Blogi

Smutek

Najczęściej była smutna w grudniu. Czasem Smutek pojawiał się też późnym majem. Czasem w soboty, częściej we wtorki. Nie wiedziała jak się go pozbyć, więc starała się przyjąć go najlepiej jak umiała. Przygotowywała ciepłą herbatę, wielki, puchaty koc. Zamykała oczy, a on ją ogarniał.

Czasem był wielki jak niedźwiedź, łapał ją w objęcia, nie pozwalając się ruszyć nawet na centymetr, czasem był malutki jak kotek, siadał na kolanach, a najmniejszy ruch nie budził go z drzemki.

Teraz zawsze przychodził sam. Kiedyś przychodził w towarzystwie siostry, Złości lub brata Płaczu. Jednak ani Złość, ani Płacz nie zaglądały już do jej małego mieszkanka.

Czasem marzyła, że Złość powróci. Zrzuci ją z krzesła, zacznie potrząsać, każe zrobić cokolwiek. Stłucze talerz, kopnie niczego nie winny fotel, potarga stary ciuch. Jednak ona tego nie robiła.

Płacz również odszedł. Czasem czuła że może przyjdzie. Czasem już prawie czuła słony smak, ten charakterystyczny ucisk w między oczami, zbierający się w nosie katar. Jednak Płacz nie przychodził. Szkoda bo po jego odwiedzinach zawsze było lepiej.

Czasem przychodzili mężczyźni. Prawdziwi ludzie, a przynajmniej tak o sobie myśleli. Pierwszy był miły, mówił, że ją kocha, że jest inna niż wszystkie, jest diamentem wśród otoczaków. Okazało się że nie była jednym diamentem, nie była nawet jednym  diamentów. Gdy odszedł w puste miejsce przyszła Złość, jednak na chwile. Po niej Niedźwiedź – Smutek zamieszkał w małym mieszkanku na wiele tygodni. Płacz zjawiał się aby utulić ją do snu.

Drugi był przystojny. Jednak z nim wprowadziło się Rozdrażnienie. Meble zawsze stały w złym miejscu, podłoga była niedostatecznie czysta, obiad zbyt zimny. Tym razem Złość sama wypędziła go z mieszkania. Smutek nie mieszkał długo, przysiadając na kolanach mruczał cichutko.

Ten ostatni był idealny. Wiedział czego chciała, wiedział jak jej pomóc. Wiedział czego chciał i potrafił o tym rozmawiać. Potrafił przegonić i Smutek i Złość, razem z nim wprowadziła się Radość, a Płacz przychodził tylko razem z nią. Każde Święta były tymi najwspanialszymi. Każda chwila była jak Święto.

Nie wiedzieli jednak że Smutek konspirował z Głupotą.

 

Przejście dla pieszych, wypadek, trumna.

 

Po pogrzebie została sama. Nie przyszła ani Złość, ani Smutek, ani Płacz. Została Pustka.

Pustka była wielka i podążała za nią krok w krok. Otaczała ją ze wszystkich stron. Była z nią w pracy, w sklepie, w odwiedzinach. W mieszkaniu nie pozwalała oddychać, odbierała smak wszystkim najlepszym daniom, zabierała rytm z najpiękniejszych piosenek.

Jednak i ona odeszła. Nie od razu. Powoli pozwalała Smutkowi zająć jej miejsce. Gładził ją gdy spoglądała na jego ulubiony fotel. Podpierał w drodze na cmentarz. Obejmował gdy przychodzili goście.

Po jakimś czasie to Smutek był jej najbliższym kompanem.

Jednak ani Złość, ani Płacz nie wpadli z wizytą.

Pewnego dnia, sprzątając jego rzeczy znalazła kartkę. Zwykłą kartkę pocztową, jaką wysyła się z wakacji. Jednak ta nie dotarła znad morza, lub z gór. Była z miasta w którym mieszkali.

Zamiast adresu jej imię. Zamiast pozdrowień jedno zdanie. “Kocham Cię nad Życie” i podpis.

Wtedy przyszedł Płacz i wiedziała, że teraz będzie dobrze.

List 16 Lata w liceum c.d.

23 05.2018 list 16

Drogi E.

Skoro zaczęłam, to dalej będę cię zanudzać wspomnieniami szkolnymi. Zresztą i tak nie ma najmniejszej szansy, że to przeczytasz, ale łatwiej mi pisać myśląc o kimś konkretnym.

Jednym z najważniejszych przedmiotów szkolnych był oczywiście język polski. Przez cały okres nauki w liceum wykładała nam ten język bardzo dystyngowana, elegancka pani, świetna polonistka, pani Teresa. Poznawaliśmy literaturę polską w ujęciu historycznym. Najpierw był wykład o danej epoce historycznej, wydarzeniach w Polsce i na świecie i ich odzwierciedlenie w literaturze, a później omawialiśmy dosyć szczegółowo utwory określone w programie. Pani profesor wymagała znajomości utworów i odnalezienia cytatów odpowiednio do tematu zadania. W pierwszej klasie musieliśmy nauczyć się tego sposobu przygotowania do lekcji. Ponieważ, jak o tym wspominałam, mieliśmy bardzo dużo zajęć, nie zawsze wszyscy przygotowywaliśmy się należycie. Pewnego pamiętnego dnia lekcja rozpoczęła się od odpytania wiadomości z poprzednich lekcji i sprawdzeniu stopnia przygotowania do następnych zajęć. Okazało się, że mało kto był przygotowany, pierwsze trzy osoby wyrwane do odpowiedzi wylądowały z ocenami niedostatecznymi. Pogrom zaowocował przeróbką pieśni Kochanowskiego dokonaną przez Krzysia. Przepisałam utwór na gazetkę klasową i zapamiętałam:

