszcze otwarta. Okazało się, że pracują tylko do 14:30 a już była 14:45. Poszłam do pokoju i zajęłam się czytaniem skryptu do egzaminu NBP. Wieczorem Andra i Marta zaprosiły nas (czyli Milę, Lili, Sebastiana, Raphaela, Adama) na obiad (czyli dinner). Jako pierwsze danie była sałatka z tuńczyka z jajkiem i majonezem, a na drugie makaron z mięsem. Dla chętnych na zakończenie była kawa. Oczywiście jak to na takich spotkaniach bywa śmiechu było co niemiara, a plotkom nie było końca. Później, można rzecz, że prawie w środku nocy wyszliśmy przed akademik na Sangria Party. Tym razem spotkanie poświęcone było Erasmus Awards (nagrody erasmusa). Nic nie wygrałam, ale to chyba raczej dobrze niż źle, skoro kategorie brzmiały Mister Wymiotów. Ogólnie było zimno, bo spotkanie odbywało się na świeżym powietrzu. Poszłam do pokoju stosunkowo wcześnie, bo po pierwsze było zimno, a po drugie wszyscy robili się coraz bardziej pijani a to jakoś niespecjalnie mnie bawi. W pokoju byłam około wpół do trzeciej.


 

Post nr 12, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 26-5-2010 o godzinie 22:27:16
Środa

Dzisiaj obudziłam się jak mi się zechciało (chociaż właściwie to nieco wcześniej). Jak zwykle załączyłam komputer a tam wiadomość od Renaty (to ta pani, która daje mi kartkę na pieniądze), że mam przyjść dzisiaj i będzie na mnie czekać między 13:00 a 14:30. Z obawą spojrzałam na zegarek, ale okazało się, że jak się uwinę to zdążę. Oczywiście dziś padało, więc pobiegłam w gumniakach. Pojechałam tramwajem. Niestety podjechał tramwaj nr 17 (a tylko 8 jeździ w moją stronę). Ale postanowiłam, że do niego wsiądę i przesiądę się na Svinov Mosty h.z. I faktycznie, posiedziałam chwilę i podjechała 9. Co prawda 9 to nie 8 ale postanowiłam pojechać do Náměstí Republiky i przesiąść się na trolejbus. Akurat gdy podeszłam na przystanek podjechała 104, która jedzie do Most Pionýrů, który to znajduje się zaraz na przeciw budynku E wydziału ekonomii. Całe to przesiadanie miało jedną zaletę – wszystkie miejsce przesiadek były pod dachem. Nawet przejście na trolejbus. Więc nie zmokłam. Renata dała mi papiery, również potwierdzenie o pobycie i powiedziała że najpóźniej w piątek chce na swoim biurku widzieć raport z mojego pobytu tutaj. Chwilę wymieniłyśmy się uwagami na temat Azjatów i poszłam. Pojechałam z powrotem trolejbusem nr. 108, do dużego tesco. Jak zwykle zrobiłam zakupy. Na przystanku trolejbusowym nie zdążyłam nawet sprawdzić o której mi coś jedzie, bo właśnie podjechało. Potem przesiadałam się na Jiřího Trnky i znów akurat przyjechał autobus, który zawiózł mnie aż do akademików. Później poszłam na dół sprawdzić czy pani fryzjerka ma wolne. Zachęciła mnie żebym przyszła za pół godziny, bo akurat robiła pasemka. Przez tą godzinę nie zrobiłam nic. Poszłam na dół, poczekałam aż pasemka zostaną wykończone. Poprosiłam o odświeżenie fryzury. Rewolucji nie ma. Mam obcięte wszystko o jakieś 2 cm, łącznie z grzywką. Jak się ktoś nie przypatrzy to nie pozna. Później porozmawiałam z Milą przez nasz telefon wewnętrzny (całe szczęście że usługa jest free). A teraz siedzę i piszę o Optymalnych Obszarach Walutowych i czy Polska jest gotowa, żeby się przyłączyć. Trudny temat, bo strasznie trudnych słów trzeba używać. Ale dam radę =) Za jakąś godzinę wybieramy się na piwo, bo wiele osób jutro i pojutrze jedzie do domu i może więcej nie być okazji. Być może później wybierzemy się na Stodolni…

