Post 06 – 10 (stare)

 

Post nr 10, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 16-5-2010 o godzinie 23:46:1
Niedziela

Korzystając z tego, że jednak nie miałam dziś zajęć postanowiłam wykorzystać moje ulubione łóżko i się wyspać. Obudziłam się o takiej godzinie, że zdążyłam do kościoła na 12:15. Co prawda miałam pecha, bo akurat jak doszłam do kościoła to kończyła się poprzednia msza i musiałam czekać na zewnątrz (a padał deszcz) aż ludzie którzy byli wewnątrz wyszli. Kazanie wygłosił Marianek. Jak zwykle, zanim dokończy zdanie to się zdąży zapomnieć o czym mówił na początku tego zdania. Więc trwało długo. Po mszy wróciłam do domu i prawie że skończyłam mój projekt na Operation Research. Niestety trochę mi to zajęło. Później był czas, żeby coś zjeść, poodkurzać podłogę – w niedzielę:/ i zbierać się do drogi. Jechało się potwornie, bo całą drogę padał siarczysty deszcz i wszyscy którzy mnie wyprzedzali ochlapywali moje szyby i mój już nie czysty samochód. W dodatku na ulicy Opavskiej przewróciło się drzewo (na jezdnię). Niestety służby porządkowe jeszcze nie zdążyły dojechać i leżało ono tam sobie blokując przejazd. Należało zatem zawrócić i poszukać innej drogi. Całe szczęście znałam inną drogę 🙂 W akademiku zrobiłam herbatę, porozmawiałam na gg z Kasią i Magdą i zabrałam się do powtarzania Logistyki. A teraz na Veetle puszczają Shreka po angielsku. Nie wiedziałam, że tam gdzie w polskiej wersji było „no i heppienda diabli wzieli ” było „Miałem nadzieję, że to będzie szczęśliwe zakończenie. ” (I was hoping this would be a happy ending). Ciekawe. I tak się ten dzień kończy.

Post dodano 16-5-2010 o godzinie 0:30:13
Sobota

Właśnie sprawdziłam, że nasza strona www.qcoby.eu jest warta 78$ (zdaniem narzędzia website value calculator). Gdybyśmy chcieli to moglibyśmy zarabiać 0$ miesięcznie reklamie za pomocą linków tekstowych oraz ogłoszeniach niezależnych. Nieco więcej – bo 1$ (też miesięcznie) moglibyśmy zarabiać na linkach partnerskich i aż całe 2$ na miesiąc na product placement.

Ogólnie to wstałam dziś i musiałam się uwijać. Z samego rana zawiozłam Wadsona na lotnisko w Katowicach (a to oznacza że znów jestem w Polsce). Później pojechałam na zajęcia na uczelnię. Spóźniłam się tylko trochę. Po zajęciach pojechałam do Lidl kupić sobie bułkę na kolację i śniadanie a potem jeszcze do Carrefour żeby kupić wkład do drukarki. Późnym wieczorem przyszła do mnie Weronika, bo znów miała coś zamówione. Odwiozłam ją do domu, bo padał deszcz. W szeroko pojętym międzyczasie wykańczam mój projekt na Operation Research. A teraz zamierzam wskoczyć na wygrzewanie do wanny, bo czuję że mam gardło.

Post dodano 14-5-2010 o godzinie 22:17:3
Piątek

Dzisiaj jest całkiem leniwy dzień. Obudziłam się w okolicach południa. Zasiadłam przed komputerem bo plan na dziś przewidywał napisanie Seminar Paper II na przedmiot Principles of Marketing. Plan został wykonany. Ale cały dzień lało i nawet nie wyszłam na podwórko. I to chyba na dziś tyle.

Post dodano 14-5-2010 o godzinie 0:8:50
Czwartek

Dziś budzik wyrwał mnie z głębokiego snu. Właściwie to obudziłam się jakieś 45 minut po tym jak jak budzik zabudził. Całe szczęście nie zaspałam. Bardzo szybko musiałam jednak się z rana poruszać, aby zdążyć na autobus. Ale udało się – zdążyłam nawet na pierwszy. Na zajęciach pisaliśmy test na zaliczenie. Zaliczyłam go, ale w poniedziałek idę go poprawić żeby mieć lepsze punkty na koniec. Skoro tak można bez większych trudów to dlaczego nie. Po zajęciach wróciliśmy z Maximem, Etiennem oraz Lili i Milą autobusem do akademików. Postanowiłam zrobić długo odwlekane pranie. Miałam szczęście, bo klucz do prania był dostępny „od ręki „. Zatem rozpoczęłam procedurę walki z pralką. Najpierw wyprała biała, a potem czarne. Teraz wiszą na wszystkich możliwych kaloryferach (które o dziwo grzeją) moje ubrania. W tak zwanym międzyczasie jadłam obiad, oglądałam filmy i przekonywałam samą siebie, że najwyższy czas zabrać się za zadanie domowe z Operation Research. Pranie zajęło mi pięć godzin. Później, czyli wieczorem pojechałam do tesco. Kupiłam o co prosiła mnie Weronika. Gdy wróciłam dotleniona po zakupach okazało się, że 80.000 podzielona na 25 to jest 3.200 a nie jak do tej pory sądziłam 32.000. Ten drobny fakt sprawił, że zadanie stało się logiczne i rozwiązywalne. Zobaczymy co na to powie Maria. Potem znalazł się czas na ploteczki, picie herbaty (nowa – miętowo cytrynowa) i sprawdzanie ceny przesyłki paczki z Czech do Korei. Okazuje się, że przesłanie klasą ekonomiczną (czyli chyba statkiem, bo trwa to około tygodnia)paczki o wadze jednego kilograma kosztuje 400 kč. Nie wiem czy jest to cena do przyjęcia, ale przecież ja nic nie planuję przesyłać do Azji. Resztę wieczoru poświęciłam na kontynuację tego zadania i pójście spać (to już wkrótce).