Nader niezasłużoną dwóją obdarzony
polecę precz z liceum na dwoje złożony
w ukłonie. Nie chcąc więcej przebywać na ziemi
powieszę się przed szkołą, ponieważ innemi
szkoły wzgardzę i mną tam pogardzą nawzajem
więc czym bym, z praw wyzuty, miał zostać: lokajem?
A zatem przez was umrę, przez was mnie czarnymi
Styks niewesoła zamknie odnogami swymi.
Już mi sznura chropawa skórę z szyi zetrze
będę jak stara szmata powiewał na wietrze.
Długim do szubienicy sznurem przywiązany
nie odwiedzę tez ziemi, gdzie żyły Trojany
O mnie Moskwa się dowie i świat się oburzy,
że tak wiszę miotany wichrem podczas burzy.
O mnie będą pamiętać dzieci oraz wnuki
mówiąc „był u nas w rodzie męczennik nauki”.
Niech na moim pogrzebie żadne narzekanie,
żaden lament nie będzie, ani uskarżanie.
Niech na grobie napiszą dla sromu wiecznego
że przyczyną mej śmierci był stopień z polskiego…”

Piszę to z pamięci, więc może pomyliłam wersy. W tych czasach były tylko cztery oceny szkolne, a najniższa była dwója, czyli niedostateczny.

Poza tym wypadkiem nasza współpraca z panią profesor była owocna. Zdarzało się, że po dziełach literackich głębiej opracowywanych zaczynaliśmy mówić ich tekstami – na przykład wstawał przewodniczący samorządu klasowego i zaczynał „Ja wójt to wama mówię… (Chłopi) , „kto mnie wołał, czego chciał” itp. Dużo czytałam już wcześniej, więc lekcje uczyły mnie dostrzegania w tekście nie tylko fabuły, ale piękna języka, stylu danego autora i problemów poruszanych w dziele.

Przedmiot lubiliśmy o tyle, że wolne lekcje /okienka/ spowodowane np. chorobą lub wyjazdem nauczyciela spędzaliśmy w czytelni szkolnej biblioteki. Pani bibliotekarka przyzwyczaiła się i witała nas -”O, znowu klasa „uniwersytecka” ma okienko?

Kiedyś czytelnia po południu była niedostępna, bo odbywały się w niej zajęcia dodatkowe z języka polskiego, tak zwane kółko polonistyczne, dla klasy czwartej, czyli maturalnej – a my byliśmy wtedy w pierwszej. Kiedy doszliśmy już do czwartej, dowiedzieliśmy się, że w tym roku kółko polonistyczne będzie dla klas pierwszych. Zaprotestowaliśmy i pani profesor stwierdziła, że jeśli będzie chętnych 15 osób, to będzie z nami pracować. Pamiętam, że zapoznawaliśmy się z poezją Rafała Wojaczka, ale nie byłam nią zachwycona. Kiedyś wcześniej przygotowaliśmy wieczór poezji K.K. Baczyńskiego – jego poezja mnie urzekła, szkoda, że zginął tak młodo. Wspólnie dotrwaliśmy do matury i pisemnego egzaminu, który był obowiązkowy dla wszystkich.