Post dodano 26-5-2010 o godzinie 2:25:4
Wtorek

Ponieważ dzisiejszy egzamin miałam o 16:00 postanowiłam pospać chwilę dłużej. Nie długą chwilę, ale jednak. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale w dniu w którym mam egzamin nie jestem w stanie sobie przyswoić żadnych nowych rzeczy. Nawet jeśli on jest o czwartej i mam dużo czasu. Zawsze jest coś do zrobienia. Egzamin okazał się taki sobie – niby pytania proste i dobrze sformułowane, a jednak takie niepokojące. W drodze powrotnej wstąpiłam do tesco, żeby kupić sobie mleko i takie tam. Po powrocie zabrałam się za organizację pierogi party. W Auchan w sobotę zakupiłam pierogi mrożone (z kapustą i grzybami, z mięsem i z truskawkami). Każdych po 20 sztuk. Pojawiły się drobne utrudnienia, jak ugotować 60 pierogów w jednym małym garnku, ale za to na dwóch palnikach. Okazuje się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Najpierw ugotowałam mięsne, które zamierzałam podać obsmażone na patelce z cebulką (więc mogłam im pozwolić trochę przestygnąć w czasie gdy gotowała się reszta). Gdy wrzuciłam pierwszą porcję zadzwoniłam do Lili z prośbą o pożyczenie garnka. Zatem drugą porcję gotowałam: w jednym garnku truskawkowe, a w drugim kapuściano-grzybowe. Ponieważ jeden palnik grzeje szybciej, zanim te drugie były gotowe na pierwszym zdążyłam już odgrzać mięsne z cebulką. Nieco to skomplikowane, ale skoro mam A z logistyki to musiałam sobie poradzić. Na party zaproszonych było dwie Koreanki, dwie Bułgarki, jedna Portugalka, Rumun i Rumunka. Więc w sumie ze mną zebrało się dość sporo osób jak na 60 pierogów. Ogólnie impreza była udana – wszystkie pierogi zjedzone, a zamiast planowanych dwóch godzin przeciągła się do sześciu – dlatego piszę tak późno.
I jeszcze raz to, co trenowałam wczoraj:

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Kochana Mamo, w dniu Twojego święta, życzę Ci dużo zdrowia, pomyślności uśmiechu na co dzień i optymizmu.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Post dodano 25-5-2010 o godzinie 11:56:44
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Kochana Mamo, w dniu Twojego święta, życzę Ci dużo zdrowia, pomyślności uśmiechu na co dzień i optymizmu.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Post dodano 24-5-2010 o godzinie 23:48:56
Poniedziałek

Obudziłam się skoro świt, bo egzamin miałam o 10:00 a przecież autobusy nie jeżdżą więc trzeba było tramwajem. Jak planowałam ubieranie i spojrzałam przez okno to było mokro. Postanowiłam zatem zainaugurować gumowce. W czasie gdy zeszłam z mojego czwartego piętra na dół tak się rozpadało, że nie tylko gumniaki się przydały, ale również parasol ukryty na dnie torebki. Na egzaminie jednego zadania nie byłam pewna, ale napisałam co mi się wydawało i okazało się dobrze. Pani nawet nie chciała mi zadawać dodatkowego pytania ustnego. Później miałam jakieś dwie godziny czasu wolnego, który spędziłam w czytelni zagłębiając się w tajniki Principles of Marketing. Jutro mam z tego przedmiotu egzamin – ostatni jaki mnie tu czeka. Ponadto odczytałam wiadomość że moje zadanie domowe z OOP jest ok. i mam przyjść po wpis. Ciekawe czy ok. tłumaczy się na A czy na jakąś inną literkę. Po dwóch godzinach poszłam do Teresy po wpis. Zajęło to jakieś pięć minut. W drodze powrotnej do akademika kupiłam naboje do pióra i temperówkę. Gdy wysiadałam z tramwaju jakaś babka mi powiedziała że mam fajne gumnioki i pytała się gdzie i za ile kupiłam. Nie mogła uwierzyć, że w Czechach;) Gdy przyszłam do pokoju wyjęłam znów notatki z marketingu i sobie robiłam pisemne streszczenie. Jednak po jakimś czasie uznałam, że mało zapamiętuję i muszę sobie zrobić przerwę. Położyłam się do łóżka i zasnęłam. Właśnie się obudziłam, ale uznałam że idę z powrotem spać, a jutro przysiądę do tego jeszcze rano. Zawsze to lepiej być wyspanym.