Post dodano 12-5-2010 o godzinie 23:29:4
Środa

Obudziłam się chwilę po tym jak zabudził budzik. Zebrałam się do szkoły. Ponieważ miałam jeszcze dużo czasu postanowiłam wyjąć moje notatki z logistyki i pouczyć się na jutro. Przerwałam naukę, gdy zorientowałam się że już jest późno. Wybiegłam z akademika tak szybko, że widziałam jeszcze rurę wydechową autobusu. Postanowiłam zatem iść na tramwaj. Jak ogólnie wiadomo pójście na tramwaj i dojście z tramwaju na wydział zajmuje więcej czasu niż wykonanie tych samych czynności z użyciem autobusu. Jeszcze po drodze do przystanku spotkałam z znajomych, z którymi musiałam wymienić się bieżącymi plotkami na temat zbliżających się egzaminów. Na uczelnię dotarłam spóźniona, ale nic się nie stało (tak przynajmniej powiedziała pani, która oceniała nasze prezentacje). Zaprezentowałam swoje jako ostatnia. Zanim zaczęłam pani cichutko poprosiła mnie, żebym mówiła krótko. Tak też uczyniłam. Po prezentacji poszłam z Yun posiedzieć i porozmawiać ponieważ miałam godzinę przerwy. W tak zwanym międzyczasie przyswajałam sobie materiał z czeskiego. Gdy godzina minęła pojechałam na Doktora Maleho, gdzie odbywają się zajęcia z języka obcego. Oczywiście nie znałam numeru sali. Całe szczęście mogłam zadzwonić do Mili i zapytać. Pani nauczycielka powiedziała, że mam nie mówić po słowacku na lekcji czeskiego. A co jeśli ja mam cały czas słowacki w głowie… Na końcu podpisała się na naszych listach niezbędnych do zaliczenia przedmiotu i poszliśmy do akademików. Później przeczytałam pocztę, poopowiadałam z Sue i kontynuowałam naukę logistyki. Chwilę potem przyszedł Wadson na krótkie ploteczki. Trzy godziny później wyszedł. A teraz piszę bloga i kończę przyswajanie wiedzy z logistyki i mam nadzieję, że jutro pójdzie mi dobrze.

Post dodano 11-5-2010 o godzinie 23:58:46
Wtorek

Wczoraj poprosiłam Sue żeby mnie obudziła zanim wyjdzie do szkoły. Miało to być około godziny 8:20. Niestety, nie wiem czy zapomniała, czy samam była spóźniona czy co, ale mnie nie obudziła. Obudziłam się zatem samodzielnie. Było nieco po dziesiątej. Pozbierałam się szybko, zdjęłam pościel z łóżka i pobiegłam zanieść ją do wymiany – pamiętałam, że o 11 zaczynają przerwę obiadową. Udało mi się zdążyć. W drodze powrotnej do pokoju (z budynku C to jest kawałek) spotkałam czecha, który mieszka na naszym piętrze i znamy się, ale wciąż nie wiem jak ma na imię. Nie ubrałam pościeli, tylko ukryłam ją pod kocykiem i pobiegłam na basen. Dziś nie było dużo ludzi, woda mokra i dość głęboka (bo dziś pływałam na najgłębszym). Dziś pływanie odbywało się w poprzek. Po basenie przybiegłam do pokoju, ale nie miałam dużo czasu, bo byłam umówiona z Sebastianem na wspólny wyjazd na wpis z Decision Making. Oczywiście nasza nauczycielka się spóźniła. Oceny były zróżnicowane – od A począwszy na D skończywszy. Jednak komu się wpis nie podobał mógł wziąć swoją pracę do domu i oddać poprawioną zgodnie ze wskazówkami zostawionymi przez nauczycielkę. Całe szczęście ja pracy poprawiać nie muszę, bo dostałam A. Potem wróciłam do pokoju, spotkałam się z Milą, żeby jej oddać materiały do nauki języka czeskiego. Później poszłam na ploteczki do Wadsona. Byłam tam jednak krótko, bo czekała na mnie praca na zaliczenie z Marketing Communications. Właśnie kończę ją tworzyć.


 

Post nr 9, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 10-5-2010 o godzinie 23:58:30
Poniedziałek

W Kucobach: zmienianie kół na letnie, dopełnianie oleju w silniku, odkurzanie wnętrza, mycie (w deszczu) zewnętrza. Przyjazd do Ostravy – nawet się po drodze nie zgubiłam. Droga to 156 km. Jechałam prawie cztery godziny, ze względu na roboty drogowe między Tarnowskimi Górami i Gliwicami a także korkami w samych Gliwicach. Teraz siedzę przed komputerem, ale nie dam rady skończyć tego zadania bo jestem zmęczona i idę spać.

Niedziela

Komunia Aliny, przyjazd do Kucob.

Sobota

Obudziłam się nieco później niż zamierzałam. Zatem bardzo szybko musiałam się pozbierać na uczelnię. Niestety w sobotę tramwaje nie jeżdżą tak często jak w dni powszednie. Po drodze na uczelnię weszłam jeszcze zapytać się o zamiennik do drukarki, ale nie mieli. Prawie cały dzień spędziłam na uczelni. Później biegałam do Tesco i Carrefour w poszukiwaniu prezentu dla Aliny. Wieczorem kontynuowałam pracę nad zadaniem z Marketing Communication.

Post dodano 8-5-2010 o godzinie 0:0:39
Piątek

Dziś się obudziłam o takiej porze, żeby zdążyć na 10 na zajęcia. Warto dodać, że o tej porze autobus nie jeździ, zatem trzeba jechać tramwajem. Zajęcia były krótkie, Pavla przedstawiła nam zakres zaliczenia oraz egzaminu. Co to w ogóle za pomysł, żeby zagranicznym studentom robić zaliczenie i egzamin. Bez sensu. Po zajęciach poszłam sobie do centrum (pomimo, że Francuzi zaproponowali podwózkę samochodem). Trochę przeszłam się po rynku, obejrzałam fontannę „z ziemi „. W drodze powrotnej wstąpiłam do Kaufland kupić Kofolę dla Kasi i herbatę dla Weroniki. Później wróciłam do pokoju, pouczyłam się na Borisa (głównie geografii Europy). Odebrałam też z poczty bilet na pociąg, który wysłała mi Magda P. Oznacza to, że jadę pociągiem EuroCity. Później już tylko czas na pakowanie walizki i podróż do Katowic. O dziwo pociąg EC 102 nie był dziś opóźniony. Znalazłam miejsce w przedziale z dwoma paniami. Jedna z nich była Czeszką, natomiast druga Polką. Porozumiewałyśmy się tak: ja z Czeszką po czesko-słowacku, ja z Polką po polsku, a Czeszka z Polką po niemiecku. Podróż była miła. W Katowicach na rynku złapałam 6 do Chorzowa. Wysiadłam na AKS gdzie czekała na mnie już Weronika. Miała dla mnie prezent – własnoręcznie przygotowane czerwono-biało-czarne korale. Bardzo ładne. Zaprosiłam ją na kawę i tak przeplotkowałyśmy do jedenastej. A teraz siedzę przed komputrem i uzupełniam braki i plotkuję z Wadsonem na MSN.

