Post 16 – 130 (stare)

Post nr 130, ostatnio modyfikowany: 08-02-2017

Świeżutkie zdjęcie z wczoraj. Tak, tak prawie dziesiąta na zegarze, córeczka wyspana. I nie było to przed południem…

Blog Basia
mamaewa napisał(a) komentarz:
No cóż, nocne życie prowadzą nie tylko dorośli… Mamo, ja chcę na piwo do pubu 😉
tata napisał(a) komentarz:
To ma chyba po tacie, bo mama tej ślicznotki o tej porze zawsze grzecznie spała.

Post nr 129, ostatnio modyfikowany: 19-01-2017

Pozdrawiamy 🙂

Blog Basia
tata napisał(a) komentarz:
dziękujemy. Tyle radości.

Post nr 128, ostatnio modyfikowany: 28-06-2016

Pokój dziecinny już prawie gotowy:

Blog Basia

Szafy w dalszym ciągu nie ma…

tata napisał(a) komentarz:
a to łobuzy,

Post nr 127, ostatnio modyfikowany: 11-04-2016

Ubiegłotygodniowa sesja zajęć studiów podyplomowych odbyła się w Koniakowie.

W ramach rozwijania kreatywności (chyba) padł pomysł abyśmy na piątkowy wieczór przygotowali sobie stroje – przebrania. Pomimo początkowej niechęci, wszyscy obecni zadanie wykonali.

Ja się przebrałam tak:

Blog Basia

A całość grupy wyglądała tak:

Blog Basia

.

Kto rozpozna kim byłam?

tata napisał(a) komentarz:
Może tata,ale z którego odcinka?

Post nr 126, ostatnio modyfikowany: 22-03-2016

Statystyki spalania paliwa w samochodzie prowadzę (w obecnym formularzu) od 10 października 2013 roku.

Dziś przy okazji wpisywania kolejnych danych sprawdziłam jak kształtowała się cena gazu w tym okresie.

Średnia cena gazu to 2,31 zł, a mediana 2,39 zł.

Najdroższy gaz kupiłam 21 grudnia 2013 roku za 2,77 zł.
Najtańszy – całkiem niedawno – 13 marca 2016 roku za 1,55 zł.

Różnica wynosi 1,22 zł, co przy spalaniu na poziomie 11,5 l/100 km sprawia, że przejechanie 100 km jest droższe o ponad 14 zł… a jedzie się cały czas tak samo… 🙂

tata napisał(a) komentarz:
W mojej historii najtańszy gaz to 1.41 zł, ale długo kosztował 1,44 zł. Najdrożej to 2.81 zł.
mamaewa napisał(a) komentarz:
Teraz kiedy taniej jeździsz mniej? Takie czasy…

Post nr 125, ostatnio modyfikowany: 21-03-2016

Po piątkowej wizycie u lekarza okazało się, że nasza mała córeczka waży już 784 g i z tego co lekarz widział jest zdrowiutka i cała w normie.

tata napisał(a) komentarz:
i to jest piękne!
mamaewa napisał(a) komentarz:
LLLubię to!!!

Post nr 124, ostatnio modyfikowany: 12-03-2016

Wreszcie dzisiaj po wielu perypetiach udało mi się dotrzeć do finiszu temat radia samochodowego.

Korzystając z uprzejmości Dzieciątka (tego świątecznego), rodziców i „wkładu własnego” udało mi się dokonać zmiany z tego:

Blog Basia

na to:

Blog Basia

Niestety na kartę SD wkładu własnego już brakło, ale za to serwisant podłączył tak, że grają wszystkie głośniki (niezależnie od tego czy akurat wjechałam w dziurę w drodze czy nie).

Jeszcze raz dziękuję rodzicom za możliwość słuchania audio, WAV, mp3 i innych formatów zarówno z CD jak i USB.

Uwaga! Sprzedam świetnie działające 16-letnie radio AudioSymphony (widoczne na pierwszym zdjęciu) z Audi! Oryginalne (z książką serwisową po niemiecku)

tata napisał(a) komentarz:
to niech dobrze służy
tata napisał(a) komentarz:
Miałaś powiedzieć jak zabraknie do zakończenia operacji.
mamaewa napisał(a) komentarz:
To zostało miejsce na coś jeszcze? Super !☺

Post nr 123, ostatnio modyfikowany: 03-03-2016

Załatwiając dziś sprawy w urzędzie powiatowym naszego miasteczka moją uwagę przykuła informacja:

„Informujemy, że przy pobieraniu wpłaty pobieramy opłatę w wysokości 1,50 zł.”

Oznacza to mniej więcej tyle, że aby zapłacić 17 zł opłaty skarbowej trzeba przygotować 18,50 zł w gotówce.

Wszak logiczne, prawda?

tata napisał(a) komentarz:
oj prawda prawda i żeby to zawsze było tylko – aż 1.50zł.
Basia napisał(a) komentarz:
Co jednak wydaje się nieco zaskakujące. Będąc w urzędzie i robiąc wpłatę urzędową chciałoby się za darmo… (bo przelewając na przykład przez ING online byłoby za darmo…)
tata napisał(a) komentarz:
W urzędzie wpłacasz przez PKO lub inny bank, bo za rejestracje płacisz do wojewody a nie starostwa.
Basia napisał(a) komentarz:
W urzędzie wpłaciłam u podmiotu prywatnego, a do gminy (a było to w urzędzie powiatu)…
Mam wrażenie, że to miasto kryje w sobie jeszcze wiele niespodzianek…

Post nr 122, ostatnio modyfikowany: 01-03-2016

Jako deser po kolacji mam żelazo i magnez…

Czy to oznacza, że nasza Lidia będzie „jak ze stali”?

tata napisał(a) komentarz:
będzie kochana

Post nr 121, ostatnio modyfikowany: 02-02-2016

Wybrałam się dzisiaj do Starostwa wymienić tablice. Właściwie powinnam „niezwłocznie” w terminie do 30 dni poinformować organy o zmianie danych osobowych (prawie wszystkich – oprócz numeru PESEL i imienia), ale do tej pory nie było takiej potrzeby.
W lutym kończy mi się OC na samochód, więc postanowiłam mieć ubezpieczenie już na „nowe” numerki.

Kolejka w powiecie długa, ale obsługiwały cztery panie okienkowe i wbrew pozorom szło płynnie. Dobrze, że tyle ludzi kupuje sobie samochody.

Oczywiście w okienku obsługiwała mnie pani, której syn trenował taekwon-do i oczywiście kazała pozdrowić męża 😉

Blog Basia

Teraz jeszcze tylko lokalnym zwyczajem „oduczę” się używać migacza przy opuszczaniu ronda i będą prawdziwą kłobuczanką 😉 (choć z importu)

tata napisał(a) komentarz:
Fajnie mieć tak numery po kolei, ciekawe czy niższy trafił młodszemu? bo jak inaczej to pamiętać?
Basia napisał(a) komentarz:
Starsze auto dostało niższy numerek… czyli moje 🙂

Post nr 120, ostatnio modyfikowany: 17-11-2015

Po naszej ostatniej rozmowie na temat prędkości internetu domowego postanowiłam to jednak sprawdzić.

Prędkość „badana” komputerem:

Blog Basia

Ponieważ twierdzę, że mój komputer jest wolniejszy od internetu postanowiłam również sprawdzić telefonem.

Oto wynik:

Blog Basia

Czyli mam rację – to mój komputerek nie nadąża.

A na fakturze mamy wpisane „Neostrada do 80Mb- promocja Szybka Neostrada i Telewizja (24 mies.)”. Czyli teoretycznie wszystko się zgadza. 80Mb nie przekraczamy 😉

tata napisał(a) komentarz:
ale warto wiedzieć jak to jest właściwie, a szybkość trzeba sprawdzać bo różnie to bywa.

Post nr 119, ostatnio modyfikowany: 15-06-2015

12 czerwca tego roku minął drugi rok odkąd jeżdżę audi. Przejechaliśmy wspólnie w tym czasie 57 195 km. Auto poważnie zawiodło trzy razy – pierwszy raz w Tarnowie, gdy alternator przestał działać, drugi raz w Lublinie – awaria pompy paliwowej i ostatnio w Kłobucku jak poszła pompka wspomagania układu kierownicy. Poza tym – naturalne usterki eksploatacyjne: zakładanie gazu i związane z tym problemy, zakup nowiutkich czterech opon letnich, wymiana klocków hamulcowych, tarcz tylnich, termostatu i jeszcze parę innych. Ja zawiodłam auto poważnie raz – jak wjechałam w słup pod Galerią Jurajską. No i w tym czasie zapłaciłam mandatów za 1100 zł (ale 2015 planuję nie płacić mandatów w ogóle i jak na razie mi się udaje).
Po tych dwóch latach mamy jeszcze wspólne plany z audi: załatanie rozdartego fotela, wymiana radia, przyciemnienie szyb i jeszcze parę innych 🙂

tata napisał(a) komentarz:
Spróbuje policzyć czy w życiu prywatnie tyle przejechałem.
Kwota spota, całe szczęście że punktów starczyło.
Tak to – spiesz się po woli.
A fotel faktycznie się prosi, szczególnie że nie używasz poduszki ani mat np. masujących.
mamaewa napisał(a) komentarz:
Jakbyś jechała w jednym kierunku to już byś wróciła i znowu pół świata przejechała a tu tylko kawałek Polski wte i we wte
mamaewa napisał(a) komentarz:
A może szyb nie przyciemniać = lepiej widać przez jasne, chyba że się pobrudzą

Post nr 118, ostatnio modyfikowany: 19-05-2015

Przegląd Audi na rok 2015/2016 zaliczony. Wszystko ładnie, tylko żarówki w migaczach muszę powymieniać. Pan od przeglądów nawet mi cztery podarował 😉

W piątek w zeszłym tygodniu kupiłam nowe tarcze do tylnich hamulców, więc nie mogło być „wpadki”.

tata napisał(a) komentarz:
to dobrze, to dobrze, a żarówki przepalone czy nieprawidłowe?
lepiej z tarczą niż na tarczy!
basia napisał(a) komentarz:
Żarówki świecą, prawidłowe, ale zużyte – „zaszłe”.

Post nr 117, ostatnio modyfikowany: 28-02-2015

Zaczęłam właśnie czytać nową książkę, ale zanim tą poprzednią odłożę na półkę postanowiłam jeszcze raz ją przejrzeć.
Książka o której piszę nosi tytuł: Ekspert biznesu. Jak wymyślić, stworzyć i prowadzić zyskowny biznes bez środków na start. autor: Adam Grzesik, wydawnictwo Helion SA. Książka jest dostępna m.in. tutaj http://onepress.pl/ksiazki/ekspert-biznesu-jak-wymyslic-stworzyc-i-prowadzic-zyskowny-biznes-bez-srodkow-na-start-adam-grzesik,eksbiz.htm lub w EMPIKach.

Postanowiłam wpisać tutaj wszystkie te zdania, które zakreśliłam sobie na kolorowo podczas czytania.

W biznesie postęp jest dużo ważniejszy niż perfekcja. (s. 21)
Uwolnij swoją kreatywną cześć umysłu i twórz rozwiązania problemów. (s. 22)
Szukaj rzeczy, które dobrze działają, i zadaj sobie pytane, jak możesz to udoskonalić, jak możesz dostarczyć to szybciej, taniej, jak możesz to usprawnić. (s. 23)
Ale to, z czego żyje Twoja firma, to ZYSK. (s. 27)
Kiedy otrzymasz ofertę, wybierz tę, która Ci pasuje, i poproś daną firmę, aby postarała się bardziej, bo jej oferta Ci się podoba, ale cenowo niestety odbiega od innych. (s. 28)
Jeśli tylko możesz, staraj się utrzymywać jak najmniej rozbudowaną strukturę. (s. 29)
Tak naprawdę każdy biznes można uczynić pasywnym. (s.32)
Pamiętaj, aby kupić lub stworzyć biznes pasywny, który zarabia, kiedy Ty śpisz. (s.33)
Kluczem jest zajęcie się jedną rzeczą w jednym czasie. Kiedy robisz biznes, to cały swój czas, całe skupienie i 100 % zaangażowania włóż właśnie w ten biznes. (s. 33)
Zauważ, że swój czas w biznesie poświęcasz na:
A. Pracę, która daje dochód (…)
B. Pracę, która da Ci dochód w dłuższej perspektywie czasowej bądź długofalowo, ale już bez Twojego udziału (…)
C. Rzeczy, które muszą być zrobione, lecz nie mają wpływu na finanse firmy, bo nie dają dochodu (…)
D. Czynności, które nie wnoszą nic do biznesu, a wręcz mu szkodzą (…)
Punkty A i B to absolutny TOP. Dopóki nie zrobisz tych rzeczy, nie masz prawa zabierać się za C i D.
(s. 34)
Byle jaki sukces jest lepszy niż idealna przeciętność. (s. 35)
…wyróżnij się albo zgiń. (s. 35)
Sam musisz zadbać o to, aby rynek dowiedział się, że jesteś ekspertem, specjalistą, że Twoja firma to fachowcy w swojej dziedzinie. (s. 35)
To Ty odpowiadasz za jakość i za swoją strategię. (s. 37)
Twojw wielkość jako menedżera polega na tym, że firma potrafi funkcjonować bez Twojego udziału. (s. 38)
Będąc głównym pracownikiem, nigdy nie staniesz się zamożny. (s. 101)
Jako szef powinieneś robić rzeczy, które tylko Ty możesz zrobić. (s. 103)
Wykonywanie pracy, którą ktoś może zrobić taniej niż ja, jest finansową niodpowiedzialnością. (s. 104)
Odkryj więc swoje KPI i zajmij się mierzeniem tylko ich, a nie tego, co mało istotne.
(s. 107)
Sznuj ludzi, szczególnie ludzi mniej ważnych w strukturze. (s. 112)
Ludzie muszą wiedzieć, ile wynagrodzenia otrzymują i za co. (s. 113)
Dzielenie się z pracownikami własną wizją jest wręcz niezbędne, jeśli chcesz, aby pracowali dla Ciebie a nie dla pieniędzy. (s. 113)
Wybierając pracowników, szukaj specjalistów, którzy są lepsi od Ciebie. Twórz firmę złożoną z „gigantów”. (s. 114)
Zatrudniaj powoli i zwalniaj szybko. (s. 116)

Powyższe zdania to cytaty bezpośrednio przepisane z książki. Są to myśli i przekonania autora.
W moim subiektywnym odczuciu tytuł tej książki „… zyskowny biznes bez środków na start” niestety obiecuje więcej niż można z niej wyczytać. Oczekiwałam porad na temat pozyskiwania środków lub doświadczenia jak to zrobił autor. Niestety cały ten wątek został pominiety. Co jednak nie oznacza, że nie warto przeczytać tej ksiązki 🙂

Ojciec napisał(a) komentarz:
Zawsze warto czytać- wspaniale jest umieć jeszcze zapamiętać co się czytało a ideałem jest wykorzystać to co się przeczytało.
Tego ci życzę i pozdrawiam.
Ojciec napisał(a) komentarz:
Dziękuje za wpis.
mamaewa napisał(a) komentarz:
Jak zdobyć środki na start w biznesie? Napisać książkę o zdobywaniu środków, lub o czymkolwiek innym, byle tytuł gwarantował dużą sprzedawalność 😉

Post nr 116, ostatnio modyfikowany: 15-08-2014

Zdjęcie z fotobudki na weselu Weroniki i Mateusza:

Blog Basia

A Młodej Parze życzymy, aby każdy dzień ich wspólnego życia był tak udany jak to wesele!!

MadaMag napisał(a) komentarz:
Gdybym nie wiedziała, że to ty, to bym się zastanawiała kto to.

Post nr 115, ostatnio modyfikowany: 07-03-2014

Z kołem wszystko dobrze, ale już się rozglądam za nowymi oponami:)

Dziś dodaję ekspozycję kwiatową z Żabna. Ekspozycja przygotowana specjalnie z okazji zwiększonej sprzedaży na okoliczność zbliżającego się święta.

Blog Basia
tata napisał(a) komentarz:
W Borkach były po 3zł też w foli i z wstążeczką.
mamaewa napisał(a) komentarz:
cudnie

Post nr 114, ostatnio modyfikowany: 05-03-2014

Właściwie historię powinno się zacząć opowiadać „od wczoraj”. Wczoraj bowiem po pracy zauważyłam, że mam coś mało powietrza w tylnym kole tuż za kierowcą. To się zdarza raz na jakoś czas – opony też z niecierpliwością czekają na koniec sezonu i to chyba będzie ich ostatni, podjechałam na pobliską stację benzynową i zatankowałam powietrza do pełna (można to uczynić bez wnoszenia opłat).
Miałam mieć dziś wolne od pracy, ale ze względu na ciężką sytuację kadrową, oraz awizowaną na 11 dostawą świeżego (zresztą jak w każdą środę) umówiłam się z Anią, że jednak przyjdę. Żeby nie przesadzać, zapowiedziałam, że nie będę na szóstą ale pojawię się gdzieś koło ósmej.
Wychodziłam z domu chwilę przed siódmą i już byłam prawie dumna z siebie, że będę wcześniej niż zamierzałam. Niestety okazało się, że dopompowane wczoraj koło jest totalnym kapciem. Nie chciałam z takim kołem jechać nawet na stację, bo raz jechałam i zniszczyłam oponę, więc postanowiłam koło wymienić. Pierwszym problemem był zdjęcie dekla. Śrubokręt za duży, żeby go włożyć do dziurki, patyczek z pola zbyt kruchy. Jak wreszcie się udało, okazało się, że śruby są zbyt mocno przykręcone, aby je odkręcić za pomocą mojego klucza, albo mojej siły. Użyłam rureczki do podnośnika, nasadziłam na klucz i jakoś się udało. Potem problem podnieść samochód, bo zamiast auto unosić się w górę to podnośnik zatapiał się w ziemi. Ten problem pokonałam za pomocą zestawu cegieł i deseczki. Cały czas miałam na uwadze to, że koło zapasowe ma inny rozmiar niż te nie-zapasowe.
A swoją drogą pewnie, gdyby nie to, że raz Artur w Tarnowskich Górach wymieniał koło, pewnie nie kupiłabym klucza i podnośnika do bagażnika i nie miałabym dziś czym działać…
W międzyczasie sąsiadka wychodziła do pracy, a pani właścicielka podeszła zapytać „jak się mieszka” i zaproponowała pożyczenie swojego samochodu.
Udało mi się wymienić.
Pojechałam do pracy na jednym kole mniejszym, ale na ósmą się nie spóźniłam.
Zaplanowałam zaraz po pracy pojechać do kapciarza. Plan obejmował odwiedzanie wszystkich wulkanizatorów po drodze do skutku (w sensie, że do momentu aż któryś mi koło naprawi). Już trzeci kolejny zakład był czynny. Taki młody chłopak najpierw koło napompował, wsadził do miski z wodą (tradycyjne sposoby) i zdiagnozował gwoździa wbitego do opony. Postukał, popukał, zdjął oponę, dał jakąś łatkę czy coś założył oponę, pokręcił na maszynie, ponaklejał metalowe naklejki i pozwolił odjechać. Poprosiłam go, żeby założył mi koło we właściwe miejsce, co też uczynił.
I w tym momencie nastąpiła obawa o wysokość zapłaty. Nie mam doświadczenia (skali porównawczej) ile taka usługa może kosztować. Szybko w pamięci przeanalizowałam stan portfela i ruszyłam do biura. Okazało się, że za prawie 50 minut pracy z użyciem urządzeń technicznych, narzędzi, półproduktów i umiejętności zapłaciłam 26 złotych. Tyle gotówki miałam (później okazało się, że Łęg Tarnowski to nie byle wiocha i w razie czego u kapciarza można płacić kartą). Myślałam, że będzie więcej, więc z radością pognałam w stronę Tarnowa.
Ciekawe, czy ta historia będzie miała ciąg dalszy…

tata napisał(a) komentarz:
to byłaś dzielna, a 26zł to dobra cena, bo w Olesnie z zdejmowaniem koła z auta chciał nawet 40 zł. 15zł liczą za samo wyważenie koła dostarczonego.
tata napisał(a) komentarz:
a na taką okoliczność lub gdy na stacji benzynowej popsute płatności kartą, wożę w aucie lub dowodzie rej. bilet narodowego banku o średnim nominale – żelazny zapas.
Meg napisał(a) komentarz:
No i zaraz mi się przypomniało jak ja wymieniałam koło o 21 przed PO 😀
Więcej wpisów!

Post nr 113, ostatnio modyfikowany: 18-02-2014

W zeszłym tygodniu byłam na III etapie rekrutacji do JMD, na stanowisko kierownik rejonu – stażysta. Było to assesment center. Jak podaje wikipedia:
Assessment center (AC) to proces, który pozwala na zebranie w wystandaryzowanych warunkach informacji o wiedzy, umiejętnościach i postawach jego uczestników. Jest to metoda wielowymiarowa, a na jej obiektywizm wpływają następujące czynniki: różnorodność kryteriów (oceniany jest cały zestaw kompetencji, opisanych za pomocą konkretnych zachowań), różnorodność narzędzi (podczas sesji AC uczestnicy biorą udział w wielu zadaniach, ćwiczeniach i symulacjach), mnogość ocen (każda kompetencja jest obserwowana i oceniana w kilku różnych zadaniach) oraz mnogość obserwatorów (każdego uczestnika obserwuje jednocześnie kilku doświadczonych i odpowiednio przeszkolonych asesorów). Jest to najbardziej skuteczna metoda trafnego przewidywania dopasowania osoby do przyszłego stanowiska pracy.
Znałam już tę formę rekrutacji z Tesco, więc nie było to dla mnie nowością.
Zadania były cztery – jedno grupowe i trzy indywidualne. Zespołowe było na początku, co dla mnie jest niekomfortowym ustawieniem, bo rzadko się odzywam w grupie osób, które znam od pięciu minut. Temat dotyczył wprowadzenia kas samoobsługowych. Według instrukcji miałam być entuzjastką tego pomysłu, natomiast w rzeczywistości tak nie jest (jeśli mowa o małych sklepach), co dodatkowo utrudniło zadanie. W drugim zadaniu dostałam kilka działań z zakresu pracy kierownika rejonu. Musiałam ustalić priorytety oraz określić kolejność działań. W trzecim zadaniu musiałam przekonać kierownika do zmiany sklepu. Kierownik pracował w tym sklepie od roku, ułożył cały sklep, poprawił standardy, podniósł sprzedaż i takie tam same superlatywy. Zarząd zdecydował przenieść go do nowo powstałego sklepu, dalej od jego miejsca zamieszkania i na gorszych warunkach finansowych. Ostatnie zadanie to zorganizowanie pracy przed otwarciem sklepu dla siebie oraz kierownika sąsiedniego rejonu jako wsparcie.
Ogólnie zadania nie zaskakiwały, szału nie było.
Zaskoczyła mnie natomiast „konkurencja”. Współrekrutowani to głównie kierownicy regionalni z naprawdę imponującym stażem. Jak się można domyślić, prawie wszyscy byli około czterdziestki. Wiem, że to nie ma większego znaczenia – ważne jest kto z nas „wpasował” się w klucz (niczym na nowej maturze z polskiego).
Na wyniki czekam w tym tygodniu. Trzymajmy kciuki!

Basia napisał(a) komentarz:
I niestety nie powiodło się – Biedronka mnie nie chce:( niech żałują!!!
tata napisał(a) komentarz:
Doświadczenie ma pomagać, ale trudno coś zachwalać gdy się wie że to nie jest doskonałe. Może dadzą inną szanse na inne stanowisko a jak nie to niech żałują i to mocno!. W takiej stawce trudno się przebić.
Ewa mama napisał(a) komentarz:
Widocznie nie masz dość entuzjazmu by pomiatać ludźmi /trzecie zadanie/ 🙂

Post nr 112, ostatnio modyfikowany: 08-01-2014

Stronka domowa prosi o wpis…

Niby Tarnów to polski biegun ciepła a mi wciąż zimno.
Byłam w Parku Wodnym Tarnów ale nie popływałam, bo na sześć torów do pływania wynajętych/zarezerwowanych było siedem.

Dobrze, że chociaż mój sklepik ma najlepszą produktywność na kasach w całym regionie… i to bez wręczania upomnień czy notatek służbowych 🙂

Ewa mama napisał(a) komentarz:
Koszulki bawełniane na cebulkę i wełniane sweterki, nie mówiąc o ciepłych „niewymownych” i może jakoś przetrwasz zimę – która niestety dopiero nadejdzie…. Ale byle do wiosny. Gratulacje za produktywność.

Post nr 111, ostatnio modyfikowany: 02-07-2013

najnowsze wyniki odnośnie spalania:

data od: 22-cze data do: 30-cze
początkowy stan licznika: 179 744
końcowy stan licznika: 180 384
ilość zatankowana (l): 55,87
ilość przejechanych kilometrów: 640
spalanie na 100 km: 8,730
cena 1 l. paliwa: 5,37 zł
cena za 1 przejechany km: 0,47 zł

nie taki diabeł straszny…

tata napisał(a) komentarz:
A jak by się tak ograniczyć z obecnych szybkości do 110 km/h lub niżej to dopiero były ładny wynik i tak jest ładnie.

Post nr 110, ostatnio modyfikowany: 20-06-2013

Uwaga, uwaga!

Samochód oficjalnie zarejestrowany:) 180 zł 50 gr. zostało wydane na nowe tablice. Numer zaczyna się od SH.

tata napisał(a) komentarz:
No i dwa dowody tej rejestracji.

Post nr 109, ostatnio modyfikowany: 19-05-2013

W ubiegłą środę wybrałam się wraz z Olą do restauracji Kryształowa w Katowicach ( http://krysztalowa.com.pl/ ). Lokal słynie z tego, że swoim nazwiskiem promuje go Magda Gessler. Pomysł wybrania się tam wziął się z tego, że: „wszyscy mówią, że u Gesslerowej nie jest smacznie, ale nie znam nikogo, kto u niej coś zjadł„.
Nie byłam w Kryształowej przed refitem, więc nie wiem jak było kiedyś. Obecnie wnętrze urządzone jest w stylu bardzo klasycznym. W sali, w której jadłyśmy sufity miały kolor betonu, a na oknach wisiały ciężkie klasyczne zasłony w kolorze ciemno fioletowym. Stoły oraz krzesła były białe. Podłoga oraz meble (kredensy do przechowywania naczyń) były zrobione z ciemnego, brązowego drewna. Ogólnie w moim odczuciu wnętrze jest bardzo przyjemne.
Danie, które wybrałam w karcie znajdowało się w zakładce Wiosna. Był to: Pstrąg z patelni podany z młodymi ziemniakami i bukietem sałat ogrodowych. Jeśli chodzi o sposób podania to nie można mu nic zarzucić, ale też niczego nowego nie podpatrzyłam. Sama ryba była w smaku dobra, zwłaszcza po skropieniu cytrynką. Ryba oraz młode ziemniaczki podane były z dużą ilością świeżego koperku. Sałatki podane były w osobnej miseczce. Polane były dressingiem z dużą ilością musztardy francuskiej (tej z dużymi ziarenkami gorczycy). Ten dodatek nie przypadł mi zbytnio do gustu, bo był zbyt pikantny.
Reasumując: wystrój wnętrza ładny, jedzenie przeciętne, a ceny zabójcze (dla portfela oczywiście). Smaczniej, a na pewno taniej można obiad zjeść np. w Kucobach. Wizyta w restauracji znanej kreatorki smaków to wydarzenie, które raz w życiu dobrze odbyć, żeby choć przez chwilę poczuć się „w wielkim świecie”. Ale raz wystarczy.

tata napisał(a) komentarz:
No i jadłaś u Gesslerowej i możesz powiedzieć: ja wiem jak tam jest. W domu prócz produktów w obiedzie jest sporo miłości matczynej – najlepszej przyprawy.

Post nr 108, ostatnio modyfikowany: 15-04-2013

Wreszcie stało się to, co wcześniej czy później stać się musiało i na co tak na prawdę od około roku wszyscy z niecierpliwością oczekiwali. Zakończyłam etap szkolenia i już wkrótce będę zupełnie sama zarządzać sklepem. Będę odpowiedzialna za obrót, zyski i straty, a przede wszystkim za moich pracowników. Gdyby jednostka, którą będę zarządzać należała do mnie a nie do korporacji byłabym całkiem majętną osobą;) Na pewno najbliższe pół roku to będzie całkiem nowe doświadczenie, duże wyzwanie i poważna szkoła dojrzałości. Trzymajcie kciuki, aby to zadanie nie przerosło mnie.
I tylko strasznie szkoda, że ta Ruda Śląska tak daleko od mojego ulubionego ostatnio Kłobucka… będzie mi brakowało tego wsparcia (jak nie „mięśniem” to zawsze pozytywnym słowem), którego ostatnio tak wiele otrzymywałam, i tego pozytywnego podejścia do świata (nie ma problemów są tylko wyzwania) i zachęty do codziennego wstawania do pracy też będzie mi brakowało… Bo czy bycie na odległość może zbliżyć?

MadaMag napisał(a) komentarz:
Będziesz miała siostry. Co prawda nie wiem jak tam z codziennym wstawaniem, ale za to może czasami ci kotlety poklepią (czyt. obiad ugotują)
tata napisał(a) komentarz:
Największy doping dają uzyskane efekty i ich ci życzę. Popatrz z ilu rzeczy rezygnujemy i na co nas nie stać za cenę bycia przez ostatnie 26 lat zawsze razem. Czy kochamy się przez to mocniej?
Suchy napisał(a) komentarz:
„kto pracuje ten ma ” i nikt w tym Tesco nie zasłużył na awans jak ty maleńka :*>Ze sklepem sobie poradzisz w 100% odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu to właśnie moja Basia jako menadzer. Wyniki zrobisz a ja się już postaram co by ci już nie było tęskno na wyjeździe. czeste nie spodziewane wizyty się szykują :))) I jescze raz gratuluje mała
_-> „kto pracuje ten ma ” i nikt w tym Tesco nie zasłużył na awans jak ty maleńka :*

Post nr 107, ostatnio modyfikowany: 01-04-2013

U nas stół świąteczny wyglądał tak:

Blog Basia
Blog Basia

Może nie było tyle słodkości co u Mamy, ale też było świątecznie. Znalazła się nawet specjalna taekwondowa pisanka:

Blog Basia

A teraz nie pozostaje nic innego niż życzyć wszystkim (i sobie też) aby świąteczna, radosna atmosfera przetrwała aż do następnych świąt.

tata napisał(a) komentarz:
Jestem pod wrażeniem – taki mały stół a tak pięknie to pomieścił.
ewa napisał(a) komentarz:
Cudo! Nie od dziś wiem, że masz talent artystyczny!

Post nr 106, ostatnio modyfikowany: 17-03-2013

Wczoraj (a właściwie to już od czwartku) byłam w Warszawie na oficjalnej prezentacji planów biznesowych firmy na najbliższy rok. Impreza odbyła się na stadionie. Niestety nie pozwolili nam wejść na murawę, bo grzała się już trawa na mecz. Pozwolili za to wejść na trybuny…

Blog Basia

Nie wiem, ile z planów mogę ujawnić, ale w tym roku będziemy jeszcze lepsi, tańsi dla naszych klientów i jednocześnie oczywiście bardziej dochodowi…

Blog Basia
Kasia napisał(a) komentarz:
A pozdrowiłaś Henia, czy tylko sobie zdjęcie zrobiłaś?
Basia napisał(a) komentarz:
Tylko zdjęcie zrobiłam.
tata napisał(a) komentarz:
Czy ta elegancka pani to moja córa?
Basia napisał(a) komentarz:
Tak Tato, w środku to wciąż ta sama ja:)

Post nr 105, ostatnio modyfikowany: 12-03-2013

A tulipanów za złotówkę z pierwszej strony gazetki sprzedaliśmy w Dzień Kobiet prawie 600 szt.

mama ewa napisał(a) komentarz:
Do Twojego marketu daleko i dlatego dostałam kalanchoe w ceramicznym pudełku, za to w doniczce na dłuższy czas!!!
A ile z tych tulipanów Ty dostałaś?
Basia napisał(a) komentarz:
Ja dostałam jednego, ale nie z tesco 😉

Post nr 104, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Informacja dla wszystkich tych, którzy pytali: sprzedaliśmy 1843 pączki. Nie sprzedaliśmy 130 sztuk.

mama ewa napisał(a) komentarz:
a ile zjadła załoga sklepu? lub przynajmniej kierowniczka pierwszej zmiany?

Post nr 103, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Mamy internet stacjonarny. Niestety Netia nie wywiązała się z umowy, urządzenie nadal leży nieużywane na półce. W gniazdku płynie internet TP.
Mój komputer jest połączony kablem, bo niestety nie wiem dlaczego, ale bezprzewodowo nie chce. Artura komputer pobiera „świat” z powierza, więc śmiem twierdzić, że mój windows jest niekompatybilny, albo coś. Tak czy owak internet jest, a zatem nie będzie już wymówki do pisania 😉

Dzisiaj u nas trwają pierwsze przygotowania do sylwestra. Zrobiłam dziś zakupy. Liczyłam, że na wyprzedaży będą takie talerze jak moje i będę mogła kupić taniej jeszcze jedną paczkę. Bo zaprosiliśmy 8 gości, a talerzy mamy tylko sześć. Niestety na wyprzedaży ich nie było, więc kupiłam plastikowe – będzie mniej zmywania. Talerze kupię jak dostanę moją kartę zniżkową do tesco – to zawsze jakieś 15 zł zaoszczędzone.
Jutro zaczniemy od sprzątania, zamarynowania mięska na grilla, przygotowania mięsek z piekarnika i barszczu instant (na specjalne życzenie Artura).

Firma mnie zmusiła do wybrania całego starego urlopu w styczniu, więc zaraz po nowym roku mam dwa dni wolnego na odpoczynek (albo czytanie procedur przed walidacją).

Ewamama napisał(a) komentarz:
I jak tam wypadła impreza?
urlop, a wpisu nie ma. To chyba przez walidację…
powodzenia
tata napisał(a) komentarz:
To dziś pamiętamy i ty wszystko pamiętaj.

Post nr 102, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Hura!!!

Świat rozrywki znowu nam się powiększył. Urządzenie mobilne do łączenia się z internetem które pożyczył Tata działa, ale wymagało zakupienia karty. Zatem internet mobilny jest, a teraz czekamy na ten liniowy. Powinien być już za tydzień.

Ewa napisał(a) komentarz:
No to hurrra! We can be in tought /nie wiem czy dobrze napisałam.
tata napisał(a) komentarz:
To fajnie, bo już myślałem że coś nie tak.

Post nr 101, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Niektórzy pytali mnie ile pieniędzy wydałyśmy na wycieczce. Wygląda to mniej więcej tak:
* bilety lotnicze: 150 zł (w obydwie strony, bez bagażu i tanimi liniami),
* nocleg: 45 eur czyli około 200 złotych (wraz z zaliczką wpłacaną przy rezerwacji),
* przejazd na i z lotniska: 10 eur czyli ok 45 zł,
* koszty życia (jedzenie, wycieczka do Bergamo i takie tam): ok 90 eur czyli ok. 390 zł.

Gdybyśmy bardzo chciały mogłybyśmy wydać nieco mniej na przyjemności – na przykład mogłybyśmy pić jedną kawę dziennie zamiast trzech, ale nie chciałyśmy. W sumie wyszło około 785 zł. Warto zauważyć że koszt biletów został poniesiony miesiąc wcześniej (czyli z poprzedniej wypłaty).

tata napisał(a) komentarz:
tak trzymać, a co zobaczysz to twoje

Post nr 100, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Jak już wszyscy (albo chociaż prawie wszyscy) wiedzą ostatni weekend spędziłam wraz z Olą we Włoszech.

Blog Basia

Poleciałyśmy w czwartek z rana. W Katowicach padał deszcz i nie było ani kszty słońca. Włochy (a konkretnie lotnisko w Bergamo) powitało nas piękną słoneczną pogodą. Po przylocie przeszłyśmy do hali lotniska zapytać się skąd jedzie jakiś autobus do Mediolanu. Pan powiedział, że sprzed wejścia. Wyszłyśmy zatem przed lotnisko i w czasie gdy rozglądałyśmy się za autobusem przyszedł włoch i zapytał „Milano?”. My na to „si” i w ten sposób za jedyne 5 euro znalazłyśmy się w Mediolanie. W pierwszym dniu wybrałyśmy się na pizzę. Co prawda panowie kucharze niezbyt rozumieli o co nam chodzi, ale na słowo pizza zareagowali bardzo entuzjastycznie. W efekcie dostałyśmy taką oto pizzę:

Blog Basia

Później poszłyśmy się zakwaterować. Hotel był klasy bardzo turystycznej, ale miałyśmy dwuosobowy pokój z łazienką, nie było na co narzekać. Wieczorem wybrałyśmy się na krótkie zwiedzanie miasta. Zasnęłyśmy bardzo szybko – chyba podróż nas wykończyła.

Blog Basia

Drugiego dnia (czyli w piątek) cały dzień spędziłyśmy na zwiedzaniu Mediolanu.
Właściwie to nie miałyśmy przewodnika, zwiedzałyśmy na wyczucie. Mediolan – ogólnie ładne miasto. Pełne kontrastów: starodawne budowle i nowoczesne metro, włosi siedzący w knajpkach i godzinami rozmawiający o niczym i włosi pędzący na swoich skuterach niewiadomo dokąd byle szybciej, azjaci, hindusi, murzyni… Zwiedziłyśmy Zamek Sforzów, wraz z jego pięknym ogrodem, widziałyśmy budynek La Scali, oczywiście Galeria Vittorio Emanuele II i oczywiście Katedrę Narodzin św. Marii (Duomo di Milan), trzeci co do wielkości kościół w Europie po Bazylice św. Piotra i katedrze w Sewilli. W Mediolanie brakowało mi czegoś, co zmusiłoby mnie do powiedzenia „łał, ale tu jest pięknie”.
W sobotę wybrałyśmy się do Bergamo. To ta sama miejscowość, w której znajduje się lotnisko. Zwiedziłyśmy tam górne miasto wraz z jego zabudową (m.in. mury miejskie).
Niedziela została już poświęcona na powrót do Polski.

Kolacje spędzałyśmy w dzielnicy portowej. W Mediolanie tuż po zachodzie słońca nadchodzi pora aperitivo. Pod tą uroczo brzmiącą nazwą kryje się włoski odpowiednik kilkugodzinnej Happy Hour. Kupując drinka lub kawę, z reguły w cenie od 8 euro w górę, dostaje się nieograniczony dostęp do typowo włoskich przekąsek. Zwykle są to kawałki pizzy, różnorodne pasty, świeże warzywa, grzanki i sałatki.

tata napisał(a) komentarz:
łał ale pięknie1
MadaMag napisał(a) komentarz:
Ja też chcę, ja też chcę !!!
(Jak tylko naciułam po kupnie i remoncie autka)
Basia napisał(a) komentarz:
Dobrze Magda. Jak następny raz polecimy to Cię weźmiemy ze sobą.

Post nr 99, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Wczoraj i dzisiaj pełniłam „służbę” na rybach. Ogólnie to jak zeszłam na dół to dowiedziałam się od kierownika, że mam się nie wybierać na drugie otwarcie tylko iść po fartuch i na ryby. Dziś było to samo. Ogólnie ludzi kręciło się bardzo dużo po sklepie, więc czas upływał szybko. Jedynie po osiemnastej gdy skończyły się płaty śledziowe a la matias na 12,99 to kolejka szybciej malała. Na zakończenie dniówki burzyłam z dziewczynami stoły rybne i zasypywałam rybki śniegiem. Trochę śmiesznie, bo śniegu (a raczej skruszonego lodu) było mnóstwo, żywe karpie też mamy w ofercie tylko święta nie te właściwe.
Zanim poszłam do pokoju pobyłam jeszcze chwilę w punkcie obsługi klienta, wystawiłam dwie faktury, sprzedałam kilka paczek papierosów i poobserwowałam zliczanie kasy. Odwiedził nas też dziś Krzysztof Rutkowski i kupił wino. Szkoda, że nie chciał na firmę to bym mu fakturę wystawiła.
Ogólnie taki sobie rybny dzień.

tata napisał(a) komentarz:
O pierwszej to się śpi a nie pisze o Rutkowskim.
Dobrze że coś napisałaś.
mamaEwa napisał(a) komentarz:
a ty ciągle na rybach… a co z szkoleniem? Wieliczką? kolegami? pijaństwem ;)…?

Post nr 98, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Bardzo „pracowity” dzień – panowie zdążyli rozegrać tylko pięć partyjek bilarda na stołówce. Dzień obfitował w spotkania w magazynie:
1) z kierownikiem wysyłki grocery;
2) z pracownikami działu kontroli jakości – to od nich zależy, czy dana partia towaru zostanie przyjęta w stan magazynu, a co za tym idzie dopuszczona do dalszej dystrybucji;
3) z superuserami – którzy odpowiadają za poprawność systemów w firmie (spotkanie krótkie, bo jako kierownicy sklepów raczej nie będziemy mieli z nimi kontaktu);
4) z człowiekiem odpowiedzialnym za transport w firmie – opowiedział nam o posiadanych naczepach, ilości benzyny lanej codziennie do baków, liczbie przejechanych kilometrów, a liczby na prawdę robią wrażenie. Ponadto zabrał nas do myjni naczep, gdzie akurat jedna była serwisowana. Pokazał nam jak zrobić wydruk temperatury z naczepy, opowiedział po co i jak skonstruowana jest przegroda w naczepie. Bardzo pasjonujące spotkanie.
Chodząc po magazynie słyszymy często jak o nas mówią. Byliśmy już VIPami, prezesami, ważniakami, gwiazdami. Można odnieść wrażenie, że traktują nas bardziej jak tłum gapiów, niż przyszłych współpracowników. Trochę szkoda, bo może gdyby i oni zrozumieli sens naszej obecności w magazynie to nieco inaczej by nas traktowali.


Post nr 97, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Dzisiejszy dzień na magazynie był już nieco mniej ekscytujący. Rano spotkaliśmy się na dole i obgadaliśmy strategię na dziś. Ja trafiłam na fresh na picking i załadunek. Spacerowałam po magazynie z Kasią. „Nasz” kierownik opowiedział nam to samo co mówił wczoraj Zbyszek. Później spędziłyśmy trochę czasu oglądając jak załadunkowi ładują transport na Kapelankę. Skorzystałyśmy z okazji i zamieniłyśmy parę słów z załadunowymi. Na zakończenie „nadzorowałyśmy” założenie plomby i zamknięcie rampy. W tak zwanym międzyczasie dołączyła do nas ekipa, która na freshu obserwowała przyjęcie. Zrobiliśmy obchód całego magazynu (hihihi!) chyba ze dwa razy. W porze przerwy obiadowej przyjechała nasza krakowska koordynatorka żeby sprawdzić jak nastroje. Chwile porozmawialiśmy, a następnie poszliśmy na obiad do stołówki.
Więcej już na dół nie schodziłam, bo pojechałam do szkółki.

tata napisał(a) komentarz:
I na taką chwile fatygowała się tyli szmat drogi. Musicie być ważni.
Basia napisał(a) komentarz:
Myślę, że nasza koordynatorka też sobie rozpisała delegację na cały dzień (hihihi!!!)