W następnym liście ciąg dalszy… Pozdrawiam

Ellani

Wstawiam tu, by mi nie zaginęło

Opowiadanie Ewy Niziołek zainspirowane opowiadaniami Engina.
Jest w nim trochę analogii do jego opowiadań, niego samego i jego życia. Czy potraficie je odkryć?
Serdecznie dziękujemy autorce, że zechciała się podzielić tym opowiadaniem z nami!
————————————————————————–
Nie znałam tego miasta. Wzięłam tydzień urlopu, by rozejrzeć się w nowym miejscu i znaleźć mieszkanie na ten czas, na który zostałam oddelegowana z pracy. Podpisałam umowę i wracałam do hotelu okrężną drogą, by poznać miejscowość i zapełnić czas do wieczora. Nigdzie mi się nie spieszyło więc gdy zobaczyłam plakat „Wystawa kotów rasowych” postanowiłam wstąpić.
Nigdy nie przepadałam za kotami, po prostu były gdzieś tam, obok. We wspomnieniach zachowałam jedynie Mruczka, kota mej babci, zwykłego dachowca, akrobatę, który potrafił zerwać kiełbasę suszącą się na sznurze do bielizny i z którym bawiliśmy się ciągając papierek po cukierku na nitce. W wielkim, przemysłowym mieście kotów nie było zbyt dużo.
Teraz ze zdumieniem podziwiałam zwierzęta, o jakich mi się nie śniło – całkiem gołe wymoczki ze zbyt dużymi oczami i uszami, puchate kulki siedzące spokojnie na poduszkach na podobieństwo posążków Buddy, pręgowane tygrysy w różnych odcieniach brązów, beżów i szarości, krótkowłose stworzenia w łatkach wszelkich kolorów. Jedne z ciekawością obserwowały przechodzących ludzi, inne niespokojnie krążyły w klatkach, jeszcze inne obojętnie wylegiwały się mrużąc oczy lub wręcz śpiąc. W pewnym momencie poczułam się niespokojna – tak jakbym wyczuła, że ktoś uważnie mi się przygląda.
To był on. Biały duży kocur spoglądał na mnie jednym bursztynowym okiem. Wyglądało to tak, jakby mrugał do mnie i zachęcał do bliższej znajomości. Kiedy podchodziłam zamruczał i przeciągnął się tak, bym mogła obejrzeć go z najlepszej strony. Już miałam wyciągnąć rękę, gdy powstrzymał mnie stanowczy głos – Proszę nie głaskać!- Wysoka, ciemnowłosa kobieta dodała – Olbrzym tego nie lubi. – Ach, więc ma na imię Olbrzym? To piękny kot. – Kobieta nie wykazywała ochoty na dalszą rozmowę. Odeszłam i z daleka spojrzałam na kota. Teraz zauważyłam, że między uszami miał dwie brązowe plamki i takiego samego koloru pręgi na ogonie. Odwrócił łeb i spojrzał na mnie. Dopiero teraz zauważyłam jego dziwne oczy – jedno było bursztynowe a drugie niebieskie. Ten wzrok mnie zaczarował. Poczułam, że muszę zajrzeć w te oczy z bliska. Kręciłam się po wystawie udając, że interesują mnie inne okazy, ale stale spoglądałam w kierunku tego jednego. On zaś leżał spokojnie w wystudiowanej pozie, pięknie się prezentując, jakby był świadomy, że jest tu po to, by wzbudzać zachwyt. Przyciągał wzrok, ale zachowywał dystans i okazywał zainteresowanie otoczeniem tylko na tyle, by nie wydawać się niedostępnym.
Wróciłam do domu. Mieszkanie mieściło się w starej kamienicy, blisko centrum i mojej pracy. Było częścią dużego mieszkania, podzielonego na dwa ze wspólnym przedpokojem. Przed sąsiednim mieszkaniem stała maleńka garderoba z wieszakiem i półeczką z jedną parą kapci. Chyba nie miałam zbyt wielu sąsiadów. Właśnie rozpakowywałam rzeczy gdy usłyszałam trzask drzwi, szuranie i damski głos
– Nareszcie w domu. Podobało ci się? Ja jestem wykończona. – Jeszcze trzask drugich drzwi i przedpokój był pusty.
-A więc mieszka tam więcej niż jedna osoba – pomyślałam. – Ciekawe, kto to?
Nazajutrz wracając z pracy kupiłam kawałek ciasta. Za drzwiami sąsiadów usłyszałam radio. Byli w domu.
– Dzień dobry. Jestem nową sąsiadką. Chciałam się przedstawić. –
Z zaskoczeniem odkryłam, że osobą, która otworzyła drzwi była właścicielka białego kota. Spojrzała na mnie z zaskoczeniem niezbyt przyjaźnie .
– Może dałaby się pani zaprosić na kawę…
W tej chwili biały kot otarł się o moje nogi. Uśmiechnęłam się do niego, ale nie poruszyłam ręką.
– Przecież on nie lubi głaskania.
Kobieta spojrzała uważniej. – Aha, była pani wczoraj na wystawie?
– Tak, zafascynował mnie ten kot, ale nigdy nie przypuszczałam, że możemy zostać sąsiadami.
– Och, on lubi być podziwiany, ale raczej z daleka. Rzadko zbliża się do kogoś. Widocznie trochę panią polubił. Mam chwileczkę, może pani wstąpi do mnie, bo chyba się jeszcze pani nie urządziła.
Weszłam do dużego pokoju. Było to skrzyżowanie salonu i holu, bo oprócz drzwi wejściowych były jeszcze uchylone drzwi po jednej stronie prowadzące chyba do sypialni, drzwi do łazienki i rama bez drzwi, za którą urządzono maleńką kuchenkę. Przy ścianach stały regały różnej wysokości, wśród nich mebel dla kota – z półeczkami, drapakami i legowiskiem na samej górze. Na niektórych regałach też były rozłożone poduszki. Prawie cały pokój, poza biurkiem z komputerem, był przeznaczony dla kota. Nawet kanapa i dwa fotele pokryte były narzutami trudnymi do podrapania, ale łatwymi do prania. Z legowiska spoglądał na mnie ON. Przybrał piękną pozę i wpatrywał się we mnie jakby mrużąc niebieskie oko, tak, by oko bursztynowe wysyłało do mnie ciepło i przyjaźń.
– Rodzice dali mi bardzo staroświeckie imię, Melania. Nie przepadam za nim, ale możesz mówić mi Mel. – Faktycznie, Mel bardzo do niej pasowało. – Skoro mamy mieszkać tak blisko powinnyśmy się lepiej poznać. Skąd się tu wzięłaś? – spytała.
– Przyjechałam tu tylko na kilka miesięcy. Firma oddelegowała mnie do tutejszego oddziału. – opowiedziałam skąd pochodzę, trochę o pracy, ale ciągle spoglądałam w stronę Olbrzyma. Mel zauważyła moje zainteresowanie.