Czwartek

Chyba dzieje się ze mną coś strasznego bo przez pół dnia dziś spałam. Słyszałam Sue szykującą się do szkoły i uznałam, że jeszcze chwilę poleżę, żeby nie robić korków w łazience. Jak się obudziłam ponownie to było już po dwunastej. A wcale przecież nie szłam późno spać. Zaczęłam się zbierać do szkoły, przy okazji czytałam maile i takie tam. Oglądałam również Dámsky magazín na STV1. I tak jakoś zleciało, że już była trzecia i trzeba było iść na zajęcia. Byliśmy w piątkę, Kamila przekazała co miała do przekazania (w tym również co mamy zrobić na zadanie domowe) i kazała przyjść za dwa tygodnie na egzamin (zaliczenie będzie na podstawie zadań domowych). Po zajęciach (a raczej po zajęciu bo tylko jedno było) poszłam do centrum, doładowałam mój czeski telefon najniższą możliwą wartością, pospacerowałam, poszłam do tesco kupić mleko i wróciłam do pokoju. Później robiłam (i zrobiłam) zadanie z Decision Making i poszłam spać.

Post dodano 5-5-2010 o godzinie 23:33:47
Środa – Majáles Ostrava 2010

Obudziłam się o godzinie, której nawet z dużym naciągnięciem nie można by nazwać wczesną. Trudno, takie jest życie erasmusów (i innych wymiennych studentów też). Cały dzień przesiedziałam dziś w pokoju. Najpierw przyszła do mnie Marta (Portugalia) skonsultować zadanie z Decision Making. Chwilę też poplotkowałyśmy. Potem robiłam projekt na Marketing Communication (i chyba już 1/3 mam gotową), oglądałam Dr.House po słowacku i gadałam z Magdą P przez skype. Dziś przez cały dzień za oknem rozbrzmiewają hałasy przez niektórych zwane muzyką. Trwa Majáles (czyli coś jakby juwenalia). Mamy ustawione dwie sceny, budki z jedzeniem i (w większości) piciem. Cały akademik roi się od bardziej lub mniej nietrzeźwych studentów. Chwilę poszłyśmy z Sue zobaczyć jak tam wygląda. W jednej z budek kupiłam sobie przysmak, który znam ze Słowacji o nazwie Langoš (węg. lángos, słow. lángoš) – specjalność charakterystyczna dla kuchni węgierskiej (a za jej pośrednictwem – również słowackiej). Głównymi składnikami ciasta są mąka pszenna, drożdże, gotowane utłuczone ziemniaki, mleko, cukier, sól i olej. Przed smażeniem na głębokim oleju ciasto jest formowane w płaskie placki o średnicy kilku-kilkunastu centymetrów. Langosze jada się najczęściej z czosnkiem bądź masłem czosnkowym, a także śmietaną, startym serem żółtym, szynką lub jeszcze innymi dodatkami. Mój był z serem żółtym oraz sosem tatarskim. Smakował prawie tak, jak te, które jadałam w Košicach – 35 kč (cena do przyjęcia). Impreza może i bardzo fajna, jednak hałaśliwa i mokra – pada deszcz, co sprawia że stanie na podwórku nie należy do przyjemności. Ciekawe czy noc upłynie spokojnie, czy jeszcze kilka razy ktoś zapuka do naszych drzwi bo pomyli numer bloku (jak to już się dzisiaj dwa razy zdarzyło).

Hola hola Majáles volá!!!
Jako každý rok s počátkem května začínají oslavy studentského života, mládí a příchodu máje zvané Majáles. S tímto festivalem je spojena spousta asociací – sluníčko, pivo, přátelé, kapely, zábava.

Post dodano 4-5-2010 o godzinie 23:44:7
Wtorek

Obudziłam się rano wcześnie, bo chciałam przed zajęciami zdążyć na basen. Poszłam sobie popływać, pomimo, że padało. Dziś na basenie był nieco większy tłum, ale jednak znalazło się miejsce i dla mnie. W drodze powrotnej z basenu nabyłam drogą kupna nowy bilet komunikacji miejskiej. Tym razem zdecydowałam się na miesięczny. Niestety z racji przekroczenia magicznej granicy wieku zniżka mi już nie przysługuje. Musiałam zatem wyrobić nową kartę do biletu, a za bilet zapłaciłam 370 kč. Trudno, starość nie-radość. Wróciłam do pokoju, wyjęłam mokre z plecaka i po chwili był czas zbierać się na zajęcia. Umówiłam się z Andrą i pojechałyśmy na wydział autobusem. Oczywiście Boris się spóźnił, ale aby „odkupić ” swą winę przedłużył nam zajęcia 😉 W związku z tym spóźniłyśmy się na autobus (o 4 minuty) jadący do akademika i musiałyśmy jechać tramwajem. W pokoju zjadłam kanapkę, spakowałam komputer i pobiegłam na FILLUP. Dziś byłam tylko krótko bo FILLUP zaczyna się o 17:30 a o 18:10 miałam zajęcia. Całe szczęście, że w Porubie a nie na wydziale. Chwile porozmawialiśmy o naszym prezydencie i p.o. prezydenta i już musiałam iść. Pobiegłam do głównego budynku VŠB TU ale nie wiedziałam w jakiej sali mamy zajęcia. Generalnie liczyłam na to, że spotkam Martę albo Raphaela i mi powiedzą, ale nic. Postanowiłam sprawdzić maila, liczyłam, że nasza nauczycielka podała numer sali. Niestety nie podała. Zapytałam panów z portierni czy Maria zabrała klucz do jakiejś sali, ale podobno nie. Pomyślałam, że może zadzwonię do Marty i zapytam, jednak telefon zostawiłam w torebce. Uznałam, że wrócę do pokoju i potem się będę zastanawiać jak się wytłumaczę z nieobecności. Tak też uczyniłam. Przyszłam do pokoju i sprawdziłam (jak zwykle) co nowego w moim telefonie. Okazało się, że nasza nauczycielka przysłała nam SMS ‚a z informacją, że w związku z jej prywatnymi problemami lekcji dziś nie będzie. Wróciłam zatem do pokoju i zaczęłam robić różne rzeczy na komputrze, potem Magda P zadzwoniła do mnie na Skype i tak upłynął wieczór.