Post nr 96, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Dziś o ósmej pozwolono nam wreszcie zejść na dół – na magazyn. Zostaliśmy zgarnięci na dział wysyłki. Tam nastąpiło szybkie przegrupowanie – część trafiła na fresh a część na groserkę. Ja znalazłam się w części freszowej (czyli świeżej żywności). Dla porządku należy wspomnieć, że magazyn ma 6 ha powierzchni. Pod jednym dachem znajduje się dział paczek (czyli żywności tzw. suchej – grocery) oraz świeży (fresh). Fresh został podzielony na strefy w zależności od temperatury przechowywania gromadzonej tam żywności na strefę +12oC oraz +1oC. Jest też myjnia opakowań zwrotnych. Na freszu zobaczyliśmy przyjęcie towaru, picking oraz wysyłkę. Po przerwie obiadowej (w porze drugiego śniadania) zamieniliśmy się grupami. Magazyn grocery jest z jednej strony bardziej przyjazny użytkownikowi ze względu na wyższe temperatury, jakie w nim panują, ale z drugiej strony wózki jeżdżą tak szybko, że na prawdę trzeba bardzo uważać. Tam również prześledziliśmy cały etap migracji towaru (od przyjęcia, poprzez picking aż do załadunku). Zadaliśmy chyba z tysiąc pytań. Wiemy już czym się różni PBL od PBS, dlaczego nikt nie chce być pickerem a każdy chce być załadunkowym, skąd się bierze darmowy wrzątek do herbaty oraz co wyświetla się na skanerze. Ogólnie wizyta w DC jest dla mnie bardzo pasjonująca. Jeszcze trochę tu pobędę i chyba zrozumiem dlaczego niektóre palety są tak bezsensownie zapakowane jak przybywają na sklep. Kto wie – może nawet zrozumiem dlaczego „oszukują” nas na zamówieniach centralnych…

tata napisał(a) komentarz:
A zawsze mówiłem – wycieczki kształcą, nawet do K.. nie Gliwic

Post nr 95, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Jestem pierwszy dzień w magazynie centralnym (w skrócie DC) w Gliwicach. Firma postanowiła nas przysłać do DC, abyśmy zrozumieli dlaczego palety przyjeżdżają do sklepów w takim a nie innym stanie. Podobno jeśli chwilę pobędziemy w DC to zrozumiemy, że nie da się inaczej.
Cała ekstraklasa została podzielona na dwie grupy. Pierwsza grupa była w Gliwicach w zeszłym tygodniu. Nasza trzynastka wypadła na druga turę. Spodziewaliśmy się, że ekipa z zeszłego tygodnia „przetrze nam szlak” i już wszyscy będą wiedzieli kim jesteśmy i o co nam chodzi.
Dzień zaczęliśmy od szkolenia BHP i P.POŻ. na terenie magazynu. Wiemy już jak można wezwać pomoc w przypadku pożaru, gdzie są miejsca zbiórki, i że 4 kg gaśnica sika przez około 8 sekund (mury gasimy od dołu do góry, a ciecze lejące się z sufitu od góry do dołu). Zapoznaliśmy się również bardzo dobrze ze stołówką. Korzystanie ze stołówki odbywa się w trybie bezgotówkowym. Każdy pracownik ma specjalną kartę, którą „doładowuje” w automacie i wszelkich płatności dokonuje przy użyciu tej karty. Ponieważ nie mieliśmy kart na przerwie nie mogliśmy nawet wypić kawy. Po szkoleniu i wypisaniu serii dokumentów poświadczających zrozumienie treści spotkaliśmy się (na stołówce, a jakże) z Darkiem i Eweliną – pracownikami przyjęcia towaru. Trochę nam poopowiadali o swojej pracy, ale ze względu na brak fachowego odzienia nie mogliśmy zejść na magazyn. Po tej rozmowie mieliśmy spotkanie z kierownikiem ochrony. Przypomniał o zasadach panujących w firmie (na przykład, że nie wolno kraść ani przychodzić do pracy pod wpływem alkoholu). W DC Gliwice mają też specjalny system losujący pracowników do kontroli. Każda osoba opuszczająca magazyn musi nacisnąć specjalny guzik. Nad guzikiem są dwie diody – zielona i czerwona. Jeśli zapali się zielona można przejść dalej, a jeśli czerwona należy udać się na kontrolę osobistą. Podobno częstotliwość zapalania czerwonej diody jest losowa. Na zakończenie dnia dostaliśmy buty służbowe oraz kamizelki ochronne. Każdy z nas otrzymał też kartę magnetyczną – przepustkę do wejścia oraz upragnioną kartę na stołówkę. Podobno każdy pracownik ma na karcie trzy napoje na dobę gratis. Dostaliśmy też kluczyki do szatni i zaproszenie na jutro na godzinę ósmą.

tata napisał(a) komentarz:
No proszę jak fajnie!

Post nr 94, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Uroczyście oznajmiam, że zdałam egzamin na operatora wózków wszelkiego rodzaju. Najpierw odbył się test z wiedzy teoretycznej. Wczoraj zaliczaliśmy zadania z wózka wysokiego składu a dziś z wózka gazowego. Zatem teraz pozostaje mi tylko czekać na odpowiedni dokument oraz zgodę pracodawcy na obsługę urządzeń i mogę śmiało śmigać po magazynach.
Wczoraj rozmawiałam z Tomkiem R. na temat zmiany mojego stoiska. Kazał mi się jeszcze raz zastanowić czy nauczyłam się na mięsie wszystkiego czego powinnam. Wiem, że nie umiem jeszcze wszystkiego, ale mam wrażenie, że (z różnych przyczyn) prawdopodobnie więcej się tam już nie nauczę. Jutro Tomasz jedzie do Łodzi w naszej sprawie, więc zobaczymy, co powie jak wróci.
Po szkoleniu i egzaminie wraz z Eweliną i jeszcze paroma innymi osobami z Ekstraklasy (goszczącymi w Częstochowie przy okazji kursu z wózków) pojechałyśmy do CinemaCity na film pt: „Żelazna Dama”. Pasjonujący film, ale smutny w swym przekazie.
Jutro po pracy jadę do Łodzi, żeby w czwartek o 8:30 pojawić się na spotkaniu. Mam nadzieję, że w hotelu będzie internet.

tata napisał(a) komentarz:
Gratulacje
nigdy nie wiadomo kiedy się uprawnienia mogą przydać.
A mięsem rzucać chyba każdy umi.

Post nr 93, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Uwaga! Dzisiejszy post pełen będzie smutku i żalu, więc jak ktoś jest w złym humorze, to lepiej niech nie czyta!

Od poniedziałku uczę się na operatora wózków wysokiego składu. Szkolenie odbywa się u nas w sklepie i zgodnie z rozpiską trwa od godziny 12:00 do godziny 18:00. W związku z tym, najwcześniejsza godzina, w której mogę rozpocząć pracę to godzina 10:00. Tyle tytułem wstępu.

Zgodnie z grafikiem powinnam dziś (tak samo jak w poniedziałek i wtorek) rozpocząć pracę o godzinie 10:00. Wiedziałam jednak, że nie ma dowództwa stoiska i najwyższą i niepodzielną władzą jestem ja. Wiedziałam również, że na pierwszej zmianie jest mój „ulubiony” wykrawacz (MUW). O godzinie 10:00 (czyli dokładnie w chwili, w której powinnam zejść na „podłogę”) rozpoczyna się zebranie, na którym powinnam być i co więcej, powinnam być przygotowana. Przygotowanie do spotkania obejmuje przygotowanie druków związanych ze stratami (dwa wydruki) oraz z obniżkami (jeden druk) oraz przygotowanie kropkowania. Wiedziałam, że jeśli sama się nie przygotuję do tego zebrania, to nikt tego za mnie nie zrobi. Te wszystkie czynniki sprawiły, że postanowiłam przyjść do pracy „nieco” wcześniej niż mogłam, żeby to wszystko pochwytać. Kilka minut po ósmej weszłam na sklep i pierwsze co usłyszałam brzmiało „a dlaczego się spóźniłaś do pracy?”. I to wcale nie było żartobliwe. Oczywiście MUW nie miał ochoty rozkładać palet z dostawą, aby było co wyłożyć na ladę do sprzedaży. Nie miał też ochoty mięsa kroić, wyciągać z vaccum ani nic w tym stylu. Miał ochotę chodzić po chłodniach i komentować czego wczoraj nie zrobił Artur, i miał ochotę decydować co będzie dziś w obniżce. Gdy zachęciłam go do rozkładania palet usłyszałam, że on pracuje w firmie dłużej niż ja i doskonale wie co należy do jego obowiązków i że w ogóle mam mu nie mówić co on ma robić. W ogóle usłyszałam jeszcze kilka ciekawych spostrzeżeń i to okraszonych słownictwem, którego w obecności pięknych kobiet nie powinno się używać.
Oczywiście nie zdążyłam zrobić wszystkiego na zebranie. Nie zdążyłam zeskanować strat, więc musiałam troszeczkę improwizować. Po zebraniu okazało się, że jedna pani wzięła urlop na żądanie – zaistniała możliwość, że nie będzie odpowiedniej obsady przy ladzie. W tak zwanym międzyczasie zadzwoniła kierowniczka działu, że pilnie potrzebuje pomocy na alkoholach przy kontrolowaniu banderol. Ogólnie na śniadanie poszłam wraz z Eweliną dopiero około pierwszej. Później do samego wieczora przekładałyśmy alkohole ze skrzynek do kartonów, kartony na rollcage, a wszystko do magazynu. Trochę bez sensu, bo każdą butelkę przestawiałyśmy trzy razy. Skończyłyśmy koło szóstej , wiec szybciutko pobiegłam na ladę. Porobiłam jeszcze co miałam porobić i w efekcie jak wychodziłam z pracy to było za dziesięć siódma. Msza była o siódmej. Chwilę się spóźniłam, nie miałam gdzie siedzieć i stałam kolejne półtora godziny.
Jak czytam to, co właśnie napisałam, to mam wrażenie że opis nie oddaje dramatyzmu tego dnia. Nie lubię odpowiadać za coś, co jest niezależne ode mnie. Nie rozumiem, dlaczego muszę się tłumaczyć z nadmiaru towaru na magazynie (który nie ja zamawiam), z braku grafików na nowy miesiąc (które nie ja układam), z wysokich strat (wynikających z nadmiaru towaru), z tego że seniorka i liderka przeniosły pracownicę z mięsa na ryby i nie mówią jej gdzie (i czy w ogóle) będzie za dwa tygodnie pracowała, że nie ma papieru do drukarki, skaner nie działa, pada deszcz i że jest środa. W ogóle to chciałabym porozmawiać z managerem marketu, który jest najlepszy na świecie, tylko nie ma na nic czasu.

tata napisał(a) komentarz:
Wielokrotnie są „czarne” dnie, gdy dzieje się coś poza nami a nam się obrywa. Ujawniają się słabości systemu. Najbardziej odporni (i wyszkoleni) przeżywają i osiągają sukces.
Czego ci życzę.
MUW może też pokłócił się np: z żoną lub miał kaca.
To była środa popielcowa, zalicz niesmaki a”konto pokuty.
Szkoda tylko szkolenia wózków wysokiego składu
mamaEwa napisał(a) komentarz:
W każdym razie nie pozwalaj na używanie „słów” w stosunku do Ciebie – metody są różne – albo zapytaj do kogo ta mowa, bo chyba nie do ciebie, albo zainteresuj się w której szkole takich słów uczą, bo w tych do których ty chodziłaś tego nie uczyli, albo (jeśli to jedno, dwa takie słowa) to poinformuj, że ty protezy umysłowej nie używasz. Ostateczną metodą – ale to już musisz się bardzo wkurzyć i przypomnieć sobie wszystkie słówka z grubej i najgrubszej rury, po czym stwierdzić – „rozumiesz chyba, powiedziałam to w twoim języku, a teraz idę umyć usta”. Może to zadziała. A pretensjami do spraw, które nie ty zawiniłaś się nie przejmuj, tylko powiedz, że przekażesz. Trochę asertywności się przyda!
Basia napisał(a) komentarz:
Nie wiem, czy zwrot proteza umysłowa nie jest za trudny w tym przypadku. Uwagę zwracałam niejednokrotnie, na przykład używając stwierdzenia „jak możesz tak brzydko mówić w obecności pięknych kobiet”. Zdaniem MUW jeszcze nikt mu sprawy w sądzie za to nie wytoczył, a do klientów się tak nie zwraca więc uważa, że wszystko jest w porządku. Na uwagę że paragrafy to jedno a kultura osobista to drugie stwierdził „i h*j” (że pozwolę sobie zacytować). Myślę, że najlepszą metodą będzie tutaj ignorancja, bo im bardziej wszyscy mu zwracają uwagę tym bardziej wulgarnie się odzywa. A do końca lutego mijamy się zmianami, więc nie powinno być z tym kłopotów.

Post nr 92, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 92 dodano 19-01-2012 o godz 20:10
W dalszym ciągu pełnię „służbę” na mięsie (w charakterze lidera). Z nowości jedynie tyle, że zrobiłam dziś zwyżkę na kurczaka grill (z 9,99 zł/szt na 12,99 zł/szt). Poza tym dzień upłynął tak spokojnie jak tylko w dzień nowej gazetki jest to możliwe.
Po pracy pojechałam do galerii i spędziłam tam bardzo dużo czasu…

tata napisał(a) komentarz:
Efektywnie ?
tata napisał(a) komentarz:

A stronie minęło 5 lat

chyba nikt nie zauważył.

Aleksandra napisał(a) komentarz:
Proszę się nie obijać i opublikować kolejnego posta 😉


Post nr 91, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 91 dodano 09-01-2012 o godz 20:45
Od pewnego czasu (czyli mniej więcej od tygodnia) pracuję jako lider na mięsie. Najwięcej pracy jest zawsze rano. Zaczyna się od budowy stoiska, należy się zorientować co stoi w chłodni (co przyjechało w nocy), porobić POSy i cenówki. Należy sprawdzić temperaturę we wszystkich miejscach, przeprowadzić kontrolę czystości i wypełnić jeszcze wiele innych papierków. Następnie trzeba zrobić przeceny oraz określić szacowany poziom strat. Później szybko się biegnie na spotkanie. Po spotkaniu kawa (albo obiad). Później można przestać biegać i zajrzeć do komputera. Należy przeczytać pocztę, sprawdzić czy są jakieś wiadomości w biuletynie. Można też pomóc na stoisku, dbać o zatowarowanie lady. Około pół godziny przed pójściem do domu wita się drugą zmianę i żegna pierwszą. Potem samemu można iść do domu.
Tak to wszystko wygląda w telegraficznym skrócie.
Dziś po pracy pojechałam do Galerii przetestować lodowisko. Niestety ze względu na ciepło otoczenia lód był dość miękki i tak średnio zadbany. Ale za to za darmo.

tata napisał(a) komentarz:
Tak trzymać praca i sport, szkoda tylko że na mokro.

Post nr 90, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 90 dodano 20-12-2011 o godz 00:25
Rano poszłyśmy do naszej personalnej na ploteczki. Opowiadałyśmy o wakacjach oraz innych bardzo ważnych rzeczach. Po team 5 poszłyśmy do działu handlowego. Wylądowałyśmy na rybach. Ryby mogą być mrożone, świeże albo żywe. Co prawda od żywych trzymałyśmy się z daleka, ale chlupotały na nas. Po przerwie obiadowej rozdzieliłyśmy się – ja sprzedawałam mięso, a Ewelina pozostała na rybach. Najbliższy czas tak już pozostanie. Zaczęłam od drobiu, bo to się łatwiej sprzedaje. Indyków niestety brak.
Po pracy poszłam do tesco uzupełnić lodówkę. Jak wróciłam do pokoju to byłam senna i położyłam się na chwilę do łóżka. Właśnie się obudziłam, przeczytałam zaległe maile, ściągnęłam mapę, wykąpałam się i mogę znów iść spać.

tata napisał(a) komentarz:
Już drugi rok plotkujesz z tą personalną … do pracy !

Post nr 89, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 89 dodano 13-12-2011 o godz 00:07
piątek i sobota
W piątek pakowałyśmy z Eweliną paczki. Jakaś firma zażyczyła sobie pięknie pakowane i bardzo wypchane dla swoich pracowników. Zadanie proste i mechaniczne, ale za to okazało się, że towarowanie to nie jest najgorsza rzecz w tej pracy;)

W sobotę rozpoczęłam intensywnie – w POKu trwały przygotowania do festynu. Zatem miałam do zapakowania fanty na loterię, przygotowanie listy, dostarczanie nowych produktów do loterii a obok tego wszystkiego zwyczajna praca w POK. Festyn rozpoczął się o 13. Największą atrakcją była wizyta okolicznych przedszkoli, które ubierały choinki własnoręcznie przygotowanymi dekoracjami. Jedno przedszkole ubierało jedną choinkę. Aktualnie choinki stoją w alejce równoległej do tesco a klienci mogą głosować na najlepszą/najładniejszą/wykonaną przez ich własne dziecko. Za tydzień nastąpi rozstrzygnięcie konkursu. W międzyczasie trwało losowanie fantów oraz konkursy dla dzieci i całych rodzin.
Po pracy skoczyłam na zakupy. Do tesco, oczywiście.

niedziela
W niedzielę zaczęłam dzień od wizyty w kościele (tym samym do którego chodzę na roraty). Kościół ten jest dziwny. Po pierwsze znajduje się między akademikami a blokami (bo jest to kościół akademicki). Po drugie wchodzi się do niego po schodach w górę, na piętro. Po trzecie jak się wchodzi na mszę to zdejmuje się odzież wierzchnią, żeby się nie przegrzać. Po mszy pojechałam do Chorzowa. Zjadłam obiad, a wieczorem spotkałam się z Olą na plotki (chyba już ostatni raz w tym roku).

poniedziałek
Dzień spędziłam w Krakowie, do którego pojechałam z rana naszą strasznie drogą autostradą. O pierwszej mieliśmy warsztaty, w trakcie których opowiedziano nam co będziemy wkrótce robić, a co będziemy robić jak skończymy robić to co teraz robimy. Innymi słowy takie gadanie o niczym. Spotkanie zakończyło się kolacją świąteczną (na przystawkę pasztecik, na danie główne barszcz czerwony z pięcioma uszkami, kartofel w mundurku, kurczak nadziewany śliwką oraz marchewka glazurowana, na deser sernik; do picia podano wodę i soki, oraz dla niezmotoryzowanych wino do wyboru białe lub czerwone; kawa i herbata dostępna na oddzielnym stoliku). Wieczorem wraz z niektórymi osobami z ekstraklasy wybraliśmy się do pubu, gdzie kontynuowaliśmy opowieści zaczynające się od „… a u nas w tesco…”. Noc spędzam w hotelu Ruczaj.

Marek napisał(a) komentarz:
Fajnie że całość, ale zdecydowanie wolimy „powieść” w odcinkach.
Basia napisał(a) komentarz:
Uwaga!!
Niestety ze względu na remont pralni nie mam w pokoju w akademiku Internetu, więc powieść przez jakiś czas będzie pisana z opóźnieniem lub wcale.

Post nr 88, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 88 dodano 08-12-2011 o godz 23:10
Dzisiejszy dzień (czwartek – dzień nowej gazetki) rozpoczął się bardzo atrakcyjnie. Mianowicie menadżer marketu osobiście zabrał nas (tj. mnie i Ewelinę) na przechadzkę po sklepie. Przy okazji opowiedział nam o promocjach i mechanizmach promocyjnych oraz o podstawowych zasadach eksponowania towaru. To była bardzo pouczająca przechadzka. Umiem już rozróżnić STM od STD oraz stronę ciepłą od strony zimnej i takie tam. Później odbyło się spotkanie team 5, na którym zadebiutowałam pierwszym ważnym zdaniem (w sensie, że na temat). Powiedziałam „jedna hostessa na alkoholach”. Mój debiut został przyjęty bardzo sympatycznie;) Po spotkaniu (i oczywiście przerwie kawowej) wróciłam do POK, gdzie rozwiązywałam problemy klientów. Do końca dnia dwukrotnie jeszcze towarowałam (raz na herbatach a raz na chipsach i przkąskach) oraz odbyłam spotkanie z Agnieszką, które jednak nie było groźne. Do hitów dnia dzisiejszego należą:
1) zwrot nadgryzionego golonka z grilla, które klientowi bardzo niesmakowało,
2) pani, która chciała reklamować lalkę, która nie mówi (a nie mówiła, bo nie miała włożonych baterii),
3) ogólnosklepowe poszukiwanie maku, który jest w gazetce a prawdopodobnie go nie ma,
4) pani, która kazała wezwać kierownika w sprawie perliczki.
Po pracy skoczyłam jeszcze do Galerii. Dziś w akademiku nie ma imprezy.

Basia napisał(a) komentarz:
A Łukasz jest nie dość że jest fajny, to jeszcze z Piekar.
mama Ewa napisał(a) komentarz:
To wy tam macie perliczki? W reklamach wspominają o kaczce po 9,90/kg
PS a wolny???
MadaMag napisał(a) komentarz:
Ps. Pokrywkę już mam (24cm okazało się co prawda o 2cm za duże[inna miara czy cuś?]). Ale na krem sezamowy dalej się piszę!

Post nr 87, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 87 dodano 07-12-2011 o godz 23:22
środa

Do pracy poszłam na rano, to znaczy na szóstą. Do team 5 robiłam różne rzeczy w POK. Na przykład o 6:20 przyjęłam zwrot deski sedesowej. Po spotkaniu pokręciłam się jeszcze po sklepie, trochę pobyłam w POK. Po dwunastej wraz z Eweliną odbyłyśmy spotkanie ABCD, które składało się z testu podsumowującego etap „Witaj w TESCO” oraz formularza oceny. Ciekawa jestem jakie będą wyniki. Spotkanie zakończyło się około drugiej. Poszłyśmy na obiad, a potem skończyłam pracę. Dziś NIE towarowałam. Po pracy pojechałam na uczelnię. Na wykładzie siedziałam koło Łukasza P. i było fajnie. W drodze powrotnej wstąpiłam do carrefour i kupiłam Kasi jedzenie na tydzień. Do Częstochowy jechało się okropnie ze względu na opady śniegu i tiry.

Basia napisał(a) komentarz:
całą resztę zeszłego tygodnia robiłam przebudowy – zmieniały się tylko działy (od kociny począwszy, poprzez ciastka i słodycze a na jogurtach skończywszy)
Marek napisał(a) komentarz:
A Łukasz też jest fajny?

Post nr 86, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 86 dodano 06-12-2011 o godz 23:00
W sumie cała końcówka ubiegłego tygodnia, jak i początek nowego upłynął na towarowaniu. Zbliżające się święta oraz mikołajki dają się odczuć wzrostem obrotu na działach ze słodyczami oraz z zabawkami. Dużo osób kupuje produkty w większych niż zwykle ilościach, aby przygotować paczki dla pracowników, przedszkolaków, itp.
Ten tydzień spędzam (oficjalnie) w Punkcie Obsługi. Wczoraj i dzisiaj zaczynałam dzień od godziny szóstej. W sumie przez pierwsze trzy godziny prawie nic się nie dzieje. Wtedy jest czas na sprzątanie, wycieranie blacików, plotki oraz towarowanie papierosów. A potem do czternastej już leci. Nawet te zmiany są fajne i szybko się kończą.
Jutro ostatni raz w tym miesiącu idę na szóstą. Potem jadę do Katowic na zajęcia.

Aleksandra napisał(a) komentarz:
Miło, że wreszcie dałaś znak życia 🙂
Może jakaś kawa jutro po twoich zajęciach ??
Tylko nie jak ostatnio 😉
Marek napisał(a) komentarz:
A ja z obiecanym raportowaniem?

Post nr 85, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 85 dodano 29-11-2011 o godz 22:35
wpis zbiorowy z poniedziałku i wtorku

Poniedziałek upłynął na powrocie do przebudowy. Dzień spędziłam na płatkach śniadaniowych (łupinki, kulki, czekoladowe, truskawkowe i inne). W sumie to trochę też się poobijałyśmy z Eweliną, aby jakoś dotrwać do wieczora.
Wieczorem pojechałam do Chorzowa. Miałam się spotkać z Olą, ale ponieważ zakupy z Kasią nieco się przeciągły już nie zdążyłam. W domu – jak zwykle bura za bałagan. Założyłam też Kasi limit na internet – może korzystać tylko 1,5 godziny dziennie i to przed godziną 23.
We wtorek rano pojechałam do Katowic. Spotkanie odbyło się w SCC w biurze tesco. Pierwszym (i praktycznie jedynym) problemem było znalezienie tego biura. Okazuje się że trzeba przejść przez parking podziemny i wejść wejściem oznaczonym jako stołówka pracownicza. Następnie windą należy wjechać na piętro i tam jest recepcja. Z wszystkimi uczestnikami ekstraklasy 2011 spotkała się nasza opiekunka (czyli nasza personalna z Cz-wy) oraz personalna regionu (czyli jej szefowa). Ogólnie spotkanie poświęcone było nam – mówiliśmy o tym czego się już nauczyliśmy, co robimy i jak nam idzie 😉 Okazuje się, że koledzy (i koleżanki też) z innych miast mają inne, zdecydowanie bardziej odpowiedzialne zadania. Ale są również tacy, którzy nie robią nic innego oprócz towarowania. Można zatem powiedzieć, że jesteśmy gdzieś tak w środku „stawki”.
Po spotkaniu poszłam jeszcze do sklepów poszukać butów. Wypiłam też wczorajszą kawę z Olą. Na zakończenie wizyty w SCC poszłam do tesco, aby kupić sobie śniadanie na jutro. Szybko w domu się spakowałam i wyjechałam. Gdy byłam już na Dąbrowskiego przypomniało mi się, że nie wzięłam komputera. Dobrze, że się po niego wróciłam, bo w Cz-wie w pokoju już mi działa internet 🙂
Jutro idę na ósmą. Mam szkolenie z obsługi klienta.

Marek napisał(a) komentarz:
A gdzie inicjatywa własna by wysunąć się przed peleton, średniaków nikt nie zauważa!.

Marek napisał(a) komentarz:
A co z środą i czwartkiem
Aleksandra napisał(a) komentarz:
A co z piątkiem ?

Post nr 84, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 84 dodano 23-11-2011 o godz 20:46
Dziś opuściłam POK. Ze względu na przebudowę sklepu zostałyśmy (wraz z Eweliną) oddelegowane do pomocy. Przebudowa sklepu nie ma nic wspólnego z młotkami, gwoźdźmi czy nawet z murowaniem. Cała rzecz polega na przekładaniu asortymentu z jednych półek na inne. Kraków przygotowuje planogramy i na ich podstawie ustawia się produkty na półkach. Planogram składa się z części graficznej (gdzie są narysowane produkty lub tylko oznaczone miejsca, gdzie mają stać) oraz części opisowej (jaki produkt i w jakiej ilości). Chodzi o to, aby poprzestawiać artykuły ze starego planogramu do nowego, aktualnego. Dzisiaj ustawiałyśmy wina czerwone.
Ogólnie dużo się nowego dziś dowiedziałam: jak wygląda planogram, skąd się go bierze (łącznie z linkiem w intranecie), jak można sprawdzić, gdzie dany produkt powinien się znajdować na półce i jeszcze inne rzeczy.
Jedno wino się przewróciło i potłukło, ale pani z ekipy sprzątającej szybko się tym zajęła, więc odbyło się bez bury.

Marek napisał(a) komentarz:
A mówiłem pędz po buty bo się sprzedadzą.Lepiej żywić niż ubierać!.
Marek napisał(a) komentarz:
Taką lepiej żywić niż ubierać – z butów „nici”.!!!

Post nr 83, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 83 dodano 22-11-2011 o godz 22:02
Dziś upłynął kolejny dzień w POK. W sumie to chwilę byłam też na linii kas, ale nie jako kasjerka tylko jako człowiek do wszystkiego. Ponieważ nie ma już koli ani mleka wydajemy gratisy zastępcze. Zatem przytargałyśmy z Eweliną na linię kas pięć kartonów Lenora (który nawet pasjonująco pachnie). Z rzeczy ciekawych, które się dziś wydarzyły to można wspomnieć wizytę pana, który zaskoczył Magdę mówiąc do niej po angielsku. Chciał kupić sześć wagonów malboro, ale było tylko trzy. Później przypomniało mu się, że potrzebuje jeszcze zapalniczkę. Próbował zapłacić za pomocą dwóch euro, a my przyjmujemy euro tylko w banknotach. Zatem wręczył Madzi owe dwa euro i zabrał zapalniczkę. To pewnie była jedna z droższych jednorazowych zapalniczek w jego karierze. Zaraz jak skończyłam rozmawiać z tym panem to podszedł do lady jakiś Czech i chciał odzyskać kaucję, jaką zapłacił przy zakupie akumulatora. I było śmiesznie, bo ja oczywiście musiałam z nim porozmawiać nie-po-polsku, czym zadziwiłam pół POKu. Przed pójściem odbyło się jeszcze towarowanie (dzisiaj psina i kocina) oraz team 5. Po pracy poszłam na zakupy (do tesco!) i wróciłam do hotelu.
Przed pracą pojechałam do akademików obejrzeć pokój. Mały, ale za to z lodówką i w centrum. Czyżby to było to?

MadaMag napisał(a) komentarz:
A co ludzie na Lorenca zamiast koli?
Napisz mi po ile u was Laptory (w Opolu ,najtańsze laptopy są właśnie w tesco). Albo to jedna cena tu i tam?
Basia napisał(a) komentarz:
Laptopy są po tyle, ile chcesz, tzn. pełen przedział cenowy. Prawdopodobnie jeśli chodzi o laptopy to ceny mogą być różne. Jak chcesz jakiś konkretny model to napisz, to Ci sprawdzę.
Basia napisał(a) komentarz:
Ah… zapomniałam dodać, że sprawdzę oczywiście po pracy, bo w pracy mi nie wolno załatwiać prywatnych spraw (robić zakupów i takie tam). No, chyba że będę akurat szła na spotkanie team 5, które odbywa się w magazynie obok i rzucę okiem;)

Post nr 82, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 82 dodano 21-11-2011 o godz 23:21
poniedziałek

Przyjechałam do pracy, ubrałam się i poszłam do POK. Właściwie to dzisiaj nie było zbyt wielu klientów, dzień upłynął standardowo, raczej bez niespodzianek. Wypisywałam faktury, sprzedawałam papierosy, przyjmowałam zwroty produktów i takie tam. Nie było dziś szefa wszystkich szefów, więc nawet team 5 odbył się szybciej niż zwykle. Przed trzecią zaprosiła mnie i Ewelinę do siebie personalna. Potwierdziła datę spotkania w Krakowie na 12 grudnia oraz prawdopodobną datę spotkania w Katowicach na 30 listopada.
Po pracy pojechałam do Galerii po moje wymarzone buty. Niestety okazało się, że nie tylko ja o nich marzyłam i już ich nie ma w sklepie. Potem zameldowałam się w hotelu. Chciałam obejrzeć M jak miłość, ale zasnęłam.


Post nr 81, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 81 dodano 17-11-2011 o godz 23:43
Wszystko zaczęło się od tego, że przy śniadaniu zastanawiałam się jaki jest właściwie dzień tygodnia. Potem jednak przypomniało mi się, że wchodzi nowa gazetka, więc to musiał być czwartek.
Spędziłam dziś kolejny dzień w POKu. Przed spotkaniem „team 5” było dużo zamieszania, bo trzeba było zamienić gazetki, zrobić porządek, sprawdzić nowe promocje i mechanizmy. Właściwie to prawie cały dzień minął na tego typu rzeczach – dokładanie gazetek, wypisywanie faktur, przyjmowanie zwrotów i gwarancji. O trzeciej jak zwykle odbyło się towarowanie. Trafiłam dziś na makarony i oleje. Same towarowanie zajęło nam prawie dwie godziny. Nawet się zmęczyłam. Potem jeszcze porządkowałam kartony przy wejściu, zwoziłam wózki z kas i zajmowałam się innymi drobiazgami. W efekcie zrobiłam jakieś 45 nadminutek, bo jak wychodziłam to była szósta. Zaraz po pracy wstąpiłam do tesco na zakupy;)
Chwilę odpoczęłam i pojechałam oglądać lokale mieszkalne – dziś oglądałam pokoje. Zwiedziłam dwa: jedno w śródmieściu oraz jedno na północy. Dziewczyny w pracy powiedziały, że to są „dobre” miejsca do mieszkania. W śródmieściu było blisko. Pokój bardzo malutki (coś jak połowa pokoju Kasi w Kucobach) i zaplanowany dla dwóch osób (więc stoi łóżko piętrowe, dwa biurka, dwie szafy, dwa krzesła biurowe, stolik i fotel). Atutem było również wyjście na balkon i wesoły współlokator (chłopak, który mnie oprowadzał). Mieszkanie to miało dwa pokoje i zaplanowanych do niego było pięciu mieszkańców (na chwilę obecną mieszka tam student II roku na politechnice oraz dwie maturzystki). Drugie mieszkanie w którym byłam zamieszkuje (aktualnie) jeden chłopak, podobno 30 letni i pracujący. Właścicielką mieszkania jest pani na emeryturze, która studiuje na uniwersytecie trzeciego wieku;) Można rzec, że taka studentka-emerytka. W tym mieszkaniu do dyspozycji zostały dwa pokoje, z czego jeden zaplanowany na dwie osoby. Ten pokój miał 18 m2 i również wyjście na balkon. Ogólnie meble takie trochę z poprzedniej epoki, a przedpokój cały w boazerii z wąskich listewek. W oczy rzuciła mi się również kuchenka gazowa podobna do tej, jaką pamiętam z mieszkania w Piekarach. Stamtąd do hotelu wracałam przez 6 min czyli nie jest tak daleko jak to się wydaje na mapie. Obiecałam, że dam znać jeśli się na coś zdecyduję. Warto zanotować, że ten większy pokój wychodził taniej.

mama Ewa napisał(a) komentarz:
Mieszkanie ze studentką emerytką może być całkiem ciekawe…
Marek napisał(a) komentarz:
A buty kupiłaś?

Post nr 80, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 80 dodano 16-11-2011 o godz 21:10
POK – dzień drugi

Z samego ranka wydębiłam login na kasy. Dostałam numerek oraz hasło. Dzięki temu mogę przyjmować opakowania zwrotne i inne zwroty (również produktów pełnowartościowych), sprawdzać ceny, sprzedawać słodycze, papierosy i takie tam. O dziewiątej jak zwykle odbyło się spotkanie team 5. Troszkę dział kas (do którego należy również POK) dostał po uszach za bałagan w POKu przy wejściu B. Zatem zaraz po spotkaniu zostałam oddelegowana z jeszcze jedną dziewczyną do porządkowania. Później minął normalny dzień pracy, czyli wydawanie faktur (co mi już wychodzi całkiem sprawnie), pomaganie klientom, tłumaczenie że nowych gazetek jeszcze nie ma a starych już nie ma, odpowiadanie na pytania o promocje, mechanizmy zniżkowe oraz inne takie. Samodzielnie przeprowadziłam kilka transakcji sprzedaży papierosów, z czego jedną płatną kartą (łał). Przyjęłam do reklamacji ekspres ciśnieniowy do kawy, wymieniłam nieużywane bokserki męskie i takie tam. Mieliśmy też ciekawy przypadek pani, która kupowała papier toaletowy. Twierdziła, że wzięła dwa opakowania a na paragonie miała cztery. Ponieważ zakupy robiła wczoraj, dziś nie miała papieru ze sobą. Generalnie pani było obojętnie, albo zwrócimy jej pieniądze, albo damy jej dwie paczki papieru. Sprawa oparła się o oglądanie nagrania z wczorajszego monitoringu, żeby sprawdzić ile faktycznie papieru wyniosła. Okazało się, że wzięła dwa dwupaki papieru, czyli cztery opakowania (tak jak było na paragonie). Pani była niepocieszona, że nic nie dostanie, ale też nie awanturowała się zbytnio. Zupełnie inaczej, niż pan, który chciał ukraść paski wybielające do zębów, przy kasach samoobsługowych… Ogólnie cały czas się coś dzieje, więc czas szybko mija. O piętnastej odbyło się towarowanie. Dziś trafiłam do działu kawy i herbaty. Jest świetna promocja na Nescafe sensazione creme – opakowanie 200 g kosztuje jedyne 16,99. Jutro zapewne też będzie dużo zamieszania, bo wchodzi nowa gazetka oraz nowa promocja. Przy zakupach o wartości powyżej 100 zł, za okazaniem karty ClubCard można wziąć sobie za darmo 6 litrów mleka lub 4 litrowe butelki Pepsi. Przed pójściem do domu byłam na spotkaniu team 5 – wersja wieczorna. Udało mi się też „zdobyć” nożyk (taki do tapet), przydatny podczas towarowania, więc jutro będę gotowa do pracy 🙂


Post nr 79, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 79 dodano 15-11-2011 o godz 23:15
POK – dzień pierwszy

Zgodnie z obietnicą dzisiaj odbyłam pierwszy dzień w Punkcie Obsługi Klienta czyli w POKu. Od rana przyglądałam się działaniom pracowników. Jak zwykle o dziesiątej odbyło się team5 w którym wzięłam udział. W POK była też Ewelina, więc można powiedzieć, że razem było nam raźniej;) Zresztą ekipa POK jest bardzo miła i bardzo pomocna. Pod koniec dnia samodzielnie wystawiałam faktury, przybijałam pieczątki i takie tam. Jutro będę znów w POK, ale koniecznie muszę „pomęczyć” kogoś ważnego o nadanie loginu do kasy. Bez tego loginu nie mogę robić różnych fajnych rzeczy, jak na przykład przyjmowanie zwrotów i sprzedawanie (głównie papierosów i słodyczy kieszonkowych).
Dzisiaj był pierwszy dzień, w którym nie brałam udziału w towarowaniu.
Po pracy pojechałam do dzielnicy Raków, gdzie oglądałam potencjalne mieszkanie do wynajęcia. Mieszkanie ma dwa pokoje, kuchnię i łazienkę połączoną z wc. W dalszym ciągu się jednak zastanawiam, czy nie chcę mieć tylko taniego pokoju. W drodze powrotnej znów wstąpiłam do Galerii Jurajskiej. Moja firma wymusza na mnie noszenie czarnych butów. W związku z tym musiałam sobie takowe kupić (tak to jest jak się nie ma czarnych, niskich butów). Znalazłam w galerii kilka ciekawych sklepów. Jeden – ten w którym kupiłam buty (dużo ciekawych przecen), inny w którym buty były ułożone nie jak zwykle wg rodzajów (gatunków) ale wg. rozmiarów. Jak się człowiek zastanowi, to w sumie logiczne. Przeważnie w pierwszej kolejności szukamy butów w swoim rozmiarze, a dopiero potem dobieramy rodzaj i krój (może nie kolor). Tam stoją na jednym regale wszystkie buty np. w rozmiarze 37 i od razu wiadomo jakie są, a jakich nie ma. Całkiem sprytnie. Znalazłam też kozaki, o których marzę. Są piękne, czerwone, mają bardzo ciepłe futerko w środku i grubą podeszwę. Jak zostanie mi pieniędzy na koniec miesiąca a jeszcze będą w tym sklepie to na pewno je sobie kupię.
No i okazało się, że napisałam więcej o zakupach niż o mojej pracy.

Marek napisał(a) komentarz:
Jak ciepłe i solidne to kupuj a nie czekaj jak inni ci je sprzątną z przed nosa.

Post nr 78, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 78 dodano 14-11-2011 o godz 22:41
poniedziałek

Dzień rozpoczęłam od spotkania z personalną. Ustaliłyśmy mój grafik, mam też już wydrukowaną ewidencję obecności. Później przeszłam z menedżerem po sklepie. Przedstawił mi myśl, która przyświecała osobom, które przygotowały rozkład sklepu. Zgodnie z ich pomysłami sklep jest ustawiony logicznie. O dziesiątej, jak każdego dnia odbyło się spotkanie team 5. Po spotkaniu zostałam oddelegowana na dział kas. Właściwie to przyglądałam się codziennej pracy kierownika tego działu. O dwunastej brałam udział w towarowaniu. Po zakończeniu towarowania poszłam na ekspresowe szkolenie dotyczące tego, co pracownikowi wolno, a czego nie wolno. Generalnie wszystko co się wnosi powinno mieć naklejkę, że zostało sprawdzone przez ochronę. Do sklepu nie wolno wnosić telefonów komórkowych, pieniędzy ani nic innego. Tak czas minął do drugiego towarowania oraz drugiego spotkania team 5. Przed wyjściem poszłam jeszcze do POK aby „zapowiedzieć” się na jutro.
Po opuszczeniu sklepu zameldowałam się w hotelu i pojechałam zwiedzić Galerię Jurajską. Nie zostanę fanką tego centrum handlowego.

Marek napisał(a) komentarz:
Trudno, w życiu trzeba mieć priorytety.

Post nr 77, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 77 dodano 11-11-2011 o godz 11:23

Co robiłam w czwartek, czyli pierwszy dzień pracy na „podłodze”

Przybyłam do pracy nieco wcześniej niż menadżer marketu, z którym miałam pracować. Bardzo powoli się przebrałam i powłóczyłam nieco po biurach. Przy okazji odnalazłam toaletę damską. Gdy menadżer wreszcie przyszedł zlecił mi zejście do sklepu (ale nie po kawę) i skontaktowanie się z kierownikiem dyżurnym. Czekał na mnie na alkoholach. Przywitałam się i wyjaśniłam po co mnie przysłali. Kierownik dyżurny zalecił mi, żebym pochodziła po markecie i pooglądała go sobie. Na tej czynności spędziłam około godziny. O dziesiątej było spotkanie kierowników działów, na które też poszłam. Spotkałam tam Ewelinę, która też jest w programie. Spotkanie odbywało się w magazynie odzieży i trwało trochę ponda pół godziny. Trochę jak krąg rady – każdy miał możliwość powiedzenia czegokolwiek. Zostałam przedstawiona wszystkim. Po spotkaniu zostałam oddana pod opiekę Eli z działu odzieży. Pokazała mi cały dział, opowiedziała jakie są wymagania firmy, a na co może wpływać samodzielnie (wbrew pozorom tej swobody wcale nie ma dużo). Przed pierwszą poszłam z Elą na obiad (jadłam kanapki od mamy). Dokładnie o pierwszej odbyło się kolejne spotkanie. To spotkanie poświęcone było przydzieleniu kto i gdzie będzie towarował. Nam się trafiła żywność paczkowana. Dokładanie towarów na półki trwało około półtorej godziny. Wtedy rozstałam się z Elą i razem z Eweliną poszłam na przerwę. O trzeciej odbywało się drugie towarowanie – tym razem na psach i kotach. Później przez chwile robiłam porządki na konserwach i w dziale nabiału. Tak minął czas do siedemnastej dwadzieścia, o której poszłam do domu.
Raczej pojechałam autem. W pierwszej kolejności poszłam do hufca odebrać kopertkę dla taty. Była sama młodzież, więc też chwilę z nimi posiedziałam. Potem pojechałam do sklepu kupić coś do jedzenia (żeby nie było – pojechałam do konkurencji). Wieczorem oglądałyśmy z Kasią zaległe odcinki „Prosto w serce” i „Przepis na życie”.

Marek napisał(a) komentarz:
Tak zaczyna się szarość codzienności.

Post nr 76, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 76 dodano 08-11-2011 o godz 22:31
Dzisiaj się obudziłam i przez poważną chwilę myślałam, że zaspałam. Słońce świeciło w okno i miałam wrażenie, że już dziewiąta. Gdy spojrzałam na zegarek okazało się, że jest siódma, czyli jakieś 45 minut wcześniej niż planowałam się obudzić. Po śniadaniu pojechaliśmy (z chłopakami) do sklepu. Najpierw poszliśmy do punktu obsługi klienta. Tam pani poinformowała nas, że mamy obejść sklep i wejść wejściem dla personelu. Przy recepcji od strony pracowników wpisaliśmy się do księgi gości i zostaliśmy skierowani na piętro do biur. Po drodze spotkaliśmy personalną. Personalna mojego sklepu jest „przy okazji” personalną wszystkich ekstra-klasowiczów. W pierwszej kolejności poszliśmy na kawę do stołówki pracowniczej. Może jakiś wyczyn baristyczny to to nie był, ale za to tanio. Kawę postawił mi Michał, ale w zamian za to oczekuje, że ja postawię mu kawę jak się kiedyś spotkamy w Krakowie. Rozpoczęliśmy szkolenia. Głównie mowa była o organizacji życia pracownika firmy (wnioski urlopowe, ewidencja czasu pracy, rozliczanie delegacji i takie tam). Spotkaliśmy również dziewczynę, która zaczynała z pierwszym naborem. Opowiedziała nam nieco o programie i przeprowadziła przez sklep i magazyny. Wróciliśmy do biura. Personalna dała nam informację o sklepach do których trafimy. Chłopaki dostali również telefon z przykazem umówienia się na jutro (pierwszy kontakt ze swoimi sklepami). W tym czasie ja spotkałam pana Zbyszka, który wydał mi odzież roboczą (spodnie, bluzę i koszule) oraz klucz do szafki. Tak wyposażona umówiłam się z personalną na czwartek i poniedziałek, i pojechałam do domu.

Marek napisał(a) komentarz:
Drugi dzień pracy i już wolne oby tak dalej.