– Podoba ci się mój kot? Pewnie, potrafi się podobać. I czasem potrafi być całkiem miły dla obcych, choć woli trzymać dystans. Mamy tylko siebie nawzajem.
– Wczoraj słyszałam głosy, myślałam, że mieszka tu ktoś jeszcze.
– Mam zwyczaj mówić do kota, czasem wydaje mi się, że mnie rozumie, zresztą tyle lat jesteśmy razem…
Olbrzym, jakby rozumiejąc, że o nim mowa, zeskoczył z półki i podszedł do nas, Spoglądając na swoją panią podszedł do mnie i trącił łebkiem moją rękę, jakby chciał by go pogłaskać.
– O przymila się do ciebie. Możesz go pogłaskać po łebku i podrapać za uszami. Bardzo to lubi. – Poczułam się dumna z wyróżnienia, szczęśliwa tak, jak dawno już mi się nie zdarzyło.
Od tamtej chwili ogarnęła mnie obsesja. Nie, nie chciałam odebrać go Mel, ale chciałam patrzeć na niego, czuć się choć trochę ważna dla niego, zaprzyjaźnić się z nim. Posunęłam się do tego, że wybrałam się do sklepu dla zwierząt i kupiłam kocie przysmaki. Nie chciałam zawieść zaufania Mel, więc pokazałam jej torebkę i zapytałam, czy można to dać Olbrzymowi.
– Możesz mu dawać, ale nie więcej niż osiem sztuk dziennie. I nie daj się naciągnąć na więcej, Olbrzym świetnie potrafi manipulować ludźmi…
Od tej pory częściej się spotykałyśmy, rozmawiając na różne tematy. Otwierałyśmy wtedy drzwi , tak aby kot mógł wędrować między mieszkaniami. Początkowo obchodził moje mieszkanie przeprowadzając swoiste „rozpoznanie”, oswajając się z nowym miejscem, potem przychodził i kładł się na krześle od komputera lub kanapie albo fotelu i zasypiał. Budził się czasem, podchodził do mnie domagając się pieszczot, wiedział chyba, że nagrodzę go przysmakiem. Mel przyglądała się temu z zaciekawieniem i uwagą.
Mel pracowała o różnych porach dnia, a nawet nocy. Często po telefonie wychodziła w pośpiechu. Ciekawa byłam czym się zajmuje, ale nie wypadało mi wypytywać.
Pewnego dnia wracając z pracy ze zdziwieniem zobaczyłam Olbrzyma stojącego przed drzwiami naszej kamienicy. Okno mieszkania Mel było otwarte. Był to wysoki parter, więc nikt z ulicy nie mógł tam wejść, ale widocznie kot wyskoczył lub wypadł. Otworzyłam drzwi do wspólnego przedpokoju i zadzwoniłam do Mel. Nikt nie odpowiadał, widocznie nie było jej w domu. Zostawiłam uchylone drzwi do mojego mieszkania, by Mel po przyjściu nie martwiła się nie znalazłszy kota w mieszkaniu. Olbrzym jak zwykle zaczął się przymilać, ocierać łebkiem i trącać mnie domagając się przysmaków. Dostał kilka, ale nie ustawał. Był tego dnia wyjątkowo uparty. Przymilał się, mruczał wymownie, spoglądał na mnie z oczekiwaniem i prośbą. Starałam się być nieustępliwa i tłumaczyłam mu: – Przecież dostałeś już dość, twoja pani twierdzi, że więcej może ci zaszkodzić, a ja jej wierzę. Nie proś już.- Kot spojrzała na mnie ze złością. Posunął się do tego, że wysunął pazury, czego nigdy nie robił w obecności Mel. Odwrócił się obrażony i powędrował na krzesło od komputera. Stuknęły drzwi i weszła Mel. – Słyszałam, co mówiłaś do Olbrzyma. Widzę, że jest obrażony. Pokazał pazurki? – Spojrzałam porozumiewawczo na kota. – Nie, po prostu odszedł…
Od tego czasu Mel obdarzyła mnie większym zaufaniem. Pokazała mi nawet, jak trzeba dbać o kota, obcinać mu pazurki, wyczesywać sierść, co było ważne, bo nadchodziła wiosna i kot zmieniał futro. Zaprosiła mnie również na następną wystawę kotów. Okazało się, że Mel jest sędzią konkursowym, a Olbrzym już nie startuje w konkurencji, jest tylko kotem wystawowym. Miałam zająć się Olbrzymem podczas nieobecności Mel, czyli chronić go przed nadmiernymi pieszczotami ze strony widzów. Było to trudne zadanie, bo kot zdawał sobie sprawę, że jest przedmiotem podziwu i zachwytu. Przeciągał się w najwdzięczniejszych pozach, czarował cichym pomrukiwaniem, mrużył oczy przyciągając uwagę zwiedzających. Czasem pozwalałam ludziom na pogłaskać podopiecznego, szczególnie jeśli widziałam, że kot jest na to gotowy. No i pilnie uważałam, by nic nie dawano mu do jedzenia. Chyba dobrze wywiązałam się z zadania. Od tego czasu gdy tylko byłam w domu, a Mel miała inne zajęcia Olbrzym przebywał u mnie.
Po jakimś czasie zauważyłam, że mój stosunek do Olbrzyma ulega zmianie. Pierwsza fascynacja i bezkrytyczny zachwyt mijały, poznawałam go coraz lepiej i coś zaczynało mnie niepokoić. Nie wiedziałam co. Było w nim coś znajomego, ale i coś dalekiego, niezrozumiałego.
Zrobiło się ciepło, słońce wysyłało wiosenne promienie, nadszedł czas wiosennych porządków. Nie najłatwiejszym zdaniem było umycie wysokich okien, typowych dla starej kamienicy. Przygotowałam duża miednice z wodą, odwróciłam się, by otworzyć okno i kątem oka zauważyłam jak Olbrzym daje pięknego susa do wody. Zdziwienie, że kot wskakuje do wody ustąpiło przed nagłym olśnieniem… Już wiedziałam, kogo przypomina mi Olbrzym. Ujrzałam mojego Prawie Byłego wskakującego do basenu. Porównanie było tak natrętne, że nie mogłam się otrząsnąć z szoku. Od tej pory bardzo podejrzliwie analizowałam zachowanie Olbrzyma. Poczułam się jakby mną sterował. To on decydował, kiedy chce pieszczot i pozwalał się dotykać tylko wtedy, gdy sam miał na to ochotę. Kiedy miałam pracować przy komputerze rozciągał się na stojącym przy nim krześle. Pozwalał się adorować, ale na mnie zwracał uwagę tylko wtedy, gdy czegoś chciał. Kiedy coś było nie po jego myśli mrużył bursztynowe oko, a niebieskie przeszywało człowieka na wylot.