Post dodano 4-5-2010 o godzinie 1:27:28
Poniedziałek

Obudziłyśmy się z Magdą dość późno. Nie byłyśmy jednak nigdzie spóźnione ani nie byłyśmy w pośpiechu. Po śniadaniu pobiegłyśmy szybko do tesco, bo przed wyjazdem Magda chciała jeszcze kupić czekoladę, rogaliki i takie tam. Po powrocie z tesco poszłyśmy do Wadsona, który zaprosił nas na lunch. W menu znalazło się bacalhau czyli suszony dorsz. Suszonego dorsza przywozi się z Portugalii całego obsypanego solą, później moczy się go przez trzy dni (co najmniej) w wodzie, żeby całą tą sól wypłukać. Potem już można go ugotować i podać gościom na obiad albo lunch. Chwilę posiedziałyśmy w budynku E. Potem był już czas zbierać się na autobus żeby odprowadzić Magdę na pociąg. Pociąg miał jak zwykle spóźnienie (ale tylko 5 minut). Po powrocie do akademika położyłam się na trochę do łóżka żeby ogrzać stopy bo strasznie mi dziś zmarzły. Przed chwilą się obudziłam i wygrzebałam się z łóżka, żeby wyłączyć komputer, ale przypomniało mi się, należy jeszcze coś napisać. Co niniejszym czynię.


 

Post nr 8, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 3-5-2010 o godzinie 1:5:41
Niedziela

Dzień upłynął leniwie. Obudziłyśmy się jak już nam się znudziło spanie. To znaczy Magda P obudziła się wcześniej, ale nie chciała mnie budzić. Tak długie spanie spowodowane było tym, że do trzeciej w nocy siedział u nas Wadson i plotkował z nami o wszystkim. O jego studiach, naszych studiach również, o tym, że portugalski jest prosty (niestety nie zostałam do tej myśli przekonana) i że polski jest bardzo trudny (do tej myśli też nie zostałam przekonana) i o śmierci klinicznej. Więc jak już wstałyśmy zrobiłyśmy makijaże i takie tam i poszłyśmy do OC Futurum na obiad. Menu było dłuugie, ale postanowiłyśmy wybrać trzy rodzaje grilowanego mięsa z warzywami. Dobre jedzenie. Później poszłyśmy do kościoła św. Mikołaja na mszę, a stamtąd do akademika. Późniejszy czas spędziłyśmy na plotkowaniu.
W dniu dzisiejszym otrzymałam życzenia w ośmiu językach świata. Części z nich nie potrafię nawet poprawnie przeczytać (jak „doğum günün kutlu olsun ” albo po prostu „İyiki Doğdun! ” po turecku) a część z nich zupełnie spokojnie ( „happy birthday, všechno nejlepší, buon compleanno „). Były też życzenia po polsku 😉

Post dodano 1-5-2010 o godzinie 23:43:7
Sobota

Obudziłam się w okolicy południa, a nawet nieco po. Musiałam odespać wycieczkowanie po Polsce i spanie z Kasią w jednym łóżku. Jak już się zwlekłam i odzyskałam światomość bytu poszłyśmy z Magdą P (która mnie aktualnie odwiedza) na długi spacer główną ulicą Ostravy. Zakończyłyśmy go w Lidl, wreszcie kupiłam sobie sól do dodawania smaku moim potrawom. Od tego czasu siedzimy w pokoju. Była nas odwiedzić Mila, ale tylko na chwilę. Resztę czasu spędziłyśmy na plotkowaniu, oglądaniu filmików na youtube, słuchaniu muzyki itp.

Post dodano 30-4-2010 o godzinie 21:40:59
Piątek

Po długiej nieobecności powracam do opowiadania.

Dziś obudził mnie budzik. Zerwałam się rano i biegłam na 11 na uczelnię. Miałam spotkanie z profesorem od Object Oriented Programming. Pan profesor niezbyt pewnie czuł się po angielsku, wyświetlił mi co jest moim zadaniem. Powiedział, że mam mu coś napisać i potem porozmawiamy o ocenie. A na końcu zapytał mnie skąd jestem, więc powiedziałam, że z Katowic. Natychmiast zakończył rozmowę po angielsku i od tej pory już tylko po czesku. Łobuz jeden, powinien ćwiczyć swój angielski. Później poszłam na spacer po centrum miasta, nabyłam drogą kupna produkty spożywcze niezbędne do przetrwania i tramwajem wróciłam do akademika. Posiedziałam chwilę przed komputerem i już była pora wybierać się na dworzec kolejowy. Przyjechała do mnie Magda P, która korzysta z nieobecności Sue i śpi na jej łóżku. A teraz sobie siedzimy i plotkujemy.

Post dodano 25-4-2010 o godzinie 0:49:35
Sobota

Pojechałam zawieźć Sue na lotnisko. W drodze powrotnej (czyli gdzieś około czwartej w nocy) zajechałam na stację benzynową, kupiłam olej, przetarłam szybki w aucie. Oczywiście po powrocie do mieszkania (i dolaniu oleju do silnika) poszłam spać. Obudził mnie jakiś hałaśliwy budzik. Całe szczęście, że miałam dziś na dziesiątą to udało mi się zdążyć na czas. Niestety parking między E i F został definitywnie zamknięty dla studentów i musiałam zaparkować gdzieś pod gwiazdami (znaczy się na osiedlu gwiazdy ale też pod gołym niebem). Gdy przechodziłam do budynku B gdzie miałam zajęcia to aż mi się smutno zrobiło bo na parkingu EiF stały tylko cztery auta. Czy to ma sens, żeby wykładowcy i pracownicy mieli dwa parkingi a studenci tylko trzy?
Kadra naukowo-dydaktyczna Akademii Ekonomicznej im. Karola Adamieckiego w Katowicach:*
476 pracowników naukowych
w tym:
* 39 z tytułem naukowym profesora
* 49 ze stopniem naukowym doktora habilitowanego
* 240 ze stopniem naukowym doktora
15420 Studentów (w tym 57 cudzoziemców)*:
* studia stacjonarne – 8 553 (w tym 50 cudzoziemców)
* dane na dzień 30.11.2009.
Zajęcia były takie sobie, bywały ciekawsze (ukłon w stronę pana Cezarego) ale też bywały nudniejsze. Miłą niespodzianką były dziś pączki przygotowane dla nas. Nikt z nas się tego nie spodziewał. Równie miłą niespodzianką była czekolada Studentska, którą przywiozłam Marzenie i Ryśkowi (czyli nie-Tomkowi, który nawet stwierdził, że wiem jak osłodzić mu życie). A jednego pączka sobie nawet na wynos wzięłam. Po zajęciach w mieszkaniu czekał już na mnie Tata. Wypiliśmy herbatę, a następnie pojechaliśmy do hufca wpakować szafy do samochodu. Później poszliśmy na mszę w intencji pierwszej rocznicy śmierci dh Maćka. Refleksja, która mnie natchnęła to to, że w zeszłym roku w tym kościele było mnóstwo młodzieży, a w tym tylko jedna Gosia Fąfara. Jaka zawodna bywa ludzka pamięć. Po mszy pojechałam do domu, załączyłam komputer i tak siedzę. Chociaż właściwie to idę spać.