Post nr 75, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 75 dodano 07-11-2011 o godz 20:14
Dziś pierwszy dzień programu Ekstraklasa w znanej międzynarodowej korporacji na te. Wczoraj (czyli w niedzielę) wieczorem pojechałam do Krakowa, a dziś od rana szkolenie, właściwie to cykl szkoleń. Oprócz mnie szkoli się jeszcze dwóch chłopaków – jeden będzie w Gliwicach, a drugi w Ostrowie. Zaczęliśmy od spotkania z Krzysztofem, który trochę opowiedział nam o pracy w sklepach oraz w centrali. Bardzo sympatyczny człowiek. Jak sam powiedział chce nas trochę zniechęcić zanim podpiszemy umowy;) Praca będzie ciężka w trudnym otoczeniu. Natkniemy się na ludzi nieprzyjaznych i niemiłych. Po takim wstępie przyszła pani Maria, która umowy nam wręczyła. Po podpisaniu ich dostaliśmy materiały – coś w stylu przewodnika dla „świeżaków” w firmie. Później przyszedł inny młody człowiek, który opowiedział nam o społecznej odpowiedzialności firmy. Następnie mieliśmy szkolenie BHP, prawidłowa postawa, zagrożenia w miejscu pracy, sposoby udzielania pierwszej pomocy to tylko niektóre z poruszanych tematów. Po tym trudnym bloku wdrapaliśmy się na pierwsze piętro budynku (czyli do sklepu) i zjedliśmy obiad (no cóż, musieliśmy sami za siebie zapłacić). Po obiedzie mieliśmy dwa krótkie szkolenia o komunikacji wewnątrz firmy. Jedne poświęcone zostało głównie intranetowi, natomiast drugie Zespołowi Obsługi Sklepów. Około 16 zakończyliśmy spotkanie w Biurze Głównym i udaliśmy się do Częstochowy.
Myślałam, że nasza aglomeracja śląska to jeden wielki korek. Dziś przekonałam się, że to nic w porównaniu z wyjazdem z Krakowa. Zajęło mi to prawie godzinę. Do Częstochowy jechałam m.in. przez Olsztyn, Zawiercie, Myszków, Rodaki, Poraj i inne znane miejscowości. Przyjechałam i zakwaterowałam się w pokoju. Teraz idę znaleźć coś do jedzenia. Może skoczę do Tesco na zakupy, bo gdzieś tu w pobliżu jest 😉

Marek i Ewa napisał(a) komentarz:
Powodzenia!
a gdzie mieszkasz w Częstochowie?
Basia napisał(a) komentarz:
Chwilowo mieszkam w hotelu Grand przy ul. Drogowców 8, ale gdzie zamieszkam na stałe to jeszcze nie wiem.


Post nr 74, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 74 dodano 25-10-2011 o godz 11:16
Odliczam dni w Oplu. Do końca pozostały trzy, ale jeden dzień spędzę na urlopie, więc jakby dwa. Dziś przyszłam do pracy dwie i pół godziny później, bo byłam na badaniach do nowej pracy. Badania odbywały się w Bytomiu. Dla jasności wpisu należy wspomnieć, że aby naciskać enter w Oplu zbadano mi: wzrok, krew, ciśnienie, mocz oraz wykonano rentgen płuc. Badając się do nowej pracy, w której będę miała kontakt z żywnością (książeczka sanepidowska) zbadano mi jedynie wzrok (do 5 godzin dziennie przy komputerze) oraz ciśnienie. Tak czy owak badań mało a zajęło mi to dwie godziny. Rejestracja czynna od 8:00 ale okulista przyjmuje od 8:30. Żeby było śmieszniej to okulista przyjmuje tylko do ostatniego pacjenta (w dniu dzisiejszym było to do 8:45). Droga z Bytomia do Gliwic jest prosta, jednak GPS jak zwykle przydał się do (nie)błądzenia po centrum. O 9:50 wróciłam do pracy, wypiłam kawę, zjadłam śniadanie i siedzę przed komputerem czekając na fajrant.

Marek napisał(a) komentarz:
A co jabłecznikiem ? posypany pudrem cukrem?.

Post nr 73, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 73 dodano 12-09-2011 o godz 00:09
W nocy z wczoraj na dziś jakiś łobuz zniszczył mi zamek w drzwiach w moim autku. Rano, gdy miałam jechać na festyn okazało się, że nie da się otworzyć drzwi i musiałam wsiadać od strony pasażera.
Festyn był udany. Z zapowiedzianych 100 dzieciaków, które miały się z nami bawić przyszło 286, a może nawet jeszcze więcej. Mieliśmy tyle kart startowych, a jednak ich zabrakło. Myślę jednak, że każde dziecko, nawet to, któremu karty brakło świetnie się bawiło. To jest przecież najważniejsze.
Wizyta w komisariacie (zgłoszenie zniszczenia mienia) trwała prawie półtorej godziny. Najpierw przez niecałe 40 minut czekaliśmy na pana, który przyjmował zgłoszenie, później zeznawałam w charakterze pokrzywdzonej. Pan policjant był miły i nieco mnie uspokoił (włamywacze planujący kradzież działają podobno inaczej), więc porzuciłam pomysł spania w aucie. Na wszelki wypadek wyjęłam jednak płyty Natalii Kukulskiej, kasetę ze SpiceGirls oraz wszystkie ładowarki z auta. Wyjęłam również akumulator.
Jutro przez cały dzień skupiam się na czekaniu na telefon z Tesco.

Marek napisał(a) komentarz:
Współczuje i niech bym go dorwał.


Post nr 72, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 72 dodano 31-08-2011 o godz 23:31
Nastał wreszcie długo oczekiwany czas malowania w łazience. A w „międzyczasie” odbierania telefonów, wysyłania CV, rozwiązywania testów oraz wyjazdów do Krakowa.

A przy pracy wyglądamy tak:

Blog Basia
Marek napisał(a) komentarz:
By mieć ładnie trzeba na bieżąco konserwować. W grupie zawsze raźniej, chociaż czy aby lepiej i szybciej.

Post nr 71, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 71 dodano 14-08-2011 o godz 19:50

Blog Basia

Dwa dni roboty oraz wizyt w Castoramie, ale udało się… Mam zabudowaną wnękę pod oknem w kuchni.
Jak mi się w finansach nie powiedzie, to może się na budowlankę przekwalifikuję…

Marek napisał(a) komentarz:
Brawo zawsze to jest jakieś wyjście, ale myślę że ostateczne.
Nie załamuj się i szukaj wytrwale i aktywnie.

Post nr 70, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 70 dodano 06-07-2011 o godz 22:32
Niezłego nam Mamo bigosu nawarzyłaś – stwierdziłyśmy dziś wraz z Olą Sz. i Magdą P. Jako że miałam cały bigos zamrożony w jednym pudełku postanowiłam poprosić dziewczyny aby „pomogły” mi go jeść. Niezła okazja do plotek i to taniej niż „na mieście”. Ogólnie poplotkowałyśmy że hej, a bigos nam smakował. Teraz tylko czas na zmywanie po imprezce.
A jutro rano jadę na rozmowę o pracę w charakterze sekretarki.

Marek napisał(a) komentarz:
No i pięknie.


Post nr 69, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 69 dodano 17-06-2011 o godz 09:58
Wczorajszy dzień jest warty zapamiętania… dlatego zanotuję, żeby nie zapomnieć. Tytułem wstępu: przedwczoraj, czyli w środę byłam na uczelni załatwić potwierdzenie, które poświadcza, że zostałam magistrem na Akademii i że moja praca jest moja. Niestety okazało się, że teczka jest w archiwum, ale pani obiecała że w czwartek (czyli wczoraj) na rano będzie. Ważne, żeby na rano, bo o 9:00 moja ulubiona Pani Promotor (dalej: PP) miała konsultacje i miałam jej to pisemko pokazać. Wczoraj wstałam wcześnie, żeby zdążyć dojechać do uczelni przed dziewiątą, odebrać pracę (starą) z oprawiania, odebrać to pisemko i ustawić się w kolejce do PP. Za dwie ósma zadzwoniła pani, która to pismo miała przygotować, że ona to nie wie czy może mi takie wydać i ogólnie, że jest problem. I czy ja je na pewno potrzebuję. Oczywiście, że go potrzebowałam. Za jakieś piętnaście minut, czyli jak jeszcze byłam w mieszkaniu zadzwoniła i powiedziała, że je napisała i mogę przyjechać je odebrać. Właściwie to nie wiem dlaczego, ale postanowiłam pojechać autem. Zatem pojechałam. Najpierw odebrałam pracę z oprawiania (też miała być gotowa wczoraj, ale pan oprawiacz zrobił błąd na okładce i musiał robić drugi raz). Później pobiegłam po to pisemko i pognałam do budynku D ustawić się w kolejce. Gdy kolejka zmniejszyła się na tyle, że widziałam już drzwi do tego właściwego gabinetu okazało się że PP ma o 10:00 obrony i musi już iść. Powiedziała, że wróci około wpół do drugiej. I już sobie pomyślałam, że beznadziejnie, bo będę długo czekać, ale postanowiłam pójść w tym czasie do czytelni i przeczytać jeszcze raz notatki do egzaminu, który miał się odbyć o 16:30. Schodząc na dół schodami spotkałam Mariolę – dziewczynę, która chodzi ze mną na seminarium. Powiedziała, że jest już ustalony termin obrony i zapytała czy bronię się z nimi. Wtedy postanowiłam zajść do sekretariatu katedry, gdzie nowa PP zostawiła poprawioną nową pracę. Po przejrzeniu jej (pracy, nie nowej pani promotor) okazało się, że poprawek nie ma dużo. Mariola powiedziała, że nowa PP jest dziś na uczelni bo ma radę wydziału i mogę ją złapać jeśli chcę. Szybko (ale bezpiecznie) pojechałam do domu, naniosłam poprawki, wydrukowałam nową prace i pojechałam z powrotem na uczelnię. Okazało się, że rada wydziału już się skończyła i profesorowie poszli każdy w swoją stronę. Nieco rozczarowana poszłam do budynku D żeby czekać na PP i w korytarzu spotkałam… nową panią promotor. Pokazałam jej naniesione zmiany (dobrze, że w tym budynku na korytarzach stoją stoliki) i ona powiedziała, że mam na poniedziałek przynieść wydrukowane wszystkie egzemplarze, to mi podpisze co trzeba, wpisze coś do indeksu i będę mogła podejść do obrony wraz z dziewczynami 28 czerwca. Zadowolona takim obrotem spraw wdrapałam się na czwarte w oczekiwaniu na PP. Gdy już przyszła miała czas, bo dopiero na którąś tam miała jechać do studium, więc na spokojnie przejrzała wszystko co zostało przygotowane, odpowiedziała na moje wszystkie pytania, podyktowała mi pismo przewodnie do mojej pracy, podpisała i życzyła powodzenia. Zanim wyszłam zapytała jak tam moje studia doktoranckie i powiedziała, że mogę przyjść do niej w lipcu na konsultacje z przygotowaną deklaracją opiekuna naukowego to mi podpisze!! Uradowała mnie tą wieścią! Gdy to już załatwiłam pojechałam tramwajem do centrum, kupiłam strzały do łuku i wróciłam na UE. Zjadłam kanapkę i w końcu poszłam do tej czytelni (bo zostało mi 1,5 godziny do zajęć). Zajęcia były jak zawsze, egzamin w miarę przystępny. W międzyczasie jedna koleżanka z grupy podarowała mi czekoladki, w podziękowaniu za to, że wysłałam jej notatki. Takie coś zdarzyło mi się pierwszy raz. W drodze powrotnej do domu weszłam do Auchan, kupiłam nowy papier do drukarki. W domu obejrzałam ostatni przed wakacjami odcinek „Prosto w serce”, zdjęcia siostry zrobione przed komersem (dziękuję, że mi posłaliście) i poszłam spać.

Kasia napisał(a) komentarz:
Ależ zakręcony dzień miałaś. Ale dobrze, że wszystko udało Ci się dobrze.
Marek napisał(a) komentarz:
Cały ten dzień to efekt twej ciężkiej i systematycznej pracy. Możesz być dumna, nawet z tych czekoladek. Tak trzymaj.
MadaMag napisał(a) komentarz:
Ależ dzień…
A entery nie działają, czy też wszystko pisałaś jednym ciągiem?
Basia napisał(a) komentarz:
Pisałam wszystko jednym ciągiem!


Post nr 68, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 68 dodano 12-06-2011 o godz 22:56
Czyżby złośliwość rzeczy martwych (albo przyrody nieożywionej) znów się odezwała? Półtora roku temu, gdy drukowałam pracę magisterską zabrakło mi papieru (bo może praca była za długa…). W tym roku zaopatrzyłam się na wszelki wypadek w zapasową paczuszkę (w tesco za 9,99). I gdy w najlepsze wydrukowało mi się już jakieś 40 stron okazało się, że skończył się czarny tusz w drukarce. Całe szczęście, że to wydruk próbny i mam nadzieję, że pani profesor nie będzie miała nic przeciwko niebieskiemu kolorowi tuszu…

marek napisał(a) komentarz:
Bez niespodzianek życie było by nudne. Sukcesy mniej by cieszyły. Niebieski to też sukces.

Post nr 67, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 67 dodano 08-06-2011 o godz 23:32
Okazuje się, że do Ołpin szybciej dochodzi poczta niż… właściwie to nie wiem co, ale zdecydowanie szybciej Pocztą polską niż e-mailem. W poniedziałek, jak wracałam z hufca czyli było gdzieś koło godziny 14:00 wysłałam na poczcie głównej list. A już następnego dnia (czyli we wtorek) przed jedenastą zadzwonił wujek, żeby podziękować za zdjęcia. Co prawda wybrałam opcję „PRIORYTET” za jedyne 1,95 ale jednak…

marek napisał(a) komentarz:
A widzisz nawet cuda się zdarzają.

Post nr 66, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 66 dodano 31-05-2011 o godz 23:37
Dla ciekawostki chciałam kiedyś sprawdzić jak daleko udało mi się przemieścić w maju. Wg maps.google.pl (dziękuję, wujku Google) między Karłowem (jadąc Drogą Stu Zakrętów aż do Kudowy Zdrój i później na Duszniki, a Ołpinami (jadąc przez Częstochowę) z uwzględnieniem „po drodze” Kucob jest jakieś 515 km. Na mapie wygląda to całkiem ciekawie =)

marek napisał(a) komentarz:
No pięknie!

Post nr 65, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 65 dodano 31-05-2011 o godz 13:30
Obiecane zdjęcie z Ołpin prezentuje się następująco:

Blog Basia

Post nr 64, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 64 dodano 23-05-2011 o godz 23:19
Pozdrowienia z Ołpin!!

MadaMag napisał(a) komentarz:
coż to ciekawego robiłaś w Ołpinach?
Basia napisał(a) komentarz:
@Meg

Trzymałam tralki do spawania, malowałam gelender, kładłam płytki, mieszałam klej i kładłam fugę, i takie tam… Innymi słowy, wspierałam Tatę w remoncie schodów wejściowych do domu,


Post nr 63, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 63 dodano 29-03-2011 o godz 10:01
Co ja robiłam w weekend?
W piątek mi wyparował obiad. Dzień wcześniej gotowałam udko i zostawiłam sobie rosół =) Postanowiłam zatem dodać do niego ryżu, przecieru pomidorowego i miałabym pomidorową. Postawiłam garnek z rosołem na gazie, ryż wysypałam z tej torebki plastikowej, wypłukałam i wrzuciłam do rosołu, żeby się ładnie gotowało. W tym czasie poszłam poodkurzać podłogę w pokoju. Okazało się jednak, że muszę wysypać brudek z pojemnika. Niejako przy okazji postanowiłam wyczyścić kudły, które dostały się do szczotki. Wzięłam śrubokręt, rozkręciłam ją, wyjęłam co się dało i skręciłam ponownie. Zmontowałam wszystko razem i zaczęłam odkurzać. Gdy już podłoga „nie straszyła” wróciłam do kuchni. Na dnie garnka pozostał ryż z niewielką ilością rosołu. W ten oto sposób wyparowała mi zupa i został ryż
na gęsto. W sobotę to właściwie niewiele, bo wstałam około południa. Zanim się wyzbierałam, pojechałam do Auchan by kupić coś na śniadanie to właściwie był już podwieczorek. Potem coś robiłam na komputerze i tak się dzień skończył.
W niedzielę poszłam do kościoła na 11 a o 13 byłyśmy umówione z Olą na spacer do parku. Spacerowałyśmy tak do 19 z przerwą na obiad. Mnóstwo ścieżek zwiedziłyśmy.

i tak zakończył się weekend.

marek napisał(a) komentarz:
To i tak ci się udało żeś zajrzała do garnka nim z ryżu zrobił się węgiel. Ryż na bulionie pomidorowym to prawie gołąbki bez liści, a gołąbki same nie lecą do gąbki. W życiu samo nic za nas się nie zrobi.
Marek napisał(a) komentarz:
Strasznie dłuuuugo ten obiad paruje.

Post nr 62, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Jak zwykle miałeś rację Tato – okna wymagały pilnego umycia.

Dodaj komentarz

 


 

Post nr 61, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post nr 61 dodano 23-03-2011 o godz 13:17

Blog Basia

po urlopie Taty

MadaMag napisał komentarz:
Jakie ładne zdjęcie 😀

Ewamama napisał(a) komentarz:
Ale Twój wkład też tu widać;)
Basia napisał(a) komentarz:
nie… ja kładłam fuslajsty w kuchni

 


 

Post nr 60, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

 


 

Post nr 59, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 03-02-2011 o godz 23:00
Czwartek

Oficjalnie remont uważam za zakończony

Od rana (znaczy rana jak wstałam) rozpoczęłam sprzątanie. Umyłam podłogę w pokoju pod kaloryferem, powyrzucałam stare rzeczy, poodkurzałam szafki, meblościanki, półeczki i stoliki. Na końcu miałam się zabrać za odkurzanie. Niestety odkurzacz zrobił pfff i nie chciał dalej współpracować. Już miałam wpaść w depresję, że mi się zepsuł odkurzacz ale jednak postanowiłam wsadzić kabel do innego gniazdka. Oczywiście, że zadziałał. Poodkurzałam wszystkie podłogi (łącznie z kuchnią i łazienką). Potem wykąpałam się i chciałam suszyć włosy, ale suszarka też nie działała. Wydało mi się to nieco podejrzane, więc otworzyłam szafkę z bezpiecznikami. Jeden przełącznik był na dole, przesunęłam go do góry i już mi suszarka działała. Około trzeciej pojechałam na uczelnię. Niestety jest zima i moje auto jeździ „jak zimą”. Poszłam kupić przełącznik do mojego dzbanka elektrycznego (bo bardzo mi przeszkadza, że się nie wyłącza) oraz zobaczyć czerwone spodnie dla Kasi (niestety rozmiary były bardzo „nie Kasiowe”). Na zajęciach było przyjemnie, prowadził prof Wojciech Cz. i dawał dużo dobrych rad, dla mówiących oraz dla słuchających też. W przeciwieństwie do zeszłego tygodnia skończyło się pół godziny później niż przewidywał plan. Prosto z uczelni pojechałam do Sylwii i Jacka odebrać kapcie. Posiedziałam chwilę, zjadłam kolację i zabrałam się do domu (bo było już późno). Zaraz wskakuję do łóżka.

Marek napisał komentarz:
A co z party?

 


 

Post nr 58, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 02-02-2011 o godz 23:24
Środa

Rano pojechałam do Centrum Kamienia oraz do Ligonia zawieźć zaproszenia. W Centrum była i pani Krysia i pani Hania, więc wypiłam tam herbatkę. W Ligoniu zostawiłam zaproszenie w sekretariacie. Potem pojechałam do Auchan ale też spędziłam tam tylko chwilkę. Do nocy (czyli do teraz) wykańczałam remont (albo to remont wykańczał mnie). Jeśli nic nie przewidzianego się nie wydarzy, to będę jutro mogła ogłosić uroczyste zakończenie remontu. Może zorganizuję party przy nowych rurach, albo coś takiego?

Marek napisał komentarz:
Aż żałuje że mnie to pary ominie.
Co z płytkami?.

 


 

Post nr 57, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 02-02-2011 o godz 19:59
Wtorek

Budzik miałam nastawiony na basen, ale jak zabudził to zastanawiałam się czy jechać. Bardzo było mi zimno a poza tym skończył mi się bilet miesięczny więc nie pojechałam. Zabrałam się za sprzątanie. Wytarłam (dość dokładnie) podłogę w przedpokoju, wypastowałam „boczki”, rozwinęłam dywan. Chyba z trzy razy musiałam go odkurzyć. W międzyczasie pobiegłam na Wolność wpłacić pieniądze do wpłatomatu. Pierwszy raz jak tam chodzę stała większa kolejka by wpłacić, niż wypłacić pieniądze. Przeszłam do góry w poszukiwaniu czerwonych spodni dla Kasi. Gdy wracałam do domu było już szaro. Do nocy układałam jeszcze jakieś rzeczy, czytałam sobie artykuły a potem poszłam spać.

 


 

Post nr 56, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 31-01-2011 o godz 23:01
Poniedziałek

Zaczął się nowy tydzień. Skończył się remont. Mam nowe rury i duużo kurzu wszędzie. Obudzona zostałam jak zwykle około wpół do ósmej po klucz do piwnicy. Ponieważ sąsiada z dołu nie było, więc od ósmej budowali u mnie. Zabudowali rury, zagipsowali. W tym czasie ja pojechałam na uczelnię. Zdawałam egzamin z „środki i techniki reklamy”. Egzamin zdany i wpisany. Można zacząć przerwę międzysemestralną i w spokoju pisać pracę magisterską i esej na zaliczenie przedmiotu. Wróciłam do domu dość późno. Zabrałam się za przygotowanie tego, co miałam zrobić na komendę. W drodze do hufca poszłam oddać modem. Pan bez szemrania przyjął modem i oddał pieniądze. Niestety nie zdążyłam ich wpłacić do bankomatu. W hufcu Lolo zaoferował mi zupę kapuścianą, którą z apetytem zjadłam. Poprosiłam Adama, żeby mi pomógł zawiesić szafkę w łazience, przy okazji podwiózł mnie do domu. Porobiłam jeszcze coś (na przykład obiad) i idę spać. Jutro nie ma remontu, więc budzik ustawiam na dziewiątą=)

Marek napisał komentarz:
No to hura i Alleluja i do przodu.

 


 

Post nr 55, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 20-01-2011 o godz 10:52
Hura!!!

Dziekan zgodził się na wpisanie wszystkich realizowanych przeze mnie przedmiotów do indeksu. W ten sposób „wzbogaciłam się” o kilka ECTS.

Marek napisał komentarz:
Hura, Hura, Hura cieszę się też
No widzisz jak to się ładnie ułożyło.Witamy po długiej nieobecności w rodzinnej wirtualnej przestrzeni.
Teraz zdało by się jeszcze coś opublikować!.
Basia napisał komentarz:
oj… przydało by się…

 


 

Post nr 54, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 06-12-2010 o godz 21:57
poniedziałek

Na uczelnię pojechałam autobusem spod pałacu ślubów. W autobusie spotkałam koleżankę, z którą chodzę (albo jeżdżę) na ten angielski, więc podróż upłynęła w miarę szybko. Po angielskim chciałyśmy jechać na pl. Andrzeja zobaczyć gdzie parkują te wszystkie autobusy, które niegdyś parkowały pod schodami do dworca PKP. Niestety nie miałam już czasu oczekiwać na taki, który tam jedzie, więc wsiadłam do takiego na plac Wolności, a stamtąd do Chorzowa. Wysiadłam z tramwaju, kupiłam bułkę na drugie śniadanie i poszłam na dyżur do hufca. Ogólnie nic się nie działo, na chwilę przyszła Agatka, odebrałam kilka telefonów. Przed piątą szłam do domu, ale okrężną drogą. Miałam za zadanie wstąpić do parafii św. Wawrzyńca i dookreślić ustalone wcześniej terminy. Gdy wróciłam do domu miałam czas zjeść kanapkę i pobiegłam na roraty. Po roratach gotowałam, siedziałam chwilę przed komputerkiem.
Okazuje się, że ten malutki komputerek ma zamieniony klawisz prawy alt z klawiszem menu kontekstowego. Chwilę to pewnie potrwa, zanim się przyzwyczaję do tego (bo tak często chcę napisać polski znak, a tu mi wyskakuje menu podręczne).
Dziś w tramwaju jedna pani widziała jak jeden pan okrada inną panią. I powiedziała jej o tym (tej pierwszej pani). Ale pan złodziej zdążył już wyrzucić ukradzony portfel na ziemię i udawać, że to nie on.
I jeszcze wrzucili mi zajęcia na piątek wieczorem (od 16:00 – 19:30), więc nie wiem jak to będzie z tym powrotem do domu.
Nie zdążyłam iść do administracji w sprawie nieszczelności na gazie i braku klamki w drzwiach wejściowych.
A ponadto mamy nowego – nowego prezydenta w Chorzowie i zobaczymy czy nam podniesie czynsz czy dalej pozwoli egzystować harcerzom na preferencyjnych warunkach.
A na roratach pomyślałam sobie że to już piętnaście lat, jak dziadka nie ma z nami…

Marek napisał komentarz:
Tak ja też kilka razy dzisiaj pomyślałem o waszym dziadku.
Jak by było się bliżej to może w mikołaja zaświeciło świeczkę.
A na portfele trzeba zawsze uważać. Mamę moją w 11 też okradziono.
marek napisał komentarz:
A problem klawiszy przerabiam przechodząc z Siemensa / internet / na Compaq /saldo /.
To nie boli tylko pożera czas.

 


 

Post nr 53, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 05-12-2010 o godz 20:26

Blog Basia

 


 

Post nr 52, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 02-12-2010 o godz 00:06
środa

Strasznie szybko ten tydzień przebiega.
„Walczę” z nowym maluszkiem, niesety Win7 nie chce współpracowac z moim internetem.
Chciałam wrzucić zdjęcia, ale nie wiem jak. Może mailem wyślę.

Idę spać, bo późno.

Marek napisał komentarz:
To nie zakładaj tetrowej pieluchy ” maluszkowi” tylko dobry pampers, może się da udobruchać.
MadaMag napisał komentarz:
Przejdź do operacji na wpisie, ostatni przycisk by dodać zdjęcie. Skopiuj ścieżkę i dodaj ją jako tekst w blogu.

 


 

Post nr 51, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 22-11-2010 o godz 23:19
poniedziałek

Na godzinę 9:50 pojechałam na zajęcia z angielskiego. Pani była miła jak zwykle. Z uczelni pojechałam do domu, wstąpiłam po drodze do Lidl po chleb. Później poszłam piechotą do hufca i siedziałam tam prawie do piątej. Szybko wróciłam do domu, ubrałam się ładnie, uczesałam i pobiegłam (raczej pojechałam) na podsumowanie kampanii wyborczej. Mówi się o wielkim sukcesie (na 25 głosów w radzie uzyskaliśmy 14). Niestety radną nie zostałam, ale myślę, że dzielnie to przetrwam. Na spotkaniu podano minikanapeczki z wszystkim, później obiad (pieczeń z czymś, łódeczki ziemniaczane oraz kapusta biała) a na końcu ciasto (sernik lub makowiec). Na stole stały termosy z kawą i herbatą (na bieżąco uzupełniane) oraz soki o smaku zmiennym. Były też napoje dla nie-kierowców. Nikt nie pokazywał mnie palcem (że miałam najmniej głosów z wszystkich) a nawet się uśmiechali (pewnie się cieszyli, że to nie oni byli ostatni). Siedziałam obok Eryka i pani, której mąż piekł ciasta na konwencje wyborcze. Taki sobie wieczorek. Wyszłam koło dziewiątej. Zaraz wyłączam to pudło, idę zrobić sobie kanapkę na jutro i idę spać. Dobranoc =)

Marek napisał komentarz:
Kolejny -ważny, ciekawy, pouczający, istotny, nie istotny, i.t.d. wybierz sama – okres za tobą. Mając dzisiejsze doświadczenie za 4 lata można go powtórzyć lub zdecydowanie zrezygnować wiedząc jak to jest. Życie dopiero przed tobą, bo gdzie tam 30 lat po ślubie lub 24 lata w Kucobach, które miały być rokiem.

 


 

Post nr 50, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 20-11-2010 o godz 00:28
piątek

Odsypiałam nockę, ale musiałam się o ósmej obudzić. Najpierw pojechałam na Truchana odebrać długopisy z produkcji (jak mówią lepiej późno, niż wcale). Dostałam nawet kilka gratisów. Bezpośrednio stamtąd pojechałam na uczelnię. Zabawiłam tam tylko dwie godzinki na psychologii konsumenta. Dziś w drodze do domu nie wstępowałam do żadnego sklepu. Później robiłam coś innego. Wieczór spędziłam na rozpisywaniu długopisów, tak, żeby każdy z nich pisał. W końcu jest na nich moje nazwisko to powinny sprawnie działać 😉 I to tyle. Idę spać.

czwartek

Prawie cały dzień zużyłam na uczelni. Rano zaczęłam od środków i technik reklamy (z tym panem co rankiem mierzwi włosy) przez dwa bloki zajęć, a potem na systemach wynagrodzeń (też dwa bloki). Wracałam do domu zahaczając o silesię w poszukiwaniu komputra. Kilka ciekawych propozycji padło, ale zamierzam jeszcze poszukać. Można rzecz, że ustawiłam się na przetwarzanie centralne. Dość dużo czasu tam spędziłam. Wróciłam do domu, ugotowałam obiado-kolację. Potem zaczęłam zajmować się bardzo_ważną_rzeczą. W efekcie jak szłam spać to było już bardzo późno.

Marek napisał komentarz:
A oni je wezmą i zrobią nim haczyk przy innym nazwisku.
Czarna ludzka niewdzięczność.
Trzymamy kciuki, by buli tacy którzy odhaczą w/g wzoru.

 


 

Post nr 49, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 17-11-2010 o godz 23:27
środa

Rano pojechałam na zajęcia, na ósmą. Pani magister uznała, że robienie testu ze słówek jest bez sensu i nie kazała nam pisać. Prosto z zajęć autostradą (bo miałam w budynku N) pojechałam do Chorzowa Batorego na pogrzeb. Zgromadziło się dość dużo ludzi, harcerzy, osób z którymi śp. współpracował. I kazanie było piękne. Później pojechałam do hufca. Wypiliśmy herbatę, włożyliśmy kurtki do archiwum i wykonywaliśmy inne czynności. Był Tata, więc rozmawialiśmy. Dziś na obiad zaprosił mnie Tata. Ciekawe z kim będę jadła jutro. Tata zamontował nowe lampy, które dają ciepłe światło. Po czwartej, gdy już wszyscy poszli poszłam i ja. Rozdawałam ulotki, ale ludzie byli bardzo nieprzychylni, a może już zmęczeni ciągłym zasypywaniem ich makulaturą i trochę mnie to zniechęciło. Stamtąd pojechałam na Wyspę oddać fakturę za długopisy. Mam nadzieję, że jutro uda mi się je odebrać, bo chciałabym dać kilka Karolinie (koleżanka ze studiów, która mieszka na Klimzowcu). Wieczorem przygotowałam zestaw ulotek, który dam jutro Patrycji, bo jej dzieci są z mojego okręgu. I wykąpałam się w wannie.

wtorek

O ósmej zameldowałam się na zajęciach, robiliśmy jakieś grafy i wykresy. Gdy skończyliśmy pobiegłam oddać książkę do biblioteki katedry marketingu. Pomimo, że miałam ją oddać już wczoraj to pani nie krzyczała, a nawet zaprosiła ponownie. Oddałam też książki do biblioteki głównej. Poszłam do dziekanatu. Właśnie. W regulaminie uczelni jest napisane:


§ 11 […]
2. Student realizuje indywidualny plan studiów i program nauczania poprzez wybór przedmiotów z oferty dydaktycznej wydziału, o której mowa w § 12 i § 13 Regulaminu lub w ramach oferty innych wydziałów.

§ 12
Oferta dydaktyczna obejmuje przedmioty:
* obowiązkowe, których minimalny zakres określają przepisy ustalające standardy kształcenia,
* ograniczonego wyboru, proponowane w ramach danego kierunku studiów (przedmioty specjalnościowe),
* swobodnego wyboru – przedmioty oferowane przez wszystkie wydziały, w tym oferowane na innych kierunkach i specjalnościach.

[…]

§ 13

1. Każdy student jest zobowiązany do zaliczenia przedmiotów obowiązkowych na danym kierunku studiów.
2. Student ma prawo wyboru przedmiotów z oferty wydziału z uwzględnieniem możliwości organizacyjnych uczestnictwa w zajęciach oraz warunków wstępnych określonych dla danego przedmiotu w karcie opisu przedmiotu.

Ale okazuje się, że w skład oferty dydaktycznej lub oferty wydziału zaliczają się tylko przedmioty swobodnego wyboru. W związku z tym z obecnego semestru będą uwzględnione tylko dwa przedmioty + seminarium magisterskie, co da razem 11 ECTS, do tego mam 21 ECTS z Ostravy, więc starczy mi, żeby zaliczyć semestr, ale nic, żeby nie musieć chodzić w przyszłym semestrze. I teraz nie wiem, czy to ja źle interpretuję regulamin, czy jest jakieś nieporozumienie. Postanowiłam iść do dziekana i porozmawiać na ten temat. I chyba pójdę do niego (ale po wyborach) z pisemkiem, na którym poproszę wykładowców o zgodę na studiowanie ich przedmiotów.
Z uczelni pojechałam do hufca otworzyć drzwi, była druhna Teresa i druh Andrzej, którzy pilnie szykują wystawę. Chwilę potem przyjechała Mama. Zatem nie musiałam siedzieć sama w chłodzie, ale mogłyśmy poplotkować. Zachęciłam Mamę, żeby mnie zaprosiła na obiad, co niniejszym uczyniła. O wpół do piątej wróciłam na uczelnię, na ostatnie zajęcia z źródła informacji naukowej i test. Test zdecydowanie nie był motywujący do dalszej nauki. Po zajęciach wróciłam do domu i zaczęłam tworzyć narzędzie w Excelu, które pomoże mi analizować ankiety do pracy magisterskiej. Jestem bardzo blisko sukcesu w tworzeniu tego narzędzia, ale jeszcze wymaga dopracowania kilku miejsc. Bardzo późno poszłam spać.

Basia napisał komentarz:
pisząc ten wpis skorzystałam z:
Regulamin studiów w Akademii Ekonomicznej
im. Karola Adamieckiego w Katowicach
z dnia 3 lutego 2005 roku

Tekst jednolity po zmianach uchwalonych przez Senat Akademii w dniu 17 kwietnia 2008 roku. Obowiązujący od 1 października 2008 roku

opublikowany na stronie http://www.studenci.ue.katowice.pl/?contentid=5595 .

Ale może on już nie jest ważny, skoro z wielką pompą staliśmy się uniwersytetem? Hm…

Marek napisał komentarz:
Ważny jak odpowiedzieć nie – nie ważny jak odpowiedzieć tak.

 


 

Post nr 48, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 15-11-2010 o godz 23:31
poniedziałek

Nie zaspałam (bo mam na 9:50). Angielski upłynął dziś bardzo szybko, to znaczy takie było moje wrażenie. Po zajęciach pojechałam do hufca, otworzyć drzwi druhnie Teresie. W tak zwanym międzyczasie zadzwoniła Pani_z_Dziekanatu, żeby ustalić, które przedmioty studiuję w tym semestrze (nic nie mówię, ale te same które wpsiałam w obowiązkowo składanej deklaracji ) i jakie będę chciała studiować w następnym semestrze. I to jest dobra wiadomość: skoro chce wiedzieć jakie przedmioty będę studiować, to raczej nie zamierza mnie wyrzucić =) W trakcie otwierania drzwi odbierałam telefony, robiłam dziurki w „Błękitnej Trójce”, drukowałam podania, listy, pisemka, nie zdążyłam tylko pozamiatać podłogi… ale przecież jutro też jest dzień. Gdy wychodziłam było po czwartej. Pojechałam do Siemianowic odebrać fakturę za wynajęcie kręgielni (nie ja organizowałam). Stamtąd pojechałam do domu, zabrałam nadmiar materiałów wyborczych i wsadziłam je do bagażnika. Kolejnym przystankiem był sklep OKAPI, gdzie odebrałam fakturę (moją i hufcową) i wypiłam z Sabiną herbatę troszkę plotkując. Później odwiozłam to co miałam w bagażniku na wyspę i pojechałam do Batorego obejrzeć nowe mieszkanie Sylwii i Jacka. Wróciłam do domu to była prawie jedenasta. Usmażyłam i zjadłam rybę, a teraz uzupełniam wpisy. Myślę, że oprócz spania nic więcej już dziś robić nie będę. Właśnie przypomniało mi się, że nie oddałam na wyspie faktury za długopisy, więc będę tam się musiała udać ponownie.
Dobrej nocy.

niedziela

Obudziłyśmy się z Kasią dość rano. Po śniadaniu poszłyśmy do kościoła. Była msza dla dzieci. Po mszy Kasia zajęła się moim komputerem. Ja w tym czasie zajęłam się słówkami z angielskiego, pracą magisterską i gotowaniem obiadu z torebki. Po obiedzie na chwilę odgoniłam Kasię od sprzętu, ale po chwili wszystko wróciło do normy. Około piątej poszłyśmy na pociąg. Chciałam po drodze zaprosić Kasię na romantyczny deser w McDonald’s, ale nie chciała. Więc gdy szłam do domu kupiłam sobie loda. Szłam, oglądałam plakaty wyborcze i trochę się uciaprałam polewą czekoladową. W połowie wolki wisi wielki ekran diodowy. Na ekranie tym (za jedyne 300 zł na miesiąc) ukazują się reklamy, sylwetki kandydatów na prezydenta miasta i SKOK Kopernik, który pojawia się w bardzo zaskakującym momencie. Wieczorem nadrabiałam to, co miałam zrobić przez weekend, ale nie zrobiłam z racji tego, że mam tylko jeden komputer. Przerobiłam kwestionariusz badawczy do mojej nowej pracy magisterskiej w około 90 %. Co prawda był już omówiony z Panią Promotor, ale mnie się bardziej podoba wersja druga i jej też będzie. A i dopisałam jeszcze dość obszerny fragment mojej pracy magisterskiej (do tego już zatwierdzonego). Bardzo późno poszłam spać.

MadaMag napisał komentarz:
O, to po 23 wypada smażyć/gotować coś do zjedzenia? To może też sobie coś ugotuję (jest 22.50), bo dziś z tego wszystkiego nie zdążyłam… 😀
marek napisał komentarz:
Patrz widzieliśmy się pół dnia, a dopiero z powyższego tekstu wyczytałem tyle szczegółów.

 


 

Post nr 47, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 13-11-2010 o godz 22:24
sobota

Obudziłyśmy się około dziewiątej. Zanim zjadłyśmy śniadanie i ubrałyśmy się zrobił się czas iść do lidl po półprodukty do obiadu. Po drodze Kasia uznała, że jednak nie chce szpageti z sosem mięsnym, ale woli kluski na parze. Kupiłyśmy całą paczkę (chyba ich tam osiemnaście było). Około czwartej przyszła Magda P., która pomogła nam pakować materiały wyborcze do reklamówek. Zajęło nam to czas prawie do ósmej. Później zjadłyśmy kolację i odwiozłam ją (Magdę, a nie kolację) do domu. Chwilę oglądałyśmy z Kasią film, a raczej bajkę. Teraz siłą ją odgoniłam, żeby wpisać tutaj, a zaraz idziemy spać.

MadaMag napisał komentarz:
Ocho, boty ‚wyniuchały’ naszą stronę. Muszę wymyśleć jakąś weryfikację wpisów…

MadaMag napisał komentarz:
No, zobaczmy na ile to pomoże.
A niechciane komentarze do ostatniego wpisu możesz usunąć sama przez edycję wpisu.
(Ze starszymi jest trochę problemu, ale i z tym sobie chwilowo poradziłam.)

 


 

Post nr 46, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 12-11-2010 o godz 22:23
piątek

Rano byłam na uczelni. Miałam się uczyć marketingu organizacji non-profit. Zwykle mamy ćwiczenia, potem okienko, a potem wykład. Niestety dziś na ćwiczeniach pani doktor uznała, że jest nas mało i zapytała, czy chcemy mieć wykład. Presja grupy sprawiła, że wszyscy powiedzieli, że nie. Zatem wróciłam z uczelni po półtorej godziny. Pojechałam do hufca, zdjęłam flagi (tym razem zrobiłam to osobiście, a nie zleciłam), dopisałam Praszkę do grafiku. W domu ugotowałam obiad (ale nie przypadł zbytnio Kasi do gustu). Okazało się również, że mój piekarnik działa, tylko ogień trzeba ręcznie podłożyć. Około czwartej wybrałyśmy się z Kasią na miasto poroznosić ulotki. Rozdałyśmy około jednej trzeciej. Później pojechałyśmy do sztabu wyborczego odebrać nowe ulotki (tym razem z prezydentem). Jakieś 850 woreczków, 850 programów wyborczych, 850 książeczek z prezentacją kandydatów do Rady Miasta i 850 ulotek Marka. Z tego mamy przygotować 850 zestawów promocyjnych i rozdać mieszkańcom wyznaczonej ulicy. Jeszcze nie wiem, która ulica została mi naznaczona. Wieczorem zjadłyśmy ciasto, Kasia przeglądała sobie internet, a ja poprawiałam pracę magisterską. Teraz wyrzuciłam ją od komputera, kazałam iść spać, a sama przenoszę poprawki na monitor i uzupełniam wpis.

Marek napisał komentarz:
Dziwne to imię komentującego.
Natomiast twój wpis jest super nawet z kursywą.
A dworzec Chorzów Stary jest w części administracyjnej mapy
Ch-w Miasto.
850 to sporo materiałów ulotnych do rozdania niechętnym ludziom.

 


 

Post nr 45, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 11-11-2010 o godz 22:38
czwartek

Rano Kasia pobiegła do hufca już przed ósmą. Ja szłam dopiero na dziesiątą pod pomnik, więc trochę mogłam dłużej pospać. Ogólnie była bardzo nieprzyjemna pogoda i składaliśmy kwiaty w deszczu. Spotkałam też ten sam skład osobowy co wczoraj (prezydenci, poseł i in.). Tylko orkiestra inna była i pan nie miał takiego grubego czegoś do machania tylko pałeczkę. Po uroczystościach pojechaliśmy do hufca oddać kurtki firmowe. Poszłyśmy z Kasią do domu. Ja zjadłam pierogi, a Kasia kanapkę (bo ja miałam więcej czasu). Później Kasia poszła na bilard ze 110 KDH (prywatny, ale z drużyną) a ja do Siemianowic na coroczny Instruktorski Turniej Bowlingu. W tym roku to nie ja byłam organizatorką, więc mogłam spokojnie sobie grać (z pominięciem momentów w których ustawiałam ludzi na torach, sprawdzałam czy mają butki, sprawdzałam ile już porzucali i czy można drukować wyniki oraz momentu w którym podsumowywałam zawody i wypisywałam dyplomy). Grałam na torze z Adamem, druhowieństwem Małgorzatą i Leszkiem oraz Sebastianem R (który, co za niespodzianka, turniej wygrał). Po kręglach jeszcze chwile pobyłam w hufcu i poszłam do domu. Tam czekała już na mnie Kasia i byłyśmy gotowe iść na urodziny. Na urodzinach zgromadzili się wszyscy najbliżsi nam Czerniejewscy. Ogólnie było wesoło. Na koniec Basia dała nam jedzenie na wynos, więc jesteśmy uratowane. I szybko jeszcze załączyłam komputer aby uzupełnić zaległości.

Dziś jeden z wiceprezydentów, który eufemistycznie powiedziawszy, nie pała sympatią do harcerzy podszedł do nas po uroczystości, uśmiechnął się i podziękował za przybycie.

Na cześć tego wydarzenia dzisiejszy wpis jest napisany kursywą

środa

Mój plan na dziś wyglądał następująco:
8:00 – 9:40 – j. angielski, budynek N, Katowice
10:15 – hufiec, otworzyć drzwi druhnie Teresie, wydrukować pismo do pani dyrektor, poczekać na Dorotkę
10:45 – SP 29, Chorzów, spotkanie z panią dyrektor (bardzo miła pani, udało nam się załatwić salę na spotkanie świąteczne oraz na imprezę zuchową)
11:30 – Chorzów, odebrać kwiaty z kwiaciarni
12:00 – w hufcu, spotkanie z osobami, które idą pod pomnik złożyć kwiaty
13:00 – Chorzów, jednostka wojskowa, składanie kwiatów udział w uroczystościach (spotkałam też chorzowskiego prezydenta, komendanta chorągwi, pana, który dyrygował orkiestrą i inne szychy), wysłuchanie salwy honorowej 😉
13:30 – Katowice, odebrać książkę z biblioteki katedry marketingu (zamówioną wczoraj)
14:00 – 16:05 – Chorzów, dyżur w hufcu
17:30 – odebrać Kasię z dworca
18:00 – odebrać ulotki z wyspy
19:40 – Katowice, obok ING, zgarnąć Olę Sz.
20:00 – Katowice, zwiedzanie urzędu
Trochę się spóźniłam do biblioteki, bo za długo składaliśmy kwiaty. Ale pani bibliotekarka wcale się nie gniewała, a nawet zaprosiła mnie ponownie. Co było logiczne, bo przecież muszę tę książkę oddać.
A ponadto okazało się, że Kasia wysiadła nie na tym dworcu i musiałam pojechać ją poszukać. Większość mieszkańców Chorzowa Starego nie wie, że Chorzów Stary takowy posiada.
A zwiedzanie urzędu było całkiem ciekawe. Przeszliśmy po może nie wszystkich, ale wielu salach zwykle dostępnych tylko dla VIPów, widzieliśmy skarbiec i basen pod skarbcem. Przeszliśmy również podziemnym tunelem, a na koniec dostaliśmy zaświadczenie z urzędu. W końcu jakiś papierek musi być.
Po zwiedzaniu odwiozłyśmy dziewczyny i pojechałyśmy jeszcze do tesco kupić kokos. W efekcie poszłyśmy spać bardzo późno.

wtorek

Rano byłam na wizualizacji wiedzy. Ogólnie te zajęcia miały być ekscytujące, a koncentrują się głównie na tym co już wiemy. Na przykład, że czcionka w prezentacji PP nie może być za mała, bo z ostatnich rzędów nie będzie widać. To wie nawet student pierwszego roku=) Po zajęciach pojechałam do auchan na duże zakupy. Trochę czasu tam spędziłam. O pierwszej byłam w hufcu na dyżurze. Siedziałam tam prawie do piątej, bo jak zwykle ciężko stamtąd wyjść. A resztę wieczoru przesiedziałam w domu.