Myśli kłębiły się tak mocno w mojej głowie, że musiałam o tym komuś opowiedzieć. Właśnie wróciła Mel. Od razu zauważyła moje wzburzenie. Opowiedziałam, że kot wskoczył do wody i nie wiem, co się stanie z jego futerkiem. Roześmiała się tylko – Te typy tak mają, to chyba jedyne koty, które uwielbiają wodę. Ale – dodała – to chyba tak cię nie wyprowadziło z równowagi. Musi być coś więcej…
Dotychczas nie zwierzałyśmy się sobie, nie opowiadałyśmy o swojej przeszłości czy sprawach osobistych. Wtedy musiałam…Mel była na tyle i bliska, że mogła mnie zrozumieć i na tyle daleka, że nie przejęłaby się aż tak bardzo, by musieć zrobić coś więcej poza wysłuchaniem mnie. Opowiedziałam jej o moim Prawie Byłym.-
– Olbrzym uświadomił mi, dlaczego tak łatwo zdecydowałam się na kilkumiesięczny wyjazd. Musiałam przemyśleć, czy zostać, czy odejść. Z początku, jak we wszystkich związkach było wspaniale. Czułam się tak, jakbym nie chodziła po ziemi, ale unosiła się w powietrzu. Mój chłopak był czuły, uważający, mówił, że kocha. Kiedy wprowadziłam się do niego było cudownie. Chodziliśmy do kina i teatru, czasem kiedy zostawaliśmy w domu gotowałam jego ulubione potrawy, urządzaliśmy się. Z biegiem czasu jego zainteresowanie wspólnymi sprawami malało, oddalaliśmy się. Był miły kiedy czegoś potrzebował, czegoś chciał ode mnie . Coraz mniej czasu spędzaliśmy wspólnie. Nawet prezenty nas oddalały. Kiedyś wspólnie zmywaliśmy po posiłkach … do czasu, aż kupił zmywarkę. Potem mówił – tam nie ma pracy dla dwojga.
Czułam się wspaniale, gdy zdobył dla mnie najnowszą powieść mojej ulubionej autorki, a on powiedział – Muszę wyjść, więc nie będziesz się nudzić beze mnie. Przy posiłkach na stole lądował smartfon, a on znikał duchem w wirtualnej przestrzeni. Wtedy tego nie zauważałam, ale czułam, że coś się zmieniło. Starałam się być jak najlepszą gospodynią, by miał wszystko na czas, dobrą kochanką, a on łaskawie wszystko przyjmował w zamian za drobną monetę czułości.
Dopiero teraz widzę to w całej rozciągłości. Najbardziej wkurza mnie to, że podziwiałam go jaki jest mądry, a on nigdy nie chciał zrozumieć nic więcej niż to, co wiedział, albo raczej, co wydawało mu się , że wie. Nigdy nie zapytał – Dlaczego?
Mówiłam: Jestem smutna, – a on: Nie masz powodu, jestem tutaj:
Mówiłam: Źle się czuję – a on: To zażyj tabletkę.
Zapytałam: Dlaczego odeszła twoja była? A on: Nie doceniała mnie, chciała, to odeszła
A dla mnie „dlaczego?” jest jednym z najważniejszych słów. Kto pyta „dlaczego?”usiłuje zrozumieć drugiego, może nawet postawić się na jego miejscu. I teraz pytam –
– Dlaczego on taki jest?
Mel uśmiechnęła się, w jej odpowiedzi zabrzmiała nutka goryczy.
– Bo taka jest jego kocia natura. To człowiek -kot. Jeżeli pokochasz go jako kota, to musisz się pogodzić z jego naturą… To twoja decyzja, on ci jej nie ułatwi.
Zastanowiłam się. -Dlaczego wobec tego tak mnie to denerwuje u mojego Prawie Byłego, a nie denerwuje mnie u Olbrzyma. Lubię go i świadomie pozwalam się mu wykorzystywać-
– Bo jest kotem, poznałaś go jako kota i nie oczekujesz od niego, że będzie kimś innym. Ja też nie łudzę się, że będę czymś więcej dla Olbrzyma. Łączy nas wspólnota interesów. Mówią, że człowiek nie ma kota, ale kot ma człowieka. My mamy siebie nawzajem. Ja dbam o niego, a on poniekąd pomaga mi w pracy. Jestem behawiorystką zwierząt i często muszę rozwiązywać konflikty właścicieli i ich pupili. Czasem zdarza się też, że muszę uspokoić tygrysa w zoo…
Ta rozmowa pozwoliła mi podjąć decyzję. Byłam gotowa do powrotu, a był już najwyższy czas, bo kończył się okres mojej delegacji.
Przy najbliższym spotkaniu przy herbatce powiedziałam o tym Mel.
– Zlikwidowałam słówko „Prawie”. Jest już tylko „Były”. Jeśli mam być z kotem, to wolę prawdziwego kota, futrzastego, takiego, o którym będę wiedziała że jest kotem i nikim innym. A do wspólnego życia potrzebuję człowieka o człowieczym charakterze, nie kocim, ani nie psim, ani żadnym innym. – Mel znowu dziwnie się uśmiechnęła – Czeka cię trudne zadanie…
Olbrzym wskoczył na kanapę i podstawił łebek do pieszczot. Może zrozumiał, że niedługo wyjadę?
Spojrzałam na niego uważnie
– A właściwie jakiej on jest rasy? Zawsze zapomnę o to spytać.
– To rzadka u nas rasa – turecki van. Olbrzym ma swoje tureckie imię – Engin. Te koty znane są z zamiłowania do wody.
– Zapraszam cię jeszcze jutro na pożegnalną kawę. – powiedziała Mel. – Pewnie będziesz już spakowana, więc spotkajmy się u mnie.
Kiedyś udało mi się zrobić całkiem udane zdjęcie Olbrzyma z Mel. Zamówiłam dwie odbitki kazałam je oprawić w ładne ramki. Kupiłam też torebkę kocich przysmaków i z prezentami zadzwoniłam do drzwi Mel. Wręczyłam jej je i zasiadłyśmy do stolika. Olbrzym z obrażoną miną spał na najwyższej półce. Rozmawiałyśmy o wszystkim, wspominając wspólne wydarzenia, śmiejąc się i żartując. Kot nie poruszył się ani przez moment. W końcu Mel wręczyła mi torebkę ze słowami: – Mam dla ciebie też mały prezent. Życzę powodzenia. W torebce znajdowała się dosyć gruba świeca z nałożonym na nią napisem „Hominem quaero”…
Żegnając się podeszłam bliżej do kota za słowami: – Żegnaj Olbrzymie! Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, ale nigdy cię nie zapomnę…Jestem ci bardzo wdzięczna…
W tym momencie kot podniósł się i coś mruknął. Nie wierzę… W jego oczach, pozie i glosie zobaczyłam i usłyszałam pytanie – Dlaczego???