Post dodano 23-5-2010 o godzinie 23:27:13
Niedziela

Z rana nieco powalczyłam z budzikiem, ale skoro chciałam zdążyć na 11 do kościoła to musiałam uznać jego zwycięstwo. Sam proboszcz otwierał mi drzwi 😉 Po mszy przyszłam do domu, pochyliłam się nad logistyką, wysłałam pracę domową z Object Oriented Programming. Pooglądałam też co mam z materiałów, żeby napisać pracę do Borisa. Tak upłynęło popołudnie. Około wpół do szóstej zebrałam się do Ostrawy. Dziś nawet we właściwym miejscu zjechałam z autostrady dzięki czemu udało mi się uniknąć wjazdu do Gliwic. A w sumie drogę przez Gliwice już poznałam. Po drodze zatankowałam. Dojechałam bez przeszkód. Idąc przez akademik spotkałam Oğuza i Sedata (cóż za świetne imiona). Trochę nasze spotkanie było dziwne. Musieliśmy się zapytać na plotki w stylu gdzie byłaś i dokąd idziesz. Wiadomo że jadę z domu i wiadomo że oni wracają z ping-ponga (skoro mają w ręku piłeczkę, paletki i siatkę). Ale zawsze to lepsze niż minąć się bez słowa, czyż nie? Gdy załączyłam komputer okazało się że Borys mi odpisał, po czym ja odpisałam jemu. I jak się podpisał BN (inicjałem) to ja mu się też podpisałam BN. Zjadłam kolację i idę spać.


 

Post nr 11, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 22-5-2010 o godzinie 22:29:23
Sobota

Obudziłyśmy się skoro świt. Najpierw Andra, potem ja a na końcu Marta. Śmiałyśmy się, że mój prysznic wydział tyle nagich narodowości, że hej… Zawiozłam dziewczyny na dworzec PKP do Katowic a ja pojechałam na uczelnię. Ponieważ profesor Janina przyjmowała o 9:30. Dziś była chyba dużo wcześniej, bo ja zameldowałam się pod drzwiami jakieś piętnaście po, a tam już praca w pełni. Dostałam przykazanie przygotowania mojej pracy i innych dodatkowych dokumentów do wysłania na konkurs do NBP. Pani profesor obiecała, że zadzwoni tam z pytaniem czy moja praca nie zostanie odrzucona z przyczyn formalnych. W myśl regulaminu: „§3 W konkursie mogą wziąć udział autorzy prac magisterskich obronionych na uczelniach na terenie Rzeczypospolitej Polskiej w ciągu roku kalendarzowego poprzedzającego datę ogłoszenia konkursu tzn. w terminie 1.01.2009 r. – 31.12.2009 r. ” a ja się przecież broniłam już w 2010 roku. Ustaliłyśmy, że ja przygotuję wszystkie dokumenty i jeśli w tym roku nie można będzie jej zgłosić to będzie wszystko gotowe na przyszły rok. Później poszłam na zajęcia. Niestety pan Owsiak nie okazał się takim, jakim go sobie wyobrażałam. W porównaniu do tego co sądziłam był chudszy i wyższy. I nieco chaotyczny. Po wykładzie umówiłam się z Madzią P. na kapuczino. Bardzo się ucieszyła z tego, że pamiętałam o urodzinach i o Kreciku. Później pojechałm do tesco kupić sobie coś na śniadanie. Potem przyjechałam do domu i zasiadłam przed logistyką. Jeszcze mam trochę do przestudiowania, a egzamin już w poniedziałek.