 

Post nr 7, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 23-4-2010 o godzinie 21:44:35
Piątek

Obudziłam się później niż zamierzałam, ale skoro to wolny dzień to się nic nie stało. Bez prysznica pobiegłam na basen (moje nowe ulubione miejsce w Ostravie). Przepłynęłam jakieś 1,5 km (czyli 30 długości bo dziś było wzdłuż) i poszłam do domu. Zaraz po przyjściu (i oczywiście wyjęciu stroju kąpielowego z woreczka-na-mokry-strój-kąpielowy) poszłam z Wadsonem na jedzenie. W stołówce podawali rybę z szałotem i groszkiem konserwowym. Nieco dziwne połączenie, zwłaszcza, że ryba gorąca (jak powinna być) a cała reszta zimna. No, ale skoro to sobie zamówiłam to musiałam zjeść. Później Wadson zachęcił mnie żebym pokazała mu jak się używa pralki. Oczywiście dałam się do tego zachęcić i troszkę doedukowałam kolegę z Europy Zachodniej =) Później już był tylko czas na spakowanie ubrań i drogę do Chorzowa. Przyjechała ze mną Sue, która leci dziś (a właściwie to jutro) z Pyrzowic do Niemiec. Przez pół drogi debatowała nad tym, czy i jak się dostanie na lotnisko i nawet zaplanowała sobie spędzenie tam nocy bo wylot ma o szóstej rano. W końcu powiedziałam jej, że jak się mnie zapyta czy ją tam odwiozę to się zgodzę. Po przyjeździe do Chorzowa poszłyśmy do Carrefour (przed zamknięciem) dokonać niezbędnych zakupów. Umówiłyśmy się, że na lotnisko wyruszamy o trzeciej (nie wiem po co tak wcześnie, ale cóż…). Prawdą jest, że nie zamierzam czekać na wylot, tylko wrócić do domu i się trochę przespać. A teraz idę się zdrzemnąć.

Czwartek

Obudziłam się rano i pojechałam na zajęcia z Logistyki. Całe szczęście siedziałam koło Maxime (Francja), więc zajęcia były nieco mniej nudne niż zwykle. Co jednak nie oznacza, że były ciekawe. Po zajęciach poszłam na spacer do centrum, a potem wróciłam do akademika. Miałam jakieś dwie godziny czasu, więc wzięłam prysznic. Później znów wróciłam na wydział na zajęcia z Principles of Marketing. Zauważyłam, że co tydzień na zajęciach jest mniej osób. Czyżby nie tylko moją opinią była przeraźliwa nuda panująca na zajęciach? Wieczorem porobiłam sobie notatki na studia w najlepszej uczelni w Europie (czyli AE Katowice), trochę pogooglowałam i poszłam spać.
Ogólnie ten dzień był taki niejaki i dobrze że się skończył.

Post dodano 22-4-2010 o godzinie 0:42:23
Środa

Rano pojechałam na zajęcia z Marketing Communication. Niestety pani nauczycielka jeszcze nie oceniła (opunktowała?) naszych prezentacji z poprzedniego tygodnia, więc nie wiem czy dostałam te 9 pkt czy nie. Ogólnie te zajęcia są nudne jak flaki z olejem i nie lubię ich. Tylko dlaczego je sobie wybrałam? Po wykładzie pojechaliśmy na wycieczkę. W dzisiejszej wycieczce udział wzięli zagraniczni studenci oraz wykładowcy z zaprzyjaźnionych uczelni. Niestety Karol Adamiecki nie jest zaprzyjaźnioną uczelnią. Pojechaliśmy autobusem do miejscowości Kopřivnice. Zwiedziliśmy Muzeum Tatry (Muzeum Techniki Tatra, Technické muzeum Tatra). Tatra – marka samochodów produkcji czechosłowackiej. Założona w 1850 roku, a od 1897 jako trzecia w Europie (pierwsza w Europie Środkowej) firma produkująca samochody. Pod marką Tatra po wojnie produkowane były przede wszystkim samochody ciężarowe o dużej ładowności. Jednak historycznie pierwszym polem działania firmy, była produkcja luksusowych samochodów osobowych, wyróżniających się silnikiem umieszczonym z tyłu. Formalnie muzeum to jest jedną z wystaw Muzeum Regionalnego (obok Willi Szustali, Muzeum Wójtostwa oraz Muzeum Emila i Dany Zatopków). Jednak ogromne bogactwo i atrakcyjność ekspozycji sprawiają, że wystawa ta jest dominującym elementem muzeum, które właśnie z nią najczęściej jest utożsamiane. Samo Muzeum Regionalne powstało w roku 1997 w miejscu wcześniejszego Muzeum Techniki Tatra. Mieliśmy okazję zobaczyć m.in. pojazdy wojskowe, samochody osobowe, samochody specjalne, samochody sportowe i wyścigowe, pojazdy współczesne, ciężarówki, silniki, sprzęt naprawczy. Ogólnie muzeum zrobiło bardzo duże wrażenie, w miarę ciekawie zorganizowane, czyste i przyjemne. Niestety za robienie zdjęć należało płacić oddzielnie (ale to chyba powoli staje się europejskim standardem). Później naszym „wypasionym ” autobusem przejechaliśmy do miejscowości Štramberk. Miłe stare miasteczko – trochę jak te niezliczone miasteczka na Słowacji, które miałam okazję zwiedzać. Miasto zachowało historyczny układ. Na ulicach prowadzących do rynku zachowały się drewniane domy. Nad miastem i mocno pochylonym rynkiem góruje zalesione wzgórze z reszkami zamku Štramberk oraz zachowaną wieżą o nazwie Trúba. Mieliśmy okazję skosztować lokalnego specjału o nazwie Štramberské uši. Produkt cukierniczy z piernika w kształcie rożka. Legenda mówi, że tradycja pieczenia uszu zrodziła w związku z najazdem tatarskim na okolice miasta (góra Kotouč) w 1241 roku. Mieszkańcy Štramberka ukryci na wzgórzu wypuścili wodę ze zbiornika, zatapiając obóz wroga. Podczas przeszukiwania obozu Tatarów mieszkańcy miasta mieli znaleźć worek pełny wypełniony odciętymi uszami niewiernych, które miały być wysłane na dowód zwycięstwa tatarskiemu Chanowi. Nie wiem na ile to przesłanie jest prawdziwe, jednak uszy dobre (trochę jak nasze ciastka korzenne, tylko że zwinięte i kupione w budce). Wspięliśmy się na wspomnianą powyżej wieżę, popodziwialiśmy widoki, daliśmy się wywietrzyć. Później zeszliśmy na ryneczek, gdzie znajduje się mini browar na piwo (o dziwo mieli też laną kofolę). Później pojechaliśmy z powrotem do Ostravy. Koszt wycieczki 100 kč, wrażenia bezcenne.