Liceum cd 2

List 15

Witaj, E!

Dziś ciąg dalszy o latach spędzonych w liceum.

Najważniejszymi przedmiotami były oczywiście matematyka i fizyka. O ile pamiętam, matematyki mieliśmy6 godzin lekcyjnych, a fizyki 5 w pierwszej klasie. Nie uczyli nas profesorowie licealni, lecz asystenci uniwersyteccy, do których zwracaliśmy się: – Pani magister, panie magistrze. Początkowo matematyki uczyły nas dwie panie. Mieliśmy szczęście, bo jedna z nich, pani Urszula, ukończyła liceum pedagogiczne przed studiami matematycznymi, miała praktyki w szkołach i świetnie, ze stoickim spokojem tolerowała albo pacyfikowała wybryki uczniów. No i wykładała dosyć jasno i w sposób dostosowany do możliwości średnich uczniów. Wytrwała z nami do końca szkoły, za co należałby się jej medal.

Druga z pań uczyła nas tylko przez pierwszy rok i nie zdążyliśmy jej tak dobrze poznać. W drugiej klasie naszym drugim nauczycielem został pan, wtedy już z tytułem doktora, Roman. Chyba na wniosek fizyków w programie znalazła się wcześniej analiza matematyczna. Ciągi, szeregi itp. wszystko zrobione było dosyć pobieżnie, przy czym znalazło się wiele twierdzeń, które trzeba było poznać i przyjąć. Przez dłuższy czas lekcje wyglądały jak studia – tezy, twierdzenia i dowody twierdzeń. Oczywiście tak w tej chwili to widzę, bo czasy odległe…

Taki sposób prowadzenia lekcji był „strawialny” tylko dla niewielu, zaawansowanych w matematyce uczniów. Większa część klasy była zmęczona i zagubiona. W tej chwili myślę, że choć z pamięci uleciały twierdzenia, /nie mówiąc o dowodach…/ pozostał podziw dla logiki matematyki, wiedza, że aby czegoś dowieść potrzebne są właściwe założenia i znajomość ograniczeń, czyli określenie dziedziny i przeciwdziedziny funkcji – skąd idę i dokąd chcę zajść.

Po zebraniach rodziców, dyskusjach i zakończeniu tej części programu w trzeciej klasie sytuacja zmieniła się. Następne rozdziały matematyki były bardziej przyswajalne, pan Roman był rzeczywiście wspaniałym matematykiem i chyba zdobył też pewne doświadczenie w nauczaniu młodszych niż studenci, a my trochę podrośliśmy. Wspólnie dotrwaliśmy do końca szkoły, ale i tak najbardziej lubiłam dygresje profesora na przykład jak wypełnia kupony totolotka / przy okazji rachunku prawdopodobieństwa/, mowy „umoralniające / po niektórych wydarzeniach/, wspólne śpiewanie na wycieczkach szkolnych ( o wycieczkach trzeba by napisać chyba kilka osobnych listów) opowiadanie o „Księdze szkockiej” itp. Pozostaje w mej pamięci jako jeden z ulubionych i szanowanych nauczycieli.