Basia napisał komentarz:
Co prawda pani z Wizualizacji wiedzy powiedziała, że kursywa jest nieczytelna i męczy oczy, ale dla tego wydarzenia warto się trochę pomęczyć.

 


 

Post nr 44, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 08-11-2010 o godz 23:46
poniedziałek

Wstałam około ósmej, bo (całe szczęście) miałam na 9:50. Na angielskim budowaliśmy wieżę z 20 patyczków szpageti, taśmy klejącej, sznurka i pianki mashmallow. Świetne zajęcia. Wróciłam do domu. Ugotowałam sobie pomidorową z drugą połową ryżu. Zadzwonił Adam,że umówił się z kimś tam w hufcu, ale się spóźni i czy mogłabym otworzyć. Więc zaczęłam się ubierać. Jak już stałam w kurtce z kluczami w ręku, to zadzwonił, że te panie jednak nie dojadą i nie muszę iść. Wróciłam zatem do przerwanej wcześniej czynności.Po chwili był już czas, aby się zbierać na dzisiejszy wiec. Jak się już czysto ubrałam, to zadzwonił pan wieceprezydent, że z powodu złej pogody (czyli deszczu) dzisiejszy wiec jest odwołany. I tak znów mogłam wrócić do poprzednich zajęć. I tak przesiedziałam do nocy, pisząc różne prace, notatki, poszukując informacji i takie tam. Idę spać.

niedziela

Wstałam skoro świt, bo już o ósmej trzydzieści miałam zamknąć hufiec za Tusią. Gdy wróciłam z hufca poszłam na mszę. Po mszy ugotowałam sobie obiad (przypaloną paprykę nadziewaną mięsem mielonym i połową ryżu). Chwilę potem był już czas, żeby udać się na wiec wyborczy. Zatem ubrałam się czysto i poszłam. Takie spotkanie, mówi się że z lokalną społecznością, ale tak naprawdę to z rodzinami kandydatów i głodnymi na ciastko. Trwało to wszystko około dwóch godzin. O szóstej byłam umówiona z Olą Sz w Katowicach i prawie się nie spóźniłam. Dość długo sobie siedziałyśmy i plotkowałyśmy. Gdy w nocy wróciłam do domu przygotowałam narzędzie badawcze na spotkanie z Panią promotor i poszłam spać.

marek napisał komentarz:
Ciekawe czy zawsze w se same ubiorki?

 


 

Post nr 43, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 06-11-2010 o godz 22:45
sobota

Obudziłam się gdy już było jasno. Postanowiłam wybrać się na salę sportową zobaczyć jak się bawią harcerze. Pojechałam tam rowerem, żeby się nie wozić wszędzie autem. Zostałam tam aż do zakończenia imprezy (czyli około drugiej). W domu zjadłam kanapkę na drugie śniadanie, wykąpałam się i już był czas, aby jechać otworzyć Tusi hufiec. Znów wygrzebałam rower z piwnicy i pojechałam. Spędziłam tam chwilę. Gdy jechałam z powrotem (właściwie to stałam już przed drzwiami), zadzwoniła mama, że potrzebuje pewną kwotę w jednym banknocie. Postanowiłam pojechać poszukać bankomatu dwukasetowego (bo wtedy nie ma technicznej możliwości wypłacić w 10 czy 20 złotowych banknotach). Okazało się, że taki jest na dole przy SP 5. Chwilę po tym jak wróciłam do domu przyjechała mama z Kasią i pojechaliśmy na urodziny. Coś się stało z autem i nie chciało zapalić. Zjechało na dół z górki i dalej nie umiało. Pomógł nam pchać taki chłop z ulicy. Po chwili zmagania udało nam się znów zapalić i pojechałyśmy. Na urodzinach było całkiem wesoło, trochę plotek, trochę Kubicy i oczywiście trochę wyborów. Oczywiście, że auto znów nie chciało zapalić, ale zszedł z nami Michał i połączył jakieś kabelki i się udało. Mama odwiozła mnie do domu i pojechała też do domu. Później siedziałam sobie przy komputerze.

Marek napisał komentarz:
Tylko fachowiec powie o firmie ” niskospozycjonowana „. A wybrać np: dobry szampon z takiej oferty opakowań bo skład w 95% to dokładnie to samo a te 5% innowacyjności czy coś wnosi do działania ? czy jest tylko usprawiedliwieniem dla obrazka na butelce. Brawo za rower .

 


 

Post nr 42, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 05-11-2010 o godz 22:26
piątek

Rano pojechałam do kościoła św. Wawrzyńca umówić się z księdzem w sprawie organizacji spotkania świątecznego oraz Betlejemskiego Światła Pokoju. Uświadomiłam sobie, że chyba jestem leniwa. Przecież tam nie jest daleko, a ja pojechałam autem. Ale za to szybciej. Wróciłam do domu, zaczęłam przerabiać notatki z psychologii konsumenta i za chwilę przyjechał tata. Chwilę porozmawialiśmy i już trzeba było uciekać dalej. Tata do domu a ja na uczelnię. O mały figiel byłabym się spóźniła. Wykład być pasjonujący jak zwykle, ale wzbudzał tyle poruszenia, że był bardzo głośny. Z uczelni wróciłam do domu, ugotowałam obiad i porobiłam coś na komputerze. Około piątej poszłam do hufca, bo miałam otworzyć Tusi drzwi. O szóstej okazało się, że to jednak będzie jutro a nie dziś. W drodze powrotnej do domu „zahaczyłam” o Carrefour bo musiałam kupić szampon. I tutaj nasunęła mi się myśl. Stałam przed półką i wybierałam. Najpierw postanowiłam kupić szampon odpowiedni do moich włosów farbowanych, ale potem zauważyłam taki do pasemek. Po chwili uznałam, że dobry byłby też ten zwiększający objętość i ten zapewniający puszystą lekkość. W ofercie był też szampon 2w1 i przeciwłupieżowy. Ponieważ miałam kupić tylko jeden postanowiłam zmienić strategię. Wybierałam po zapachu. Ale to też nie była dobra strategia. Mniej więcej po dwudziestu minutach stania przed regałem wybrałam szampon pewnej firmy. Zapewnia wyrazisty kolor, delikatność w dotyku, połysk i takie tam. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy: zamiast zastanowić się dlaczego ten szampon jest taki tani (w porównaniu do innych tam stojących, czyli nie znów bardzo tani) to ja się zaczęłam zastanawiać dlaczego ta marka jest tak nisko spozycjonowana. Ups, chyba za dużo marketingu jak na jeden tydzień. Potem spokojnie wróciłam do domu, przepisałam co miałam przepisać. A teraz idę umyć włosy…

czwartek

Prawie cały dzień spędziłam na uczelni. Na początku dwa bloki zajęć ze środków i technik reklamy, a później dwa z wynagrodzeń. Na wynagrodzeniach opowiadałam jak obliczać składki związane z płacą podstawową. Generalnie jak wychodziłam z uczelni to była piąta. Wróciłam do domu, ugotowałam rybę, i coś tam robiłam. A przed snem poszukiwałam gadżetu na którym nadrukuję swoje nazwisko, bo ołówki są niedostępne. Z ciekawostek znalazłam magnesy na lodówkę albo standardowe długopisy. Ciekawe co na to opinia społeczna?

 


 

Post nr 41, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 03-11-2010 o godz 23:00
środa

Rankiem pojechałam na UE. Mieliśmy angielski. Nasza ulubiona pani po raz pierwszy zapytała o zadanie domowe. Oczywiście, że nikt nie zrobił (bo było na to za dużo czasu) a okazało się, że słówka z ostatniej środy były potrzebne dziś. Ale ta pani ma pomysły, skoro już tydzień temu miała plan co będziemy robić dziś… W drodze powrotnej pojechałam do carrefour po rybę i pieczywo. Potem byłam w domu i robiłam prezentację na jutro. Około wpół do drugiej poszłam do hufca na dyżur. Trzy godziny potem wróciłam do domu i kontynuowałam rozpoczętą prezentację (znaczy się tworzenie jej). I tak minął czas. Porozmawiałam sobie jeszcze trochę ze znajomymi na MSN (szkoda, że nie o logistyce to mogłabym słówka na angielski poćwiczyć), odpisałam na kilka maili. Teraz już prawie jedenasta i trza iść spać.

 


 

Post nr 40, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 02-11-2010 o godz 22:43
wtorek

Miałam dziś dzień rektorski (zupełnie bez sensu) więc budziłam się bez budzika. Jak wstałam to usiadłam do pracy magisterskiej. W tym tygodniu uda mi się zamknąć drugi rozdział. Czyli postępy dokonują się zgodnie z planem. Około pierwszej szłam do hufca na dyżur bo druhna Janina na L4. Poodbierałam kilka telefonów, skserowałam statut i wyciąg z KRS. Nie zdążyłam zrobić wpisu do kroniki, ale może uda się jutro. Około piątej poszłam na cmentarz, zapaliłam światełka u dziadka i u babci. Nawet się jeszcze kilka świeczek na „naszych” grobach paliło. Później wróciłam do domu, zjadłam i narysowałam piękny wykres, który też wkleiłam do pracy mgr. A teraz idę spać pomimo, że jeszcze młoda godzina, ale muszę oczy oszczędzać. Pozdrowienia

Marek napisał komentarz:
Zjadłaś posiłek a nie pięknie namalowany wykres.
Fajnie że znowu się odezwałaś.
Faktycznie produkują teraz znicze długodystansowe, i przy pięknej pogodzie palą się długo.

 


 

Post nr 39, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 21-10-2010 o godz 22:56
czwartek

Dziś od rana spędziłam na uczelni. Miałam ćwiczenia i dwa wykłady. Po zajęciach pojechałam do hufca, posiedziałam chwilę, poplotkowałam. Później wróciłam do domu i zaraz potem przyszła Weronika. Znów sobie poplotkowałyśmy. Przed dziesiątą odwiozłam ją do domu, oddając przy okazji walizkę. Zaraz idę spać.

Komentarz dodany przez MEG:
Innymi słowy miałaś plotkarski dzień…
tata napisał komentarz:
Coś wolno spadają kartki z twego kalendarza.
Może to i dobrze.

 


 

Post nr 38, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 20-10-2010 o godz 21:38
środa

Rano pojechałam na angielski. Jak zwykle było fajnie, dziś pracowaliśmy w grupach. Po zajęciach wróciłam do domu, opracowałam notatki na jutro, zaczęłam tworzyć nowy rozdział pracy magisterskiej. Odgrzałam i zjadłam obiad. Około trzeciej zaczęłam się zbierać, bo o czwartej w Jadwidze była msza w intencji chorzowskich samorządowców, na którą musiałam pójść. Później wraz z innymi kandydatami Wspólnego Chorzowa przeszliśmy do kina panorama. Odbyło się tam oficjalne spotkanie, prezentacja kandydatów na radnych oraz na prezydenta miasta. Po spotkaniu poszłam na kawę z Zuzią i jej rodzicami. Wróciłam do domu, zjadłam kolację, poczytałam trochę i chyba zaraz pójdę spać.

wtorek

Wstałam wcześnie rano, bo obiecałam Madzi P, że zawiozę ją z bratem do szpitala. Umówiłyśmy się u niej na 6:30, bo brat miał być w Siemianowicach o siódmej. Stamtąd pojechałam na uczelnię. Spędziłam tam dwie godziny, odbyłam zajęcia i podpisałam obiegówki na studia podyplomowe. Wróciłam do domu, ugotowałam obiad na dziś i jutro. Koło trzeciej pojechałam do Batorego zrobić zdjęcia do kampanii. Myślę, że jedno ujęcie mi wystarczy. Wróciłam do domu i już był czas, żeby zbierać się na zajęcia studiów doktoranckich. Miałam w tej samej sali, co zajęcia poranne. Mieliśmy dziś zajęcia w grupie, więc poznaliśmy się troszkę. Zajęcia nie były bardzo ekscytujące, ale nie były też nudne. Trwały do ósmej. Wróciłam, zjadłam kolację, coś tam jeszcze porobiłam i poszłam spać.

 


 

Post nr 37, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 18-10-2010 o godz 22:54
poniedziałek

Zajęcia zaczynałam o dziewiątej więc musiałam się zerwać skoro świt żeby zdążyć. Ale udało się. Po zajęciach pojechałam do auchan, kupiłam produkty spożywcze. Potem pojechałam na 3-go maja gdzie wymieniłam łożysko do samochodu (bez żadnych problemów). Później siedziałam w domu, zjadłam obiad i właściwie to nic nie robiłam. Około czwartej pojechałam do tesco i kupiłam garnitur. Niestety nie jest to model szyty na miarę, ale co robić… Później pojechałam do Adama a stamtąd do Cylów zawieźć wspomniane wyżej łożysko, aby zostało zawiezione do Kucob.

 


 

Post nr 36, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 14-10-2010 o godz 23:43
czwartek

Dziś zajęcia zaczynałam o pierwszej, więc gdzieś do jedenastej spałam. Zjadłam śniadanie i pojechałam na uczelnię. Pierwszy raz w tym roku byłam na zajęciach z grupą, do której należałam w pierwszym semestrze, więc wreszcie kogoś znałam. Po zajęciach poszłam do czytelni i przygotowałam sobie informacje na jutrzejsze ćwiczenia. Później zjadłam drugie śniadanie i już był czas zajęć na studiach doktoranckich. Odbywał się ciąg dalszy prezentacji katedr, więc szału nie było. Po zajęciach poszłam do tesco, kupiłam bułki na jutro i pizzę na dziś. Po powrocie do domu zjadłam, przeczytałam pocztę, obejrzałam teleekspres i idę spać.

 


 

Post nr 35, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 13-10-2010 o godz 23:49
środa

Dziś zaczęłam od języka angielskiego. Do budynku N gdzie odbywały się zajęcia udało mi się dotrzeć bez problemów i nawet nie pomyliłam sali. Na zajęciach było jak zwykle fajnie. Prosto stamtąd udałam się do dziekanatu złożyć indeks. Pani z dziekanatu się śmiała jak jej powiedziałam, że dziękuję, że pozwoliła pani dziekan mnie wczoraj przeegzaminować. Złożyłam też deklarację przedmiotów, które studiuję w tym semestrze. W drodze powrotnej do domu zajrzałam za spodniami, ale nic ciekawego nie było. I wstąpiłam również do Lidl kupić bułki na jutro na śniadanie. Potem siedziałam w domu i właściwie nic nie robiłam. Wieczorem miałam jeszcze spotkanie z panem z komitetu wyborczego, który opowiedział mi o przebiegu kampanii i o tym, jakie piękne broszury będą wydawać. A teraz jest już późno i idę spać.

 


 

Post nr 34, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 12-10-2010 o godz 23:35
wtorek

Rano pojechałam na wizualizację wiedzy. Uczyliśmy się o elementach graficznych w dokumentach. Po zajęciach poszłam do czytelni, bo miałam trzy godziny okienka i postanowiłam zasięgnąć literatury do przedmiotu z którego egzamin miałam za te trzy godziny zdawać. Poczytałam, posiedziałam i jakoś ten czas upłynął. Poszłam zatem do budynku D, gdzie miały się konsultacje odbywać. Pani z sekretariatu katedry powiedziała, że pani profesor jest w budynku A, gdzie jako nowy dziekan ma swój gabinet. Więc zabrałam graty i poszłam z powrotem do A. Poszłam do sekretariatu dziekana a pani sekretarka powiedziała, że pani dziekan jest do 13:20 na zajęciach i będzie za chwilę. Postanowiłam zatem zaczekać. Siedziałam na ławeczce a pani dziekan przemknęła do siebie. Podążyłam więc za nią. Jednak pani sekretarka powiedziała, że absolutnie wejść nie wolno, a pani dziekan – profesor przyjmować będzie w katedrze w godzinach konsultacji. Więc zabrałam kurteczkę i poszłam do D poczekać. Pani sekretarka z katedry trochę się zdziwiła widząc mnie i zapytała czy czegoś nie rozumiem. Więc opowiedziałam jej jeszcze raz wszystko po kolei i stwierdziła, że teraz to ona nie rozumie. Zadzwoniła zatem i porozmawiała jak sekretarka z sekretarką i ustaliły że mam przyjść (wraz z dwoma pozostałymi czekającymi osobami) do budynku A. Jak już dostałam się do tego właściwego pokoju i wytłumaczyłam pani dziekan w czym rzecz, okazałam zgodę prodziekana na zdawanie egzaminu w nietypowym terminie to pojawił się problem czy jeszcze mogę go zdawać bo już połowa października i ona nie była pewna czy jeszcze nie jestem skreślona. Zadzwoniła zatem do pani_z_dziekanatu zapytać czy może mnie przeegzaminować. Teraz już wiem, że mit o tym, że na uczelni rządzi pani_z_dziekanatu jest potwierdzony. Pani z dziekanatu usłyszała, że chodzi o mnie (znów ja) i pozwoliła. I tak udało mi się zdać ostatni egzamin w sesji letniej=) Szczęśliwa pojechałam sobie kupić bułki na jutro. Byłam chwilę w hufcu a potem wróciłam do Katowic bo miałam spotkanie z Magdą P. Poplotkowałyśmy nieco przez jakieś trzy godziny.

poniedziałek

Rano pojechałam na uczelnię. Miałam w budynku N. Najpierw musiałam pobiec na rynek, żeby kupić bilet. Chciałam kupić 5-dniowy, ale niestety nie było. Kupiłam zatem jednorazowy i pojechałam tramwajem. Na dworcu w Katowicach kupiłam ten właściwy bilet i przesiadłam się na autobus. Udało mi się nie spóźnić=) Na zajęciach było jak zwykle fajnie, bo dużo sobie rozmawialiśmy. Po angielskim pojechałam do budynków głównych, żeby się spotkać z panią promotor. Okazało się że grupa będzie się spotykać co tydzień o dziesiątej, ale ja się będę spotykać o dwunastej (bo o dziesiątej jestem na angielskim). Umówiłyśmy się na następne spotkanie i poszłam sobie, a właściwie pojechałam do Silesi. Byłam umówiona u Dużej Basi i chciałam kupić coś dziewczynkom. Wieczorem poszłam do nich i było bardzo przyjemnie. Potem wróciłam do domu i poszłam spać.

 


 

Post nr 33, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 27-09-2010 o godz 23:32
poniedziałek

Po śniadaniu pojechałam do urzędu miejskiego, żeby przekazać zaproszenia do wysyłki. Było jeszcze przed ósmą, więc nie musiałam płacić za parking. Zajęcia na uczelni zaczęłam o ósmej. Były to zajęcia z I stopnia i bazowały na zdobytej wiedzy z języka C(coś tam). Niestety ja takiej wiedzy nie posiadam, więc nie wiem, czy będę bardzo oponować jak pani z dziekanatu uzna, że nie mogę chodzić na przedmiot I stopnia. Po zajęciach poszłam do centrum obliczeniowego, gdzie poprosiłam o pozwolenie na korzystanie z sieci bezprzewodowej. Pan z centrum powiedział, że przy wniosku o nadanie e-mail wypełnia się pole, że chce się mieć dostęp do WiFi na uczelni. Jak pięć lat temu składałam ten wniosek to tego pola nie było. Ale pan sobie zaznaczył, że chcę dostęp do sieci i się udało. Potem poszłam do czytelni i spędziłam tam kolejne cztery godziny pisząc pracę magisterską. W drodze do domu wstąpiłam do Lidl po świeżą bułkę na jutrzejsze śniadanie i parę innych rzeczy. Od tego czasu siedziałam w domu (przed komputerem) i oczekiwałam na Weronikę, która miała mnie przyjść odwiedzić. Zakupiłam też OC na kolejny rok. Weronika przyszła po szóstej i plotkowałyśmy. Przed jedenastą pojechałam ją odwieźć do Siemianowic a teraz uzupełniam blog przed pójściem spać.
A pogoda dziś była (i nadal jest) paskudna.

 


 

Post nr 32, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 23-09-2010 o godz 22:03
czwartek

Po śniadaniu pojechałam do Katowic. Weszłam do Pentagonu i kupiłam spódnicę do munduru i pasek. Strasznie drogo. Potem udałam się na AE. Długo stałam w kolejce do dziekanatu, ale podanie złożyłam. Pani z dziekanatu powiedziała, że szanse na sukces są raczej niewielkie, ale i tak postanowiłam podanie zostawić. Później pojechałam tramwajem do centrum. Na uczelni udało mi się wypożyczyć książki – po raz pierwszy od sześciu lat jak jestem tam studentką. W domu ugotowałam pomidorową z ryżem. Najedzona poszłam do hufca, gdzie odbyliśmy zjazd nadzwyczajny. Celem był wybór delegatów na zjazd chorągwi i cel ten został zrealizowany. A teraz siedzę przed komputerem, uzupełniam wpisy, oglądam serial i jak skończę ten odcinek to idę spać.

środa

Dzień niezbyt ciekawy. Po śniadaniu poszłam do hufca. Rozmawiałam w sprawie imprezy VIP, potem pisałam zaproszenia, próbowałam znaleźć adresy osób, które były na liście i takie tam. Po trzeciej wyszłam, ale zadzwoniła Monika, że potrzebuje coś z sekretariatu, więc wróciłam. Po przyjściu do domu ugotowałam obiadokolację, napisałam podanie do dziekana, analizowałam czemu moja drukarka nie drukuje na żółto (chyba nie ma żółtego tuszu) i poszłam spać.

 


 

Post nr 31, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 21-9-2010 o godz 23:51
wtorek

Dzień zaczęłam od wizyty na uczelni, jednak nic nie załatwiłam, bo pani prowadząca przedmiot uznała, że sesja się kończy w piątek i nie mogę pisać egzaminu w innym terminie. Albo dziekan przywróci mi termin, albo czeka mnie tryb poprawkowy. Nie podoba mi się to, ale udam się do dziekana na rozmowę (jak tylko pojawi się na uczelni). Później siedziałam w bibliotece i pisałam pracę. W drodze powrotnej do hufca wstąpiłam do Auchan, bo miał być tani papier do drukarki, ale nie było. W hufcu nie byłam długo, opowiedziałam komendantowi o moich wrażeniach po wczorajszym spotkaniu z młodzieżą i pojechałam do domu. Zjadłam kolację i wróciłam do Katowic, bo umówiona byłam z dziewczynami. Wróciłam koło jedenastej i zaraz idę spać.

 


 

Post nr 30, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 20-9-2010 o godz 22:27
poniedziałek

Wstałam rano, bo obiecałam odnieść protokoły do hufca. Z hufca poszłam na wolność, wstąpiłam do Rossmann i wymieniłam złotówki na euro. Wróciłam do domu i ugotowałam sobie zupę warzywną na obiad. Po obiedzie zaczęłam przygotowywać to, co mam powiedzieć drużynowym na odprawie. Poszłam do hufca, powiedziałam co chciałam i wróciłam do domu. Oglądałam serial, poodkurzałam dywan i przetarłam kurze. Zaraz idę spać.

niedziela

Obudziłam się w okolicach południa. Zjadłam śniadanie. Później pisałam pracę i zaczepiałam Kasię. Po serialu i kawie popołudniowej pojechałam do domu.

sobota

Była u nas impreza hutników, więc pomagałam w kuchni. Podawałam schabowe, zmywałam. Wieczorem byłam na mszy z Tatą i Magdą, a potem oglądałam z Kasią „Tylko mnie kochaj”.

piątek

Pojechałam na uczelnię żeby odebrać indeks z rektoratu. Szczęśliwie był już gotowy, więc udało się bez czekania. Potem pojechałam do domu i zjadłam drugie śniadanie (opóźnione). W następnej kolejności udałam się do hufca, odebrałam list pochwalny dla hutników i statuetkę i z 101 szklankami w bagażniku pojechałam do Kucob. Oglądałam telewizję, a potem poszłam spać.

 


 

Post nr 29, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 16-9-2010 o godz 23:32
czwartek – popkorn i lody

Wstałam rano, żeby zdążyć zjeść śniadanie. Pojechałam na uczelnię. Pan doktor z Sosnowca przyjmował, ale nie miał czasu dla studentów. Była nas czwórka do pisania. Zapytał się czy umiemy i wpisał wszystkim czwórki. Nawet nie zapytał nas czy chcemy. Trochę to było bez sensu, ale skoro nie jest ważne jaka cyferka jest w indeksie tylko czy ona tam w ogóle jest to się nie oburzyłam. Poszłam do rektoratu zanieść mój indeks po wpis. Mogę go odebrać jutro przed południem. Stamtąd poszłam odebrać mój tusz do drukarki. Jako że jestem studentem zapłaciłam jedynie 25 zł (pomimo, że był to nabój kolorowy) i dostałam wafelka gratis. Później pojechałam do domu. Wydrukowałam zaproszenia, a w tym czasie zadzwonił Tata z misją. Pojechałam zatem do tesco i kupiłam 101 szklanek. Właściwie to miało ich być sto, ale wzięłam jedną więcej bo tak mi do kompletu pasowało. Z bagażnikiem wypchanymi szklankami pojechałam do hufca ustalać to, co ustaliliśmy we wtorek. Bez sensu było to sobie stamtąd poszłam. Wróciłam do domu, ugotowałam kolację i tak dzień się kończy.

 


 

Post nr 28, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 15-9-2010 o godz 23:52
środa

Dzisiejszy dzień rozpoczęłam wizytą w czytelni. Napisałam chyba ze trzy strony mojej nowej pracy magisterskiej… Prosto z uczelni pojechałam do hufca. Później wróciłam do domu, żeby się przebrać i uczesać. Wraz z Olą i Magdą szłyśmy do Teatru Rozrywki na JESUS CHRIST SUPERSTAR. Grają to już od 2000 roku, ale zdaje się że aktorów (na pewno niektórych) wymieniają na młodszych. W ogóle jest to rock-opera. O czym jest:

Oto ostatnie dni życia Jezusa Chrystusa. Syn Boży naucza jeszcze, wiedząc jednak, że zbliża się czas odejścia. Jego uczniowie są przy nim, tak jak jest obok niego kochająca go Maria Magdalena. Judasz ma wątpliwości, czy Jezus nie bierze swoich marzeń za rzeczywistość. Pochylając się nad sakiewką ze srebrnikami, wciąż jeszcze się waha. Nie uniknie jednak przeznaczenia.
Jest jeszcze Piłat, który próbuje uratować Jezusa. Bezskutecznie. Wiadomo przecież, że Słowo musi stać się Ciałem…
JESUS CHRIST SUPERSTAR stał się czymś więcej, niż jeszcze jednym musicalem. Przedstawienie stworzone przez dwóch młodych, zaledwie dwudziestokilkuletnich Brytyjczyków, okazało się na przełomie lat 60. i 70. jednym z największych przebojów w historii teatru muzycznego, spektaklem na miarę rewolucji Dzieci Kwiatów. Rice i Webber zaproponowali hipisowską wersję Ewangelii – ilustrowaną muzyką rockową opowieść, w której Jezus Chrystus kreowany jest na pierwszego młodzieżowego idola w dziejach świata. Popularność JCHS — mimo zmieniających się mód i tendencji muzycznych — trwa do dzisiaj.

Dzisiejsza obsada:
Jesus Chrystus: Maciej Balcar
Judasz Iskariota: Janusz Radek
Maria Magdalena: Maria Meyer
Król Herod: Jacenty Jędrusik
Poncjusz Piłat: Andrzej Kowalczyk
Kajfasz Arcykapłan: Zbigniew Mikolasz
Annasz: Marta Tadla
Kapłan: Marta Tadla
Dowódca straży-Kapłan II: Marian Florek
Piotr: Marek Chudziński
Szymon Zelota: Dominik Koralewski.

Ogólnie bardzo mi się podobało. Polecam. Jednakże Janusz Radek pozostanie moim idolem pod warunkiem, że będzie zamknięty w płycie, pendrive albo w MP3. Na scenie raczej mnie nie powalił. A swoją drogą ciekawe jak to jest wieszać się publicznie dwa razy dziennie przez trzy dni w tygodniu. Po drugie to Jezus w tym przedstawieniu był bardzo nieszczęśliwy. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Najbardziej podobała mi się chyba Maria Magdalena i oczywiście scena z Herodem.
A teraz jest późno i idę spać.

Korzystałam z informacji na teatr-rozrywki.pl

 


 

Post nr 27, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 14-9-2010 o godz 23:5
wtorek

Pojechałam rano na uczelnię. Rozmowa miała się odbyć o jedenastej, ale były opóźnienia. Weszłam około dwadzieścia po. Zapytali mnie o studia podyplomowe (nie dołączyłam dyplomu do dokumentów), o to, dlaczego chcę studiować i dlaczego nie należałam do żadnego koła naukowego. Poprosili mnie też o wyjaśnienie dlaczego jestem magistrem a jeszcze studiuję. Ogólnie rozmowa trwała około siedmiu – ośmiu minut. W komisji było pięć osób, trzy znajome. Było szybko i w marę bezboleśnie. Jednak osoby, które czekały oprócz mnie miały już jakieś publikacje i wszyscy brali w czymś udział, co zdecydowanie stawia ich powyżej mnie w kolejce do studiów doktoranckich. Teraz pozostaje czekanie na wynik. Z uczelni pojechałam do tesco zrobić zakupy, a stamtąd do domu. Zjadłam obiad i poszłam do hufca na dyżur. Wieczorem wróciłam do mieszkania, czytałam test z zarządzania, oglądałam serial i teraz idę spać.

 


 

Post nr 26, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 13-9-2010 o godz 23:10

poniedziałek

Obudziłam się prawie że w południe. Potem ustawiałam talerze do obiadu. Po obiedzie pojechałam do Chorzowa. Dojechałam cała i zdrowa.

niedziela

Byłam na Mszy, oglądałam telewizję i takie tam…

sobota

Oglądałam Opole Festiwal i prasowałam.

piątek

Wstałam dopiero jak mi się chciało, czyli nie znów jakoś bardzo wcześnie. Później pobiegłam na Wolność żeby wymienić pieniądze, ale bankomat wydał mi tylko tyle pieniędzy na ile pozwolił mu limit. Okazało się, że po resztę będę musiała pójść w następnych dniach. Może to i lepiej, bo złotówka się umacnia, więc powinno być taniej. A potem zjadłam obiad i pojechałam do Kucob.

 


 

Post nr 25, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 9-9-2010 o godz 22:11
czwartek

Wstał mnie budzik. Na śniadanie zrobiłam sobie jajecznicę. Na uczelni okazało się, że godzina jedenaście oczekiwania na doktora skutkuje tym, że nie ma już czasu na pisanie zaliczenia i mogę przyjść za tydzień. Ale za to wiem, że będzie to test wielokrotnego wyboru (prawdopodobnie ten sam, który pisali wszyscy). Później pojechałam do centrum Katowic zawieźć tusz z drukarki do regeneracji. Po drodze wstąpiłam do katowickiego oddziału NBP aby zapytać o harcerskie dwuzłotówki. Niestety nie było. Potem wróciłam do domu i poszukałam w komputerze testu, o którym jest napisane powyżej. Około piątej pojechałam do hufca i posiedziałam tam nieco. I tak minął dzień…

 


 

Post nr 24, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 8-9-2010 o godz 23:55
środa

Obudziłam się z rana, żeby zdążyć dorwać świeżo upieczonego doktora przed egzaminem. No a przecież rano muszę zjeść śniadanie a jeszcze najpierw to je przygotować. Tak czy owak doktora dorwałam, ale kazał mi pisać egzamin. Szkoda, że wymyślił inne pytania niż się nauczyłam. Były tylko dwa pytania: na pierwsze zrobiłam mix z wszystkiego co wiedziałam, a drugie napisałam na czuja . W przyszłym tygodniu mam się zgłosić do rektoratu po wpis – dostałam 4+. Później poszłam do D, żeby przekonać pana magistra inżyniera, żeby mi skasował dwóję z wirtualnego dziekanatu, bo z logistyki mam piątkę pod którą podpisał się dziekan. Niestety podobno to się nie da, ale skoro się dziekan podpisać to dziekanat to poprawi. Mam nadzieję. Przy okazji dowiedziałam się, że mam swoją własną grupę. Każdy wykładowca dziwi się dostając grupę z jedną osobą. Wracając z uczelni wstąpiłam do Saturn, żeby odebrać zdjęcia prezesa z synem. Dalej pojechałam do hufca, pomogłam wkładać listy do kopert (jestem przecież wykwalifikowana do tej pracy). Posiedziałam chwilę, ale nic się nie działo to pojechałam do domu. Zrobiłam obiad, obejrzałam serial (ale nie cały) i zaczęłam się uczyć na jutro. Nie wiem, czy przez przypadek pan doktor nie każe mi pisać.
Tak w ogóle to jak robiłam obiad to pomyślałam, że nawet fajnie – zaliczyłam jeden przedmiot, dostałam nowy katalog z IKEA i przeniosłam fotel z kuchni do pokoju.
A teraz idę spać, bo jutro kolejny dzień wojny z (jeszcze) AE.

 


 

Post nr 23, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 7-9-2010 o godz 23:51
wtorek

Obudziłam się i zjadłam śniadanie. Postanowiłam wybrać się na uczelnię, ale zanim to nastąpiło zrobiłam przegląd szafki w kuchni i wyrzuciłam sześć pustych pudełek po fruktozie. Dwa zostawiłam na wszelki wypadek. Później pojechałam na uczelnię, posiedziałam w czytelni i poczytałam książkę o zarządzaniu procesowym. Później wróciłam do domu, gotowałam obiad i takie tam. Wieczorem poszłam do teatru kupić bilety. Niestety była awaria terminalu płatniczego i musiałam biec do bankomatu po prawdziwe pieniądze. W drodze powrotnej wstąpiłam do hufca. Gdy szłam do domu udało mi się kupić bilety. Idziemy wraz z Olą i Magdą na Jesus Christ Superstar za tydzień w środę. Siedzonka na środkowym balkonie. Potem posiedziałam nadal nad procesami, oglądałam serial. Zaraz idę spać.

 


 

Post nr 22, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 6-9-2010 o godz 21:48
Po wielu dniach nieobecności wróciłam do pisania. Właściwie to zostałam zachęcona.
Dziś obudziłam się rano, bo przyjmował pan dziekan a ja potrzebowałam od niego podpisu. Zgodnie z ustaleniami nie wychodzę z domu bez śniadania, więc potrzebowałam więcej czasu niż zwykle. W tak zwanym międzyczasie przyszedł pan kominiarz, aby sprawdzić wyciągi czy coś takiego. Później pojechałam na uczelnię. Pan dziekan podpisał grzecznie zmianę w Learning Agreement. Powiedział mi, że to wykładowca jest królem przedmiotu i jeśli uzna, że nie muszę zdawać ćwiczeń to nie muszę. Ale jeśli powie, że muszę to niezależnie od tego, że ćwiczeniowiec jest na wakacjach przed przystąpieniem do egzaminu muszę je zaliczyć. I klops. Później pobiegłam do budynku D, gdzie konsultacje miał profesor statystyk matematyczny. Przyszedł jakieś pięć minut przed oficjalnym rozpoczęciem konsultacji, zapytał czy ja do niego, a potem poszedł do sekretariatu katedry. Po około pół godziny przyszedł ale pobiegł jeszcze szybciutko do kibelka. Gdy wreszcie mnie przyjął należało zacząć od wyjaśnień, że studiuje na wydziale zarządzania i na kierunku też zarządzanie (całe szczęście, że o specjalność nie pytał). I stwierdził ze zdziwieniem, że nie ma mnie na protokole. Należało zatem zadzwonić do dziekanatu aby wyjaśnić tę kwestię, potem do działu finansowego żeby sprawdzić czy na pewno zapłaciłam za tryb poprawkowy a potem do pana informatyka, żeby poinformować go, że BARBARY JOANNY nie ma w protokole. Potem można było już rozpocząć poszukiwania mojej pracy. Około dwustu przełożonych kartek i czterdziestu minut później moja praca się znalazła. Należało zatem zadzwonić znów do pani z dziekanatu, czy skoro mnie nie ma w protokole to czy można mi wpisać ocenę do indeksu. I na końcu pan profesor powiedział mi, że zdałam. Z radości pojechałam do tesco na całotygodniowe zakupy. Z tesco przyszłam do domu, a potem poszłam do hufca. Oddałam 44,02. W drodze powrotnej kupiłam kartkę ślubną i sprawdziłam kursy walut. Pomyślałam, że mogłabym pójść na rower, ale jak zjadłam kluski z roladą to zaczęło padać, więc nie poszłam. Obejrzałam Grey’s Anatomy, powtórzyłam zarządzanie procesowe, a zaraz pozmywam, wykąpię się w wannie i idę spać.

 


 

Post nr 21, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 14-7-2010 o godz 0:5
Wtorek

Wstałyśmy rano z Kasią, żeby w miarę przy czasie udać się do sklepu. Po śniadaniu wsiadłyśmy do tramwaju!! i pojechałyśmy do Katowic. Całe szczęście, że miałyśmy bilety, bo spotkała nas kontrola. W Pentagonie udało nam się załatwić wszystko w miarę sprawnie. Pierwsza bluza, którą pani nam podała okazała się wręcz idealna. Do tego najdłuższy możliwy pas i już po zakupach. Po drodze na tramwaj obeszłyśmy trzy sklepy z butami i jeden spożywczy. Z tramwaju wysiadłyśmy na AKS i poszłyśmy do Lidl kupić mleko i kawę (czyli wszystko, co było na liście zakupów). Po powrocie zjadłyśmy obiad i pobiegłyśmy do hufca na dyżur. Kasia skoczyła na Wolności kupić sobie gazetę. Ja w tym czasie edytowałam z druhną Teresą książkę oraz odbierałam telefony. Po piątej poszłyśmy sobie do domu. Szłyśmy Wolności, po drodze kupiłyśmy dla Kasi sandały, żeby jej się stopy nie odparzały. Zaszłyśmy też do McDonald’s na lody. Gdy wróciłyśmy do domu postanowiłyśmy zjeść kolację i pójść do WPKiW zobaczyć jak wygląda plaża. Pojechałyśmy tramwajem do żyrafy, a stamtąd nogami przeszłyśmy do domu. Po drodze odwiedziłyśmy jeszcze Carrefour, bo Kasia pilnie potrzebowała soku. W domu obejrzałyśmy film, Kasia poszła spać, ja uzupełniam wpis i też idę spać.

 


 

Post nr 20, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 13-7-2010 o godz 23:28
Poniedziałek

Obudziłam się rano, ale na śniadanie nie poszłam, bo byłam jeszcze w piżamie. Gdy już doszłam do siebie zabrałam się za kończenie pisania pracy dla Rafała K. Udało mi się skończyć i od razu ją wysłałam. Wysłałam też maile do Renaty i Lenki. Renata odpisała i przysłała potrzebne zaświadczenie mailem. Lenki nie ma w biurze do 19 lipca – urlop. W wolnej chwili poszłam nad basen, pogadałam z ratowniczką, pooglądałam jak Kasia i Meg płuczą nogi (i nie tylko nogi). Około 12:00 zjadłam w kuchni śniadanie. Potem posiedziałam pod daszkiem. Krótko przed obiadem plotkowałam z Pastorem. Po obiedzie robiłam coś na komputerze bo miałam w tle Magdę M. Uznałam, że muszę sobie wrzucić drugi sezon, bo pierwszy już znam na pamięć. Około piątej znów kawa, ploteczki i kolacja. A po kolacji zabrałam Kasię i przyjechałyśmy do Chorzowa kupić jej nowy mundur (bluzę i pas, spódnice dostanie po starszej siostrze). Kasia już leży na łóżku a ja uzupełniam brakujące wpisy.

Niedziela

W niedzielę z objęć Morfeusza wyrwał mnie budzik. Miałam nastawiony, by zdążyć do kościoła na 9:00. Plan był taki, że im wcześniej zacznę się modlić, tym wcześniej skończę i będę mogła jechać do Kucob. W drodze na mszę spotkałam sąsiadkę. Po mszy szybko odkurzyłam podłogę i pojechałam do Kucob. Trafiłam akurat na obiad. Po obiedzie powłóczyłam się trochę, poplotkowałam, wypiłam kawę. I tak nic nie robiąc minął mi czas do kolacji. A po kolacji oglądaliśmy film, a w przerwach na reklamy mecz z okazji zakończenia mistrzostw świata w piłce nożnej. Grała Holandia z Hiszpanią. Wygrali ci drudzy zdobywając jedną bramkę w doliczonym czasie gry.

Sobota

Sobota minęła mi bardzo szybko. Postanowiłam, że nigdzie nie wychodzę przed południem jeśli nie napiszę pracy dla Rafała K. w ramach przedmiotu „Przedsiębiorczość”. Zatem zaraz potem jak się obudziłam, jeszcze w piżamie zaczęłam pisać. Miałam już początek, więc pozostało mi przygotować część praktyczną oraz zakończenie. Gdy o szesnastej zadzwoniła Ola ja nadal w piżamie pisałam. Postanowiłam zatem zrobić przerwę, wziąć prysznic i przygotować się do wyjścia. O piątej spotkałyśmy się przed wejściem głównym do parku. Po chwili zjawił się Marcin i Piotrek. Okazuje się, że oprócz mnie wszyscy uczciwie pracują. Posiedzieliśmy około trzech godzin. Potem wszyscy zaczęli się zbierać do pójścia do domu. Wszyscy szli w kierunku Katowic, a tylko ja w przeciwnym. Postanowiłam jednak pójść z nimi pod Żyrafę i stamtąd wrócić tramwajem. Spacerkiem poszliśmy i pod Żyrafą rozstaliśmy się. Marcin poszedł na autobus, Ola na tramwaj, a Piotrek piechotą do domu. Ja poszłam też piechotą i też do domu, tyle że w przeciwną stronę. Przeszłam przez park, który jest bardzo atrakcyjny. Ogólnie było dużo ludzi i widać, że „się tam dzieje”. Gdy wychodziłam z parku strasznie zachciało mi się do ubikacji. Poszłam do Carrefour bo tam mają darmowe toalety. Skoro już ich wykorzystałam to weszłam też do sklepu. Właściwie to chciałam kupić brzoskwinie w koszyczku po 2,49 ale już nie było. Kupiłam zatem mleko. Potem spacerkiem poszłam do domu spać.

 


 

Post nr 19, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 9-7-2010 o godzinie 22:58:21
Piątek

Obudziłam się dzisiaj z rana. Ubrałam się, zjadłam śniadanie i poszłam do miasta. Przeszłam Wolności z dołu do góry. Sprawdziłam aktualne kursy koron czeskich we wszystkich dostępnych kantorach, ale były niezbyt zadowalające. Przeszłam na pocztę. Odebrałam jeden polecony do Babci, ale drugiego mi pani nie chciała wydać (ten z sądu). Tak właściwie minęła mi większa część dnia. W mieszkaniu trochę posprzątałam, posiedziałam przy komputerze. Obejrzałam siatkówkę i w dalszym ciągu się dziwię dlaczego oni nie potrafią zagrywać (pomimo, że są w lidze światowej). A teraz idę spać. Jutro mamy spotkanie z analitykami, ale niestety bez Magdy P bo jest chora.

Post dodano 8-7-2010 o godzinie 23:26:19
Czwartek

Dzisiaj miałam strasznego lenia. Zignorowałam zatem budzik o 8:30 i ten o 9:00 też. Obudziłam się koło 11. Akurat bez pośpiechu miałam czas żeby się wybrać do hufca. Udało mi się tam dotrzeć wcześniej niż miałam. Posiedziałam na dyżurze, odebrałam kilka telefonów i nawet kilku rodziców się przewinęło. W międzyczasie z druhną Teresą „wkładałyśmy” zdjęcia do książki. Jednak dużo zdjęć nam jeszcze brakuje. Po dyżurze przeszłam Wolności do domu. Na jakieś 10 minut przyszła Weronika, bo była z kimś umówiona, ale miała jeszcze chwilę czasu. Akurat tyle, żeby wypić szklankę soku. Potem robiłam porządek w strefie reklamówek i innych taśek w kuchni. A na obiad jadłam sałatkę i zupę pomidorową (zupy mam jeszcze na jutro). Taki sobie dzień.