Post dodano 21-4-2010 o godzinie 0:4:29
Wtorek

Dziś się obudziłam prawie-skoro-świt. Zajęcia zaczynałam o godzinie 10:45. Całe szczęście jechał autobus o godzinie 10:05 (nie spóźnił się i nie stał w korku). Zajęcia odbyły się na temat polityki spójności w Unii Europejskiej. Poruszonych było kilka (nawet wiele) spraw, o których nie miałam zielonego pojęcia. Zajęcia trwały jak zwykle prawie dwie godziny. Po zajęciach pojechałam do banku. Ostatnio prosiłam o przesłanie mi danych do logowania internetowego, aby mieć pogląd na historię rachunku. Było to jakiś miesiąc temu, a do dziś nie otrzymałam stosownych informacji. W banku okazało się, że ktoś w systemie nie dość że wpisał w obu polach adres z polski to jeszcze w wersji bez ulicy i z samymi dziewiątkami (innymi słowy kompletne bzdury). Pani z banku powiedziała: „Jsem opravdu líto ” i poprawiła niezbędne dane. Podobno do dwóch tygodni mam otrzymać na czeski adres wszystkie niezbędne informacje. Będąc w tesco kupiłam przy okazji szpinak głęboko mrożony. Z tesco tramwajem pojechałam na Svinov-nádraží i zapytałam o bilet powrotny do Žiliny. Kosztuje on 271 kč (co nie wydaje mi się zabójczą ceną), więc pewnie się tam wkrótce wybiorę. Do akademika wróciłam z nadzieją, że zapłacę za zamieszkanie (+ 50 kč za zrobienie prania). Niestety moje nadzieje okazały się płonne – znów nieczyne. Tym razem jest to moja wina, bo byłam poza godzinami urzędowania. Spróbuję jutro znów. Potem siedziałam w pokoju. Dostałam niedawno zagadnienia do egzaminu do NBP. Obliczyłam, że jak każdego dnia opracuję trzy (co nie jest znów tak dużo) to dam radę z wszystkimi osiemdziesięcioma ośmioma i jeszcze mi zostanie czas na powtórki. Zatem zaczęłam. O 17:30 mieliśmy spotkanie FILLUP. W sumie było miło, pomimo niskiej frekwencji. Dziś rozmawialiśmy o grupach etnicznych w europie. Po spotkaniu razem z Milą i chłopakami z Polski (Paweł & Paweł) poszliśmy na spacer do pobliskiego parku. Później siedzieliśmy na dole i plotkowaliśmy. Pierwszy raz od tygodnia użyłam języka polskiego w mowie. A teraz jest środek nocy i chyba czas iść spać.

Post dodano 20-4-2010 o godzinie 0:7:31
Poniedziałek

Gdy się obudziłam Sue już nie było. Pomyślałam sobie, że skoro czasem ma lekcje o 7:15 to może dziś też. Jako że okazało się, że i to miasto zamyka lodowiska na lato (i zamienia je w boisko do grania w badmintona) postanowiłam sprawdzić dziś basen. Okazało się, że jest czynny. Zanim jednak poszłam pływać próbowałam zapłacić za akademik. Niestety nieskutecznie. Pomimo trwania godzin urzędowania pani w kasie nie było – może miała przerwę na papierosa albo coś. Poszłam zatem pływać. Nie wiem dlaczego, ale nie przyznałam się pani w okienku, że jestem studentem i przepłaciłam jakieś 5 kč na bilecie (czyli około 70 groszy). Basen działa na elektromagnesy. Szatnia wygląda nieco staroświecko, szafki drewniane i taki oldschool można by rzec. Trochę się zastanowiłam czy bezpiecznie jest zostawiać wszystkie rzeczy w tym miejscu (zwłaszcza, że w portfelu dalej miałam pieniądze na akademik) ale postanowiłam zaryzykować. Kiedy przymknęłam szafkę w poszukiwaniu jakiegoś zamka, skuwki czy czegoś ona się po prostu zamknęła – też była na magnez. Przypomniałam sobie, że przecież w środku mam okulary do pływania i czepek (który jak się potem okazało nie był wymagany). Po chwili kombinowania z otwarciem szafki postanowiłam iść bez (nie zważając na bezpieczeństwo soczewek kontaktowych). Przemieszczając się w poszukiwaniu pryszniców i niecki basenu zauważyłam dziwne coś przylepione do ściany z dużym kółkiem narysowanym na środku oraz przyciskiem z napisem „open „. Dusza odkrywcy nie pozwoliła mi przejść koło tego obojętnie. Zatem przyłożyłam mój magnetyczny zegarek i przycisnęłam przycisk. Poszłam sprawdzić, a tu proszę – szafka otworzyła się sama. Ponieważ było w miarę wcześnie na basenie było niewiele ludzi a woda o temperaturze sprzyjającej pływaniu. Na początku zastanawiałam się, co to za sens mieć basen 50 m i pływać w poprzek, ale z drugiej strony więcej ludzi się mieści. Przed wyjściem jednak skusiłam się przepłynąć całość w poprzek (czyli wzdłuż). Szczegółowe dane basenu: 50 x 21 m, 2 500 m3, głębokości: 1,20 – 1,60 m / 1,80 – 3,70 m. Ponadto przy basenie znajduje się mały basen dla dzieci (6 x 12 m i głębokości 0,64 m), wieża do skoków (1m, 3m, i 5m) oraz rura do zjeżdżania (108 m), z której dzisiaj nie korzystałam. Ogólnie wstęp obejmuje trzy godziny od wydania magnetycznego zegarka, który jednak nie pokazuje godziny (kaucja: 50 kč) do momentu opuszczenia szatni. Ja dziś byłam tam nieco ponad dwie godziny, ale uważam, że moje zapłacone 35 kč odpływałam. Wróciłam do akademika, a potem poszłam na ulicę o pięknej nazwie Hlavní Třída. Wpłaciłam pieniądze do banku, wstąpiłam do Rossmann i nieco pospacerowałam. W drodze powrotnej kupiłam sobie kurtkę wiosenną. Teraz się zastanawiam, czy nie popełniłam błędu kupując białą, ale nie była strasznie droga więc zobaczymy. Ponieważ Sue dalej nie było zadzwoniłam do Mili, aby dowiedzieć się co ona o tym sądzi. Okazało się, że Sue pojechała do Bratysławy nic mi o tym nie mówiąc. I nie wiadomo kiedy wróci. A ja bym też chętnie pojechała. Ale co tam. Później obejrzałam czeskiego doktora Hause ‚a, wiadomości, Láska z nebies. Potem przeczytałam zadany rozdział na jutro a teraz idę spać.