Piątek

Obudziłam się skoro świt w okolicach dziewiątej. Krótko potem zadzwoniła Mila zapytać się, czy pożyczę jej 22 korony umieszczone na karcie studenta, bo chciała iść jeść do stołówki. Oczywiście, że się zgodziłam. Dokonałam zamówienia i umówiłyśmy się, że w drodze do Menzy przyjdzie do mnie po kartę. Później siedziałam nad Economics of European Integration. Trochę się tych materiałów do nauczenia zebrało. Chwilę potem faktycznie przyszła Mila. Dałam jej moją kartę i umówiłyśmy się, że zobaczymy się na uczelni. Ponieważ nie miałam już dużo czasu poszłam pod prysznic. Na uczelnię pojechałam tramwajem. Milę spotkałam na dole sali – dokonywała ostatnich powtórek. Egzamin okazał się tylko gdzieniegdzie związany z tym co było na slajdach. Na ostatniej stronie egzaminu znajdowała się konturowa mapa Europy, na której trzeba było opisać wszystkie kraje. Śmiałyśmy się z Andrą, bo udało mi się dorysować Maltę, San Marino, Andorrę i takie drobiazgi, ale zapomniałam podpisać Rosji. Dobrze, że Andra sprawdzała czy mam dobrze i mi przypomniała. Ogólnie w trakcie egzaminu Boris oglądał sobie zdjęcia z Krakowa, sprawdzał znaczenie słowa cohesion w wikipedii (na prośbę Andry), opowiadał nam o tym, że jedzie na wyspę Madera na wczasy i takie tam. Ogólnie atmosfera na sali nie była „egzaminowa „. Właściwie to gdybym nie poświęciła tyle czasu na naukę teorii z tego przedmiotu to też by się nic nie stało. Jedynie co to udało mi się podszkolić geografię. Wyników nie ma – będą w środę jak przedstawimy pracę pisemną na zaliczenie semestru. Ale myślę, że smutku nie będzie. Po zajęciach pojechałam do dużego tesco. Ola prosiła mnie o przywiezienie jej płatków do demakijażu, a chciałam też kupić Krecika dla Magdy P. bo ma we wtorek urodziny. Po drodze Andra powiedziała, że jada jutro rano z Martą do Krakowa. Pociąg miały o 6:24. Zaproponowałam, żeby pojechały dziś ze mną autem. Jeśli nie z przyczyn ekonomicznych to przynajmniej nie będą musiały tak wcześnie wstać. Powiedziała, że przedyskutuje i dadzą mi znać. Ja pojechałam do tesco, a ona do akademików. Wróciłam do pokoju i chwilę potem Andra faktycznie zadzwoniła. Oczywiście bardzo chętnie skorzystały z mojej propozycji. Dość późno, bo dopiero około dziewiątej wyjechałyśmy. Ogólnie po drodze było bardzo wesoło. Dojechałyśmy i dziewczyny zaproponowały że chciałyby zobaczyć miasto. Zaprowadziłam je zatem na Wolność. Przeszłyśmy od banku śląskiego w górę. Po drodze zatrzymałyśmy się w Szufladzie na gorącą czekoladę. Marta zaproponowała, żebym się nie przyznawała, że jestem polką – to miał być sposób na przetestowanie obsługi. Okazało się, że pierwszy kelner wcale nie mówił po angielsku, ale był w stanie zawołać drugiego kelnera. Ten był już w stanie wytłumaczyć nam, że czekoladę na gorąco sprzedają tylko zimą. Niestety nasz argument, że na zewnątrz jest zimno jakoś go nie przekonał. Około 2 w nocy wróciłyśmy do mieszkania. Podział spania przedstawiał się następująco: ja – w moim łóżku, Marta w łóżku babci, a Andra na dmuchanym materacu. Ogólnie dzień był wesoły, updatowałam plotki. Zanim poszłam spać sprawdziłam jeszcze dziewczynom pociąg na jutro oraz odczytałam maila, że pani profesor Janina chce się ze mną widzieć. Świetnie się złożyło, bo jest na uczelni w najbliższą sobotę czyli 22 maja.

==============================================================
Nie wiem, czy Siostra czyta, jeśli nie to proszę zwróćcie jej uwagę na ten wpis. Droga Siostro, dziękuję za niespodziankę urodzinową. Oczywiście od razu przepakowałam wszystko do nowej torebki i zaraz pobiegnę z nią na uczelnię. Więc o żadnym zwracaniu czy wymienianiu nie ma mowy 😉
DZIĘKUJĘ!!
==============================================================