 


 

Post nr 18, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 8-7-2010 o godzinie 0:29:34
Środa

Rano, a właściwie to w środku nocy (2:15) obudziłam się, żeby zawieźć chłopaków na lotnisko. Lot mieli o 6:00 ale ponieważ mieli duże bagaże to należało być tam półtorej godziny wcześniej. Z lotniska wróciłam około siódmej i położyłam się spać. Nastawiłam budzik na 12. Pojechałam na uczelnię zobaczyć się z Janinką. Podobno, największe szanse na to, żeby się dostać na studia doktoranckie mają ci, którzy mają opiekuna naukowego. Powiedziała, że mam napisać konspekt mojej pracy badawczej i się do niej zgłosić. Z uczelni wstąpiłam do tesco na zakupy. Przygotowałam i zjadłam sałatkę. Chwilę potem przyszła Magda P, która akurat była w Chorzowie. Poplotkowałyśmy jakiś czas, ale zrobiło się późno i Magda poszła do domu. Ja poszłam do wanny się wykąpać. A teraz uzupełniam brakujące dni i zaraz idę spać.

Wtorek

Obudziłam się wcześnie, bo musiałam rano wyjechać żeby zdążyć na dyżur do hufca. Całe szczęście chłopacy byli wyzbierani szybciej niż ja, więc cała wyprowadzka odbyła się w miarę sprawnie. Trochę się przeraziłam, że wszystkie ich rzeczy nie zmieszczą się do mojego małego autka. Dziwnym trafem się udało. Sprawnie przyjechaliśmy zatem do Chorzowa. Ja pobiegłam do hufca a chłopaków wysłałam do McDonald’s na Wolności. W hufcu w sumie nie było wiele roboty, obgadałyśmy z Dorotą, Olą i Patrycją kolonię zuchową, odebrałam kilka telefonów i klika kart zdrowia doniesionych przez rodziców. Gdy wyszłam z hufca zadzwoniłam do Wadsona. Okazało się, że akurat byli w Carrefour. Pojechałam tam. Zrobiliśmy zakupy na obiad. Później w domu gotowaliśmy. Danie na dziś: kurczak z pieczarkami i makaronem w sosie śmietanowym. Właściwie to moja rola w gotowaniu ograniczała się do wyciągania garnków, przypraw i innych przedmiotów niezbędnych do pracy. Wyszło nam całkiem nieźle. Z racji nocy Julio przespał się na kanapie, ja na moim łóżku, a Wadson oglądał mecz. Chciałam mu wyciągnąć kanadyjkę, ale stwierdził, że nie będzie spał. Nie, to nie.

Mam nadzieję, że żadna sąsiadka (ani sąsiad) nie ucierpieli (zawał serca albo coś takiego) na widok czarnoskórego chłopa w naszej dzielnicy.

Poniedziałek

Pod przykrywką odebrania brakujących dokumentów z uczelni pojechałam do Ostrawy. Niestety przykrywka okazała się nędzna, bo w całych Czechach ogłoszono długi weekend (z okazji Cyryla i Metodego) i żadne instytucje nie działają. Uczelnie również. Zatem odwiedziłam kolegów Portugalczyków. Zjedliśmy razem obiad i kolację. Odwiedziłam również Milę, która ciągle jeszcze się nie wyprowadziła ze swojego pokoju, więc skorzystałam z opcji spania w akademiku ostatni raz. Właściwie to chciałam jechać do domu, ale Portugalia się jutro wyprowadza i stwierdzili, że było by bardzo miło, gdybym zechciała ich przechować do czasu odlotu (z lotniska w Katowicach oczywiście).

Post dodano 4-7-2010 o godzinie 21:42:50
Niedziela

Dzisiaj spałam do południa (prawie że). Jak się wykąpałam i ubrałam to już zbliżał się czas obiadu. Po obiedzie chwilę obserwowałam jak leci para z odpowietrzania solarów. Wraz z całą rodziną zjedliśmy lody, a potem pojechałam do Chorzowa. W Chorzowie od razu pojechałam do Ekonomika, aby oddać swój głos. W domu oglądałam wieczór wyborczy na itvp.pl

Sobota

Właściwie cały dzień spędziłam na wkładaniu i wyciąganiu prania z pralki, wieszaniu i ściąganiu a potem prasowaniu. Ponieważ zaczął się obóz wypiliśmy popołudniową kawę pod pergolą. Wieczorem pojechałam z Mamą do kościoła.

Piątek

Miałam ustawiony budzik na rano, bo o dziesiątej byłam umówiona w hufcu z druhną Teresą. Niestety zdjęcia, które miały dojść nie doszły więc nie wiele zrobiliśmy. Posiedziałam tam prawie do czwartej. W między czasie Agata pojechała do Urzędu Pracy i do Chorągwi. Przyjechał i pojechał Tata. I jeszcze mnóstwo osób i telefonów się przewinęło. Przed wyjazdem zagadał mnie sąsiad z naprzeciwka. Pojechałam do Kucob, obejrzałam film i poszłam spać.

 


 

Post nr 17, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 1-7-2010 o godzinie 23:6:45
Czwartek

Dziś miałam nastawiony budzik na ósmą, bo o dziesiątej przyjmowała moja pani promotor. Zatem pojechałam. Po około godzinie oczekiwania pod drzwiami wszyscy wyszli i był mój czas na rozmowę. Ustaliłyśmy, że mogę napisać pracę o zaspakajaniu potrzeb młodzieży przez organizacje pozarządowe. Co prawda nie mam pojęcia jaki ma to związek z zarządzaniem, ale niech będzie. W porównaniu do pani profesor Janiny, ta pani strasznie dużo mówi. Cóż, trzeba będzie się przyzwyczaić do nowego stylu pracy. Ustaliłyśmy, że mam do niej mailować jak coś napiszę. Z tą myślą pobiegłam do dziekanatu zanieść całą tą makulaturę przygotowaną wczoraj. Po odczekaniu pół godziny odebrałam indeks i kartę egzaminacyjną, ale nie złożyłam podań, bo pan dziekan gdzieś biegał po uczelni i miałam go złapać. Okazało się, że jest na obronach i będzie dostępny jak się skończy. Ponieważ było siedem osób do obrony a pierwsza weszła do pokoju obron i wyjść nie mogła. Stwierdziłam, że bez sensu czekać dwie godziny, bez pewności, że dziekan będzie miał czas ze mną porozmawiać. Wróciłam do dziekanatu i oddałam wszystko. Jak się uda to pani z dziekanatu podrzuci podania do podpisania, a jak nie to przyjdę w przyszłym tygodniu w godzinach konsultacji. Wróciłam do domu, zjadłam resztę wczorajszego obiadu. Około piątej byłam umówiona z Dużą Basią na placu zabaw (jak to Ewa powiedziała na „placu i zabaw”). Chwilę pochodziłyśmy dookoła piaskownicy i poszłyśmy do nich. Po krótkich plotkach wrócił Sławek i tak prawie do dziesiątej plotkowaliśmy w trójkę.

Środa

Wstałam rano około godziny dziewiątej. Zrobiłam kawę i zaczęłam przygotowywać podania, które muszę zanieść dziekanowi. Gdy było za piętnaście dwunasta zorientowałam się, że dziekanat jest czynny do dwunastej, a ja jeszcze byłam w piżamie. Porzuciłam zatem myśli o pojechaniu na uczelnię. Poszłam zatem na Wolność sprawdzić po ile dziś korony czeskie. Przeszłam całą ulicę w kierunku z dołu do góry. Na górze wsiadłam do tramwaju i pojechałam do Carrefour. Kupiłam sobie kurę i sos na obiad. Sprawdziłam także nowego Rossmanna. Raczej go polubię. Ma duże uliczki między półkami i sprzedają w nim moje soczewki (więc już nie będę musiała jeździć po nie do Katowic). Życzę mu długiej kariery. Wróciłam do domu i przygotowałam sobie obiad. Zasiadłam przed komputerem i chwilę potem zadzwoniła Kasia, że wpadają na herbatę. I faktycznie kilka minut później byli. Chwile poopowiadaliśmy, ale Tata z Kasią musieli jechać dalej. Około dziewiątej zadzwonił do mnie Wadson, że jest w Katowicach i ma dwie i pół godziny do przesiadki, więc jak chcę to możemy się spotkać. Oczywiście, że chciałam. Popędziłam zatem Mazdą do Katowic. Pojechaliśmy do Silesi. Niestety dwie i pół godziny szybko minęły i odstawiłam go z powrotem na dworzec. A ponieważ już była noc wróciłam do mieszkania i poszłam spać.

Post dodano 29-6-2010 o godzinie 23:7:21
Wtorek

Obudziłam się około dziewiątej. Ponieważ miałam dużo czasu nie musiałam się śpieszyć przy porannych czynnościach. Biuro wymiany na uczelni przyjmowało dziś od 12. Pojechałam samochodem i zaparkowałam na parkingu „dla wybranych”. Obok mnie parkował ten pan, co mi kazał pisać zaliczenie we wrześniu. Teraz już wiem czemu jest taki – na rejestracji miał SO. Generalnie w biurze załatwiłam prawie wszystko. Niestety Lenka nie przysłała mojego Learning Agreement, który jest niezbędny do zamknięcia formalności na uczelni. Potrzebuję też potwierdzenie od koordynatora CEEPUS, więc wszystko wskazuje na to, że czeka mnie wycieczka do Ostrawy. W drodze powrotnej zatrzymałam się w tesco, żeby sprawdzić czy mają w ofercie coś, co nadaje się do wsadzenia do szafy, którą niedawno przestawialiśmy. Nabyłam drogą kupna dwa kartony. Zobaczymy jak się sprawdzą. Potem pojechałam do hufca, zawiozłam koło. Wczoraj listonosz wrzucił do skrzynki awizo, więc skoro już byłam w tych okolicach to poszłam na pocztę. Pani w okienku wydała mi mój list, a stanowczo odmówiła wydania listu babci. I nie da mi go nawet jak będę miała upoważnienie, dowód osobisty i nie wiadomo co jeszcze. Z hufca pojechałam do domu zjeść obiad. Dwie godziny później wróciłam, bo byłyśmy umówione z Dorotką i komendantem. Oczywiście czasu na rozmowę nie było, więc nie ustaliliśmy nic. Pokazałam im zdjęcia z budowy cyrku. W hufcu byłam piechotą i postanowiłam pójść na cmentarz zapalić dziadkowi znicza. W drodze powrotnej spotkałam Weronikę, która wracała od Babci. Poszłyśmy razem poplotkować do McDonald’s. Dobrze, że ją spotkałam, bo mi się trochę humor poprawił. Do domu wróciłam koło 22:30.

Poniedziałek

Obudziłam się jak zwykle. Podczas dopołudniowej kawy Tata zaproponował abyśmy stawiali z nim cyrk. Więc z Mamą, Magdą i nawet Kasią poszliśmy. Stawialiśmy aż do wieczornej kawy (oczywiście z przerwą na obiad). Później ja pojechałam do Chorzowa a oni pewnie dalej stawiali.

Niedziela

Obudziłam się jak mi się chciało. Przez cały dzień nie robiłam właściwie nic konkretnego poza polerowaniem Mazdy. Trochę mi Kasia pomagała. Wieczorem oglądałam film w prawdziwym telewizorze 😉

Post dodano 26-6-2010 o godzinie 20:40:14
Sobota

Dziś obudziłam się samoczynnie około jedenastej. Zadanie na dziś: umyć samochody. Zaczęłam od Renault, potem Toyota. Przerwa na obiad. Po obiedzie pojechałam z Kasią na zakupy do Biedronki. Gdy wróciłyśmy był u babci wujek i ciocia. Wypiliśmy wspólnie herbatę. Potem zabrałam się za mycie Mazdy. Gdy skończyłam był dobry czas, aby zbierać się do kościoła. Wieczorem myślę, że znajdę jakiś pasjonujący film i pójdę spać.

Piątek

Wkrótce po tym, jak się obudziłam pojechałam z mamą do Olesna odebrać Mazdę z warsztatu. W drodze powrotnej pojechałam do Bodzanowic odwieźć gaśnice do legalizacji. Nawet zawiozłam o jedną więcej niż miałam. Później gotowałam kalafior na obiad. Po obiedzie zabrałam się z poprawianie Błękitnej Trójki, ale bardzo opornie mi szło. Wieczorem z wszystkimi oglądaliśmy film.

Post dodano 26-6-2010 o godzinie 20:40:6
Sobota

Dziś obudziłam się samoczynnie około jedenastej. Zadanie na dziś: umyć samochody. Zaczęłam od Renault, potem Toyota. Przerwa na obiad. Po obiedzie pojechałam z Kasią na zakupy do Biedronki. Gdy wróciłyśmy był u babci wujek i ciocia. Wypiliśmy wspólnie herbatę. Potem zabrałam się za mycie Mazdy. Gdy skończyłam był dobry czas, aby zbierać się do kościoła. Wieczorem myślę, że znajdę jakiś pasjonujący film i pójdę spać.

Piątek

Wkrótce po tym, jak się obudziłam pojechałam z mamą do Olesna odebrać Mazdę z warsztatu. W drodze powrotnej pojechałam do Bodzanowic odwieźć gaśnice do legalizacji. Nawet zawiozłam o jedną więcej niż miałam. Później gotowałam kalafior na obiad. Po obiedzie zabrałam się z poprawianie Błękitnej Trójki, ale bardzo opornie mi szło. Wieczorem z wszystkimi oglądaliśmy film.

 


 

Post nr 16, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 24-6-2010 o godzinie 22:39:6
Czwartek

Obudziłyśmy się z Magdą około godziny jedenastej. Zaczęłyśmy dokańczać sprzątanie pokoju. Odkurzanie podłogi, układanie książek wg rozmiaru. Zjadłyśmy obiad. Później wyciągnęłyśmy wszystko zza szafy i wyniosłyśmy to do piwnicy. Okazuje się, że jest tam też miejsce dla mojego roweru. Poszłyśmy do bankomatu oraz kupić sobie lody. Wieczorem przyjechał Tata i wspólnie pojechaliśmy do domu. Tata mercedesem, Magda toyotą a ja renault odebranym w Tarnowskich Górach.

Środa

Miałam nastawiony budzik na wczesne rano, bo na ósmą znów odstawialiśmy Mazdę do salonu. Okazuje się, że pan Adam ma z niej więcej pożytku niż ja. Szybko zrobiliśmy z Tatą zakupy w Oleśnie. Po powrocie piliśmy świąteczną kawę i jedliśmy tort. Pojechałyśmy z Magdą jej autem do Chorzowa. Najpierw prowadziłam w Hufcu spotkanie z rodzicami dzieci wyjeżdżających na kolonię do Kucob. W tym czasie Magda pobiegła do McDonald’s zorganizować coś do jedzenia. Po spotkaniu pojechałyśmy do mieszkania. Wyjęłyśmy wszystko z szafy i zabrałyśmy się za przestawianie. Najbardziej pracochłonną czynnością było powkładanie wszystkiego z powrotem na miejsca. Dużą część papierów trzeba było wyrzucić. Spać poszłyśmy po północy.

Wtorek

Obudził mnie budzik skoro świt. Razem z Tatą pojechaliśmy do Zawiercia odebrać stal do konstrukcji cyrku na kolonii zuchowej. Całkiem ciekawa wycieczka. Łącznie z wjazdem do huty bez kasków ochronnych ale za to z ważeniem samochodu bez pasażerów. Po powrocie zjedliśmy obiad. W top-secrecie zrobiłam krem do tortu dla którego Magda wcześniej upiekła biszkopt. Wieczorem oglądałyśmy z Mamą film w prawdziwej telewizji.

Poniedziałek

Nie miałam nastawionego budzika, bo egzamin miał być dopiero o 17:00. Zatem obudziłam się jak mi się już znudziło spanie. Bez pośpiechu ubrałam się. Około drugiej poszłam do hufca, posiedzieć sobie i zobaczyć co słychać. Około wpół do czwartej pojechałam na uczelnię komunikacją miejską =) Na uczelni całe mnóstwo znajomych twarzy. W końcu statystykę poprawiało 50 osób od nas, a pisały jeszcze dwa inne przedmioty w tym samym czasie. Było całkiem duże zamieszanie przy usadzaniu studentów (żeby przez przypadek statystyka matematyczna nie siedziała obok statystyki matematycznej). Nawet musieliśmy podnieść rączki, kto jest kim. Potem pojechałam do mieszkania. Po chwili przyjechał Tata z Magdą. Udało się wynieść szafę spod okna do samochodu i wysłać ją do Kucob. Tak samo jak i rzeczy, które się w niej znajdowały. Razem z nimi wróciłam do domu.

Post dodano 20-6-2010 o godzinie 21:47:37
Niedziela

Obudził mnie budzik, bo miałam zaplanowane, że na jedenastą idę do kościoła. Tak też zrobiłam. Po Mszy wróciłam do domu i wyjęłam notatki (znów ze statystyki). Trochę poczytałam, przygotowałam i zjadłam obiad. Około trzeciej poszłam się przejść na wybory. Wróciłam do domu i wróciłam do uprzednio wykonywanych czynności. A teraz patrzę na film, a jak się skończy to idę spać.

Sobota

Wstałam trochę przed południem. Zaraz „z rana” poszłam do Carrefour kupić sobie coś na obiad. A potem przez resztę dnia zaznajamiałam się ze statystyką matematyczną. I trochę czasu zmarnowałam przed komputerem. Na „Skrzypka…” do parku nie poszłam, bo po pierwsze nie chciałam iść sama, a po drugie to przeczytałam, że to się kończy koło północy i się bałam. A spotkanie grupowe zostało przeniesione na lipiec.

Post dodano 19-6-2010 o godzinie 11:43:55
Piątek

Budzik miałam nastawiony mniej-więcej na godzinę dziewiątą. O tej też porze udało mi się wyjść z łóżka. Zaraz potem pobiegłam do banku, zabrałam pieniądze, w sklepie kupiłam mleko i ciasto. Później zabrałam się za odkurzanie mieszkania. Gdy już prawie skończyłam przyjechała babcia z mamą. Wypiłyśmy herbatę i zjadłyśmy po kawałku ciasta. Chwilę potem przyjechał tata i wspólnie poszliśmy do notariusza. Wizyta tam trwała mniej niż godzinę (bo na tyle mieliśmy bilet do parkometru). Później wszyscy pojechali a ja pobiegłam do hufca. Oddałam kartkę z PKP InterCity i poszłam. Po drodze kupiłam sobie kalafior na obiad. Kupiłam też kwiatki dla Gosi. W domu zjadłam kalafior, sprawdziłam najnowsze wiadomości. Około szóstej zaczęłam się zbierać na urodziny. Do Gosi trafiłam bez problemów. Gdy przyszłam był już brat Gosi z żoną, drugi brat, siostra Mariusza z mężem i koleżanka Gosi. Nikogo nie znałam. Około godzinę potem przyszła jeszcze Weronika i Ula. Na początku serwowano ciasta, potem zimne i ciepłe płyty. Około północy po Weronikę przyjechał tata, który i zabrał i mnie i odwiózł do domu. Potem poszłam spać.

Post dodano 17-6-2010 o godzinie 22:8:8
Czwartek

Dziś obudził mnie budzik skoro świt około 6:45. O ósmej miałam być pod kościołem Ducha, bo stamtąd był wyjazd na wycieczkę. Niestety ze względu na zawirowania związane z autobusem wyjechaliśmy dopiero po dziewiątej. W pierwszej kolejności pojechaliśmy do Cieszyna. Babcie porobiły zakupy, głównie butelkowane. Z Cieszyna pojechaliśmy do Nosowic, gdzie znajduje się browar Radegast. Przeszliśmy browarem, a wycieczkę zakończyliśmy na 10 piętrze, gdzie odbyła się degustacja piwa. Później pojechaliśmy do Ostrawy. Spędziliśmy tam mniej niż godzinę, bo trzeba było jechać z powrotem. W domu byłam około dziewiątej.

Środa

Miałam wreszcie okazję się wyspać. Zatem gdy obudziłam się okazało się, że zbliża się południe. Zaczęłam się zatem zbierać na uczelnię. W czasie gdy się szykowałam zadzwoniła druhna Janka z pytaniem czy zdążę podejść na PKP zapytać się, o której jadą nasze pociągi. Postanowiłam zatem kupić krótkie bilety i tam pojechać. Pani kolejarka była bardzo miła, wydrukowała mi kartkę z rozpiską naszych pociągów. Później pojechałam na uczelnię. Usiadłam w bibliotece i napisałam część teoretyczną pracy dla Rafała K. Teraz jeszcze muszę poszperać za cyferkami i praca będzie gotowa. Czytelnię zamykają o 18:45. O 19:00 byłam umówiona z Olą na katowickim rynku. Poszłyśmy do Archibar na kawę. Około dziesiątej wróciłam do domu i poszłam spać.

Post 11 – 15 (stare)

 

Post nr 15, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 15-6-2010 o godzinie 21:18:49
Wtorek

Dziś obudziłam się wcześnie, bo między ósmą a dziewiątą miał przyjść pan zakładający plomby na liczniki. Oczywiście był bliżej dziewiątej niż ósmej, ale z nimi tak to już jest. Zaraz jak sobie poszedł pojechałam na uczelnię. W pierwszej kolejności poszłam do dziekanatu wydziału ekonomii i odebrałam dla Oli zaświadczenie o ukończeniu studiów podyplomowych. Oczywiście swoje w kolejce trzeba było odstać. Później poszłam szukać pana doktora u którego muszę zaliczyć ćwiczenia. Oczywiście w pokoju go nie ma, ale pani z sekretariatu powiedział, że jest na dole w klubie. Niestety nie mogłam pójść go poszukać w klubie skoro nawet nie wiem jak wygląda. Po około godzinie wreszcie przyszedł. Powiedział, że co ja w ogóle od niego chcę i dlaczego chcę zaliczać ćwiczenia w czasie sesji, a że w ogóle to on chce mieć wakacje i mam mu nie zawracać głowy do września. Czyli innymi słowy mam się zgłosić w sesji poprawkowej. Bardzo mi się nie spodobała ta odpowiedź. Pojechałam do domu. Po drodze wstąpiłam do Rossmann kupić nowe soczewki. Ponieważ do autobusu miałam jeszcze chwilę wstąpiłam do CCC i opalcowałam im wszystkie czerwone buty. Żadne mnie nie ujęły za serce. W domu zjadłam resztę szpageti i pobiegłam do hufca na komendę. Myślałam, że się spóźnię, ale nie. Nawet ostatnia nie byłam. Oczywiście jak zwykle dużo gadania a mało konkretów. Wieczorem przyszłam do domu, zjadłam kanapkę i po mału kontynuuję pisanie książki. A za chwilę idę spać.

Poniedziałek

Z snu głębokiego wyrwał mnie budzik. Najpierw odwiozłam Kasię do szkoły a potem pojechałam do Szczuki. Zawiozłam im Mazdę na jakiś czas. Później Magda dostarczyła mnie na PKP. Pojechałam InterRegio do Gliwic, a tam się przesiadłam na pociąg do Batorego. W sumie około dwunastej byłam w domu. Po drodze zadzwonił do mnie Wadson i powiedział, że będzie dziś w Katowicach i czy chcę się z nim zobaczyć. Pomysł miał taki, żeby być na dworcu około pierwszej w nocy. A następny pociąg (ten którym jechał do Krakowa) jakieś dwie godziny później. Czyli za krótko, żeby przyjechać do Chorzowa na herbatę, a za długo, żeby siedzieć na dworcu. Wpadłam na szybki pomysł, żeby przyjechał wcześniejszym pociągiem i przybył do mnie na kolację. Zaprosiłam też Magdę P i Olę Sz. Zatem zaraz po przyjeździe zabrałam się za odkurzanie podłogi, mycie łazienki i takie tam. Potem szybko pobiegłam do Lidl, kupić coś z czego kolację miałam przyrządzić. Później zabrałam się za gotowanie. Zaplanowałam na kolację szpageti z sosem. Zaczęłam od sosu. Mniej więcej gdy był gotowy pojechałam do Katowic odebrać Wadsona z dworca. Oczywiście pociąg był spóźniony jakieś pół godziny. Ale nie dłużyło mi się bardzo, bo w tym czasie zadzwonił tata. W tramwaju do Chorzowa spotkaliśmy się z Olą i Magdą. Ogólnie było wesoło. Najpierw wszyscy podziwiali jak wrzucam makaron do garnka i podgrzewam sos. Jedzenie wszystkim smakowało, a pomimo tego jeszcze mi zostało na obiad na jutro. Około jedenastej Ola z Magdą pojechały do domu. Myśmy poplotkowali co w Ostravie i dlaczego Słowacja jest piękna. Pozmywałam i wkrótce potem był czas zbierać się na tramwaj z powrotem do Katowic. Akurat pociąg do Krakowa nie był spóźniony, więc wsadziłam Wadsona do środka, a sama wróciłam do domu spać. To był miły wieczór.

Post dodano 13-6-2010 o godzinie 23:23:15
Niedziela

Obudziły mnie hałasy wyprawiających się do kościoła. Ale ponieważ miałam jechać wieczorem postanowiłam przekoczować jeszcze trochę w łóżku. Po jakimś czasie się
obudziłam. Zrobiłam sobie kawę i posiedziałam na kanapie. Później szłam wyprowadzić psa i po drodze spotkałam Mamę, Magdę i Kasię wracających z mszy.
Razem zeszłyśmy do kuchni na dole. Później gotowaliśmy obiad, potem nastawialiśmy
talerze, potem zmywaliśmy talerze po obiedzie i nastawialiśmy na kawę. A potem
zmywaliśmy po kawie. W tym samym czasie wujek i ciocia przyjechali odwiedzić
babcię. Chwilę porozmawialiśmy i oni zbierali się do wyjścia a ja do wyjazdu do
kościoła. Byłam w Oleśnie i ksiądz misjonarz opowiadał o Madagaskarze. Gdy wróciłam do domu w stodole stał tir ze sprzętem. Ponieważ jednak byli już prawie gotowi a ja byłam czysto ubrana poszłam do domu. Chwilę posiedzieliśmy z nimi gdy jedliśmy kolację. Wieczorem popatrzałam trochę na telewizję, ale ponieważ nie umiałam się skoordynować z pilotem uznałam że bez sensu i sobie poszłam.

Post dodano 13-6-2010 o godzinie 23:21:57
Sobota

Skoro świt czyli gdzieś koło dziesiątej się obudziłam. Poszłam sprawdzić co tam się gotuje na dole. Obiad. Trochę pomagałam tacie nakrywać do obiadu, a potem sprzątać po obiedzie. Później podawać kawę i sprzątać po podawaniu kawy. Później robiłam zamieszanie na dole w kuchni. A potem nakrywałam do kolacji i sprzątałam po kolacji. I tak cały dzień toczył się wokół jedzenia.
Wieczorem rozmawiałam z Wadsonem na MSN. Okazuje się, że mamy w Polsce ostrawską pogodę.
A teraz mi ktoś wyłączył sieć, więc opublikuję to dopiero jutro.

Piątek

Dziś sobie zaplanowałam na załatwianie różnych spraw. W pierwszej kolejności pobiegłam do sądu. Najpierw poszłam do kasy, ale okazało się, że muszę mieć wniosek. Pobiegłam do sekretariatu wydziału ksiąg i zabrałam wniosek. Wypełniłam go i wróciłam do kasy. Pani skasowała swoje, przybiła na wniosku pieczątkę i kazała iść z powrotem do sekretariatu. Tam od ręki wydali mi potrzebny wypis. Całe załatwianie trwało mniej niż pół godziny. Z wypisem poszłam do notariusza. Umówiliśmy się na termin, zadałam dużo pytań a na jeszcze więcej odpowiedziałam. Później poszłam do domu. Zebrałam mundur do bagażnika, butle do paintball i pojechałam szukać tej firmy, która je napełnia. Już za drugim podejściem trafiłam bezbłędnie. Pan, który butle napełnił oznajmił mi, że będę musiała chwilę poczekać bo musi zmienić dużą butlę. Jak powiedział mi że około cztery minuty to zdecydowałam się zaczekać. Z napełnionymi butlami pojechałam do parku. Tam nasi harcerze mają biwak pod liliji znakiem. Byłam na uroczystym apelu rozpoczynającym biwak. Później wróciłam do domu, pozbierałam graty i pojechałam do Kucob. W drodze kupiłam dla Babci kwiatka, bo miała urodziny. W domu był torcik i kawa. Wieczór upłynął na codziennych czynnościach.

Czwartek

Rano, około 9 pojawiłam się w Maździe odebrać moje autko. Panowie pokręcili śrubkami, pomierzyli, postukali i powiedzieli, że będzie jeździć. Skasowali 120 zł, ale dopiero za jakiś czas się okaże czy ich praca przyniosła efekty. Prosto z Mazdy pojechałam do tesco (bo jest na drugiej stronie ulicy). Kupiłam wodę mineralną i coś do jedzenia. Potem pobiegłam szybko do spółdzielni (albo do wspólnoty) sprawdzić jak się kształtują moje płatności mieszkaniowe. Stamtąd poszłam do notariusza. Okazało się, że zanim tam coś załatwię muszę mieć wypis z księgi wieczystej. Niestety numer księgi został w domu, więc nie pobiegłam tam by coś załatwiać. Później trochę posiedziałam w domu, popracowałam nad książką, wysłałam zaległe maile i wzięłam prysznic. Około czwartej poszłam do hufca. W hufcu porobiłam co miałam do zrobienia, porozmawiałam z komendantem. Później zadzwonił tata, że mamy na niego poczekać. Tak też uczyniliśmy. Z tatą i pełnym samochodem pojechaliśmy do parku zawieźć sprzęt a potem do kaufland na zakupy. Później tata wysadził mnie na zakręcie. Ja poszłam, a on pojechał do domu.


 

Post nr 14, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 10-6-2010 o godzinie 15:15:17
Środa

Musiałam się obudzić bardzo rano, bo już o 8 miałam być z Mazdą w serwisie. Pan się nieco zasmucił, że nie naprawiamy hamulca, ale zniósł to godnie. Obiecali, że dziś lub jutro Mazda będzie gotowa. Wsiadłam zatem do tramwaju i pojechałam do domu. Zjadłam śniadanie, przygotowałam wszystko i pojechałam odstać w kolejce do Pani-z-Dziekanatu. Pani-z-Dziekanatu już nawet pamięta że jestem problematycznym studentem i nawet wie, jak mam na nazwisko. Zatem oddałam całą serię podań, wniosków i druków i dowiedziałam się że mam przygotować jeszcze jedno. Udało się również aktywować moją legitymację. Później pobiegłam do D zapytać się, czy mogę we wtorek przystąpić do egzaminu. Niestety nie. Mam zdać ćwiczenia a potem mogę się zgłosić do tej pani. Bez sensu. Pan, który prowadził ćwiczenia gdzieś był, ale nie wiadomo gdzie. A pań z sekretariatu katedry nie ma. Całe szczęście, że studiuję tam już szósty rok, bo inaczej byłabym strasznie rozczarowana panującymi tam zasadami. W ogóle to dziś był piątek a. I nie wiadomo, czy konsultacje odbywają się według harmonogramu z piątku czy środy (która jest dziś wszędzie indziej). Porozmawiałam chwilę z dziewczynami z mojej ale nie mojej grupy i poszłam do domu. Pojechałam tramwajem okrężnym. Wysiadłam na dole wolności. Po drodze do domu kupiłam baterie do zegara i do szczoteczki do zębów. W domu poskanowałam co mam do przepisania. Wieczorem byłyśmy umówione z Magdą P i Olą Sz. w Archibar na kawę. Ciekawa kawa, bo na dnie znajdowały się M&Ms z orzeszkiem zalane syropem waniliowym. Wyglądało to ciekawie, ale było strasznie słodkie. Takiej kawy to nawet w Czechach nie piłam. Do domu wróciłam około 10, wzięłam prysznic i poszłam spać.

Wtorek

Prawie, że z rana pojechałam na uczelnię. Najpierw postałam w kolejce do dziekanatu. Tam Pani-z-Dziekanatu powiedziała mi, że muszę napisać podanie, przynieść indeks i legitymację. I że mogę zacząć rozmawiać z wykładowcami. Niestety nie wiem nawet z kim mam rozmawiać, bo mam inne nazwiska na karcie a inne w planie zajęć. Cóż… przekonsultuję z kolegami i zdecyduję u kogo lepiej zdawać. Po powrocie z uczelni byłam w tesco i kupiłam kibelki do szafy. Wiaderka w kształcie rynny (długie i wąskie), które idealnie mieszczą się do mojej szafki i robią porządek. Po południu poszłam do hufca, sprawdzić co tam nowego. Oczywiście, że dużo zamieszania a mało konkretów. Poznałam naszą nową panią ratownik (z pierwszego turnusu). Potem pojechałam z Mikołajkiem do Selgros. Około 9 byłam w domu.

Post dodano 7-6-2010 o godzinie 21:48:24
Poniedziałek

Zostałam obudzona w celu wywiezienia toyoty do Olesna. Właściwie to toyotę zabrał tata z Meg. Ja dojechałam do nich Renault. Potem zostawiłam reno Meg, a z tatą dużym pojechaliśmy do biedronki na zakupy. Później obiad. Po obiedzie wsiadłam do Mazdy i pojechałam do Chorzowa. Wstąpiłam do hufca, żeby przekazać co miałam przekazać, a potem weszłam do Kaufland. Później przyjechałam do domu. Załączyłam komputer, przeczytałam pocztę. Dostałam wiadomość od ae.katowice.pl że zdałam egzamin z studiów podyplomowych. Mogę zatem dopisać sobie kolejną linijkę do CV. Teraz jeszcze sobie posprawdzam czy mogę spotkać jutro więcej nauczycieli czy tylko tego jednego, który ma konsultacje. I tyle na dziś.

Niedziela

Leniwa niedziela. Obudziłam się około południa, potem obiad. Potem prasowanie, prasowanie i jeszcze raz prasowanie. A potem nastała noc i trzeba było iść spać.

Post dodano 5-6-2010 o godzinie 22:4:57
Sobota

Obudził mnie skoro świt tata, gdyż byliśmy umówieni na przegląd mojego samochodu. Pan co prawda zauważył troszkę rdzy gdzieś tam pod spodem, ale ponieważ nie było zagrożenia bezpieczeństwa kierowcy ani pasażerów dowód rejestracyjny podbił. Później pojechaliśmy zrobić zakupy do Biedronki. Po powrocie do domu zdejmowałam, wieszałam i znów nastawiałam pranie. W międzyczasie czytałam pocztę, słuchałam muzyki i podglądałam jak Meg gra w grę. Później pojechaliśmy z tatą do pani sąsiadki naprawić odbiór telewizji O.dyrektora. Udało się. Wieczorem z mamą byłyśmy w kościele.

Piątek

Obudził mnie (prawie, że) w środku nocy budzik. Była godzina szósta, a Kasia miała zbiórkę na siódmą trzydzieści. Umówiłyśmy się, że wyjedziemy z domu około pięć po siódmej. Mniej więcej nam się udało. Na biwak wraz z Kasią pojechało może z 40 dzieciaków. Gdy już odmachaliśmy Sylwia zaprosiła mnie na herbatę. Pojechałam więc do nich. Niecałe dwie godziny porozmawialiśmy i pojechałam do domu. W drodze wstąpiłam do Auchan. Kupiłam masło, papier toaletowy i takie tam. W domu załączyłam komputer, przeczytałam pocztę i sprawdziłam co nowego na Facebook. W tym samym czasie zadzwoniła Sylwia powiedzieć, że wujka Henryka zalało po sam dach pierwszego piętra. Potem zadzwonił tata i też powiedział, że wujka zalało, więc nie jedziemy ich odwiedzić. Po tych wszystkich telefonach ubrałam się i pobiegłam na Wolności. Idąc od góry sprawdzałam wszystkie kantory, pod kątem ceny kupna koron. Okazało się, że najlepsze warunki zaoferował kantor, w którym już byłam. Ten na dole Wolności przy biurze podróży. Wracając do domu zajrzałam do notariusza, który jednak dziś nie pracował. Zapakowałam wszystkie moje rzeczy, komputer i pojechałam do Kucob. Zahaczyłam po drodze na Bliską i do Mazdy. Umówiłam się z panem na wizytę w środę o godzinie 8 rano. Śmiał się, czy się obudzę, ale powiedziałam, że dla Mazdy się poświęcę. Potem przyjechałam do Kucob. Zjadłam rybę. Chwilę zastanawiałam się czy robić pranie, chwile sprawdzałam czy wyschło to zrobione wczoraj, chwilę patrzałam na telewizor. Później tata naprawiał mi hamulec ręczny w prawym tylnym kole, a ja trzymałam lampę;) znaczy się pomagałam. W międzyczasie pojechaliśmy do pani sąsiadki wyregulować antenę, bo telewizja Trwam nie działa. Okazało się jednak, że jest to sprawa większej wagi i będzie trzeba sięgnąć po poważniejsze narzędzia i przybory. Potem chwilę poobserwowałam nasz nowy (dla mnie wciąż jeszcze nowy) telewizor a potem zdecydowałam się pójść spać.
A w ogóle to dziś miła niespodzianka – Wadson przysłał mi smsa =)

Post dodano 4-6-2010 o godzinie 0:20:29
Czwartek

Zbudził mnie budzik i świadomość że raczej nie zdążę się wybrać do kościoła na Boże Ciało. Ale jakoś się udało. Co prawda kawy nie wypiłam, ale nikt na mnie nie krzyczał. Po kościele zabrałam się za rozpakowywanie walizek, pranie brudów, sprawdzanie kiedy polscy wykładowcy mają konsultacje i tego typu czynności. Po obiedzie i kawie popołudniowej zapakowaliśmy Kasię i mnie do Mazdy i przyjechałyśmy do Chorzowa. Po drodze sprawdzałyśmy ceny paliwa na stacjach i śpiewałyśmy muzykę z radia. Wstąpiłyśmy też do druhny Janki wymienić książkę na pieniądze. Całe szczęście, że pamiętałam że numery mieszkań zaczynające się na czterdzieści zostały ulokowane na trzecim piętrze. Całkiem to logiczne. W mieszkaniu Kasia została pochłonięta przez Internet, a ja przez rozpakowywanie kolejnej walizki, torby i wiaderka. Jakoś udało mi się wszystko poupychać na swoich miejscach. Później wzięłam długą kąpiel w wannie. A teraz korzystając z faktu, że Kasia śpi uzupełniam brakujące wpisy.

Środa

Wstałam rano o w miarę przyzwoitej porze, bo trzeba było wszystko zorganizować. Najpierw musiałam rozebrać pościel i oddać ją do punktu wymiany pościeli. W zamian za to dostałam pieczątkę na moją kartę mieszkańca akademika. Później musiałam znaleźć panią sprzątaczkę, która własnoręcznym podpisem (na innej kartce) musiała potwierdzić, że niczego nie zdemolowałam. Później z tą kartką oraz kartą mieszkańca musiałam zejść na dół do kasy po podpis, że nie zalegam z płatnościami. Gdy już to załatwiłam mogłam pójść do Markety się wypisać. Niestety, Marketa czynna od 12. Czas, który pozostał do 12 wykorzystałam na pakowanie się. Do dużej czarnej walizki zapakowałam wszystkie ubrania. Do brązowej walizki zapakowałam kuchnię, kosmetyki, łazienkę i takie tam. Później zaczęłam się zastanawiać, gdzie zapakować buty i pozostałości. W trakcie zastanawiania się zeszłam na dół do biura. Umówiłam się z Marketą, że oddam jej wszystkie papierki (wraz z podpisami) a zwrot kaucji otrzymam na recepcji w momencie, gdy oddam klucz. Wyposażona w tę wiedzę pojechałam na wydział oddać wszystkie papierki tam. Jako, że Maria była w biurze poprosiłam ją o wpis na karcie. Jak zwykle potraktowała mnie niemiło, coś z cyklu przecież mówiłam że prześlę ocenę bezpośrednio do Lenki. U Lenki oddałam wyniki egzaminów, a w zamian dostałam zaświadczenie o odbyciu studiów. W drodze powrotnej do domu wstąpiłam do banku, aby zamknąć konto. Pani w okienku nie rozumiała po angielsku, ale była chętna się dogadać, więc udało nam się po czesko-słowacku. Okazało się, że żeby zamknąć konto muszę zapłacić około 50 koron (bo na koncie nie miałam nic a miałam zapłacić za jakieś usługi). Zapytałam się zatem co by się stało gdybym tego konta zamknąć nie przyszła. Pani poinformowała mnie, że zostały by naliczone opłaty, a jeśli w ciągu roku nie będzie na koncie żadnych ruchów to bank je po prostu zamknie. Nikt mnie nie będzie gonił po Polsce w celu zapłacenia, chyba że będę się ubiegała o kredyt w tym banku. Postanowiłam zatem zostawić sprawę tak jak jest. Wróciłam do akademika i kończyłam pakowanie. W międzyczasie zadzwoniłam do Mili, której zostawiłam płatki śniadaniowe, jakieś resztki szamponu Sue, chusteczki higieniczne, papier toaletowy i takie tam. Chwilę jeszcze posiedziałyśmy, porozmawiałyśmy i ona wróciła do nauki a ja do pakowania. Później zadzwonił Wadson sprawdzić czy jeszcze jestem. Właściwie to wiedział, że jestem bo widział, że moje auto wciąż stoi na parkingu. Ponieważ byłam już spakowana, pomógł mi wynieść resztę rzeczy do auta. Potem oddałam klucz, dostałam zwrot pieniędzy. Przed samym wyjazdem poszłam jeszcze na chwilę do Wadsona, poplotkowałam z jego roommate – Julio. Między innymi o Bratysławie i dlaczego uważam, że jest lepsza od Pragi (w której to opinii jestem odosobniona). Ustaliliśmy również, że Kraków jest piękny, ale należy go zaklasyfikować jako „mała część Europy w naszym kraju „. Polecany hostel w Krakowie to Żyrafa (świetny pomysł na nazwę hostelu, który chętnie gości obcokrajowców). Po jakiejś godzince albo dwóch nawet plotkowania pojechałam. Po drodze wstąpiłam do naszego tesco wydać ostatnie pieniądze. W Gliwicach skręciłam na Olesno, kierując się myślą, że wiem gdzie to jest i jak stamtąd trafić do Kucob. Sprawdziłam w google.mapy. Jadąc przez Tarnowskie Góry to 158 km, a trasą którą ja pojechałam (przez Pyskowice, Zawadzkie i Dobrodzień) to 167 km. Według google to jakieś 11 minut dłużej (i o jakieś 27 minut dłużej niż z Lizbony do Porto – 317 km). Faktem jest że trasę od Tarnowskich Gór do Kucob już mniej więcej znam, więc nie ma obawy co kryje się za kolejnym zakrętem. Ale tak przynajmniej zauważyłam że Biedronkę w Oleśnie zamknęli. W domu zjadłam kolację, porozmawiałam z wszystkimi i poszłam spać.


 

Post nr 13, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 2-6-2010 o godzinie 9:51:50
Wtorek

Na samym początku dziękuję za życzenia z Kucob. Niestety u mnie ciastek nie było. Może jutro…
Obudziłam się dziś dość wcześnie, bo myślałam, że zadzwoni Yun się pożegnać, bo tak mi obiecała. Ale nie zadzwoniła. Ranek spędziłam zatem na bieganiu na parter (żeby zapłacić za akademik), na piętro bo kasa ma przerwę obiadową, znów na dół… I tak ze trzy razy. Ale za to jakie łydki będę miała… Później, gdy w marę wszystko załatwiłam, pojechałam na uczelnię. Najpierw miałam spotkanie z Karelem, który też postawił mi A. Jestem jedyną osobą, która ma A u Karela. Na uczelni spotkałam Milę, posiedziałyśmy trochę razem. Później przypomniało mi się, że muszę zanieść mój raport z pobytu, więc poszłam do budynku E. Oddałam raport z życzeniami rychłego spotkania. Później poszłyśmy spotkać się z Kamilą. Nie wiem dlaczego postawiła mi A skoro miałam dostać B. Mila wytłumaczyła mi, że wszystkim podniosła o jeden stopień. Ja tam się kłócić nie będę (dopóki to działa w tę stronę). Po tych wszystkich wpisach poszłyśmy do Daniel restaurant. Ogólnie miejsce urządzone w mieszkaniu, ze ścianami pomalowanymi na słoneczny żółty kolor. Podawali bardzo przyjemną dużą kawę z dużym mlekiem. Inne rzeczy też podawali, bo Youri z którą się tam umówiłyśmy wybrała herbatę i ciastko. Spędziliśmy tam jakieś dwie godziny. Potem wróciłam do mojego pokoju, wzięłam prysznic, pograłam na komputerze. A później przyszedł mnie odwiedzić Wadson, który wrócił z dalekiego świata (czyli ze Szkocji). Cóż za miła niespodzianka. Chwilę poplotkowaliśmy jednak on poczuł się głodny i poszedł sprawdzić, czy Julio coś mu ugotował. Około 22 umówiłam się z pewnym Turkiem imieniem Oguz na spacer. Akurat nie padało=) Poszliśmy dookoła kampusu i około półtorej godziny później wróciliśmy do akademików. On wrócił do siebie się uczyć, a ja poszłam do Vrtule bo byłam umówiona z Youri. Vrtule zamykają o pierwszej, więc wróciłam do pokoju i poszłam spać.