Teraz o fizyce…

Program fizyki był naprawdę eksperymentalny i jak dla mnie, nie był to eksperyment udany. Przyjęto założenie, by rozpocząć nauczanie od najmniejszych elementów budowy wszechświata i przechodzić do większych /w ostatniej klasie była astronomia/. Pamiętam pierwsze zadanie domowe z fizyki. Opowiedziano nam o doświadczeniu Thomsona /jakieś cząsteczki gdzieś sobie biegły w urządzeniu, podane były jakieś dane i zadanie brzmiało : obliczyć e do m. W danych nie było żadnego e ani m, o reszcie miałam nie tylko ja blade pojęcie. Zadanie rozwiązał chyba tylko jeden Witold, jak w obliczeniach podał słowa „arcus tangens” wszyscy zaprotestowali, bo tego nie znaliśmy. Do tego uczyło nas czworo nauczycieli – asystentów uniwersyteckich. Często narzekali, że nie posiadamy odpowiedniego aparatu matematycznego by wykonać odpowiednie obliczenia. Teraz sądzę, że powinno się raczej uczyć w kolejności „historycznej”, tak jak ludzkość poznawała zjawiska fizyczne. W biologi istnieje określenie, niestety zapomniałam terminu, że człowiek przechodzi w rozwoju zarodkowym wszystkie etapy rozwojowe istot żywych – od jednokomórkowców. Tak samo chyba wszystko na świecie ma swoją kolejność i czas…

Pewnego razu, chyba w trzeciej klasie pan magister spytał Henia – „Czy ciebie w ogóle interesuje co mówię?” – na to Henio -”nic a nic…” Mina pana magistra zwiastowała burzę. Na szczęście wstał Rysio, jeden z lepszych fizyków, i rzekł – „proszę też nie pytać, kiedy ostatnio miałem w ręce książkę do historii…” Chyba na skutek takich zdarzeń w ostatniej klasie podzielono nas na grupy „fizyków” i „humanistów” , i tak jako humanistka dotrwałam do końca szkoły.

W ramach fizyki też mieliśmy zajęcia z programowania maszyn cyfrowych. Była to całkiem nowa dziedzina, To dzisiaj trudne do wyobrażenia, ale Uniwersytet dysponował jedną maszyną nowej generacji / typ ODRA 1304/ która z oprzyrządowaniem zajmowała całe ostatnie piętro nowego budynku. Maszynę oglądaliśmy przez szybę, dane podawało się za pomocą papierowej taśmy dziurkowanej. Dziurkarki były w osobnym pokoju. Budynek nie był jeszcze wykończony, do użytku oddano tylko część pomieszczeń. Pewnego razu koledzy odkryli, że przez małe okienko można wyjść na dach. W czasie przerw wychodzili/śmy- też raz czy dwa tam byłam/ na dach. Ktoś odkrył, że po dziurkowaniu taśm zostaje dużo drobniutkich kółeczek koloru taśm – różowych i niebieskich. Konfetti świetnie sypało się z dachu szóstego piętra…do czasu, aż ktoś z przechodniów zauważył młodzież biegającą po dachu.

Z lekcji fizyki najbardziej podobały mi się wizyty na uniwersytecie w pracowniach, gdzie przeprowadzaliśmy doświadczenia takie same, jak studenci. Potem niestety trzeba było zapisać dane i wykonać odpowiednie obliczenia. Były to czasy, gdy nie było jeszcze kalkulatorów powszechnie dostępnych, o dostępie do obliczeń komputerowych nie mówiąc. Obliczenia były skomplikowane i długie, a na zakończenie otrzymywało się wynik określający m,in. błąd pomiaru. Teraz już mogę się chyba przyznać, że wkrótce ułatwiałyśmy sobie pracę. Po wykonaniu kilku obliczeń zakładałyśmy wielkość błędu i dopasowałyśmy dane końcowe tak, aby taką wielkość uzyskać, pomijając pośrednie obliczenia. Zaoszczędziło nam to dużo czasu, a naszych rachunków i tak nikt nie był w stanie sprawdzić. Zajęcia w pracowniach zajmowały cztery godziny lekcyjne , a potem trzeba było wrócić do szkoły na następne lekcje. Dosyć często zdarzało nam się spóźniać, a niestety następną lekcją był…

Język angielski.

Liceum do którego uczęszczaliśmy nosiło imię pierwszego prezydenta Niemieckiej Republiki Demokratycznej, komunisty Wilhelma Piecka i jako jedyne w województwie prowadziło naukę języka niemieckiego. Nasza klasa jako jedyna w programie miała naukę angielskiego – motywowano to tym, że większość prac naukowych z matematyki i fizyki jest pisana po angielsku.

Trudno było chyba o nauczyciela na te parę godzin. W pierwszej klasie uczyła nas pani, która dawno już była na emeryturze, nauka polegała na wkuwaniu dialogów z podręcznika, a ponieważ pani niezbyt dobrze widziała, można było czytać z podręcznika przy odpowiedzi. Mimo to trochę nauczyliśmy się podstawowych słówek, jednak nie tyle ile moglibyśmy się nauczyć w innych warunkach.

W drugiej klasie nowa pani była najlepszą nauczycielką – zadawała nam czasem zadania na tematy inne niż w podręczniku, ale przede wszystkim nauczyła nas gramatyki, szczególnie czasów angielskich. Pokazała nam tablicę czasów, co usystematyzowało naszą wiedzę. Niestety, w trzeciej i czwartej klasie znowu uczyła nas inna nauczycielka, też emerytka, podobno uczennica tej pierwszej… W tamtych czasach nie mieliśmy takiego kontaktu z obcymi językami. Język angielski najlepiej znali ci, którzy interesowali się piosenkami, słuchali zagranicznych stacji radiowych.