Post dodano 20-5-2010 o godzinie 23:55:51
Czwartek

Dzisiaj miałam dzień wolny od spotkań na uczelni, więc nie wstałam pomimo, że budzik dzwonił. Obudziłam się w okolicach 11. Ubrałam się, umyłam (oczywiście w odwrotnej kolejności) i zabrałam za oglądanie prezentacji PowerPaint z integracji europejskiej. Chwilę potem zadzwoniła Andra z pytaniem czy mam ochotę pójść z nimi na lunch. Oczywiście, że nie poszłabym sama więc poszłam z nimi. Dziś jadłam „kuřecí steak s hermelínem, bramborové čtvrtky, obloha ” czyli innymi słowy mięso kurze (chyba gotowane ale pewna nie jestem) z jakimś spleśniałym serem i kartoflami z sałatkami. Ogólnie było dobre, ale mogli dodać nieco mniej soli. Po lunchu wróciłam do pokoju i wróciłam do oglądania tych slajdów. Wieczorem zadzwonił Raphael zapytał czy mogę mu pomóc z wykresem. Oczywiście, że mogłam. Zrobiłam sobie zatem chwilę przerwy od unii europejskiej i pobawiłam się excelem. Po jakiejś godzinie Raphael sobie poszedł. I tak siedzę przed komputerem. W międzyczasie zdążyłam wejść na facebook, naszą klasę, nie przeczytałam newsów z onetu ani wp.pl ale poggadałam z Mileną Fi i Wadsonem na MSN. I z mamą. Zjadłam też płatki śniadaniowe na kolację. W ogóle to nie pamiętam kiedy się ostatnio tyle musiałam uczyć (chociaż może pamiętam – jak wróciłam z Žiliny i zaliczałam dwie sesje egzaminacyjne w jednej) Mówią że na erasmusie nic nie trzeba robić, ale to chyba tylko plotka jest. Tak czy inaczej zaraz idę spać. Bo jutro najpierw egzamin a potem wyjazd do PL.

Właśnie zaczęło znów padać (jak popada do jutra to będę testować gumniaki).

Post dodano 20-5-2010 o godzinie 0:31:7
Środa

Obudziłam się o w miarę przyzwoitej porze. Umyłam się i ubrałam. W pierwszej kolejności pobiegłam na dół wydrukować skończony projekt na Operation Research. Tym razem drukarki były sprawne, i nawet udało mi się pracę wsadzić w oprawkę bindowaną (oczywiście za odpowiednią opłatą). Pojechałam na uczelnię tramwajem. Ponieważ musiałam jeszcze dopisać kilka cyferek to do mojego projektu poszłam do czytelni. Spotkałam tam Lili. Pobiegłam zanieść pracę Marii ale nie było jej w biurze. Później poszłam pisać egzamin. Zadania nie były trudne i faktycznie z zagadnień poruszanych na zajęciach. Okazało się, że wyniki z egzaminu będą za pół godziny. Poszwendałam się zatem po uczelni, wypiłam sok z automatu i już nadszedł czas. Okazało się że w sumie z egzaminu i projektów uzyskałam 91 punktów. Jest to najmniejsza liczba za którą dają A. Poszłyśmy z Milą i Lili na tramwaj. Dziewczyny jeszcze zostały w mieście, a ja pojechałam. W tramwaju zaczęłam się zastanawiać jak to jest możliwe, że zabrakło mi aż 9 punktów. Generalnie pojechałam jeden przystanek niż zwykle i poszłam szukać gumnioków. W pierwszym sklepie, do którego weszłam mieli, ale bordowe. W sumie to zdecydowałam się je kupić, bo pasowałyby do parasola, który mamy w Chorzowie. Niestety w tym sklepie nie można płacić kartą (tak, takie miejsca jeszcze istnieją), więc musiałam zejść na dół ulicy żeby skorzystać z bankomatu. Wracając stamtąd wstąpiłam jeszcze do kilku sklepów, żeby sobie pooglądać i porównać ceny. W jednym sklepie zagadnęła mnie kobieta czego szukam. To jej powiedziałam że kaloszy. Na co ona zapytała który rozmiar, to jej powiedziałam. Na co ona się zapytała czy mogą być biało – jakieś dziwne, to ja jej powiedziałam że nie. Na co ona pobiegła do magazynu i przyniosła czerwono – czarne. Ogólnie mi się podobały, a ponieważ sprzedawczyni sprzedawała to je kupiłam. Z kaloszami podjechałam autobusem do akademika i zaczęłam robić projekt na Object Oriented Programming. W ogóle jakieś dziwne są te zagadki z tego przedmiotu. Potem przyszła mnie odwiedzić Andra (w celu pożyczenia książki), Marta (wyjaśnić jak się rysuje Resources histogram) oraz Mila (zabrania butów Sue). Przez długo robiłam ten projekt, ale mi się znudziło, więc postanowiłam wziąć się za logistykę. A teraz jest już strasznie późno, więc idę spać.