Post dodano 18-4-2010 o godzinie 22:11:0
Niedziela – „leniwy dzień ”

Poranek i przedpołudnie spędziłam w pokoju oglądając telewizję, biorąc prysznic i ogólnie powiedziawszy „budząc się „. Po południu korzystając z pięknej pogody pojechałam sobie do centrum, posiedziałam na rynku. Później poszłam na Mszę. Po drodze zakupiłam sobie lody włoskie u prawdziwego Włocha. Pieniądze liczył „venticinque „, więc nie mógł być podrabiany. Na Mszy byłam w nowym kościele, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Kościół w kierunku głównego dworca kolejowego w Ostrawie. Wracając do domu spotkałam Youri i Min i pomogłam im nieść siatki z zakupami od tramwaju do akademika.
Dziś ogólnie była taka niedziela sprzyjająca wypoczynkowi.


 

Post nr 6, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 18-4-2010 o godzinie 11:17:3
Sobota

Obudziłam się nieco przed południem. Później byłam umówiona z Sebastianem na odrabianie zadania domowego z Decision Making. Okazało się, że moje wyniki były spójne z jego wynikami, więc można przypuszczać, że są dobre. Rozwiązaliśmy również te zadania, których nie miałam ani ja, ani on. Później siedziałam w pokoju i oglądałam relację z Polski z ceremonii pogrzebowych. Dziwnie to brzmiało jak tłumaczyli polski na czeski. Późnym popołudniem poszłam z Milą i Sue zobaczyć jak się tańczy salsę. Nawet nie jest to trudne, ale muszę popracować nad tym, która noga jest lewa a która prawa. Ciągle mi się jeszcze myli. Później wróciłam do pokoju, ale nie czułam się dobrze więc postanowiłam się położyć do łóżka. I zasnęłam.

Post dodano 17-4-2010 o godzinie 12:16:40
Piątek

Wstałam rano skoro świt. Autobusem 8:20 pojechałam na wydział. Po jakichś 15 minutach oczekiwania przyszła Renata – czyli moja pani od stypendium. Oprócz tego, że dała mi dokumenty na podstawie których mogę odebrać stypendium to chwilę porozmawiałyśmy. Powiedziała mi między innymi, że na stypendium z programu CEEPUS można wyjechać więcej niż tylko raz w życiu (jak jest w przypadku Erasmusa). Podobno tutaj na VSB TU nie ma tylu chętnych studentów na wyjazd ile mają miejsc. Więc praktycznie każdy z nich kto zaaplikuje może wyjechać. Fajnie się mają. W drodze powrotnej do domu wstąpiłam do centrum handlowego Futurum. W tesco zakupiłam mleko, jogurt i takie tam. Do akademika wróciłam trolejbusem i tramwajem. Wysiadłam przed rektoratem i poszłam odebrać moje pieniądze. Ale trafiłam na przerwę obiadową i znów musiałam czekać. Potem wróciłam do pokoju, siedziałam przed komputrem i oczekiwałam lepszego jutra. Wieczorem zadzwoniła Andra i zaprosiła nas na grilla – warunkiem uczestnictwa były własne produkty do smażenia. Nawet mi to odpowiadało, bo każdy mógł jeść co chciał, nawet chleb. Okazało się jednak, że większość z nas nie przechowuje w zamrażalniku produktów, które nadawałyby się „na ruszt ” dlatego wyruszyłyśmy na wyprawę do Lidl. Poszłyśmy piechotą, wróciłyśmy tramwajem. Podczas grillowania było bardzo wesoło i można rzecz, że przyjemnie. Wróciłyśmy do pokoju w miarę późno i chyba dlatego nie napisałam tego wpisu wczoraj tylko dziś.

Post dodano 16-4-2010 o godzinie 0:13:8
Czwartek

W sumie to nie ma tu dziś nic znaczącego do napisania. Wyszłam jednak wczoraj wieczorem na miasto w celu integracji. Zwiedziłam ulicę Stodolní – najlepiej znaną ulicę Ostravy w całej Europie. Zwiedzałam ją w nocy co wydobyło jej urok (śmieci leżące na chodnikach nie były aż tak widoczne). Wróciłam w porze, którą można nazwać „przyzwoitą „. Wstałam dziś jak się wyspałam co okazało się w okolicach południa. Później siedziałam przed komputerem, trochę robiłam zadanie z Decision Making a trochę udawałam, że je robię. Późnym popołudniem postanowiłyśmy z Sue i Milą iść na spacer, trochę się przewietrzyć. Pogoda nie była sprzyjająca, ale chwila w mżawce jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Po powrocie ze spaceru chciał nas odwiedzić Wadson, ale Sue się nie zgodziła. Chodzi o to że robiła pranie i teraz jej majtki wiszą wszędzie w naszym pokoju. I tak upłynął dzień. A jutro (chociaż jak patrzę na zegar to nawet dziś) idę rano odebrać dokumenty związane ze stypendium. Liczę też, że uda mi się zapłacić za akademik.