Post dodano 1-6-2010 o godzinie 10:16:27
Poniedziałek

Plan przewidywał na dzisiaj wyjazd do Ziliny. Nastawiłam sobie budzik, aby zdążyć na pociąg. Gdy się obudziłam i wyjrzałam przez okno zobaczyłam ulewę. Nawet nie deszcz, ale ulewę. Wyłączyłam zatem budzik i poszłam dalej spać. Przecież nie będę zwiedzać w deszczu bo to jest bez sensu. Gdy się wreszcie obudziłam na prawdę poszłam odebrać moje pieniądze. Oczywiście trafiłam na przerwę obiadową, więc musiałam swoje odczekać. Ale potem pani mi wydała należną mi sumę bez wybrzydzania. Prosto z rektoratu poszłam do Interspar. Zrobiłam zakupy i zaszalałam – zjadłam zupę „na mieście „. Podobno miał to być krem łososiowy. W drodze powrotnej próbowałam zapłacić za akademik, ale niestety było zamknięte. Później chwilę nic-nie-robiłam w moim pokoju, aż do czasu gdy zadzwoniła Mila. Zaproponowała spacer. Założyłam więc moje guminki i poszłyśmy. Po spacerze załączyłam komputer a tam leciała czwarta część Shreka. Położyłam się zatem na łóżku, ustawiłam komputer i zaczęłam oglądać. Gdy się obudziłam było już około dziesiątej wieczorem. Zadzwoniła Mila z pytaniem czy idę do Vrtule, bo Yun jutro jedzie do domu i wszyscy wybierają się na „ostatni wieczór z Yun „. Oczywiście, że poszłam. Podoba mi się w Vrtule system oddawania naczyć. Nie wiem czy o tym pisałam, ale do każdego kupionego napoju doliczana jest kaucja – 20 kč za szklankę piwną i 10 kč za pozostałe naczynia. Kupując więc 3 dcl kofoli płaci się 15 kč + 10 kč. Gdy oddaje się szklankę kaucja jest zwracana. Więc wszyscy spacerują od baru do sali z pełnymi naczyniami, a po jakimś czasie w kierunku odwrotnym z pustymi. Generalnie do pokoju wróciłam koło drugiej i poszłam spać.

Post dodano 31-5-2010 o godzinie 10:8:30
Niedziela

Mój telefon w dalszym ciągu nie ma naładowanej baterii, więc obudziłam się samoistnie. Na tyle wcześnie, że zdążyłam do kościoła na 12. Trafiłam na chrzciny i roczki. Ale było tylko troje dzieci, w tym jeden chłopczyk. Po mszy wróciłam do domu, napisałam i wydrukowałam raport dla Renaty, wydrukowałam pracę dla Karela i ogólnie posiedziałam przed komputerem. Potem zjadłam i pojechałam do Ostrawy. W Rybniku akurat skończył się mecz i tłumy wyległy na ulicę. Ale dojechałam szczęśliwie. W Ostrawie zaczęłam od zadzwonienia do Mili. Później do niej poszłam, żeby zabrać moje zeszyty, które zostawiła mi Andra. Trochę u niej posiedziałam, pooglądałyśmy zdjęcia, które skopiowała od Sebastiana. Przed północą wróciłam do siebie. Odczytałam maila od Karela, który napisała mi o co powinnam uzupełnić moją pracę. Zaczęłam zatem szukać materiałów. Ale po mniej więcej półtora godziny się poddałam i poszłam spać.

Post dodano 29-5-2010 o godzinie 21:50:24
Sobota

Wstałam rano zdecydowanie za późno, bo budzik w telefonie nie dzwoni gdy nie ma baterii. Tak czy inaczej w tempie szybszym niż ekspresowe ubrałam się i dostałam na uczelnię. Niestety znów musiałam zaparkować na gwiazdach bo nie było miejsc pod uczelnią. Test był okropny, bardzo szczegółowy. Temat eseju nie był najgorszy ale i tak uważam, że trochę przekombinowali z tymi zagadkami. Po zajęciach poszliśmy do Arkady na kawę. Po kawie pojechałam do domu zahaczając po drodze o Auchan. Myślałam, że Czesi są daleko przed nami, bo u nich w tesco w kasie samoobsługowej samemu obsługuje się również płatności karami. A tu niespodzianka – w Polsce w Auchan również. W domu posiedziałam przed komputerem, wykąpałam się, obejrzałam Metro (musical) i postanowiłam pójść dziś wcześniej spać.

Post dodano 29-5-2010 o godzinie 0:18:27
Piątek

Obudziłam się skoro świt bo już o 10 miałam być na wydziale. Wykorzystałam kombinację autobus + tramwaj + trolejbus. Najlepsze jest to, że autobus nr 47 zatrzymuje się na przystanku tramwajowym. Wjeżdża na tory wcale się tym nie przejmując. Zaczęłam dzień od spotkania z Object Oriented Programing. Taki nauczyciel, co nie dość że niczego nie nauczył to jeszcze jak się chce do niego wejść to trzeba poinformować o tym panią sekretarkę. Zapytał się mnie czy wysłałam mu projekt, a jak odpowiedziałam że tak to mi postawił A. Za takie zachowania powinni wyrzucać z uczelni. Ogólnie całe spotkanie (łącznie z oczekiwaniem na otwarcie drzwi przez panią sekretarkę) trwało jakieś siedem minut (oczywiście nie licząc półtora godziny dojazdu na i z wydziału). W pokoju szybko przegrałam moją pracę dla Borisa na pendrive, z zamiarem wydrukowania jej po drodze. W kserze na dole spotkałam Canera (o ile tak to można odmienić), który też chciał sobie wydrukować. Niestety drukarka nie chciała współpracować. I to nie tylko z studentami zagranicznymi, ale nawet z tambylczymi. Poddałam się i ponownie pobiegłam na wydział. Gdy przesiadałam się na Svinov Mosty h.z. spotkałam Andrę i pojechałyśmy razem. Andra pobiegła po jakiś wpis a ja poszłam drukować pracę. Spotkałyśmy się ponownie downstairs w budynku E. Jako że zajęcia miałyśmy na 7 piętrze pojechałyśmy windą (tylko dla nauczycieli „i studentów erasmusa „). W ramach psikusa zjechałyśmy na dół zobaczyć co tam jest. Okazało się, że na piętrze 0 jest skład i garaż. I dużo drzwi prowadzących do niewiadomokąd. Boris się jak zwykle spóźnił i jeszcze śmiał zwrócić uwagę, że nie dostał mojej pracy. Oczywiście, że dostał, ale nie zauważył załącznika w e-mailu. Najpierw podsumował nasze testy. Zauważył postępy w geografii. Ogólnie to szału nie było (chociaż miałam najwięcej punktów). Później prezentowała swoją pracę Andra a potem ja. Ogólnie stworzyłyśmy z Andrą team i sobie podpowiadałyśmy wzajemnie. Bardzo przyjemnie. Później, jadąc tramwajem z powrotem uznałyśmy, że to były najlepsze zajęcia z wszystkich jakie były wykładane podczas całego semestru. Nie dość że Boris umie mówić po angielsku to jeszcze dużo wie. A ponadto czasem pozwalał sobie na żarciki i nam też pozwalał na żarciki. A przy tym wszystkim prowadził zajęcia teoretyczne. Czasem było nudno, ale i tak lepiej niż na wszystkich innych zajęciach. W drodze od tramwaju do akademika spotkałyśmy znajomych z którymi oczywiście trzeba było poploteczkować. Później, przed wyjazdem poszłam do dziewczyn się pożegnać. Na pamiątkę dałam Andrze kubek z Tetley, który jej się bardzo podobał, a Marcie płócienną torbę na zakupy z napisem Polska. Dodatkowo dziewczyny dostały kalendarze z ZHP Chorzów. Z przykazaniem, że mają zaznaczyć dzień w którym się znów spotkamy i do tego czasu nauczyć nazw miesięcy po polsku na pamięć. Marta leci jutro rano do domu, a Andra jutro wieczorem. Dziewczyny, których będzie mi brakować. Ale cóż… takie jest życie. Później przyjechałam do Chorzowa. Po drodze zatrzymałam się kupić sobie coś do jedzenia w Wodzisławiu w Kaufland. Przez chwilę się zastanawiałam, czy na pewno przekroczyłam granicę, bo układ półek zupełnie jak w Ostravie. Droga zajmuje dokładnie 102 km. A teraz idę spać.

Czwartek

Update do wczoraj: Poszliśmy do Vrtule. Była muzyka na żywo i Czech, który bardzo się cieszył, że może rozmawiać ze mną po Polsku. I wszyscy się ze mnie śmiali, że zaginęłam w akcji. Swoją drogą to polski język brzmi bardzo przyjemnie z czeskim akcentem. Na Stodolni się nie wybraliśmy, bo nie dość że padało to jeszcze było zimno. Więc wieczór zakończyliśmy około 3 gdy pan barman powiedział, że mamy sobie iść bo zamykają.

Miałam ustawiony budzik na pobudkę, ale go zignorowałam. Zatem samoistnie obudziłam się w okolicy 11. Gdy przeczytałam pocztę i okazało się, że Boris zachęca mnie żebym przyszła na spotkanie o 13. Niestety nie było to możliwe bo już było za późno. Zatem odpisałam mu, że sugeruję jednak wspólne spotkanie z Andrą i Milą w piątek. Dostałam zwrotkę, że przeczytał, więc raczej nie czekał na mnie. Później zadzwoniła Andra, czy chcę iść z nimi na obiad. Oczywiście, że chciałam. Ponieważ byłam jeszcze w piżamie umówiłyśmy się za godzinę. Około drugiej poszłyśmy. Co prawda zamiast Marty poszedł z nami Adam (Czech), ale też się nadawał 😉 Dziś podawali paluszki rybne z kartoflami i sałatkami. Po obiedzie (czyli lunchu) pobiegłam do rektoratu sprawdzić, czy kasa jest jeszcze otwarta. Okazało się, że pracują tylko do 14:30 a już była 14:45. Poszłam do pokoju i zajęłam się czytaniem skryptu do egzaminu NBP. Wieczorem Andra i Marta zaprosiły nas (czyli Milę, Lili, Sebastiana, Raphaela, Adama) na obiad (czyli dinner). Jako pierwsze danie była sałatka z tuńczyka z jajkiem i majonezem, a na drugie makaron z mięsem. Dla chętnych na zakończenie była kawa. Oczywiście jak to na takich spotkaniach bywa śmiechu było co niemiara, a plotkom nie było końca. Później, można rzecz, że prawie w środku nocy wyszliśmy przed akademik na Sangria Party. Tym razem spotkanie poświęcone było Erasmus Awards (nagrody erasmusa). Nic nie wygrałam, ale to chyba raczej dobrze niż źle, skoro kategorie brzmiały Mister Wymiotów. Ogólnie było zimno, bo spotkanie odbywało się na świeżym powietrzu. Poszłam do pokoju stosunkowo wcześnie, bo po pierwsze było zimno, a po drugie wszyscy robili się coraz bardziej pijani a to jakoś niespecjalnie mnie bawi. W pokoju byłam około wpół do trzeciej.


 

Post nr 12, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 26-5-2010 o godzinie 22:27:16
Środa

Dzisiaj obudziłam się jak mi się zechciało (chociaż właściwie to nieco wcześniej). Jak zwykle załączyłam komputer a tam wiadomość od Renaty (to ta pani, która daje mi kartkę na pieniądze), że mam przyjść dzisiaj i będzie na mnie czekać między 13:00 a 14:30. Z obawą spojrzałam na zegarek, ale okazało się, że jak się uwinę to zdążę. Oczywiście dziś padało, więc pobiegłam w gumniakach. Pojechałam tramwajem. Niestety podjechał tramwaj nr 17 (a tylko 8 jeździ w moją stronę). Ale postanowiłam, że do niego wsiądę i przesiądę się na Svinov Mosty h.z. I faktycznie, posiedziałam chwilę i podjechała 9. Co prawda 9 to nie 8 ale postanowiłam pojechać do Náměstí Republiky i przesiąść się na trolejbus. Akurat gdy podeszłam na przystanek podjechała 104, która jedzie do Most Pionýrů, który to znajduje się zaraz na przeciw budynku E wydziału ekonomii. Całe to przesiadanie miało jedną zaletę – wszystkie miejsce przesiadek były pod dachem. Nawet przejście na trolejbus. Więc nie zmokłam. Renata dała mi papiery, również potwierdzenie o pobycie i powiedziała że najpóźniej w piątek chce na swoim biurku widzieć raport z mojego pobytu tutaj. Chwilę wymieniłyśmy się uwagami na temat Azjatów i poszłam. Pojechałam z powrotem trolejbusem nr. 108, do dużego tesco. Jak zwykle zrobiłam zakupy. Na przystanku trolejbusowym nie zdążyłam nawet sprawdzić o której mi coś jedzie, bo właśnie podjechało. Potem przesiadałam się na Jiřího Trnky i znów akurat przyjechał autobus, który zawiózł mnie aż do akademików. Później poszłam na dół sprawdzić czy pani fryzjerka ma wolne. Zachęciła mnie żebym przyszła za pół godziny, bo akurat robiła pasemka. Przez tą godzinę nie zrobiłam nic. Poszłam na dół, poczekałam aż pasemka zostaną wykończone. Poprosiłam o odświeżenie fryzury. Rewolucji nie ma. Mam obcięte wszystko o jakieś 2 cm, łącznie z grzywką. Jak się ktoś nie przypatrzy to nie pozna. Później porozmawiałam z Milą przez nasz telefon wewnętrzny (całe szczęście że usługa jest free). A teraz siedzę i piszę o Optymalnych Obszarach Walutowych i czy Polska jest gotowa, żeby się przyłączyć. Trudny temat, bo strasznie trudnych słów trzeba używać. Ale dam radę =) Za jakąś godzinę wybieramy się na piwo, bo wiele osób jutro i pojutrze jedzie do domu i może więcej nie być okazji. Być może później wybierzemy się na Stodolni…

Post dodano 26-5-2010 o godzinie 2:25:4
Wtorek

Ponieważ dzisiejszy egzamin miałam o 16:00 postanowiłam pospać chwilę dłużej. Nie długą chwilę, ale jednak. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale w dniu w którym mam egzamin nie jestem w stanie sobie przyswoić żadnych nowych rzeczy. Nawet jeśli on jest o czwartej i mam dużo czasu. Zawsze jest coś do zrobienia. Egzamin okazał się taki sobie – niby pytania proste i dobrze sformułowane, a jednak takie niepokojące. W drodze powrotnej wstąpiłam do tesco, żeby kupić sobie mleko i takie tam. Po powrocie zabrałam się za organizację pierogi party. W Auchan w sobotę zakupiłam pierogi mrożone (z kapustą i grzybami, z mięsem i z truskawkami). Każdych po 20 sztuk. Pojawiły się drobne utrudnienia, jak ugotować 60 pierogów w jednym małym garnku, ale za to na dwóch palnikach. Okazuje się, że nie ma rzeczy niemożliwych. Najpierw ugotowałam mięsne, które zamierzałam podać obsmażone na patelce z cebulką (więc mogłam im pozwolić trochę przestygnąć w czasie gdy gotowała się reszta). Gdy wrzuciłam pierwszą porcję zadzwoniłam do Lili z prośbą o pożyczenie garnka. Zatem drugą porcję gotowałam: w jednym garnku truskawkowe, a w drugim kapuściano-grzybowe. Ponieważ jeden palnik grzeje szybciej, zanim te drugie były gotowe na pierwszym zdążyłam już odgrzać mięsne z cebulką. Nieco to skomplikowane, ale skoro mam A z logistyki to musiałam sobie poradzić. Na party zaproszonych było dwie Koreanki, dwie Bułgarki, jedna Portugalka, Rumun i Rumunka. Więc w sumie ze mną zebrało się dość sporo osób jak na 60 pierogów. Ogólnie impreza była udana – wszystkie pierogi zjedzone, a zamiast planowanych dwóch godzin przeciągła się do sześciu – dlatego piszę tak późno.
I jeszcze raz to, co trenowałam wczoraj:

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Kochana Mamo, w dniu Twojego święta, życzę Ci dużo zdrowia, pomyślności uśmiechu na co dzień i optymizmu.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Post dodano 25-5-2010 o godzinie 11:56:44
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Kochana Mamo, w dniu Twojego święta, życzę Ci dużo zdrowia, pomyślności uśmiechu na co dzień i optymizmu.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Post dodano 24-5-2010 o godzinie 23:48:56
Poniedziałek

Obudziłam się skoro świt, bo egzamin miałam o 10:00 a przecież autobusy nie jeżdżą więc trzeba było tramwajem. Jak planowałam ubieranie i spojrzałam przez okno to było mokro. Postanowiłam zatem zainaugurować gumowce. W czasie gdy zeszłam z mojego czwartego piętra na dół tak się rozpadało, że nie tylko gumniaki się przydały, ale również parasol ukryty na dnie torebki. Na egzaminie jednego zadania nie byłam pewna, ale napisałam co mi się wydawało i okazało się dobrze. Pani nawet nie chciała mi zadawać dodatkowego pytania ustnego. Później miałam jakieś dwie godziny czasu wolnego, który spędziłam w czytelni zagłębiając się w tajniki Principles of Marketing. Jutro mam z tego przedmiotu egzamin – ostatni jaki mnie tu czeka. Ponadto odczytałam wiadomość że moje zadanie domowe z OOP jest ok. i mam przyjść po wpis. Ciekawe czy ok. tłumaczy się na A czy na jakąś inną literkę. Po dwóch godzinach poszłam do Teresy po wpis. Zajęło to jakieś pięć minut. W drodze powrotnej do akademika kupiłam naboje do pióra i temperówkę. Gdy wysiadałam z tramwaju jakaś babka mi powiedziała że mam fajne gumnioki i pytała się gdzie i za ile kupiłam. Nie mogła uwierzyć, że w Czechach;) Gdy przyszłam do pokoju wyjęłam znów notatki z marketingu i sobie robiłam pisemne streszczenie. Jednak po jakimś czasie uznałam, że mało zapamiętuję i muszę sobie zrobić przerwę. Położyłam się do łóżka i zasnęłam. Właśnie się obudziłam, ale uznałam że idę z powrotem spać, a jutro przysiądę do tego jeszcze rano. Zawsze to lepiej być wyspanym.

Post dodano 23-5-2010 o godzinie 23:27:13
Niedziela

Z rana nieco powalczyłam z budzikiem, ale skoro chciałam zdążyć na 11 do kościoła to musiałam uznać jego zwycięstwo. Sam proboszcz otwierał mi drzwi 😉 Po mszy przyszłam do domu, pochyliłam się nad logistyką, wysłałam pracę domową z Object Oriented Programming. Pooglądałam też co mam z materiałów, żeby napisać pracę do Borisa. Tak upłynęło popołudnie. Około wpół do szóstej zebrałam się do Ostrawy. Dziś nawet we właściwym miejscu zjechałam z autostrady dzięki czemu udało mi się uniknąć wjazdu do Gliwic. A w sumie drogę przez Gliwice już poznałam. Po drodze zatankowałam. Dojechałam bez przeszkód. Idąc przez akademik spotkałam Oğuza i Sedata (cóż za świetne imiona). Trochę nasze spotkanie było dziwne. Musieliśmy się zapytać na plotki w stylu gdzie byłaś i dokąd idziesz. Wiadomo że jadę z domu i wiadomo że oni wracają z ping-ponga (skoro mają w ręku piłeczkę, paletki i siatkę). Ale zawsze to lepsze niż minąć się bez słowa, czyż nie? Gdy załączyłam komputer okazało się że Borys mi odpisał, po czym ja odpisałam jemu. I jak się podpisał BN (inicjałem) to ja mu się też podpisałam BN. Zjadłam kolację i idę spać.


 

Post nr 11, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 22-5-2010 o godzinie 22:29:23
Sobota

Obudziłyśmy się skoro świt. Najpierw Andra, potem ja a na końcu Marta. Śmiałyśmy się, że mój prysznic wydział tyle nagich narodowości, że hej… Zawiozłam dziewczyny na dworzec PKP do Katowic a ja pojechałam na uczelnię. Ponieważ profesor Janina przyjmowała o 9:30. Dziś była chyba dużo wcześniej, bo ja zameldowałam się pod drzwiami jakieś piętnaście po, a tam już praca w pełni. Dostałam przykazanie przygotowania mojej pracy i innych dodatkowych dokumentów do wysłania na konkurs do NBP. Pani profesor obiecała, że zadzwoni tam z pytaniem czy moja praca nie zostanie odrzucona z przyczyn formalnych. W myśl regulaminu: „§3 W konkursie mogą wziąć udział autorzy prac magisterskich obronionych na uczelniach na terenie Rzeczypospolitej Polskiej w ciągu roku kalendarzowego poprzedzającego datę ogłoszenia konkursu tzn. w terminie 1.01.2009 r. – 31.12.2009 r. ” a ja się przecież broniłam już w 2010 roku. Ustaliłyśmy, że ja przygotuję wszystkie dokumenty i jeśli w tym roku nie można będzie jej zgłosić to będzie wszystko gotowe na przyszły rok. Później poszłam na zajęcia. Niestety pan Owsiak nie okazał się takim, jakim go sobie wyobrażałam. W porównaniu do tego co sądziłam był chudszy i wyższy. I nieco chaotyczny. Po wykładzie umówiłam się z Madzią P. na kapuczino. Bardzo się ucieszyła z tego, że pamiętałam o urodzinach i o Kreciku. Później pojechałm do tesco kupić sobie coś na śniadanie. Potem przyjechałam do domu i zasiadłam przed logistyką. Jeszcze mam trochę do przestudiowania, a egzamin już w poniedziałek.

Piątek

Obudziłam się skoro świt w okolicach dziewiątej. Krótko potem zadzwoniła Mila zapytać się, czy pożyczę jej 22 korony umieszczone na karcie studenta, bo chciała iść jeść do stołówki. Oczywiście, że się zgodziłam. Dokonałam zamówienia i umówiłyśmy się, że w drodze do Menzy przyjdzie do mnie po kartę. Później siedziałam nad Economics of European Integration. Trochę się tych materiałów do nauczenia zebrało. Chwilę potem faktycznie przyszła Mila. Dałam jej moją kartę i umówiłyśmy się, że zobaczymy się na uczelni. Ponieważ nie miałam już dużo czasu poszłam pod prysznic. Na uczelnię pojechałam tramwajem. Milę spotkałam na dole sali – dokonywała ostatnich powtórek. Egzamin okazał się tylko gdzieniegdzie związany z tym co było na slajdach. Na ostatniej stronie egzaminu znajdowała się konturowa mapa Europy, na której trzeba było opisać wszystkie kraje. Śmiałyśmy się z Andrą, bo udało mi się dorysować Maltę, San Marino, Andorrę i takie drobiazgi, ale zapomniałam podpisać Rosji. Dobrze, że Andra sprawdzała czy mam dobrze i mi przypomniała. Ogólnie w trakcie egzaminu Boris oglądał sobie zdjęcia z Krakowa, sprawdzał znaczenie słowa cohesion w wikipedii (na prośbę Andry), opowiadał nam o tym, że jedzie na wyspę Madera na wczasy i takie tam. Ogólnie atmosfera na sali nie była „egzaminowa „. Właściwie to gdybym nie poświęciła tyle czasu na naukę teorii z tego przedmiotu to też by się nic nie stało. Jedynie co to udało mi się podszkolić geografię. Wyników nie ma – będą w środę jak przedstawimy pracę pisemną na zaliczenie semestru. Ale myślę, że smutku nie będzie. Po zajęciach pojechałam do dużego tesco. Ola prosiła mnie o przywiezienie jej płatków do demakijażu, a chciałam też kupić Krecika dla Magdy P. bo ma we wtorek urodziny. Po drodze Andra powiedziała, że jada jutro rano z Martą do Krakowa. Pociąg miały o 6:24. Zaproponowałam, żeby pojechały dziś ze mną autem. Jeśli nie z przyczyn ekonomicznych to przynajmniej nie będą musiały tak wcześnie wstać. Powiedziała, że przedyskutuje i dadzą mi znać. Ja pojechałam do tesco, a ona do akademików. Wróciłam do pokoju i chwilę potem Andra faktycznie zadzwoniła. Oczywiście bardzo chętnie skorzystały z mojej propozycji. Dość późno, bo dopiero około dziewiątej wyjechałyśmy. Ogólnie po drodze było bardzo wesoło. Dojechałyśmy i dziewczyny zaproponowały że chciałyby zobaczyć miasto. Zaprowadziłam je zatem na Wolność. Przeszłyśmy od banku śląskiego w górę. Po drodze zatrzymałyśmy się w Szufladzie na gorącą czekoladę. Marta zaproponowała, żebym się nie przyznawała, że jestem polką – to miał być sposób na przetestowanie obsługi. Okazało się, że pierwszy kelner wcale nie mówił po angielsku, ale był w stanie zawołać drugiego kelnera. Ten był już w stanie wytłumaczyć nam, że czekoladę na gorąco sprzedają tylko zimą. Niestety nasz argument, że na zewnątrz jest zimno jakoś go nie przekonał. Około 2 w nocy wróciłyśmy do mieszkania. Podział spania przedstawiał się następująco: ja – w moim łóżku, Marta w łóżku babci, a Andra na dmuchanym materacu. Ogólnie dzień był wesoły, updatowałam plotki. Zanim poszłam spać sprawdziłam jeszcze dziewczynom pociąg na jutro oraz odczytałam maila, że pani profesor Janina chce się ze mną widzieć. Świetnie się złożyło, bo jest na uczelni w najbliższą sobotę czyli 22 maja.

==============================================================
Nie wiem, czy Siostra czyta, jeśli nie to proszę zwróćcie jej uwagę na ten wpis. Droga Siostro, dziękuję za niespodziankę urodzinową. Oczywiście od razu przepakowałam wszystko do nowej torebki i zaraz pobiegnę z nią na uczelnię. Więc o żadnym zwracaniu czy wymienianiu nie ma mowy 😉
DZIĘKUJĘ!!
==============================================================

Post dodano 20-5-2010 o godzinie 23:55:51
Czwartek

Dzisiaj miałam dzień wolny od spotkań na uczelni, więc nie wstałam pomimo, że budzik dzwonił. Obudziłam się w okolicach 11. Ubrałam się, umyłam (oczywiście w odwrotnej kolejności) i zabrałam za oglądanie prezentacji PowerPaint z integracji europejskiej. Chwilę potem zadzwoniła Andra z pytaniem czy mam ochotę pójść z nimi na lunch. Oczywiście, że nie poszłabym sama więc poszłam z nimi. Dziś jadłam „kuřecí steak s hermelínem, bramborové čtvrtky, obloha ” czyli innymi słowy mięso kurze (chyba gotowane ale pewna nie jestem) z jakimś spleśniałym serem i kartoflami z sałatkami. Ogólnie było dobre, ale mogli dodać nieco mniej soli. Po lunchu wróciłam do pokoju i wróciłam do oglądania tych slajdów. Wieczorem zadzwonił Raphael zapytał czy mogę mu pomóc z wykresem. Oczywiście, że mogłam. Zrobiłam sobie zatem chwilę przerwy od unii europejskiej i pobawiłam się excelem. Po jakiejś godzinie Raphael sobie poszedł. I tak siedzę przed komputerem. W międzyczasie zdążyłam wejść na facebook, naszą klasę, nie przeczytałam newsów z onetu ani wp.pl ale poggadałam z Mileną Fi i Wadsonem na MSN. I z mamą. Zjadłam też płatki śniadaniowe na kolację. W ogóle to nie pamiętam kiedy się ostatnio tyle musiałam uczyć (chociaż może pamiętam – jak wróciłam z Žiliny i zaliczałam dwie sesje egzaminacyjne w jednej) Mówią że na erasmusie nic nie trzeba robić, ale to chyba tylko plotka jest. Tak czy inaczej zaraz idę spać. Bo jutro najpierw egzamin a potem wyjazd do PL.

Właśnie zaczęło znów padać (jak popada do jutra to będę testować gumniaki).

Post dodano 20-5-2010 o godzinie 0:31:7
Środa

Obudziłam się o w miarę przyzwoitej porze. Umyłam się i ubrałam. W pierwszej kolejności pobiegłam na dół wydrukować skończony projekt na Operation Research. Tym razem drukarki były sprawne, i nawet udało mi się pracę wsadzić w oprawkę bindowaną (oczywiście za odpowiednią opłatą). Pojechałam na uczelnię tramwajem. Ponieważ musiałam jeszcze dopisać kilka cyferek to do mojego projektu poszłam do czytelni. Spotkałam tam Lili. Pobiegłam zanieść pracę Marii ale nie było jej w biurze. Później poszłam pisać egzamin. Zadania nie były trudne i faktycznie z zagadnień poruszanych na zajęciach. Okazało się, że wyniki z egzaminu będą za pół godziny. Poszwendałam się zatem po uczelni, wypiłam sok z automatu i już nadszedł czas. Okazało się że w sumie z egzaminu i projektów uzyskałam 91 punktów. Jest to najmniejsza liczba za którą dają A. Poszłyśmy z Milą i Lili na tramwaj. Dziewczyny jeszcze zostały w mieście, a ja pojechałam. W tramwaju zaczęłam się zastanawiać jak to jest możliwe, że zabrakło mi aż 9 punktów. Generalnie pojechałam jeden przystanek niż zwykle i poszłam szukać gumnioków. W pierwszym sklepie, do którego weszłam mieli, ale bordowe. W sumie to zdecydowałam się je kupić, bo pasowałyby do parasola, który mamy w Chorzowie. Niestety w tym sklepie nie można płacić kartą (tak, takie miejsca jeszcze istnieją), więc musiałam zejść na dół ulicy żeby skorzystać z bankomatu. Wracając stamtąd wstąpiłam jeszcze do kilku sklepów, żeby sobie pooglądać i porównać ceny. W jednym sklepie zagadnęła mnie kobieta czego szukam. To jej powiedziałam że kaloszy. Na co ona zapytała który rozmiar, to jej powiedziałam. Na co ona się zapytała czy mogą być biało – jakieś dziwne, to ja jej powiedziałam że nie. Na co ona pobiegła do magazynu i przyniosła czerwono – czarne. Ogólnie mi się podobały, a ponieważ sprzedawczyni sprzedawała to je kupiłam. Z kaloszami podjechałam autobusem do akademika i zaczęłam robić projekt na Object Oriented Programming. W ogóle jakieś dziwne są te zagadki z tego przedmiotu. Potem przyszła mnie odwiedzić Andra (w celu pożyczenia książki), Marta (wyjaśnić jak się rysuje Resources histogram) oraz Mila (zabrania butów Sue). Przez długo robiłam ten projekt, ale mi się znudziło, więc postanowiłam wziąć się za logistykę. A teraz jest już strasznie późno, więc idę spać.

Post dodano 19-5-2010 o godzinie 0:12:44
Wtorek

Rano obudził mnie budzik. Co prawda nie było mu łatwo (budzikowi mnie obudzić) ale jednak. Umyłam się i już miałam wychodzić na tramwaj, ale rzut oka na okno przekonał mnie, że może jednak poczekam na autobus (bo bliżej i nie trzeba tyle moknąć). Jako że na uczelni miałam być między 10 a 10:30 uznałam, że jak złapię autobus o 10:05 i na uczelni pojawię się około 10:35 (bo 24 minuty w autobusie + czas na dojście z przystanku) to też będzie ok. Jako że była wtedy trochę po 9 postanowiłam załączyć mój komputer i wysłać maila do pani od stypendium. O czasie zebrałam się i poszłam na przystanek. Jakoś mało ludzi stało, ale pomyślałam że może z powodu deszczu studenci mają ochotę się uczyć w domu a nie na zajęciach. Zgodnie z normalną procedurą podjechał autobus nr 40 i wszyscy (!!!) do niego wsiedli. To już wydało się podejrzane. Gdy autobus odjechał podeszłam do rozkładu jazdy a tam jest napisane że autobus nie jeździ do 15 września. Oczywiście – nie ma wykładów, nie ma autobusu. Więc prawie że truchtem pobiegłam na tramwaj. Po drodze wyrzuciłam parasolkę, bo połamało się chyba pięć drutów, jeden zrobił dziurę w powierzchni a do tego wszystkiego połamał się też ten sztyl na którym parasol się trzyma. Wszystko z powodu silnego wiatru. No ale nic, mam jeszcze kapucę. Na uczelnię dojechałam gdzieś około 10:45. Zapukałam do gabinetu, a Karel mówi mi że mam jeszcze trochę zaczekać. Więc zaczekałam. Gdy już nastała moja kolej usiadłam sobie i pytam się jakie są warunki uzyskania oceny z przedmiotu. Opcje są dwie – egzamin albo projekt. Ustaliliśmy, że mogę zrobić projekt o optymalnych obszarach walutowych oraz kursie wymiany PLN/EUR. Świetnie, bo przy okazji będę miała teorię na egzamin NBP. Zaraz potem jak od niego wyszłam przypomniało mi się, że Andra prosiła mnie żebym zapytała o której mogą przyjść do niego na egzamin. Więc wróciłam do gabinetu z hasłem „It ‚s me again ” (to znowu ja). Zapytałam co chciałam zapytać i na końcu powiedziałam, że to już był ostatni raz dziś. A on odpowiedział, że jak chcę to mogę jeszcze dzisiaj kilka razy przyjść go odwiedzić. Ogólnie, Karel nie dość że przystojny to jeszcze sympatyczny, od razu dzień wydaje się mniej deszczowy. Wracając do akademika pojechałam na Svinov nádraží. Sue miała opuszczać pokój o 12 a jako że była 12:45 liczyłam, że może jeszcze jest na dworcu i zdążę ją pożegnać. A na dworcu jakaś masakra – pociąg z Pragi opóźniony o 180 minut, a pozostałe też o ponad godzinę. Najmniejsze opóźnienie jakie było na tablicy to 55 minut. Niestety nie znalazłam Sue. Postanowiłam wrócić do akademika. Gdy wysiadałam z tramwaju spotkała mnie Marta i powiedziała, że idzie z Andrą jeść. Poszłam zatem z nimi do stołówki. Dziś serwowali kawałki kurczaka w cieście z frytkami i sałatkami. Dobre było tylko chyba trochę przesolili frytki (może po to żeby sobie napój dokupić). Gdy już zjadłyśmy wróciłam do pokoju patrzę – a tam Sue. Okazało się, że ktoś jej powiedział, że pociągi w Ostravie nie jeżdżą i postanowiła pojechać autobusem. Więc posiedziałyśmy jeszcze chwile i odprowadziłam ją na przystanek. Miała swoją wielką torbę (sięgała jej do szyi), plecak i dwie reklamówki. No tak, trzy miesiące życia tutaj. A warto tutaj wspomnieć o całym mnóstwie rzeczy, które zostawiła i albo mam je wyrzucić albo podarować komuś. Tak czy owak potem zasiadłam do komputera bo zaplanowałam oddać jutro Mari ten projekt bo już mnie nuży codzienna praca nad jednym i tym samym. Potem wieczorem zadzwoniła Mila, chwilę porozmawiałyśmy a potem zaczęłam się uczyć na Marketing Communication, wykąpałam się poggadałam z Mamą (w wcześniej z Tatą) a teraz kończę pisanie i idę spać.

Post dodano 18-5-2010 o godzinie 0:39:25
Poniedziałek

Wstałam rano, gdy Sue jeszcze smacznie spała. W miarę sprawnie się wygrzebałam i pojechałam (tramwajem) na uczelnię. Przed pójściem tam spróbowałam sobie wydrukować w punkcie usługowym na kolorowo jedną stronę, ale niestety punkt usługowy odmówił wykonania usługi. Podobno drukarki nie działały. Na uczelni zaczynałam o 10:00 zajęciami z Operation Research. Niestety Maria nie miała czasu żeby zajrzeć w mój projekt, który tak usilnie wykonywałam przez te wszystkie dni. Ale zrobiła nam normalne zajęcia. Dziś były przy komputerach. Tubylcze komputery mają ustawiony bardzo krótki czas przed załączeniem wygaszacza ekranu. A odblokowanie wygaszacza ekranu wymaga zalogowania – podanie numeru studenta i hasła. Więc zanim Maria wytłumaczyła nam kolejny krok obsługi programu zdążył się włączyć wygaszacz i trzeba było powtórzyć procedurę logowania. Niestety program, w którym pracowaliśmy za każdym wylogowaniem się resetował i trzeba było zaczynać od początku. Więc generalnie ta lekcja była taka sobie. Później miałam dwie godziny przerwy, więc poszłam do budynku E, zjadłam kanapkę i powtórzyłam sobie na logistykę. O za piętnaście druga wróciłam do A&B&C bo miałam tam spotkać nauczyciela z International Monetary Relations (w budynku B). Niestety był on zajęty. Czekałam jakieś dwadzieścia minut pod jego biurem, ale musiałam iść, bo logistykę miałam pisać o drugiej. Gdy dotarłam do budynku A okazało się że moja nauczycielka potrzebuje jeszcze pięć minut bo coś załatwia. Ale już nie wracałam do B. Zaliczenie napisałam z wynikiem wzorowym, więc mogę przystąpić do egzaminu pisemnego (a jak go zdam to i do ustnego będę mogła). Gdy skończyłam pisać było ok. 15:15. Wróciłam pod biuro Karela, ale już go nie było. Pomyślałam, że pewnie poszedł do domu, więc nie czekałam długo. Gdy schodziłam z czwartego piętra spotkałam go po drodze biegnącego do góry. Pomyślałam, że skoro biegnie do góry to będzie biegł na dół. Pobiegłam mu na przeciw. Faktycznie, okazało się, że zapomniał tylko parasola. Udało mi się na jednym wydechu powiedzieć czego chcę. Zaprosił mnie na jutro na rozmowę bo dziś nie miał czasu. Z wydziału wróciłam przez miasto, wchodząc po drodze do Rossmann (w celu zakupu pasty do zębów) i Billi. Oczywiście moim najnowszym pomysłem było kupienie papierowej torby na zakupy, zamiast (jak to robią normalni ludzie) plastikowej. W efekcie zanim dotarłam do przystanku tramwajowego torba była przemoczona doszczętnie. Całe szczęście w tramwaju udało mi się usiąść. Od przystanku do akademika doniosłam wszystko prawie w garści. Co też należało do wyczynu bo w tym samym czasie niosłam też komputer i parasol. Gdy dotarłam do pokoju było po piątej. A tutaj pakowanie w pełni – Sue jutro wjeżdża na zawsze. Poprawiłam jeszcze mój projekt, poczytałam newsy o pyle wulkanicznym i opadach deszczu. Wieczorem Sue zaprosiła do nas Milę, Lili, Andrę i Martę na typowy koreański makaron. Posiedziałyśmy sobie nieco, pośmiałyśmy się i ogóle miło spędziłyśmy czas. Aż do późnej nocy. Potem zostało nam zmywanie i tak jakoś zeszło, że już dawno powinnam spać.

Dobrze, że Tata wysyła mi czasem maile, to przynajmniej wiem, że ktoś czyta.

Post 06 – 10 (stare)

 

Post nr 10, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 16-5-2010 o godzinie 23:46:1
Niedziela

Korzystając z tego, że jednak nie miałam dziś zajęć postanowiłam wykorzystać moje ulubione łóżko i się wyspać. Obudziłam się o takiej godzinie, że zdążyłam do kościoła na 12:15. Co prawda miałam pecha, bo akurat jak doszłam do kościoła to kończyła się poprzednia msza i musiałam czekać na zewnątrz (a padał deszcz) aż ludzie którzy byli wewnątrz wyszli. Kazanie wygłosił Marianek. Jak zwykle, zanim dokończy zdanie to się zdąży zapomnieć o czym mówił na początku tego zdania. Więc trwało długo. Po mszy wróciłam do domu i prawie że skończyłam mój projekt na Operation Research. Niestety trochę mi to zajęło. Później był czas, żeby coś zjeść, poodkurzać podłogę – w niedzielę:/ i zbierać się do drogi. Jechało się potwornie, bo całą drogę padał siarczysty deszcz i wszyscy którzy mnie wyprzedzali ochlapywali moje szyby i mój już nie czysty samochód. W dodatku na ulicy Opavskiej przewróciło się drzewo (na jezdnię). Niestety służby porządkowe jeszcze nie zdążyły dojechać i leżało ono tam sobie blokując przejazd. Należało zatem zawrócić i poszukać innej drogi. Całe szczęście znałam inną drogę 🙂 W akademiku zrobiłam herbatę, porozmawiałam na gg z Kasią i Magdą i zabrałam się do powtarzania Logistyki. A teraz na Veetle puszczają Shreka po angielsku. Nie wiedziałam, że tam gdzie w polskiej wersji było „no i heppienda diabli wzieli ” było „Miałem nadzieję, że to będzie szczęśliwe zakończenie. ” (I was hoping this would be a happy ending). Ciekawe. I tak się ten dzień kończy.

Post dodano 16-5-2010 o godzinie 0:30:13
Sobota

Właśnie sprawdziłam, że nasza strona www.qcoby.eu jest warta 78$ (zdaniem narzędzia website value calculator). Gdybyśmy chcieli to moglibyśmy zarabiać 0$ miesięcznie reklamie za pomocą linków tekstowych oraz ogłoszeniach niezależnych. Nieco więcej – bo 1$ (też miesięcznie) moglibyśmy zarabiać na linkach partnerskich i aż całe 2$ na miesiąc na product placement.

Ogólnie to wstałam dziś i musiałam się uwijać. Z samego rana zawiozłam Wadsona na lotnisko w Katowicach (a to oznacza że znów jestem w Polsce). Później pojechałam na zajęcia na uczelnię. Spóźniłam się tylko trochę. Po zajęciach pojechałam do Lidl kupić sobie bułkę na kolację i śniadanie a potem jeszcze do Carrefour żeby kupić wkład do drukarki. Późnym wieczorem przyszła do mnie Weronika, bo znów miała coś zamówione. Odwiozłam ją do domu, bo padał deszcz. W szeroko pojętym międzyczasie wykańczam mój projekt na Operation Research. A teraz zamierzam wskoczyć na wygrzewanie do wanny, bo czuję że mam gardło.

Post dodano 14-5-2010 o godzinie 22:17:3
Piątek

Dzisiaj jest całkiem leniwy dzień. Obudziłam się w okolicach południa. Zasiadłam przed komputerem bo plan na dziś przewidywał napisanie Seminar Paper II na przedmiot Principles of Marketing. Plan został wykonany. Ale cały dzień lało i nawet nie wyszłam na podwórko. I to chyba na dziś tyle.

Post dodano 14-5-2010 o godzinie 0:8:50
Czwartek

Dziś budzik wyrwał mnie z głębokiego snu. Właściwie to obudziłam się jakieś 45 minut po tym jak jak budzik zabudził. Całe szczęście nie zaspałam. Bardzo szybko musiałam jednak się z rana poruszać, aby zdążyć na autobus. Ale udało się – zdążyłam nawet na pierwszy. Na zajęciach pisaliśmy test na zaliczenie. Zaliczyłam go, ale w poniedziałek idę go poprawić żeby mieć lepsze punkty na koniec. Skoro tak można bez większych trudów to dlaczego nie. Po zajęciach wróciliśmy z Maximem, Etiennem oraz Lili i Milą autobusem do akademików. Postanowiłam zrobić długo odwlekane pranie. Miałam szczęście, bo klucz do prania był dostępny „od ręki „. Zatem rozpoczęłam procedurę walki z pralką. Najpierw wyprała biała, a potem czarne. Teraz wiszą na wszystkich możliwych kaloryferach (które o dziwo grzeją) moje ubrania. W tak zwanym międzyczasie jadłam obiad, oglądałam filmy i przekonywałam samą siebie, że najwyższy czas zabrać się za zadanie domowe z Operation Research. Pranie zajęło mi pięć godzin. Później, czyli wieczorem pojechałam do tesco. Kupiłam o co prosiła mnie Weronika. Gdy wróciłam dotleniona po zakupach okazało się, że 80.000 podzielona na 25 to jest 3.200 a nie jak do tej pory sądziłam 32.000. Ten drobny fakt sprawił, że zadanie stało się logiczne i rozwiązywalne. Zobaczymy co na to powie Maria. Potem znalazł się czas na ploteczki, picie herbaty (nowa – miętowo cytrynowa) i sprawdzanie ceny przesyłki paczki z Czech do Korei. Okazuje się, że przesłanie klasą ekonomiczną (czyli chyba statkiem, bo trwa to około tygodnia)paczki o wadze jednego kilograma kosztuje 400 kč. Nie wiem czy jest to cena do przyjęcia, ale przecież ja nic nie planuję przesyłać do Azji. Resztę wieczoru poświęciłam na kontynuację tego zadania i pójście spać (to już wkrótce).