Post dodano 19-5-2010 o godzinie 0:12:44
Wtorek

Rano obudził mnie budzik. Co prawda nie było mu łatwo (budzikowi mnie obudzić) ale jednak. Umyłam się i już miałam wychodzić na tramwaj, ale rzut oka na okno przekonał mnie, że może jednak poczekam na autobus (bo bliżej i nie trzeba tyle moknąć). Jako że na uczelni miałam być między 10 a 10:30 uznałam, że jak złapię autobus o 10:05 i na uczelni pojawię się około 10:35 (bo 24 minuty w autobusie + czas na dojście z przystanku) to też będzie ok. Jako że była wtedy trochę po 9 postanowiłam załączyć mój komputer i wysłać maila do pani od stypendium. O czasie zebrałam się i poszłam na przystanek. Jakoś mało ludzi stało, ale pomyślałam że może z powodu deszczu studenci mają ochotę się uczyć w domu a nie na zajęciach. Zgodnie z normalną procedurą podjechał autobus nr 40 i wszyscy (!!!) do niego wsiedli. To już wydało się podejrzane. Gdy autobus odjechał podeszłam do rozkładu jazdy a tam jest napisane że autobus nie jeździ do 15 września. Oczywiście – nie ma wykładów, nie ma autobusu. Więc prawie że truchtem pobiegłam na tramwaj. Po drodze wyrzuciłam parasolkę, bo połamało się chyba pięć drutów, jeden zrobił dziurę w powierzchni a do tego wszystkiego połamał się też ten sztyl na którym parasol się trzyma. Wszystko z powodu silnego wiatru. No ale nic, mam jeszcze kapucę. Na uczelnię dojechałam gdzieś około 10:45. Zapukałam do gabinetu, a Karel mówi mi że mam jeszcze trochę zaczekać. Więc zaczekałam. Gdy już nastała moja kolej usiadłam sobie i pytam się jakie są warunki uzyskania oceny z przedmiotu. Opcje są dwie – egzamin albo projekt. Ustaliliśmy, że mogę zrobić projekt o optymalnych obszarach walutowych oraz kursie wymiany PLN/EUR. Świetnie, bo przy okazji będę miała teorię na egzamin NBP. Zaraz potem jak od niego wyszłam przypomniało mi się, że Andra prosiła mnie żebym zapytała o której mogą przyjść do niego na egzamin. Więc wróciłam do gabinetu z hasłem „It ‚s me again ” (to znowu ja). Zapytałam co chciałam zapytać i na końcu powiedziałam, że to już był ostatni raz dziś. A on odpowiedział, że jak chcę to mogę jeszcze dzisiaj kilka razy przyjść go odwiedzić. Ogólnie, Karel nie dość że przystojny to jeszcze sympatyczny, od razu dzień wydaje się mniej deszczowy. Wracając do akademika pojechałam na Svinov nádraží. Sue miała opuszczać pokój o 12 a jako że była 12:45 liczyłam, że może jeszcze jest na dworcu i zdążę ją pożegnać. A na dworcu jakaś masakra – pociąg z Pragi opóźniony o 180 minut, a pozostałe też o ponad godzinę. Najmniejsze opóźnienie jakie było na tablicy to 55 minut. Niestety nie znalazłam Sue. Postanowiłam wrócić do akademika. Gdy wysiadałam z tramwaju spotkała mnie Marta i powiedziała, że idzie z Andrą jeść. Poszłam zatem z nimi do stołówki. Dziś serwowali kawałki kurczaka w cieście z frytkami i sałatkami. Dobre było tylko chyba trochę przesolili frytki (może po to żeby sobie napój dokupić). Gdy już zjadłyśmy wróciłam do pokoju patrzę – a tam Sue. Okazało się, że ktoś jej powiedział, że pociągi w Ostravie nie jeżdżą i postanowiła pojechać autobusem. Więc posiedziałyśmy jeszcze chwile i odprowadziłam ją na przystanek. Miała swoją wielką torbę (sięgała jej do szyi), plecak i dwie reklamówki. No tak, trzy miesiące życia tutaj. A warto tutaj wspomnieć o całym mnóstwie rzeczy, które zostawiła i albo mam je wyrzucić albo podarować komuś. Tak czy owak potem zasiadłam do komputera bo zaplanowałam oddać jutro Mari ten projekt bo już mnie nuży codzienna praca nad jednym i tym samym. Potem wieczorem zadzwoniła Mila, chwilę porozmawiałyśmy a potem zaczęłam się uczyć na Marketing Communication, wykąpałam się poggadałam z Mamą (w wcześniej z Tatą) a teraz kończę pisanie i idę spać.