Post dodano 14-4-2010 o godzinie 23:46:57
Środa – „busy day ”

Ze względu na dużą ilość pytań, którą otrzymałam (to znaczy dwa) odpowiadam: tak, naprawdę pisałam wczoraj w środku nocy. Niestety.

Dziś obudziłam się o czasie. Zajęcia rozpoczynały się o godzinie 10:00 na wydziale w centrum, na który trzeba jeszcze dojechać. Niestety o tej porze autobus nie jeździ, więc pozostaje tramwaj. Pierwsze zajęcia miałam z International Monetary Relations. Odbywały się w kanciapie naszego przystojnego nauczyciela. Stolik był, ale tylko czteroosobowy. I nawet świetnie się złożyło, bo studentów (a raczej studentek) było tylko trzech. Zajęcia fajne, tylko temat nieco „oklepany ” – kontrakty forward, futures, swapy walutowe i takie tam. Po zajęciach mieliśmy mniej więcej pół godziny do następnych zajęć – Marketing Communication. Niestety prezentacja, którą do nocy wczoraj robiłam nie doszła do pani nauczycielki ze względu na problemy z pocztą email. Zanim zdążyłam się załamać, przypomniało mi się że zgrałam prezentację na USB. Trochę przedstawiłam ją chaotycznie, ale nie było (mam nadzieję) źle a na pewno żywiołowo – nikt nie spał. Pani słuchała i się czasem uśmiechała. Później mieliśmy półtorej godziny przerwy. Planowałam, że pójdę w tym czasie do Kaufland, aby zakupić karton mleka. Niestety intensywne opady deszczu zniechęciły mnie do tego działania. Zostałam zatem w budynku E, czytałam gazety i się nudziłam. Ostatnie zajęcia były z Economic of European Integration. Zaczęliśmy od prezentacji Mili na temat postępów Bułgarii w dążeniu do przyjęcia euro, więc mogłam się trochę rozbudzić. Później krótko pomówiliśmy o polityce transportowej w EU i poszliśmy do domu. Trochę byłam rozczarowana, bo myślałam że Boris (nasz nauczyciel) zapyta mnie o wydarzenia ostatniego tygodnia w Polsce i nawet sobie przygotowałam stosowną wypowiedź (niekoniecznie spójną z opinią prywatną, ale za to „poprawną politycznie i obyczajowo „). A on nic, nie zapytał… Skandal. Po zajęciach, bo przestało padać poszłam do Kaufland. Niestety nie było promocji na mleko, więc kupiłam tylko jeden kartonik. Do tego kupiłam też płatki śniadaniowe i jogurt. Całkiem udane zakupy. Po powrocie do akademika zasiadłam przed komputerem. Zaczęłam robić zadanie domowe na Decision Making (żeby uniknąć sytuacji z wczoraj-dziś w nocy, czyli zadanie na ostatnią chwilę). I tak siedzę do teraz. Przez chwilę był nas odwiedzić nasz czarny kolega Wadson (ten, którego odbierałam wczoraj z lotniska) co sprowokowało przerwę na plotki. A później moja współlokatorka schodząc z krzesła (na którym stała żeby być mniej głodna) wyrwała ze ściany regał i teraz walczy z bałaganem, który powstał po zderzeniu butelek (pełnych i pustych) z podłogą. Jakaś ekipa się wybiera dziś to Vrtule na pijaństwo więc może się wybiorę z nimi żeby się nieco pointegrować 😉

Post dodano 14-4-2010 o godzinie 2:52:21
Wtorek

Wstałam wcześnie rano żeby z wszystkim zdążyć. Zaczęłam od prysznica i odkurzania podłogi. Bo żeby poodkurzać podłogę należy założyć szkła kontaktowe (żeby widzieć czy się dokładnie odkurza), a ponieważ kąpiel w szkłach nie jest dobrym pomysłem (bo może wypłynąć wraz z wodą) musiałam to wykonać w tej właśnie kolejności. Później ubrałam się szybko i pojechałam do Urzędu Skarbowego. Pani mi dała PIT37, którego na miejscu wypełniłam i oddałam. Teraz tylko jakieś trzy miesiące i będę bogatsza o zwrot podatku. Później miałam jeszcze chwilę, więc wróciłam do domu i wypiłam kawę. Po kawie szybciutko się pozbierałam i pojechałam na lotnisko odebrać Wadsona. Udało mi się nawet nie zgubić po drodze. Ponieważ byłam jakieś 8 minut przed lądowaniem postanowiłam zwiedzić lotnisko. Wdrapałam się między innymi na taras widokowy (za 1 zł). I widziałam dwa lądujące samoloty (w tym jeden z którego wysiadł Wadson). Jadąc Z lotniska też udało mi się nie zgubić. Bezpośrednio stamtąd pojechaliśmy na AE (najlepsza uczelnia w PL). Akurat mi się udało bo do pana doktora nie było długiej kolejki, ale musiał sobie za mną „nieco ” porozmawiać. Nawet opowiedział mi o wypadku prezydenckiego samolotu. W efekcie poprawił mi dwóję na czwórkę i powiedział, że mogę napisać pracę na zakończenie tego semestru. Później poszliśmy do 7eleven zjeść coś. Ja sobie wybrałam makaron zapiekany z serem, kurczakiem, brokułami i sosem śmietanowym. Do tego zamówiłam sobie herbatę. Było to dobre, ale zdecydowanie za dużo. Przez okno widziałam Magdę P wychodzącą z rektoratu (czyli z pracy) i też miałam okazję chwilę z nią poplotkować. Później pojechaliśmy do domu, spakowałam rzeczy i do Ostrawy. Całą drogę padało, więc nie dość że warunki paskudne to jeszcze mam znów umazane auto. Zaparkowałam pod budynkiem E ale do siebie szłam wnętrzem, żeby zmoknąć jak najmniej. Później odbyłam jeszcze dwie rozmowy wewnętrznym telefonem związane z niesamowicie ciężką sytuacją w Polsce i zabrałam się za tworzenie prezentacji. Prezentację właśnie przed chwilą skończyłam, dopijam herbatę, kończę pisać pamiętnik i idę spać, bo jutro trzeba rano wstać. A złotówka się umacnia =)