Post dodano 12-5-2010 o godzinie 23:29:4
Środa

Obudziłam się chwilę po tym jak zabudził budzik. Zebrałam się do szkoły. Ponieważ miałam jeszcze dużo czasu postanowiłam wyjąć moje notatki z logistyki i pouczyć się na jutro. Przerwałam naukę, gdy zorientowałam się że już jest późno. Wybiegłam z akademika tak szybko, że widziałam jeszcze rurę wydechową autobusu. Postanowiłam zatem iść na tramwaj. Jak ogólnie wiadomo pójście na tramwaj i dojście z tramwaju na wydział zajmuje więcej czasu niż wykonanie tych samych czynności z użyciem autobusu. Jeszcze po drodze do przystanku spotkałam z znajomych, z którymi musiałam wymienić się bieżącymi plotkami na temat zbliżających się egzaminów. Na uczelnię dotarłam spóźniona, ale nic się nie stało (tak przynajmniej powiedziała pani, która oceniała nasze prezentacje). Zaprezentowałam swoje jako ostatnia. Zanim zaczęłam pani cichutko poprosiła mnie, żebym mówiła krótko. Tak też uczyniłam. Po prezentacji poszłam z Yun posiedzieć i porozmawiać ponieważ miałam godzinę przerwy. W tak zwanym międzyczasie przyswajałam sobie materiał z czeskiego. Gdy godzina minęła pojechałam na Doktora Maleho, gdzie odbywają się zajęcia z języka obcego. Oczywiście nie znałam numeru sali. Całe szczęście mogłam zadzwonić do Mili i zapytać. Pani nauczycielka powiedziała, że mam nie mówić po słowacku na lekcji czeskiego. A co jeśli ja mam cały czas słowacki w głowie… Na końcu podpisała się na naszych listach niezbędnych do zaliczenia przedmiotu i poszliśmy do akademików. Później przeczytałam pocztę, poopowiadałam z Sue i kontynuowałam naukę logistyki. Chwilę potem przyszedł Wadson na krótkie ploteczki. Trzy godziny później wyszedł. A teraz piszę bloga i kończę przyswajanie wiedzy z logistyki i mam nadzieję, że jutro pójdzie mi dobrze.

Post dodano 11-5-2010 o godzinie 23:58:46
Wtorek

Wczoraj poprosiłam Sue żeby mnie obudziła zanim wyjdzie do szkoły. Miało to być około godziny 8:20. Niestety, nie wiem czy zapomniała, czy samam była spóźniona czy co, ale mnie nie obudziła. Obudziłam się zatem samodzielnie. Było nieco po dziesiątej. Pozbierałam się szybko, zdjęłam pościel z łóżka i pobiegłam zanieść ją do wymiany – pamiętałam, że o 11 zaczynają przerwę obiadową. Udało mi się zdążyć. W drodze powrotnej do pokoju (z budynku C to jest kawałek) spotkałam czecha, który mieszka na naszym piętrze i znamy się, ale wciąż nie wiem jak ma na imię. Nie ubrałam pościeli, tylko ukryłam ją pod kocykiem i pobiegłam na basen. Dziś nie było dużo ludzi, woda mokra i dość głęboka (bo dziś pływałam na najgłębszym). Dziś pływanie odbywało się w poprzek. Po basenie przybiegłam do pokoju, ale nie miałam dużo czasu, bo byłam umówiona z Sebastianem na wspólny wyjazd na wpis z Decision Making. Oczywiście nasza nauczycielka się spóźniła. Oceny były zróżnicowane – od A począwszy na D skończywszy. Jednak komu się wpis nie podobał mógł wziąć swoją pracę do domu i oddać poprawioną zgodnie ze wskazówkami zostawionymi przez nauczycielkę. Całe szczęście ja pracy poprawiać nie muszę, bo dostałam A. Potem wróciłam do pokoju, spotkałam się z Milą, żeby jej oddać materiały do nauki języka czeskiego. Później poszłam na ploteczki do Wadsona. Byłam tam jednak krótko, bo czekała na mnie praca na zaliczenie z Marketing Communications. Właśnie kończę ją tworzyć.


 

Post nr 9, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 10-5-2010 o godzinie 23:58:30
Poniedziałek

W Kucobach: zmienianie kół na letnie, dopełnianie oleju w silniku, odkurzanie wnętrza, mycie (w deszczu) zewnętrza. Przyjazd do Ostravy – nawet się po drodze nie zgubiłam. Droga to 156 km. Jechałam prawie cztery godziny, ze względu na roboty drogowe między Tarnowskimi Górami i Gliwicami a także korkami w samych Gliwicach. Teraz siedzę przed komputerem, ale nie dam rady skończyć tego zadania bo jestem zmęczona i idę spać.

Niedziela

Komunia Aliny, przyjazd do Kucob.

Sobota

Obudziłam się nieco później niż zamierzałam. Zatem bardzo szybko musiałam się pozbierać na uczelnię. Niestety w sobotę tramwaje nie jeżdżą tak często jak w dni powszednie. Po drodze na uczelnię weszłam jeszcze zapytać się o zamiennik do drukarki, ale nie mieli. Prawie cały dzień spędziłam na uczelni. Później biegałam do Tesco i Carrefour w poszukiwaniu prezentu dla Aliny. Wieczorem kontynuowałam pracę nad zadaniem z Marketing Communication.

Post dodano 8-5-2010 o godzinie 0:0:39
Piątek

Dziś się obudziłam o takiej porze, żeby zdążyć na 10 na zajęcia. Warto dodać, że o tej porze autobus nie jeździ, zatem trzeba jechać tramwajem. Zajęcia były krótkie, Pavla przedstawiła nam zakres zaliczenia oraz egzaminu. Co to w ogóle za pomysł, żeby zagranicznym studentom robić zaliczenie i egzamin. Bez sensu. Po zajęciach poszłam sobie do centrum (pomimo, że Francuzi zaproponowali podwózkę samochodem). Trochę przeszłam się po rynku, obejrzałam fontannę „z ziemi „. W drodze powrotnej wstąpiłam do Kaufland kupić Kofolę dla Kasi i herbatę dla Weroniki. Później wróciłam do pokoju, pouczyłam się na Borisa (głównie geografii Europy). Odebrałam też z poczty bilet na pociąg, który wysłała mi Magda P. Oznacza to, że jadę pociągiem EuroCity. Później już tylko czas na pakowanie walizki i podróż do Katowic. O dziwo pociąg EC 102 nie był dziś opóźniony. Znalazłam miejsce w przedziale z dwoma paniami. Jedna z nich była Czeszką, natomiast druga Polką. Porozumiewałyśmy się tak: ja z Czeszką po czesko-słowacku, ja z Polką po polsku, a Czeszka z Polką po niemiecku. Podróż była miła. W Katowicach na rynku złapałam 6 do Chorzowa. Wysiadłam na AKS gdzie czekała na mnie już Weronika. Miała dla mnie prezent – własnoręcznie przygotowane czerwono-biało-czarne korale. Bardzo ładne. Zaprosiłam ją na kawę i tak przeplotkowałyśmy do jedenastej. A teraz siedzę przed komputrem i uzupełniam braki i plotkuję z Wadsonem na MSN.

Czwartek

Chyba dzieje się ze mną coś strasznego bo przez pół dnia dziś spałam. Słyszałam Sue szykującą się do szkoły i uznałam, że jeszcze chwilę poleżę, żeby nie robić korków w łazience. Jak się obudziłam ponownie to było już po dwunastej. A wcale przecież nie szłam późno spać. Zaczęłam się zbierać do szkoły, przy okazji czytałam maile i takie tam. Oglądałam również Dámsky magazín na STV1. I tak jakoś zleciało, że już była trzecia i trzeba było iść na zajęcia. Byliśmy w piątkę, Kamila przekazała co miała do przekazania (w tym również co mamy zrobić na zadanie domowe) i kazała przyjść za dwa tygodnie na egzamin (zaliczenie będzie na podstawie zadań domowych). Po zajęciach (a raczej po zajęciu bo tylko jedno było) poszłam do centrum, doładowałam mój czeski telefon najniższą możliwą wartością, pospacerowałam, poszłam do tesco kupić mleko i wróciłam do pokoju. Później robiłam (i zrobiłam) zadanie z Decision Making i poszłam spać.

Post dodano 5-5-2010 o godzinie 23:33:47
Środa – Majáles Ostrava 2010

Obudziłam się o godzinie, której nawet z dużym naciągnięciem nie można by nazwać wczesną. Trudno, takie jest życie erasmusów (i innych wymiennych studentów też). Cały dzień przesiedziałam dziś w pokoju. Najpierw przyszła do mnie Marta (Portugalia) skonsultować zadanie z Decision Making. Chwilę też poplotkowałyśmy. Potem robiłam projekt na Marketing Communication (i chyba już 1/3 mam gotową), oglądałam Dr.House po słowacku i gadałam z Magdą P przez skype. Dziś przez cały dzień za oknem rozbrzmiewają hałasy przez niektórych zwane muzyką. Trwa Majáles (czyli coś jakby juwenalia). Mamy ustawione dwie sceny, budki z jedzeniem i (w większości) piciem. Cały akademik roi się od bardziej lub mniej nietrzeźwych studentów. Chwilę poszłyśmy z Sue zobaczyć jak tam wygląda. W jednej z budek kupiłam sobie przysmak, który znam ze Słowacji o nazwie Langoš (węg. lángos, słow. lángoš) – specjalność charakterystyczna dla kuchni węgierskiej (a za jej pośrednictwem – również słowackiej). Głównymi składnikami ciasta są mąka pszenna, drożdże, gotowane utłuczone ziemniaki, mleko, cukier, sól i olej. Przed smażeniem na głębokim oleju ciasto jest formowane w płaskie placki o średnicy kilku-kilkunastu centymetrów. Langosze jada się najczęściej z czosnkiem bądź masłem czosnkowym, a także śmietaną, startym serem żółtym, szynką lub jeszcze innymi dodatkami. Mój był z serem żółtym oraz sosem tatarskim. Smakował prawie tak, jak te, które jadałam w Košicach – 35 kč (cena do przyjęcia). Impreza może i bardzo fajna, jednak hałaśliwa i mokra – pada deszcz, co sprawia że stanie na podwórku nie należy do przyjemności. Ciekawe czy noc upłynie spokojnie, czy jeszcze kilka razy ktoś zapuka do naszych drzwi bo pomyli numer bloku (jak to już się dzisiaj dwa razy zdarzyło).

Hola hola Majáles volá!!!
Jako každý rok s počátkem května začínají oslavy studentského života, mládí a příchodu máje zvané Majáles. S tímto festivalem je spojena spousta asociací – sluníčko, pivo, přátelé, kapely, zábava.

Post dodano 4-5-2010 o godzinie 23:44:7
Wtorek

Obudziłam się rano wcześnie, bo chciałam przed zajęciami zdążyć na basen. Poszłam sobie popływać, pomimo, że padało. Dziś na basenie był nieco większy tłum, ale jednak znalazło się miejsce i dla mnie. W drodze powrotnej z basenu nabyłam drogą kupna nowy bilet komunikacji miejskiej. Tym razem zdecydowałam się na miesięczny. Niestety z racji przekroczenia magicznej granicy wieku zniżka mi już nie przysługuje. Musiałam zatem wyrobić nową kartę do biletu, a za bilet zapłaciłam 370 kč. Trudno, starość nie-radość. Wróciłam do pokoju, wyjęłam mokre z plecaka i po chwili był czas zbierać się na zajęcia. Umówiłam się z Andrą i pojechałyśmy na wydział autobusem. Oczywiście Boris się spóźnił, ale aby „odkupić ” swą winę przedłużył nam zajęcia 😉 W związku z tym spóźniłyśmy się na autobus (o 4 minuty) jadący do akademika i musiałyśmy jechać tramwajem. W pokoju zjadłam kanapkę, spakowałam komputer i pobiegłam na FILLUP. Dziś byłam tylko krótko bo FILLUP zaczyna się o 17:30 a o 18:10 miałam zajęcia. Całe szczęście, że w Porubie a nie na wydziale. Chwile porozmawialiśmy o naszym prezydencie i p.o. prezydenta i już musiałam iść. Pobiegłam do głównego budynku VŠB TU ale nie wiedziałam w jakiej sali mamy zajęcia. Generalnie liczyłam na to, że spotkam Martę albo Raphaela i mi powiedzą, ale nic. Postanowiłam sprawdzić maila, liczyłam, że nasza nauczycielka podała numer sali. Niestety nie podała. Zapytałam panów z portierni czy Maria zabrała klucz do jakiejś sali, ale podobno nie. Pomyślałam, że może zadzwonię do Marty i zapytam, jednak telefon zostawiłam w torebce. Uznałam, że wrócę do pokoju i potem się będę zastanawiać jak się wytłumaczę z nieobecności. Tak też uczyniłam. Przyszłam do pokoju i sprawdziłam (jak zwykle) co nowego w moim telefonie. Okazało się, że nasza nauczycielka przysłała nam SMS ‚a z informacją, że w związku z jej prywatnymi problemami lekcji dziś nie będzie. Wróciłam zatem do pokoju i zaczęłam robić różne rzeczy na komputrze, potem Magda P zadzwoniła do mnie na Skype i tak upłynął wieczór.

Post dodano 4-5-2010 o godzinie 1:27:28
Poniedziałek

Obudziłyśmy się z Magdą dość późno. Nie byłyśmy jednak nigdzie spóźnione ani nie byłyśmy w pośpiechu. Po śniadaniu pobiegłyśmy szybko do tesco, bo przed wyjazdem Magda chciała jeszcze kupić czekoladę, rogaliki i takie tam. Po powrocie z tesco poszłyśmy do Wadsona, który zaprosił nas na lunch. W menu znalazło się bacalhau czyli suszony dorsz. Suszonego dorsza przywozi się z Portugalii całego obsypanego solą, później moczy się go przez trzy dni (co najmniej) w wodzie, żeby całą tą sól wypłukać. Potem już można go ugotować i podać gościom na obiad albo lunch. Chwilę posiedziałyśmy w budynku E. Potem był już czas zbierać się na autobus żeby odprowadzić Magdę na pociąg. Pociąg miał jak zwykle spóźnienie (ale tylko 5 minut). Po powrocie do akademika położyłam się na trochę do łóżka żeby ogrzać stopy bo strasznie mi dziś zmarzły. Przed chwilą się obudziłam i wygrzebałam się z łóżka, żeby wyłączyć komputer, ale przypomniało mi się, należy jeszcze coś napisać. Co niniejszym czynię.


 

Post nr 8, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 3-5-2010 o godzinie 1:5:41
Niedziela

Dzień upłynął leniwie. Obudziłyśmy się jak już nam się znudziło spanie. To znaczy Magda P obudziła się wcześniej, ale nie chciała mnie budzić. Tak długie spanie spowodowane było tym, że do trzeciej w nocy siedział u nas Wadson i plotkował z nami o wszystkim. O jego studiach, naszych studiach również, o tym, że portugalski jest prosty (niestety nie zostałam do tej myśli przekonana) i że polski jest bardzo trudny (do tej myśli też nie zostałam przekonana) i o śmierci klinicznej. Więc jak już wstałyśmy zrobiłyśmy makijaże i takie tam i poszłyśmy do OC Futurum na obiad. Menu było dłuugie, ale postanowiłyśmy wybrać trzy rodzaje grilowanego mięsa z warzywami. Dobre jedzenie. Później poszłyśmy do kościoła św. Mikołaja na mszę, a stamtąd do akademika. Późniejszy czas spędziłyśmy na plotkowaniu.
W dniu dzisiejszym otrzymałam życzenia w ośmiu językach świata. Części z nich nie potrafię nawet poprawnie przeczytać (jak „doğum günün kutlu olsun ” albo po prostu „İyiki Doğdun! ” po turecku) a część z nich zupełnie spokojnie ( „happy birthday, všechno nejlepší, buon compleanno „). Były też życzenia po polsku 😉

Post dodano 1-5-2010 o godzinie 23:43:7
Sobota

Obudziłam się w okolicy południa, a nawet nieco po. Musiałam odespać wycieczkowanie po Polsce i spanie z Kasią w jednym łóżku. Jak już się zwlekłam i odzyskałam światomość bytu poszłyśmy z Magdą P (która mnie aktualnie odwiedza) na długi spacer główną ulicą Ostravy. Zakończyłyśmy go w Lidl, wreszcie kupiłam sobie sól do dodawania smaku moim potrawom. Od tego czasu siedzimy w pokoju. Była nas odwiedzić Mila, ale tylko na chwilę. Resztę czasu spędziłyśmy na plotkowaniu, oglądaniu filmików na youtube, słuchaniu muzyki itp.

Post dodano 30-4-2010 o godzinie 21:40:59
Piątek

Po długiej nieobecności powracam do opowiadania.

Dziś obudził mnie budzik. Zerwałam się rano i biegłam na 11 na uczelnię. Miałam spotkanie z profesorem od Object Oriented Programming. Pan profesor niezbyt pewnie czuł się po angielsku, wyświetlił mi co jest moim zadaniem. Powiedział, że mam mu coś napisać i potem porozmawiamy o ocenie. A na końcu zapytał mnie skąd jestem, więc powiedziałam, że z Katowic. Natychmiast zakończył rozmowę po angielsku i od tej pory już tylko po czesku. Łobuz jeden, powinien ćwiczyć swój angielski. Później poszłam na spacer po centrum miasta, nabyłam drogą kupna produkty spożywcze niezbędne do przetrwania i tramwajem wróciłam do akademika. Posiedziałam chwilę przed komputerem i już była pora wybierać się na dworzec kolejowy. Przyjechała do mnie Magda P, która korzysta z nieobecności Sue i śpi na jej łóżku. A teraz sobie siedzimy i plotkujemy.

Post dodano 25-4-2010 o godzinie 0:49:35
Sobota

Pojechałam zawieźć Sue na lotnisko. W drodze powrotnej (czyli gdzieś około czwartej w nocy) zajechałam na stację benzynową, kupiłam olej, przetarłam szybki w aucie. Oczywiście po powrocie do mieszkania (i dolaniu oleju do silnika) poszłam spać. Obudził mnie jakiś hałaśliwy budzik. Całe szczęście, że miałam dziś na dziesiątą to udało mi się zdążyć na czas. Niestety parking między E i F został definitywnie zamknięty dla studentów i musiałam zaparkować gdzieś pod gwiazdami (znaczy się na osiedlu gwiazdy ale też pod gołym niebem). Gdy przechodziłam do budynku B gdzie miałam zajęcia to aż mi się smutno zrobiło bo na parkingu EiF stały tylko cztery auta. Czy to ma sens, żeby wykładowcy i pracownicy mieli dwa parkingi a studenci tylko trzy?
Kadra naukowo-dydaktyczna Akademii Ekonomicznej im. Karola Adamieckiego w Katowicach:*
476 pracowników naukowych
w tym:
* 39 z tytułem naukowym profesora
* 49 ze stopniem naukowym doktora habilitowanego
* 240 ze stopniem naukowym doktora
15420 Studentów (w tym 57 cudzoziemców)*:
* studia stacjonarne – 8 553 (w tym 50 cudzoziemców)
* dane na dzień 30.11.2009.
Zajęcia były takie sobie, bywały ciekawsze (ukłon w stronę pana Cezarego) ale też bywały nudniejsze. Miłą niespodzianką były dziś pączki przygotowane dla nas. Nikt z nas się tego nie spodziewał. Równie miłą niespodzianką była czekolada Studentska, którą przywiozłam Marzenie i Ryśkowi (czyli nie-Tomkowi, który nawet stwierdził, że wiem jak osłodzić mu życie). A jednego pączka sobie nawet na wynos wzięłam. Po zajęciach w mieszkaniu czekał już na mnie Tata. Wypiliśmy herbatę, a następnie pojechaliśmy do hufca wpakować szafy do samochodu. Później poszliśmy na mszę w intencji pierwszej rocznicy śmierci dh Maćka. Refleksja, która mnie natchnęła to to, że w zeszłym roku w tym kościele było mnóstwo młodzieży, a w tym tylko jedna Gosia Fąfara. Jaka zawodna bywa ludzka pamięć. Po mszy pojechałam do domu, załączyłam komputer i tak siedzę. Chociaż właściwie to idę spać.


 

Post nr 7, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 23-4-2010 o godzinie 21:44:35
Piątek

Obudziłam się później niż zamierzałam, ale skoro to wolny dzień to się nic nie stało. Bez prysznica pobiegłam na basen (moje nowe ulubione miejsce w Ostravie). Przepłynęłam jakieś 1,5 km (czyli 30 długości bo dziś było wzdłuż) i poszłam do domu. Zaraz po przyjściu (i oczywiście wyjęciu stroju kąpielowego z woreczka-na-mokry-strój-kąpielowy) poszłam z Wadsonem na jedzenie. W stołówce podawali rybę z szałotem i groszkiem konserwowym. Nieco dziwne połączenie, zwłaszcza, że ryba gorąca (jak powinna być) a cała reszta zimna. No, ale skoro to sobie zamówiłam to musiałam zjeść. Później Wadson zachęcił mnie żebym pokazała mu jak się używa pralki. Oczywiście dałam się do tego zachęcić i troszkę doedukowałam kolegę z Europy Zachodniej =) Później już był tylko czas na spakowanie ubrań i drogę do Chorzowa. Przyjechała ze mną Sue, która leci dziś (a właściwie to jutro) z Pyrzowic do Niemiec. Przez pół drogi debatowała nad tym, czy i jak się dostanie na lotnisko i nawet zaplanowała sobie spędzenie tam nocy bo wylot ma o szóstej rano. W końcu powiedziałam jej, że jak się mnie zapyta czy ją tam odwiozę to się zgodzę. Po przyjeździe do Chorzowa poszłyśmy do Carrefour (przed zamknięciem) dokonać niezbędnych zakupów. Umówiłyśmy się, że na lotnisko wyruszamy o trzeciej (nie wiem po co tak wcześnie, ale cóż…). Prawdą jest, że nie zamierzam czekać na wylot, tylko wrócić do domu i się trochę przespać. A teraz idę się zdrzemnąć.

Czwartek

Obudziłam się rano i pojechałam na zajęcia z Logistyki. Całe szczęście siedziałam koło Maxime (Francja), więc zajęcia były nieco mniej nudne niż zwykle. Co jednak nie oznacza, że były ciekawe. Po zajęciach poszłam na spacer do centrum, a potem wróciłam do akademika. Miałam jakieś dwie godziny czasu, więc wzięłam prysznic. Później znów wróciłam na wydział na zajęcia z Principles of Marketing. Zauważyłam, że co tydzień na zajęciach jest mniej osób. Czyżby nie tylko moją opinią była przeraźliwa nuda panująca na zajęciach? Wieczorem porobiłam sobie notatki na studia w najlepszej uczelni w Europie (czyli AE Katowice), trochę pogooglowałam i poszłam spać.
Ogólnie ten dzień był taki niejaki i dobrze że się skończył.

Post dodano 22-4-2010 o godzinie 0:42:23
Środa

Rano pojechałam na zajęcia z Marketing Communication. Niestety pani nauczycielka jeszcze nie oceniła (opunktowała?) naszych prezentacji z poprzedniego tygodnia, więc nie wiem czy dostałam te 9 pkt czy nie. Ogólnie te zajęcia są nudne jak flaki z olejem i nie lubię ich. Tylko dlaczego je sobie wybrałam? Po wykładzie pojechaliśmy na wycieczkę. W dzisiejszej wycieczce udział wzięli zagraniczni studenci oraz wykładowcy z zaprzyjaźnionych uczelni. Niestety Karol Adamiecki nie jest zaprzyjaźnioną uczelnią. Pojechaliśmy autobusem do miejscowości Kopřivnice. Zwiedziliśmy Muzeum Tatry (Muzeum Techniki Tatra, Technické muzeum Tatra). Tatra – marka samochodów produkcji czechosłowackiej. Założona w 1850 roku, a od 1897 jako trzecia w Europie (pierwsza w Europie Środkowej) firma produkująca samochody. Pod marką Tatra po wojnie produkowane były przede wszystkim samochody ciężarowe o dużej ładowności. Jednak historycznie pierwszym polem działania firmy, była produkcja luksusowych samochodów osobowych, wyróżniających się silnikiem umieszczonym z tyłu. Formalnie muzeum to jest jedną z wystaw Muzeum Regionalnego (obok Willi Szustali, Muzeum Wójtostwa oraz Muzeum Emila i Dany Zatopków). Jednak ogromne bogactwo i atrakcyjność ekspozycji sprawiają, że wystawa ta jest dominującym elementem muzeum, które właśnie z nią najczęściej jest utożsamiane. Samo Muzeum Regionalne powstało w roku 1997 w miejscu wcześniejszego Muzeum Techniki Tatra. Mieliśmy okazję zobaczyć m.in. pojazdy wojskowe, samochody osobowe, samochody specjalne, samochody sportowe i wyścigowe, pojazdy współczesne, ciężarówki, silniki, sprzęt naprawczy. Ogólnie muzeum zrobiło bardzo duże wrażenie, w miarę ciekawie zorganizowane, czyste i przyjemne. Niestety za robienie zdjęć należało płacić oddzielnie (ale to chyba powoli staje się europejskim standardem). Później naszym „wypasionym ” autobusem przejechaliśmy do miejscowości Štramberk. Miłe stare miasteczko – trochę jak te niezliczone miasteczka na Słowacji, które miałam okazję zwiedzać. Miasto zachowało historyczny układ. Na ulicach prowadzących do rynku zachowały się drewniane domy. Nad miastem i mocno pochylonym rynkiem góruje zalesione wzgórze z reszkami zamku Štramberk oraz zachowaną wieżą o nazwie Trúba. Mieliśmy okazję skosztować lokalnego specjału o nazwie Štramberské uši. Produkt cukierniczy z piernika w kształcie rożka. Legenda mówi, że tradycja pieczenia uszu zrodziła w związku z najazdem tatarskim na okolice miasta (góra Kotouč) w 1241 roku. Mieszkańcy Štramberka ukryci na wzgórzu wypuścili wodę ze zbiornika, zatapiając obóz wroga. Podczas przeszukiwania obozu Tatarów mieszkańcy miasta mieli znaleźć worek pełny wypełniony odciętymi uszami niewiernych, które miały być wysłane na dowód zwycięstwa tatarskiemu Chanowi. Nie wiem na ile to przesłanie jest prawdziwe, jednak uszy dobre (trochę jak nasze ciastka korzenne, tylko że zwinięte i kupione w budce). Wspięliśmy się na wspomnianą powyżej wieżę, popodziwialiśmy widoki, daliśmy się wywietrzyć. Później zeszliśmy na ryneczek, gdzie znajduje się mini browar na piwo (o dziwo mieli też laną kofolę). Później pojechaliśmy z powrotem do Ostravy. Koszt wycieczki 100 kč, wrażenia bezcenne.

Post dodano 21-4-2010 o godzinie 0:4:29
Wtorek

Dziś się obudziłam prawie-skoro-świt. Zajęcia zaczynałam o godzinie 10:45. Całe szczęście jechał autobus o godzinie 10:05 (nie spóźnił się i nie stał w korku). Zajęcia odbyły się na temat polityki spójności w Unii Europejskiej. Poruszonych było kilka (nawet wiele) spraw, o których nie miałam zielonego pojęcia. Zajęcia trwały jak zwykle prawie dwie godziny. Po zajęciach pojechałam do banku. Ostatnio prosiłam o przesłanie mi danych do logowania internetowego, aby mieć pogląd na historię rachunku. Było to jakiś miesiąc temu, a do dziś nie otrzymałam stosownych informacji. W banku okazało się, że ktoś w systemie nie dość że wpisał w obu polach adres z polski to jeszcze w wersji bez ulicy i z samymi dziewiątkami (innymi słowy kompletne bzdury). Pani z banku powiedziała: „Jsem opravdu líto ” i poprawiła niezbędne dane. Podobno do dwóch tygodni mam otrzymać na czeski adres wszystkie niezbędne informacje. Będąc w tesco kupiłam przy okazji szpinak głęboko mrożony. Z tesco tramwajem pojechałam na Svinov-nádraží i zapytałam o bilet powrotny do Žiliny. Kosztuje on 271 kč (co nie wydaje mi się zabójczą ceną), więc pewnie się tam wkrótce wybiorę. Do akademika wróciłam z nadzieją, że zapłacę za zamieszkanie (+ 50 kč za zrobienie prania). Niestety moje nadzieje okazały się płonne – znów nieczyne. Tym razem jest to moja wina, bo byłam poza godzinami urzędowania. Spróbuję jutro znów. Potem siedziałam w pokoju. Dostałam niedawno zagadnienia do egzaminu do NBP. Obliczyłam, że jak każdego dnia opracuję trzy (co nie jest znów tak dużo) to dam radę z wszystkimi osiemdziesięcioma ośmioma i jeszcze mi zostanie czas na powtórki. Zatem zaczęłam. O 17:30 mieliśmy spotkanie FILLUP. W sumie było miło, pomimo niskiej frekwencji. Dziś rozmawialiśmy o grupach etnicznych w europie. Po spotkaniu razem z Milą i chłopakami z Polski (Paweł & Paweł) poszliśmy na spacer do pobliskiego parku. Później siedzieliśmy na dole i plotkowaliśmy. Pierwszy raz od tygodnia użyłam języka polskiego w mowie. A teraz jest środek nocy i chyba czas iść spać.

Post dodano 20-4-2010 o godzinie 0:7:31
Poniedziałek

Gdy się obudziłam Sue już nie było. Pomyślałam sobie, że skoro czasem ma lekcje o 7:15 to może dziś też. Jako że okazało się, że i to miasto zamyka lodowiska na lato (i zamienia je w boisko do grania w badmintona) postanowiłam sprawdzić dziś basen. Okazało się, że jest czynny. Zanim jednak poszłam pływać próbowałam zapłacić za akademik. Niestety nieskutecznie. Pomimo trwania godzin urzędowania pani w kasie nie było – może miała przerwę na papierosa albo coś. Poszłam zatem pływać. Nie wiem dlaczego, ale nie przyznałam się pani w okienku, że jestem studentem i przepłaciłam jakieś 5 kč na bilecie (czyli około 70 groszy). Basen działa na elektromagnesy. Szatnia wygląda nieco staroświecko, szafki drewniane i taki oldschool można by rzec. Trochę się zastanowiłam czy bezpiecznie jest zostawiać wszystkie rzeczy w tym miejscu (zwłaszcza, że w portfelu dalej miałam pieniądze na akademik) ale postanowiłam zaryzykować. Kiedy przymknęłam szafkę w poszukiwaniu jakiegoś zamka, skuwki czy czegoś ona się po prostu zamknęła – też była na magnez. Przypomniałam sobie, że przecież w środku mam okulary do pływania i czepek (który jak się potem okazało nie był wymagany). Po chwili kombinowania z otwarciem szafki postanowiłam iść bez (nie zważając na bezpieczeństwo soczewek kontaktowych). Przemieszczając się w poszukiwaniu pryszniców i niecki basenu zauważyłam dziwne coś przylepione do ściany z dużym kółkiem narysowanym na środku oraz przyciskiem z napisem „open „. Dusza odkrywcy nie pozwoliła mi przejść koło tego obojętnie. Zatem przyłożyłam mój magnetyczny zegarek i przycisnęłam przycisk. Poszłam sprawdzić, a tu proszę – szafka otworzyła się sama. Ponieważ było w miarę wcześnie na basenie było niewiele ludzi a woda o temperaturze sprzyjającej pływaniu. Na początku zastanawiałam się, co to za sens mieć basen 50 m i pływać w poprzek, ale z drugiej strony więcej ludzi się mieści. Przed wyjściem jednak skusiłam się przepłynąć całość w poprzek (czyli wzdłuż). Szczegółowe dane basenu: 50 x 21 m, 2 500 m3, głębokości: 1,20 – 1,60 m / 1,80 – 3,70 m. Ponadto przy basenie znajduje się mały basen dla dzieci (6 x 12 m i głębokości 0,64 m), wieża do skoków (1m, 3m, i 5m) oraz rura do zjeżdżania (108 m), z której dzisiaj nie korzystałam. Ogólnie wstęp obejmuje trzy godziny od wydania magnetycznego zegarka, który jednak nie pokazuje godziny (kaucja: 50 kč) do momentu opuszczenia szatni. Ja dziś byłam tam nieco ponad dwie godziny, ale uważam, że moje zapłacone 35 kč odpływałam. Wróciłam do akademika, a potem poszłam na ulicę o pięknej nazwie Hlavní Třída. Wpłaciłam pieniądze do banku, wstąpiłam do Rossmann i nieco pospacerowałam. W drodze powrotnej kupiłam sobie kurtkę wiosenną. Teraz się zastanawiam, czy nie popełniłam błędu kupując białą, ale nie była strasznie droga więc zobaczymy. Ponieważ Sue dalej nie było zadzwoniłam do Mili, aby dowiedzieć się co ona o tym sądzi. Okazało się, że Sue pojechała do Bratysławy nic mi o tym nie mówiąc. I nie wiadomo kiedy wróci. A ja bym też chętnie pojechała. Ale co tam. Później obejrzałam czeskiego doktora Hause ‚a, wiadomości, Láska z nebies. Potem przeczytałam zadany rozdział na jutro a teraz idę spać.

Post dodano 18-4-2010 o godzinie 22:11:0
Niedziela – „leniwy dzień ”

Poranek i przedpołudnie spędziłam w pokoju oglądając telewizję, biorąc prysznic i ogólnie powiedziawszy „budząc się „. Po południu korzystając z pięknej pogody pojechałam sobie do centrum, posiedziałam na rynku. Później poszłam na Mszę. Po drodze zakupiłam sobie lody włoskie u prawdziwego Włocha. Pieniądze liczył „venticinque „, więc nie mógł być podrabiany. Na Mszy byłam w nowym kościele, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Kościół w kierunku głównego dworca kolejowego w Ostrawie. Wracając do domu spotkałam Youri i Min i pomogłam im nieść siatki z zakupami od tramwaju do akademika.
Dziś ogólnie była taka niedziela sprzyjająca wypoczynkowi.


 

Post nr 6, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 18-4-2010 o godzinie 11:17:3
Sobota

Obudziłam się nieco przed południem. Później byłam umówiona z Sebastianem na odrabianie zadania domowego z Decision Making. Okazało się, że moje wyniki były spójne z jego wynikami, więc można przypuszczać, że są dobre. Rozwiązaliśmy również te zadania, których nie miałam ani ja, ani on. Później siedziałam w pokoju i oglądałam relację z Polski z ceremonii pogrzebowych. Dziwnie to brzmiało jak tłumaczyli polski na czeski. Późnym popołudniem poszłam z Milą i Sue zobaczyć jak się tańczy salsę. Nawet nie jest to trudne, ale muszę popracować nad tym, która noga jest lewa a która prawa. Ciągle mi się jeszcze myli. Później wróciłam do pokoju, ale nie czułam się dobrze więc postanowiłam się położyć do łóżka. I zasnęłam.

Post dodano 17-4-2010 o godzinie 12:16:40
Piątek

Wstałam rano skoro świt. Autobusem 8:20 pojechałam na wydział. Po jakichś 15 minutach oczekiwania przyszła Renata – czyli moja pani od stypendium. Oprócz tego, że dała mi dokumenty na podstawie których mogę odebrać stypendium to chwilę porozmawiałyśmy. Powiedziała mi między innymi, że na stypendium z programu CEEPUS można wyjechać więcej niż tylko raz w życiu (jak jest w przypadku Erasmusa). Podobno tutaj na VSB TU nie ma tylu chętnych studentów na wyjazd ile mają miejsc. Więc praktycznie każdy z nich kto zaaplikuje może wyjechać. Fajnie się mają. W drodze powrotnej do domu wstąpiłam do centrum handlowego Futurum. W tesco zakupiłam mleko, jogurt i takie tam. Do akademika wróciłam trolejbusem i tramwajem. Wysiadłam przed rektoratem i poszłam odebrać moje pieniądze. Ale trafiłam na przerwę obiadową i znów musiałam czekać. Potem wróciłam do pokoju, siedziałam przed komputrem i oczekiwałam lepszego jutra. Wieczorem zadzwoniła Andra i zaprosiła nas na grilla – warunkiem uczestnictwa były własne produkty do smażenia. Nawet mi to odpowiadało, bo każdy mógł jeść co chciał, nawet chleb. Okazało się jednak, że większość z nas nie przechowuje w zamrażalniku produktów, które nadawałyby się „na ruszt ” dlatego wyruszyłyśmy na wyprawę do Lidl. Poszłyśmy piechotą, wróciłyśmy tramwajem. Podczas grillowania było bardzo wesoło i można rzecz, że przyjemnie. Wróciłyśmy do pokoju w miarę późno i chyba dlatego nie napisałam tego wpisu wczoraj tylko dziś.

Post dodano 16-4-2010 o godzinie 0:13:8
Czwartek

W sumie to nie ma tu dziś nic znaczącego do napisania. Wyszłam jednak wczoraj wieczorem na miasto w celu integracji. Zwiedziłam ulicę Stodolní – najlepiej znaną ulicę Ostravy w całej Europie. Zwiedzałam ją w nocy co wydobyło jej urok (śmieci leżące na chodnikach nie były aż tak widoczne). Wróciłam w porze, którą można nazwać „przyzwoitą „. Wstałam dziś jak się wyspałam co okazało się w okolicach południa. Później siedziałam przed komputerem, trochę robiłam zadanie z Decision Making a trochę udawałam, że je robię. Późnym popołudniem postanowiłyśmy z Sue i Milą iść na spacer, trochę się przewietrzyć. Pogoda nie była sprzyjająca, ale chwila w mżawce jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Po powrocie ze spaceru chciał nas odwiedzić Wadson, ale Sue się nie zgodziła. Chodzi o to że robiła pranie i teraz jej majtki wiszą wszędzie w naszym pokoju. I tak upłynął dzień. A jutro (chociaż jak patrzę na zegar to nawet dziś) idę rano odebrać dokumenty związane ze stypendium. Liczę też, że uda mi się zapłacić za akademik.

Post dodano 14-4-2010 o godzinie 23:46:57
Środa – „busy day ”

Ze względu na dużą ilość pytań, którą otrzymałam (to znaczy dwa) odpowiadam: tak, naprawdę pisałam wczoraj w środku nocy. Niestety.

Dziś obudziłam się o czasie. Zajęcia rozpoczynały się o godzinie 10:00 na wydziale w centrum, na który trzeba jeszcze dojechać. Niestety o tej porze autobus nie jeździ, więc pozostaje tramwaj. Pierwsze zajęcia miałam z International Monetary Relations. Odbywały się w kanciapie naszego przystojnego nauczyciela. Stolik był, ale tylko czteroosobowy. I nawet świetnie się złożyło, bo studentów (a raczej studentek) było tylko trzech. Zajęcia fajne, tylko temat nieco „oklepany ” – kontrakty forward, futures, swapy walutowe i takie tam. Po zajęciach mieliśmy mniej więcej pół godziny do następnych zajęć – Marketing Communication. Niestety prezentacja, którą do nocy wczoraj robiłam nie doszła do pani nauczycielki ze względu na problemy z pocztą email. Zanim zdążyłam się załamać, przypomniało mi się że zgrałam prezentację na USB. Trochę przedstawiłam ją chaotycznie, ale nie było (mam nadzieję) źle a na pewno żywiołowo – nikt nie spał. Pani słuchała i się czasem uśmiechała. Później mieliśmy półtorej godziny przerwy. Planowałam, że pójdę w tym czasie do Kaufland, aby zakupić karton mleka. Niestety intensywne opady deszczu zniechęciły mnie do tego działania. Zostałam zatem w budynku E, czytałam gazety i się nudziłam. Ostatnie zajęcia były z Economic of European Integration. Zaczęliśmy od prezentacji Mili na temat postępów Bułgarii w dążeniu do przyjęcia euro, więc mogłam się trochę rozbudzić. Później krótko pomówiliśmy o polityce transportowej w EU i poszliśmy do domu. Trochę byłam rozczarowana, bo myślałam że Boris (nasz nauczyciel) zapyta mnie o wydarzenia ostatniego tygodnia w Polsce i nawet sobie przygotowałam stosowną wypowiedź (niekoniecznie spójną z opinią prywatną, ale za to „poprawną politycznie i obyczajowo „). A on nic, nie zapytał… Skandal. Po zajęciach, bo przestało padać poszłam do Kaufland. Niestety nie było promocji na mleko, więc kupiłam tylko jeden kartonik. Do tego kupiłam też płatki śniadaniowe i jogurt. Całkiem udane zakupy. Po powrocie do akademika zasiadłam przed komputerem. Zaczęłam robić zadanie domowe na Decision Making (żeby uniknąć sytuacji z wczoraj-dziś w nocy, czyli zadanie na ostatnią chwilę). I tak siedzę do teraz. Przez chwilę był nas odwiedzić nasz czarny kolega Wadson (ten, którego odbierałam wczoraj z lotniska) co sprowokowało przerwę na plotki. A później moja współlokatorka schodząc z krzesła (na którym stała żeby być mniej głodna) wyrwała ze ściany regał i teraz walczy z bałaganem, który powstał po zderzeniu butelek (pełnych i pustych) z podłogą. Jakaś ekipa się wybiera dziś to Vrtule na pijaństwo więc może się wybiorę z nimi żeby się nieco pointegrować 😉

Post dodano 14-4-2010 o godzinie 2:52:21
Wtorek

Wstałam wcześnie rano żeby z wszystkim zdążyć. Zaczęłam od prysznica i odkurzania podłogi. Bo żeby poodkurzać podłogę należy założyć szkła kontaktowe (żeby widzieć czy się dokładnie odkurza), a ponieważ kąpiel w szkłach nie jest dobrym pomysłem (bo może wypłynąć wraz z wodą) musiałam to wykonać w tej właśnie kolejności. Później ubrałam się szybko i pojechałam do Urzędu Skarbowego. Pani mi dała PIT37, którego na miejscu wypełniłam i oddałam. Teraz tylko jakieś trzy miesiące i będę bogatsza o zwrot podatku. Później miałam jeszcze chwilę, więc wróciłam do domu i wypiłam kawę. Po kawie szybciutko się pozbierałam i pojechałam na lotnisko odebrać Wadsona. Udało mi się nawet nie zgubić po drodze. Ponieważ byłam jakieś 8 minut przed lądowaniem postanowiłam zwiedzić lotnisko. Wdrapałam się między innymi na taras widokowy (za 1 zł). I widziałam dwa lądujące samoloty (w tym jeden z którego wysiadł Wadson). Jadąc Z lotniska też udało mi się nie zgubić. Bezpośrednio stamtąd pojechaliśmy na AE (najlepsza uczelnia w PL). Akurat mi się udało bo do pana doktora nie było długiej kolejki, ale musiał sobie za mną „nieco ” porozmawiać. Nawet opowiedział mi o wypadku prezydenckiego samolotu. W efekcie poprawił mi dwóję na czwórkę i powiedział, że mogę napisać pracę na zakończenie tego semestru. Później poszliśmy do 7eleven zjeść coś. Ja sobie wybrałam makaron zapiekany z serem, kurczakiem, brokułami i sosem śmietanowym. Do tego zamówiłam sobie herbatę. Było to dobre, ale zdecydowanie za dużo. Przez okno widziałam Magdę P wychodzącą z rektoratu (czyli z pracy) i też miałam okazję chwilę z nią poplotkować. Później pojechaliśmy do domu, spakowałam rzeczy i do Ostrawy. Całą drogę padało, więc nie dość że warunki paskudne to jeszcze mam znów umazane auto. Zaparkowałam pod budynkiem E ale do siebie szłam wnętrzem, żeby zmoknąć jak najmniej. Później odbyłam jeszcze dwie rozmowy wewnętrznym telefonem związane z niesamowicie ciężką sytuacją w Polsce i zabrałam się za tworzenie prezentacji. Prezentację właśnie przed chwilą skończyłam, dopijam herbatę, kończę pisać pamiętnik i idę spać, bo jutro trzeba rano wstać. A złotówka się umacnia =)

Post 01 – 05 (stare)

 

Post nr 5, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 12-4-2010 o godzinie 23:25:36
Poniedziałek – „dzień czystych okien ”

Obudziłam się o odpowiedniej godzinie (czyli jak się wyspałam). Zaraz potem jak się ubrałam zabrałam się za mycie okien. Zaczęłam od okna w kuchni (wszystkich dostępnych powierzchni) wspomagając się przy tym trzema szmatkami, dwoma szprajami (jeden do mycia okien, drugi do mycia ram), papierem t., gąbeczką i wiadrem z wodą. Samo mycie okien nie jest tak uciążliwe jak mycie ram. Później zabrałam się za mycie w pokoju. Po drodze prałam firany i zasłony. Gdy już działania zakończyły się sukcesem (czyli wszystkie ramy i szyby były umyte, wisiały firany i zasłony w kuchni) poszłam do Carrefour kupić kawę. Zasłony z pokoju wisiały w łazience w celu osuszenia się (przynajmniej do stanu „niekapania na podłogę ” aby można było je powiesić bez basenu w dywanie). W Carrefour spotkałam się z Weroniką. Później poszłyśmy do mnie, przekazałam jej pozostałych 26 czekolad i dłuugo poplotkowałyśmy. Gdy zbliżył się czas odprowadziłam ją na AKS na autobus. To był bardzo miły wieczór.