Post dodano 18-5-2010 o godzinie 0:39:25
Poniedziałek

Wstałam rano, gdy Sue jeszcze smacznie spała. W miarę sprawnie się wygrzebałam i pojechałam (tramwajem) na uczelnię. Przed pójściem tam spróbowałam sobie wydrukować w punkcie usługowym na kolorowo jedną stronę, ale niestety punkt usługowy odmówił wykonania usługi. Podobno drukarki nie działały. Na uczelni zaczynałam o 10:00 zajęciami z Operation Research. Niestety Maria nie miała czasu żeby zajrzeć w mój projekt, który tak usilnie wykonywałam przez te wszystkie dni. Ale zrobiła nam normalne zajęcia. Dziś były przy komputerach. Tubylcze komputery mają ustawiony bardzo krótki czas przed załączeniem wygaszacza ekranu. A odblokowanie wygaszacza ekranu wymaga zalogowania – podanie numeru studenta i hasła. Więc zanim Maria wytłumaczyła nam kolejny krok obsługi programu zdążył się włączyć wygaszacz i trzeba było powtórzyć procedurę logowania. Niestety program, w którym pracowaliśmy za każdym wylogowaniem się resetował i trzeba było zaczynać od początku. Więc generalnie ta lekcja była taka sobie. Później miałam dwie godziny przerwy, więc poszłam do budynku E, zjadłam kanapkę i powtórzyłam sobie na logistykę. O za piętnaście druga wróciłam do A&B&C bo miałam tam spotkać nauczyciela z International Monetary Relations (w budynku B). Niestety był on zajęty. Czekałam jakieś dwadzieścia minut pod jego biurem, ale musiałam iść, bo logistykę miałam pisać o drugiej. Gdy dotarłam do budynku A okazało się że moja nauczycielka potrzebuje jeszcze pięć minut bo coś załatwia. Ale już nie wracałam do B. Zaliczenie napisałam z wynikiem wzorowym, więc mogę przystąpić do egzaminu pisemnego (a jak go zdam to i do ustnego będę mogła). Gdy skończyłam pisać było ok. 15:15. Wróciłam pod biuro Karela, ale już go nie było. Pomyślałam, że pewnie poszedł do domu, więc nie czekałam długo. Gdy schodziłam z czwartego piętra spotkałam go po drodze biegnącego do góry. Pomyślałam, że skoro biegnie do góry to będzie biegł na dół. Pobiegłam mu na przeciw. Faktycznie, okazało się, że zapomniał tylko parasola. Udało mi się na jednym wydechu powiedzieć czego chcę. Zaprosił mnie na jutro na rozmowę bo dziś nie miał czasu. Z wydziału wróciłam przez miasto, wchodząc po drodze do Rossmann (w celu zakupu pasty do zębów) i Billi. Oczywiście moim najnowszym pomysłem było kupienie papierowej torby na zakupy, zamiast (jak to robią normalni ludzie) plastikowej. W efekcie zanim dotarłam do przystanku tramwajowego torba była przemoczona doszczętnie. Całe szczęście w tramwaju udało mi się usiąść. Od przystanku do akademika doniosłam wszystko prawie w garści. Co też należało do wyczynu bo w tym samym czasie niosłam też komputer i parasol. Gdy dotarłam do pokoju było po piątej. A tutaj pakowanie w pełni – Sue jutro wjeżdża na zawsze. Poprawiłam jeszcze mój projekt, poczytałam newsy o pyle wulkanicznym i opadach deszczu. Wieczorem Sue zaprosiła do nas Milę, Lili, Andrę i Martę na typowy koreański makaron. Posiedziałyśmy sobie nieco, pośmiałyśmy się i ogóle miło spędziłyśmy czas. Aż do późnej nocy. Potem zostało nam zmywanie i tak jakoś zeszło, że już dawno powinnam spać.

Dobrze, że Tata wysyła mi czasem maile, to przynajmniej wiem, że ktoś czyta.