Niedziela

Wczesnym rankiem udałam się do kościoła na mszę o 12:00 (później okazało się że jest ona o 12:15). Prosto z kościoła poszłam odwiedzić Dużą Basię, Sławka oraz Monikę i Ewę. Przyszedł również Rafał. Trochę pobawiliśmy się w chowanego, oglądałyśmy z dziewczynkami baranka Shauna i takie tam. Ponadto poopowiadaliśmy sobie co u nas słychać. Po obiedzie, podwieczorku i kolacji Sławek przywiózł mnie do domu.

Post dodano 10-4-2010 o godzinie 22:36:17
Sobota

Zerwałam się skoro świt już około siódmej i pojechałam na uczelnię. Zaczęło się o 8:15 (tym razem bez opóźnienia). Szczerze mówiąc liczyłam, że zajęcia będą z doktorem Jackiem, ale przyszła jakaś pani. Pomimo, że temat miała ciekawy to chyba coś niezbyt szło jej przekazywanie nam tych informacji. Było nudno (prawie jak na Economics of European Integration). Pod koniec zajęć ktoś z tyłu sali powiedział, że rozbił się samolot z naszym prezydentem i innymi osobami na pokładzie. Po chwili druga osoba potwierdziła tę wiadomość. A potem kolejne i kolejne. W pierwszym momencie myśleliśmy że to żarcik, dla rozbudzenia. Gdy dowiedzieliśmy się, że prezes Skrzypek też był w tym samolocie zaczęliśmy się zastanawiać, kto nam pytania na test ułoży. Jednak po chwili (i potwierdzeniu tej informacji przez kolejne smsy) uświadomiliśmy sobie, że to chyba nie jest żart. Po około 15 minutach przyszła pani z dziekanatu wydziału Ekonomii i powiedziała, że zajęcia zostają odwołane do końca dnia (a było około 11). Troszkę się rozczarowałam. Rozumiem że rozbicie się tego samolotu to tragedia (zwłaszcza dla rodzin pasażerów), ale czy to jest powód żeby odwoływać zajęcia na które jechałam 102 km w jedną stronę? Zupełnie nie widzę powiązania. Cóż pani jednak bardzo nalegała, żebyśmy opuścili salę, więc poszliśmy wraz z Olą, Roksaną, Marzeną i Tomkiem (który na prawdę ma na imię Ryszard) do Arkad. Wypiliśmy herbatę (a niektórzy piwo), poplotkowaliśmy i poszliśmy do domu. Jadąc do Chorzowa postanowiłam wstąpić do tesco, bo potrzebowałam kupić szampon i żel do mycia twarzy. Z tesco zadzwoniłam do Magdy, bo liczyłam że może będzie w okolicy i uda jej się odebrać zamówione czekolady. I faktycznie udało się. Wypiłyśmy koktajl w Silesia i też chwilę poplotkowałyśmy. Później odwiozłam Magdę do domu i pojechałam do Sylwii oddać talerz. Posiedzieliśmy chwilę, wypiliśmy herbatę, trochę poplotkowaliśmy i pojechałam do domu. Później siedziałam sobie w pokoju i słuchałam radiowych doniesień z miejsca tragedii.

Post dodano 9-4-2010 o godzinie 23:48:41
Piątek

Rano obudziłam się o dość przyzwoitej porze, żeby zdążyć na 11:00 na spotkanie w International Office naszej uczelni. Dylemat jaki się zrodził to czy jechać autobusem czy tramwajem. Autobus był o 10:05 więc w centrum byłabym o 10:29. Aby jechać tramwajem (i zdążyć) należy mniej więcej o tej samej porze wyjść z pokoju, ale dalej iść. Wybrałam opcję jazdy tramwajem i się nie spóźniłam. Na miejscu okazało się, że jakaś studentka pisze pracę o studentach zagranicznych i chciała abyśmy wypełnili dla niej ankietę. Może dlatego przyszły tylko trzy osoby. W drodze powrotnej wstąpiłam do Kaufland, ponieważ była AKCIA na czekoladę studentską. Weronika znów sobie kilka zamówiła, więc jej kupiłam. Potem się spakowałam i przyjechałam do Chorzowa. Załączyłam komputer, ale niestety w Chorzowie czeska i słowacka telewizja nie odbiera. Jednakże resztę dnia spędziłam w kuchni i przed komputrem (porobiłam wszystkie niezbędne przelewy). A jutro z rana pędzę na AE (najlepsza uczelnia w tym kraju).

Post dodano 8-4-2010 o godzinie 22:54:18
Czwartek – „sorry o Benfica ”

Jak zwykle w czwartek wstałam bardzo rano, żeby zdążyć na 8:20. Miałam nadzieję, że się nie spóźnię na zajęcia. Niestety dziś tubylczy drogowcy postanowili łatać dziury. Nawet straż miejska postanowiła włączyć się akcje łatania tej jednej dziury która ośmieliła się pojawić na czeskiej drodze. Generalnie droga na wydział zajmuje 24 minuty, a dziś ponad 40 minut. Cóż… trzeba było wybrać tramwaj (26 minut plus dojście do przystanku). Pomimo, że na zajęcia przyszłam spóźniona to jednak byłam pierwsza. Postanowiliśmy poczekać na chłopaków z Francji, jednak oni nie przyszli. Więc zostałam sama. Pani profesor nie chciała jednak mówić po czesku – albo się bała że nie zrozumiem, albo nie umie=) Po zajęciach poszłam do biura Mari zapytać się o wczorajsze zajęcia. Okazało się, że jednak zajęcia się odbyły (pomimo obecności dwóch osób). Maria wyglądała na niezadowoloną z niskiej frekwencji, ale tak to jest jak się ustawia zajęcia w czasie gdy studenci mają inny przedmiot (na którym w dodatku sprawdzają obecność). Do akademika wróciłam autobusem (w drugą stronę nie było korków). Ponieważ jeszcze było wcześnie postanowiłam „coś ” zrobić zamiast siedzieć w pokoju. Otworzyłam mapę google i poszukałam miejscowości do której mogłabym na pół dnia pojechać. Czyli musiała być w miarę blisko i mieć sympatyczną nazwę. Znalazłam miejscowość Baška. Uznałam, że nazwa jest wystarczającym motywem, żeby tę miejscowość zwiedzić. Sprawdziłam pociągi i okazało się że jest to tylko 43 minuty drogi stąd. Perfekt! Pociąg jechał z dworca głównego i bilet w obie strony kosztował 70 kč. Ogólnie albo Baška to wioska z samymi zakładami przemysłowymi albo poszłam w drugą stronę niż centrum. Ale ogólnie byłam na wycieczce i sobie spacerowałam. W poszukiwaniu centrum Baški doszłam do miejscowości o nazwie Staré Město, które jednak nie okazało się takie stare. A ze Starego Miasta było już rzut beretem do Frýdek Místek. Frýdek Místek jest piękny, a burmistrzem jest kobieta (Eva Richtrová). Miasto powstało 1 stycznia 1943 roku z połączenia Frydka, Mistka i innych okolicznych wsi. Niestety dziś zdążyłam zwiedzić tylko Frydek. W centrum znajduje się Frýdecké náměstí i zamek (którego to zamku też nie zwiedziłam od środka). Wróciłam do pokoju jeszcze przed zmierzchem, zabrałam się za projekt na Decision Making, ładowanie baterii do aparatu i oglądanie telewizji. Odkryłam ostatnio kanał CNN news (po angielsku) – świat rozrywki znowu mi się powiększył.

zdjęcia: http://www.facebook.com/album.php?aid=2055398&id=1012248636&l=f20dee9c19

 


 

Post nr 4, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 8-4-2010 o godzinie 1:10:17
Środa

Dziś środa rozpoczęła się nietypowo, bo już o 14 miałam zajęcia. Obyły się pierwsze w sezonie zajęcia z International Monetary Relations. Żeby było śmieszniej w tym samym czasie i miejscu odbywały się trzy przedmioty z tym samym nauczycielem. Okazało się bowiem, że podstawy się pokrywają więc przez jakiś czas zajęcia będą wspólne. Ale za to nasz nauczyciel jest tak piękny, że można siedzieć i przyglądać się mu. A ponadto potrafi bardzo przekonująco opowiada o kursach walutowych, kwotowaniach pośrednich i bezpośrednich… Później prawie że spóźnieni pobiegliśmy na Principles of Marketing. Było nudno, pomimo, że pozwoliliśmy sobie na żarty. Dla przykładu podam, że nauczycielka kazała nam wymienić substytut telefonu komórkowego Nokia. Padały odpowiedzi typu internet (słusznie) ale ktoś pozwolił sobie na żarcik typu urząd pocztowy, a potem jeszcze dalej na gołębia pocztowego. Niestety te żarciki nie podniosły atrakcyjności zajęć. Po zajęciach poszłam na rynek. Pretekstem był zakup jogurtu truskawkowego, ale potrzebowałam trochę pospacerować i odetchnąć powietrzem innym niż te, które mamy w pokoju. Gdy już wróciłam okazało się, że mamy zaproszenie od Andry i Sebastiana na wieczór z rumuńskim jedzeniem. Okazało się że jedzą tam głównie gołąbki (w wersji pomidorowej i bez pomidorów), mamałygę (z mąki kukurydzianej) oraz kotlety mielone (ale bez cebuli w środku). Prawdopodobnie Rumunia nie jest tak daleko od Polski jak mi się zawsze wydawało. Ogólnie wieczór był miły bo spotkaliśmy się po świętach z dziewczynami z Bługarii, z Martą (z Portugali), Sylwestrem (który mieszka z Sebastianem) oraz innymi ciekawymi ludźmi.

Post dodano 6-4-2010 o godzinie 23:47:32
Wtorek po świętach – oczywiście, że będzie dziś wpis

Wstałam niezbyt wcześnie, ale nic mnie nie goniło, więc mogłam się wyspać – jak zwykle we wtorki. Rano wzięłam prysznic, załączyłam telewizję i pooglądałam przygotowania do wizyty Baracka w Pradze. Na lunch zjadłam sałatę warzywną przywiezioną z Polski. Potem pobiegłam na wydział. Dziś zaczynałam zajęcia o 15. Miałam zajęcia z ekonomii integracji europejskiej. Mówiliśmy o polityce rolnej w UE, czyli innymi słowy nudy-na-pudy. Około 15 % polaków pracuje w rolnictwie oraz rybołówstwie, ale rolnictwo i rybołówstwo to jedynie 2,8 % polskiego PKB. Po zajęciach zamierzałam udać się na FILLUP ale okazało się, że Michał jest chory i spotkanie odwołano. Trudno. Wracając do akademika zauważyłam, że są trzy wolne miejsca na parkingu przed budynkiem A&B. Postanowiłam zatem przestawić mój samochód. Pobiegłam na czwarte piętro, zostawiłam torebkę i materiały do nauki, zabrałam kluczyk i dowód rejestracyjny i pobiegłam. Żeby nie biec na deszczu postanowiłam przejść przez korytarz między budynkami. Spotkałam po drodze jednego kolegę z Turcji, który niestety nie wiem jak ma na imię. Zatrzymaliśmy się na ploteczki, ale się spieszył więc nie rozmawialiśmy długo. Gdy już dojechałam samochodem przed budynek A&B okazało się, że miejsce, które sobie upatrzyłam jest zajęte. Całe szczęście zwolniło się inne, więc moja akcja zakończyła się sukcesem (połowicznym, ale jednak sukcesem). Wieczorem odwiedziła nas Yun, która miała pytania związane z Marketing Communication. Tak mija wieczór. A pogoda dziś nie sprzyjała spacerom.

Post dodano 1-4-2010 o godzinie 23:42:27
Czwartek „zielony czwartek ”

Dziś zajęcia miałam o 9:00. Zanim wyszłam na autobus (ten o 8:20) obejrzałam słowackie wiadomości (Správy). Widziałam jak w Bańskiej Bystrzycy kradną bankomat. W biały dzień weszli do hipermarketu z łańcuchem. Obwiązali go dookoła bankomatu, a z drugiej przyczepili do haku holowniczego i odjechali, a bankomat z nimi. Ciekawe ile pieniędzy było w środku. Zajęcia były nudne jak zwykle. Przyszli też Francuzi, więc nie było po czesku. Dostaliśmy pracę domową do zrobienia na przyszły tydzień – popatrzeć na przykład. Po zajęciach przeszłam na rynek, zrobiłam niezbędne zakupy i pojechałam do akademika. Zaczęłam się pakować. Po chwili ze swoich zajęć wróciła Sue i poszłyśmy razem na obiad. Dzisiaj był ryż z sosem i mięsem kurczaczym. Podczas obiadu towarzyszyli nam dwaj koledzy – Czesi z piętra. Niestety nie znamy ich imion. Później sprawdziłyśmy w Facebook i okazało się, że jeden z nich nosi czeską odmianę imienia Radosław – Radim. Drugi dalej pozostaje dla nas zagadką. Po w miarę szybkim obiedzie dokończyłyśmy pakowanie i pojechałyśmy do Polski. Wstąpiłyśmy szybko do Carrefour na zakupy, a potem na Wolności spotkałyśmy się z Magdą oraz Weroniką. Wypiłyśmy kawę, przekazałam Weronice zamówione czekolady i trzy godziny później rozeszłyśmy się do domów. A jutro wybieramy się do Kucob =)

Post dodano 1-4-2010 o godzinie 0:10:33
Środa

Poranek spędziłam na oglądaniu słowackiej wersji „pytanie na śniadanie ” czy też „kawa czy herbata „. Opowiadali o zwyczajach świątecznych w Europie. Powiedzieli na przykład, że w wielki czwartek powinno się jeść szpinak z makaronem =) Później pojechałam do tesco. Kupiłam czekolady, które zamówiła sobie Weronika oraz Lentilki, całe mnóstwo Lentilek. Po powrocie do pokoju powtórzyłam sobie jeszcze podstawowe wiadomości przed testem i już nastał czas zbierania się na zajęcia. Dziś znów miałam na Porubie, więc odbyło się bez półgodzinnej wycieczki tramwajem i dziesięciominutowego spaceru. Test okazał się mniej więcej tym, czego się spodziewałam. Dostaliśmy dwa grafy, do wyznaczenia shortes way oraz minnimal spanning tree, więc to czego się akurat nauczyłam. Dostałam też wiadomość od naszej nauczycielki, które pytania mam opracować na marketing communication. Co prawda spodobało mi się pytanie piąte i szóste, a dostałam tylko szóste. Niektórzy tak mają =) Wieczorem ustaliłyśmy z Sue, że pojedziemy do Polski już w czwartek po zajęciach i zostaniemy jedną noc w Chorzowie. Dobrze, że pościeli ostatnio nie przebrałam. Na czwartkowy wieczór umówiłyśmy się z Weroniką na przekazanie czekolad, więc nie będą leżeć. Sue postanowiła również wstąpić do Carrefour i jeszcze coś polskiego sobie kupić. Do domu przyjedziemy w piątek na obiad. Teraz siedzę w pokoju i oglądam „Zoznámte sa, Joe Black „. Oryginalny tytuł to „Meet Joe Black „, w Polsce film ten leciał chyba pod nazwą „Joe Black „. W każdym bądź razie film oglądam na słowackim kanale telewizyjnym STV1, ale dubbing jest czeski. A zaraz się skończy i pójdę spać.

Post dodano 31-3-2010 o godzinie 0:4:34
Wtorek

Nastawiłam sobie budzik na dziewiątą, żeby nie przespać całego dnia. Pierwszą aktywnością jaką podjęłam dziś (oczywiście oprócz wypicia kawy, prysznica i takich tam) była wymiana pościeli. Raz na trzy tygodnie przypada taki czas(výměna prádla), gdy studenci zdejmują poszewki i prześcieradła i udają się z nimi do budynku C, gdzie znajduje się punkt wymiany pościeli. Zawsze przypada to we wtorek i środę. I tak budynek A wymienia razem z budynkiem E, budynek C z D, a budynek B wymienia samodzielnie. Informacja o dniu wymiany pościeli jest uwidoczniona na każdym piętrze odpowiedniego budynku,jednak tylko w czeskiej wersji językowej. Podane są dni, ale niestety nie godziny. Udało mi się spotkać po drodze panią sprzątaczkę, która poszła na dół ze mną, bo moja pościel była w kratkę. Później wytłumaczyła mi, że to była pościel z jakichś tajnych zasobów. Jedno spostrzeżenie: „normalni ” studenci zdejmują pościel z poduszki, kołdry i zwijają ją w kulkę (jak dzieci na koloni). Ja swoją – głównie ze względów transportowych, ale również estetycznych – poskładałam w kostkę. Pani która przyjmowała brudy aż ją obejrzała, czy na pewno była używana. A kolor świeżej pościeli można było sobie samemu wybrać 😉 Wymiana pościeli zakończyła się sukcesem. Założyłam pościel i zabrałam się za kończenie zadania domowego z Principles of Marketing. Potem sobie wyprasowałam kilka ubrań i już był czas na zbieranie się na zajęcia. Dziś miałam w głównym budynku naszej uczelni, więc nie musiałam nigdzie daleko jeździć. Zajęcia nie były jakieś zwłaszcza interesujące. No, może poza momentem, gdy Boris tłumaczył nam dlaczego Czechosłowacja się podzieliła. I teraz wiem, że właściwszym pytaniem jest dlaczego w latach 1918 – 1938 i później po wojnie Czechy i Słowacja tworzyły jedno państwo. Po zajęciach pobiegłam do spożywczaka o uroczej nazwie Hruška i kupiłam mleko. Wieczorem mieliśmy jeszcze spotkanie w ramach FILLUP. Przyszły nowe osoby i nawet było wesoło. Rozmawialiśmy głównie o najpopularniejszych stronach internetowych w naszych krajach. W Polsce rządzi google.pl, nasza-klasa.pl, onet.pl, allegro.pl i youtube.com. Trochę szkoda, że tak rzadko korzystamy z obcojęzycznych stron. A teraz uczę się na Operation Research bo prawdopodobnie mam jutro test. Trzymajcie kciuki.


 

Post nr 3, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 29-3-2010 o godzinie 23:43:24
Poniedziałek „dzień bez tesco ”

Dzisiejszy dzień był nudny jak flaki z olejem. Spędziłam go cały „wewnątrz ” głównie ze względu na pogodę niezachęcającą do spacerów. Nawet obiad ugotowałam samodzielnie w kuchni na piętrze. Był kurczak z warzywami i ryżem. Zaczęłam też robić zadanie z Principles of Marketing. Niestety zadanie nie jest do końca dookreślone więc trudno jednoznacznie stwierdzić ile trzeba tego napisać. Ale co tam… Świat rozrywki znowu mi się powiększył – udało mi się uruchomić czeską i słowacką telewizję w moim komputrze. Wieczorem poszłyśmy z Sue do Mili i Lili na chwilę plotek. A zaraz czas spać.

Post dodano 28-3-2010 o godzinie 22:22:9
Niedziela

Budzik zabudził o dziewiątej (zgodnie z nowym czasem). Z łóżka udało mi się zerwać już za piętnaście dziesiąta, bo o dziesiątej byłyśmy umówione z M&O na kawę u mnie. Wypiłyśmy, troszeczkę oplotkowałyśmy wczorajszy dzień, wycieczkę i noc w akademiku. Później szybko pobiegłam pod prysznic i już koło dwunastej udało nam się opuścić mój pokój. Okazało się jednak, że zapomniałam klucza oraz legitymacji studenckiej, więc musiałyśmy się wrócić. Przypomniało mi się, że mogę zadzwonić do naszego pokoju i poprosić Sue żeby zrzuciła mi klucz i legitymację przez okno. Nieco było śmiechu, na temat „które to nasze okno „, ale misja zakończyła się sukcesem. Dziś postanowiłyśmy zwiedzić Ostravę – Centrum. Właściwie to można by powiedzieć, że zwiedziłyśmy Europę w godzinkę – była wieża Eiffela, Krzywa Wieża w Pizie, grecki Akropol, holenderskie wiatraki, Stary Ratusz z Pragi, Big Ben, Brama Brandenburska z Niemiec, Dworzec Kolejowy z Ostravy Centrum. Z rodzimych ciekawostek Zamek Królewski z Warszawy, Żuraw Gdański oraz… Biblioteka Śląska z Katowic. Niestety (abo -stety) wszysko w miniaturze. Jeśli chodzi o cenę 70 kč to moim prywatnym zdaniem jest „nieco ” zawyżona. Całe szczęście, że jestem studentką i mogłam zapłacić tylko 40 kč (+20 kč za prawo do robienia zdjęć). Potraktujmy biletu wstępu jako datek na rozwój tego miejsca, gdyż jest bardzo sympatyczne. Po opuszczeniu parku miniatur przeszłyśmy na główny rynek Ostravy. Zaczęło padać, więc schroniłyśmy się w McDonald ‚s. Gdy czas był już „najwyższy ” pokazałam jeszcze M&O najsłynniejszą ulicę w Ostravie – Stodolní i wróciłyśmy do akademika (a właściwie do bagażnika Mazdy) po rzeczy. Wraz z Sue (tym razem nie zgubioną) odprowadziłyśmy dziewczyny na dworzec, wsadziłyśmy do pociągu i godnie odmachałyśmy. Korzystając z okazji że jesteśmy na dworcu Sue postanowiła zapytać o cenę biletu do Bratysławy. Podeszła do kasy biletowej na której jest wyraźnie zaznaczone że jest „międzynarodowa ” i zapytała grzecznie (jak na prawdziwą Azjatkę przystało) o cenę. Pani w okienku coś tam wydrukowała, coś dopisała ale niezbyt umiała odpowiedzieć. Sue poprosiła mnie żebym zapytała o dodatkową zniżkę dla posiadaczy karty InKart. Widząc nieporadność tej pani w dziedzinie angielskiego zapytałam po słowacku. Na co ta pani zaczęła na mnie krzyczeć, że skoro potrafię mówić w tym języku to dlaczego nie rozmawiam z nią od początku. Więc ja odpowiedziałam że przecież to kasa międzynarodowa, a ona na mnie z jeszcze większym hałasem, że to, że pracuje w kasie międzynarodowej nie znaczy że musi umieć po angielsku. Tak czy inaczej udało mi się uzyskać niezbędne informacje, więc wyruszyłyśmy w stronę przystanku autobusowego. Po drodze spotkałyśmy chłopaków z Turcji, którzy szli właśnie do tej pani kupić bilet do Brna. Tak, tak, poszłyśmy z nimi =) Złapałyśmy autobus 37 do akademika, ale ja po drodze wysiadłam i poszłam do mojego ulubionego kościoła na mszę. Nie święcili palm, nie mają przysłoniętych krzyży, ale za to czytali opis męki na głosy. Potem wróciłam do akademika.

Zdjęcia można obejrzeć na http://www.facebook.com/album.php?aid=2054298&id=1012248636&l=8a7b5fe00d

Post dodano 27-3-2010 o godzinie 23:30:13
Sobota – M&O w Ostravie

Po porannej niezbyt wczesnej, ale jednak pobudce szybki spacer na tramwaj i prędziutko do Olomouc. Był taki pomysł na wycieczkę, żeby nie spędzać całego dnia w mieście. Na wycieczkę udały się Ola i Magda, Basia i Sue oraz Grace i jeszcze jedna dziewczyna z Tajwanu (niestety jej imię chyba jeszcze przez jakiś czas pozostanie dla świata zagadką). Bardzo miły pomysł czeskich kolei: przejazd grupowy zaczyna się już od dwóch osób. W takiej sytuacji każdy z podróżujących uzyskuje 25 % zniżki. Jeśli dołączy trzecia i kolejne osoby to mają zniżkę w wysokości 50 %. W ten sposób zamiast zapłacić 198 kč za osobę, zapłaciłyśmy 140 kč – jadąc pociągiem InterCity. Podróż trwała nieco ponad godzinę. Udało nam się załapać na zupełnie pusty sześcioosobowy przedział, co umożliwiło nam dość sprawną komunikację. Podróż minęła dość sprawnie. Po wyjściu z pociągu okazało się, że wcale nie mamy pomysłu na zwiedzanie miasta poza jednym – raczej nie chcemy zwiedzać Muzeum Sztuki. Po zaciągnięciu informacji na dworcu kolejowym przeszłyśmy na ryneczek. Po drodze dużo malutkich domków, wąskich uliczek (brukowanych) i nowoczesnych tramwajów. Na głównym rynku znalazła się informacja turystyczna, w której pan (o dziwo) potrafił mówić po angielsku. Później znalazłyśmy miejsce z gorącą, białą, pitną czekoladą (bo pogoda była zimna). A potem znów chodziłyśmy podziwiając zakątki miasteczka. Olomouc to takie miasto (można by rzec: miasteczko) we wschodniej części Republiki Czeskiej, na Obniżeniu Górnomorawskim, u ujścia Młyńskiego Potoku i Bystrzycy do Morawy. Jest stolicą kraju ołomunieckiego, powiatu Ołomuniec, a także archidiecezji kościoła rzymskokatolickiego i Czechosłowackiego Kościoła Husyckiego oraz eparchii cerkwi prawosławnej. Stanowi historyczną stolicę Moraw. W 1573 r. powstał tu uniwersytet (drugi w Czechach pod względem starszeństwa). Kres „złotego wieku ” przyniosła wojna trzydziestoletnia – w 1642 r. wojska szwedzkie zajęły i zniszczyły zamienione w twierdzę miasto, które wkrótce utraciło tytuł morawskiej stolicy na rzecz Brna. W XIX wieku dzięki industrializacji i szlakom komunikacyjnym (przede wszystkim linii kolejowej z Pragi na Śląsk) Ołomuniec znowu stał się wielkim ośrodkiem miejskim, nigdy jednak już nie zdołał konkurować z Brnem. Olomuc jest po Pradze drugim najważniejszym i największym miejskim zabytkowym zespołem urbanistycznym. Co zwiedziłyśmy (lub widziałyśmy):
* wysoka na 35 metrów kolumna Trójcy Przenajświętszej z pozłacanymi posągami, zapisana na liście światowego dziedzictwa UNESCO w 2000 r.;
* ratusz z XIII wieku, rozbudowany w XV wieku (w którym obecnie można znaleźć Informację Turystyczną) z socrealistycznym wariantem zegara astronomicznego;
* zamek (Olomoucký hrad) z dawnym pałacem biskupa w którym mieści się Muzeum archidiecezjalne działające od 2006 roku – jednak w muzeum nie byłyśmy (zgodnie z założeniami wycieczki, karetę widziałyśmy przez okno);
* katedra św. Wacława w Ołomuńcu ze 100 m wieżą
* kościół św. Michała
* kościół Marii Panny Śnieżnej.
Ogólnie wycieczka udana, jednak byłaby bardziej gdyby było nieco cieplej (ale nie narzekam). Przed powrotem do Ostravy znaleźliśmy jeszcze restaurację z smażonym serem, frytkami i bardzo miłym kelnerem. Podróż powrotna upłynęła bardzo szybko, jednak w siódemkę w sześcioosobowym przedziale.
W Ostravie poszłyśmy jeszcze do tesco a potem wróciłyśmy do akademika (czyli na koleje). Po krótkiej przerwie pobiegłam do M&O na klachy. A zaraz czas spać.
Jutro zmieniamy czas.
Ważna informacja: tworząc dzisiejszą notkę korzystałam z Wikipedii. Chciałam się dowiedzieć co zwiedziłyśmy 😉

Post dodano 27-3-2010 o godzinie 0:8:6
Piątek – „Laundry day ”

Zaraz jak się obudziłam i ubrałam pobiegłam na dół po klucz do pralni. Wzięłam moje białe rzeczy oraz białe rzeczy Sue i poszłam robić pranie. Niestety praczka na 4 była niedostępna – dostałam klucz do pralni na piętrze 6. Obładowana brudami oraz płynem do prania udałam się dwa piętra wyżej. Powrzucałam rzeczy do pralki i zeszłam na dół. Po dwóch godzinach pobiegłam na 6 sprawdzić czy już się wyprało, ale okazało się, że jeszcze nie. Więc za jakiś czas znów poszłam. Jak mówią – do trzech razy sztuka i faktycznie trzeci spacer na szóste piętro zakończył się sukcesem. Zmieniłam kolor prania na czerwone, aby powtórzyć sytuację. Po pięciu godzinach wszystkie rzeczy były już czyste i mogłam odnieść klucz. Posiedziałam jakiś czas w pokoju i już był czas zbierać się na Svinov-Mosty. Początkowo planowałyśmy z Sue pojechać autobusem. Niestety moja koleżanka nie potrafi się spieszyć, więc akurat w momencie gdy wychodziłyśmy z akademika autobus podjechał na przystanek. Ponieważ i tak by na nas nie poczekał uznałam, że biec na niego nie ma sensu. Więc Sue postanowiła się obrazić. Nie odzywała się całą drogę do tramwaju, w tramwaju również. A potem z niego wyszła i poszła w nie wiadomo jaką stronę – plan był by dojść do dworca kolejowego. Pociągiem o piątej przyjechały Magda i Ola. Z Magdą i Olą przez piętnaście minut czekałyśmy na nią przed dworcem, ale ona się zgubiła. Nie widząc sensu dalszego czekania wsiadłyśmy do autobusu i pojechałyśmy do akademika. Zakwaterowałyśmy dziewczyny i wypiłyśmy kawę. A potem znalazła się Sue. Korzystając z tego że zabłądziła do dworca pojechała do centrum załatwić przelew w banku. Po kawie pojechałyśmy do tesco kupić mleko i coś do jedzenia. Potem już tylko wizyta w Vrtule i czas spać. Mam nadzieję, że z zameldowania M&O w pokoju C649 nie będzie żadnych problemów.


 

Post nr 2, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 25-3-2010 o godzinie 20:53:56
Czwartek – ale ten czas szybko leci…

Obudziłam się wcześnie rano, aby jak w każdy czwartek zdążyć na autobus o 8:20. Udało mi się. Niestety między Zahradky i Svinov-Mosty był wypadek samochodowo – autobusowy i staliśmy w korku. Ogólnie dziś droga na wydział zajęła mi 45 minut. Byłam zatem spóźniona. Okazało się, że zupełnie bezstresowo – byłam jedyną osobą na zajęciach. Umówiłam się z nauczycielką, że jeśli następnym razem też będę sama, to poproszę po czesku. Może w ostateczności będzie śmieszniej. Później pojechałam do tesco. W tesco zawsze leci muzyka i dziś pierwszy raz usłyszałam Zuzanę Smotanovą i zapamiętałam że w Czechach puszczają Słowackie piosenki. Idąc z tramwaju do akademika zauważyłam, że na trawnikach oprócz petów pojawiły się również stokrotki. Gdy wróciłam do akademika Sue zapytała mnie czy pójdę z nią do tesco otworzyć konto w banku. Zgodziłam się, bo cóż innego miałam do roboty. Więc razem z dziewczętami z Tajwanu pojechałyśmy. W banku pani okazała się bardzo miła i odniosłyśmy sukces. Ponadto poprosiłam o aktywowanie dostępu internetowego do konta. Pani z banku się bardzo zdziwiła, że jestem Polką. Właściwie to doszła do tego, dopiero jak zobaczyła w komputerze chorzowski adres=) Zakupy zajęły nam dużo czasu. Po powrocie zadzwoniłam do Andry zapytać o książkę, a ona zapytała czy idziemy z nią do Vrtule, bo jutro wyjeżdża. Zgodziłyśmy się, co prawda Vrtule było zamknięte, siedzieliśmy na dworze i szybko poszliśmy do domu. Wracając zabrałam książkę „Understanding the European Union „. A teraz siedzimy w pokoju i bawimy się na komputerach.
A jutro do Ostravy przybywają: Magda i Ola.

Post dodano 24-3-2010 o godzinie 23:21:35
Środa

Z porannego snu wybudził mnie hałas budzika. Właściwie nie miałam potrzeby porannego wstawania, bo zajęcia zaczynałam o 12:30, ale jednak. Zerwałam się zatem skoro świt o 9:30. Sprawnie się ubrałam i poszłam zapłacić za akademik. Misja zakończyła się sukcesem, jestem uboższa o 2.220 kč. Później pobiegłam na pocztę bo podobno jakaś przesyłka do mnie była. Okazało się, że to kod pin do karty, której nie posiadam i posiadać nie będę. Ale list odebrałam i schowałam w bezpieczne miejsce. Będąc na poczcie wysłałam też do siebie do mBanku pieniądze. Podobno do piątku mają już być na koncie. Na wydział pojechałyśmy wraz z Sue autobusem – wolnych miejsc siedzących brak. Pierwsze zajęcia mieliśmy z Marketing Communication i były nudne jak flaki z olejem. Później miałam dwie godziny przerwy więc poszłyśmy z Seolah Yun, dla przyjaciół Yun pospacerować po Ostravie. Z nowości dowiedziałam się, że jej prywatnym zdaniem powinni się połączyć z North Korea, żeby tym biednym z północnej żyło się lepiej. Ciekawy punkt widzenia. Później pobiegłam na Principles of marketing. W dalszym ciągu nie lubię wszystkiego co ma w nazwie marketing. Później wraz z Sue (która ma ten sam przedmiot) poszłyśmy do tesco przymierzyć ubrania i kupić niezbędne produkty spożywcze. Dla mnie niezbędnym okazało się mleko i czekolada a dla niej cztery paczki ryżu i 8 zupek chińskich z Kwidzynia. Padła propozycja żeby wybrać się wieczorem do Vertule, ale jeszcze trwa jej rozpatrywanie. Ponieważ Vertule jest częścią naszego kampusu można iść i nawet po pięciu minutach wrócić jeśli jest niefajnie.
Pozdrawiam wszystkich czytających.

Post dodano 23-3-2010 o godzinie 23:58:26
Wtorek

Dziś wreszcie miałam okazję odespać poprzedni weekend =) Obudziłam się jak mi się zachciało. Potem posiedziałam trochę przed komputerem, a przy okazji zrobiłam zadanie domowe z Operation Research. Muszę je jeszcze tylko trochę dopracować, wydrukować i będzie pysznie. Później pojechałam na wydział. Mieliśmy zajęcia dotyczące Unii Gospodarczej i Walutowej na które z niecierpliwością czekałam. Dziś na zajęciach byłyśmy tylko we dwie, więc mogłam się wygadać. Wróciłam z Anną Filipą autobusem (a właściwie to dwoma) i spóźniłam się na FILLUP. Gdy weszłam rozmowa toczyła się na temat Unii Europejskiej, ale dość szybko przeszło na temat ekologicznych domów. Temat mnie ledwie średnio zainteresował. Po FILLUPIE poszliśmy z polsko-czeskim towarzystwem do knajpy. Okazało się, że mają tam laną KOFOLĘ =) Było dość śmiesznie, bo rozmawialiśmy sobie po angielsku a jak nam się zachciało to po czesku a nawet po polsku. Ogólnie było wesoło. Ustaliliśmy, że polski prezydent z czeskim prezydentem spotkali się na piwie w irlandzkim pubie i ustalili że nie będą podpisywać tego traktatu z Lizbony. A protem wróciłam do domu i zaraz idę spać bo już prawie północ.


 

Post nr 1, ostatnio modyfikowany: 10-03-2013

Post dodano 22-3-2010 o godzinie 22:47:36
Poniedziałek

Obudziłam się i szybciutko wybrałam do centrum na wydział. Po około półtorej godziny oczekiwania pani Renata przyszła i dała mi wszystkie dokumenty niezbędne do odebrania mojego stypendium. Korzystając z pięknej pogody poszłam na przystanek, a przy okazji zrobiłam zakupy. W Kaufland była dziś promocja na mleko – jedyne 8,90 kč. Kupiłam zatem dwa kartoniki=) Później pobiegłam do rektoratu wymienić papierki na pieniądze. Pierwszy raz w życiu widziałam banknot 2000 kč – i to nie jeden. Po powrocie do akademika próbowałam zapłacić za akademik ale już było zamknięte. Pójdę jutro. Czas do wieczora upłynął w ciszy i spokoju, głównie przed komputerem.

Post dodano 21-3-2010 o godzinie 21:12:49
Niedziela wieczorem.

Właśnie wróciłyśmy z Polski. Piszę wróciłyśmy, bo byłyśmy z Sue (Korea) oraz Milą (Bułgaria). W piątek po przyjeździe poszłyśmy na pierogi, pozwiedzałyśmy nieco Chorzów, a spacer zakończyłyśmy w Carrefour. Mila bardzo polubiła ten sklep więc spędziła w nim pięć godziny. My z Sue postanowiłyśmy po dwóch godzinach, znudzone czekaniem na nią pójść do domu. W domu przygotowałyśmy wszystko do spania, zjadłyśmy kolację. Po powrocie Bułgarki wypiłyśmy jeszcze herbatę i poszłyśmy na wieczorny spacer – Chorzów by night. W sobotę pojechałam na 9:15 na zajęcia na uczelni. Z całym przekonaniem muszę powiedzieć że w trakcie tego weekendu (sobota i niedziela) odbyły się dwa najlepsze wykłady w całym dotychczasowym toku studiów: na temat, przeprowadzone z humorem i pozwalające na wyrażenie swojej opinii. W czasie gdy ja się edukowałam dziewczęta wybrały się na zakupy. Najpierw odwiedziły targ w Koloseum (ul. Wolności). Potem przeszły ulicą Wolności do góry a następnie pojechały tramwajem do Silesia City Center. Gdy ja skończyłam zajęcia (dokładnie o godzinie 15:30 jak nakazuje plan) wsiadłam w samochód i pojechałam spotkać się z nimi przy kasie nr 1 w tesco. Okazało się, że zakupów wciąż było mało, zatem przebiegłyśmy szybko przez Silesię, po drodze jedząc coś na szybko i wymieniając pieniądze. O 19:00 byłyśmy umówione z Magdą i Olą w Arkadach (budynek F mojej ulubionej uczelni). Ponieważ byłyśmy już nieco spóźnione czekała już na nas Magda z Piotrkiem. W Arkadach niestety była impreza zamknięta więc postanowiliśmy pójść do 3poziomy. Bardzo szybko okazało się, że Piotrek rozmawia po rosyjsku więc „znalazł wspólny język ” z Milą. W trzech poziomach dołączyła do nas Ola, która też poznała światełko Erasmusa oraz Marcin, którego już bardzo dawno nie widziałam. Ogólnie wieczór był bardzo ale to bardzo miły. Panowie ze stolika obok życzyli mi nawet Enjoy Poland, na co odpowiedziałam im że dziękuję bardzo, co ich niezmiernie zaskoczyło. W drodze powrotnej przejechałyśmy przez Rondo (bardzo ładnie oświetlona kopułka), widziałyśmy Kościół Mariacki, budynek ING i zabudowania Silesii, które również nieźle się prezentują nocą. Spać poszłyśmy krótko po północy.
Dziś zerwałam się skoro świt, pojechałam do Kościoła, a stamtąd na uczelnię. Jazda samochodem do kościoła (wraz z parkowaniem) zajmuje więcej czasu niż pójście tam piechotą =) Wykład był udany. Z humoru mogę przytoczyć, że… „nam w Polsce to się nawet kryzys nie udał „. Pan, który wykładał jest między innymi autorem książki pt. „Integracja ze strefą euro. Teoretyczne i praktyczne aspekty konwergencji „, ponadto pracował niegdyś w Europejskim Banku Centralnym i NBP i innych takich instytucjach. Po zajęciach przyjechałam do mieszkania, uprzątnęłyśmy spanie i pojechałyśmy do Ostrawy. Trochę zabłądziłyśmy na poboczach, ale ostatecznie znalazłyśmy miejsce parkingowe i jesteśmy.
Jutro idę około dziewiątej odebrać moje dokumenty a potem biegnę po stypendium .

Post dodano 18-3-2010 o godzinie 20:58:9
Rano musiałam wcześnie wstać, bo zajęcia zaczynały się o 9:00 a jeszcze trzeba dojechać na wydział. Doświadczenie mówi, że we wcześniejszym autobusie jest mniej ludzi, więc na ten zdążyłam. Teoretycznie odjazd o 8:20 ale dziś na przykład ruszył o 8:18. Zajęcia z logistyki nie były zbytnio pociągające. Bawiliśmy się w rysowanie wykresów w excelu. Jakieś 10 minut rysowania wykresów, a potem żeby się czymś zająć zmieniałam słupki, kolory, opisy na osiach i tak minęło 90 minut. Ponieważ dziś była bardzo słoneczna pogoda troszkę się przespacerowałam po mieście i po drodze kupiłam nowe spodnie (299 kč). W tramwaju spotkałam dziewczyny i razem pojechałyśmy do akademika. Trochę posiedziałam przed komputerem, porozwiązywałam przykłady z Operation Research, obejrzałam jeden odcinek serialu i tak powoli upływa dzień. Zaraz zabieram się za prasowanie rzeczy z ostatniego prania.

Post dodano 17-3-2010 o godzinie 11:28:27
Po obiedzie poszłam na uczelnię. Zajęcia z ekonomii integracji europejskiej jak zwykle ciekawe, gdyby nie to, że ten nauczyciel ma tak nużący głos. Ale zapowiedział na przyszły tydzień Unię Gospodarczą i Walutową – już się cieszę. Po zajęciach poszłam spotkać panią z podstaw marketingu – dała mi materiały z zajęć które opuściłam w zeszłym tygodniu z powodu wyjazdu do Polski. Puściła drukowanie z jednego pokoju i zanim przeszłyśmy do pokoju z drukarką materiały już na nas czekały. I nawet wydrukowane z obu stron papieru =) Niestety bilet miesięczny został w kurtce, która wisi w szafie w przedpokoju w Chorzowie, więc musiałam zainwestować w bilety jednorazowe. Trudno. Przy okazji kupiłam też nową odżywkę do włosów, która bardzo spodobała się Sue – jednak nie udało się nam wydedukować dlaczego akurat jej nazwa to „ASIA ” a na opakowaniu chiński znaczek siły. A swoją drogą myślałam, że znaki na opakowaniach tego typu produktu tylko ładnie wyglądają, a tu się okazuje że również coś znaczą. Po powrocie do akademika odwiedziłam Andrę i Martę, chwilę poplotkowałyśmy, potem odwiedziłam Rafaela, Francuzów (miałam dla nich materiały na Decision Making) i Milę. W pokoju rozmawiałyśmy sobie z Sue o Korei Północnej i Południowej i dlaczego z jej kraju nie da się pojechać do innego kraju samochodem. I tak upłynął wieczór.

Post dodano 16-3-2010 o godzinie 10:26:2
Wróciłam do Ostravy. Co prawda strasznie zabłądziłam w Gliwicach i gdy dojechałam do Ujazdu zdałam sobie sprawę, że jednak nie jestem na właściwej drodze i zawróciłam. No i jak zwykle nieco zabłądziłam w Ostrawie. Dlaczego nie mogą przygotować drogowskazu na Poruba? Chyba że taki stoi a ja go po prostu nie zauważyłam. Przed powrotem wstąpiłam jeszcze do tesco kupić kawę i chustki higieniczne. Była promocja na herbatę więc kupiłam jabłkowo-cynamonową i morelową (meruňka). W akademiku okazało się że Sue pokłóciła się z Wietnamką o sprzątanie. Sue uznała, że każdy ma sprzątać, a ona powiedziała, że jest na ostatnim roku studiów i ją sprzątanie nieobowiązuje. Trudno, będziemy sobie sprzątać same. Później jeszcze trochę poggadałam z Magdą P i z Wadsonem i poszłam spać.
Dziś o 14 mam zajęcia, a o 17:30 FILLUP. A zaraz idziemy z Sue na śniadanio-obiad.