Naukę języka angielskiego rozpoczęliśmy w liceum. W szkole podstawowej obowiązkowym językiem obcym był rosyjski, którego uczono od piątej klasy. W liceum kontynuowaliśmy naukę. W pierwszej klasie mieliśmy aż trzech nauczycieli, każdy wymagał czegoś innego i miał inny sposób nauczania. Szczególnie przysłużyła się nam pani, która nauczyła nas hymnu Związku Radzieckiego. Na wszelkich wycieczkach szkolnych Jasiu wyciągał kawałek materiału z nadrukowanym portretem W.I. Lenina, wciągaliśmy go na maszt/ jakikolwiek znaleziony patyk/ , śpiewaliśmy „Gimn Sowietskowo Sojuza” i ruszaliśmy na trasę. W następnych klasach mieliśmy nauczycieli co rok innego, ale byli to bardzo dobrzy nauczyciele, często przenosili się jako lektorzy na wyższe uczelnie. Czytaliśmy artykuły w czasopismach po rosyjsku, ale i tak kontaktu z językiem zbyt dużo nie mieliśmy.

Rozpisałam się, ciąg dalszy nastąpi….

Pozdrawiam Ellani

Lata w liceum

Listy do E.

list 14

…Nadszedł pierwszy dzień w nowej szkole. Przywitałam go z ciekawością, ale i obawami. Nowy nieznany świat. Pierwszy miesiąc był szokiem i czasem szybkich zmian. Dotychczas byłam najlepszą uczennicą w podstawówce, w środowisku które dobrze znałam. Tu czułam się „inna”. Jedną z pierwszych barier do pokonania była bariera językowa. W domu mówiło się gwarą, w szkole wśród rówieśników też, choć wtedy w szkolnictwie był kładziony nacisk na wyrażanie się językiem literackim, a gwara niezbyt mile widziana. Później przekonałam się, że rozmawiając z kimś automatycznie dostosowuję się do sposobu jego mówienia. Tu jednak wszyscy posługiwali się językiem literackim i też tak mówiłam, ale wystrzegać się śląskiego akcentu nie było łatwo. Ze zdziwieniem odkryłam w drugiej klasie, że jedna z bliższych koleżanek też w domu mówi gwarą – pewnie czuła to samo co ja. Zresztą nie była jedyna, ale o tym przekonałam się później. Na razie obserwowałam klasę.

Początkowo było nas 36 osób. Część z nich znała szkołę bardzo dobrze, bo przy liceum były organizowane starsze klasy szkoły podstawowej dla uzdolnionych i zainteresowanych przedmiotami ścisłymi. Byli obyci, pewniejsi siebie, w pewnym sensie byli elitą klasy. Drugą grupą byli uczniowie dojeżdżający z różnych miast województwa, kilka osób mieszkało w internacie. Ja miałam bardzo dobry dojazd, pół godziny tramwajem, bez przesiadek. Klasa była w przewadze męska, na początku było tylko dziewięć dziewczyn. Układ ławek w klasie na początku zdeterminował najbliższe znajomości. Klasa była mała więc stoliki łączono po dwa. Od strony okna stała katedra i bezpośrednio do niej przylegał pierwszy rząd dwóch stolików. Z tej strony było pięć rzędów, na przemian chłopcy w pierwszym, trzecim i piątym i dziewczyny w drugim i czwartym – w każdym po cztery osoby. Po drugiej stronie było wejście i cztery rzędy złożone z dwóch stolików. Tam w pierwszym rzędzie siedziała Irena, a reszta sami chłopcy. Oczywiście pierwsze znajomości nawiązałam z dziewczynami. W mojej czwórce ławkowej były jeszcze Ela, Basia i moja imienniczka Ewa. Ela mieszkała w Katowicach, ale innej dzielnicy, Basia dojeżdżała z Mysłowic, a Ewa była chyba „Tutejsza”. Z Ewą nie nawiązałam bliższych kontaktów, bo zbyt różniłyśmy się charakterami – pamiętam, że już wtedy paliła papierosy, zresztą odeszła do klasy równoległej po pół roku i straciłam ją z oczu. Ela i Basia byłe mi bliższe, ale już wtedy bardziej się zaprzyjaźniły i czułam się zawsze tą trzecią. Ale o naszych relacjach później…

W drugim rzędzie siedziała Jadzia, Mariola, i dwie dziewczyny z miasta Tychy – Halina i Karolina. Ostatnia z dziewczyn, Irena, zapisała się w historii klasy wielkim wejściem. Właśnie rozpoczęła się lekcja historii, prowadzona przez najsurowszego profesora starej daty, zwanego przez nas „Wiadomą X”. W naszym liceum nie było mundurków, ale obowiązywał strój biało-granatowy. Profesor sprawdził obecność i w tym momencie otworzyły się drzwi. Spóźniona Irena dojechała pociągiem z Pszczyny… Na jej widok aż zaparło nam dech. Ubrana była pięknie… jak na dyskotekę. Pomarańczowa koronkowa sukienka i pomarańczowe duże koła w uszach. Wzroku pana profesora nie oddałby najlepszy aktor. Od tej chwili Irena na historii nie miała życia, a do powiedzeń klasowych weszła formuła „Reguła /trochę zmieniona wersja nazwiska/ do tablicy…”

O koleżankach i kolegach napiszę później jeszcze osobno. Teraz o przedmiotach i nauczycielach.

Pierwszy rok był bardzo trudny. W liceach ogólnokształcących działały tzw. klasy sprofilowane, w których pewne przedmioty nauczania miały program ograniczony na rzecz przedmiotów profilowych. Nasza klasa była klasą eksperymentalną i nie wiadomo dlaczego nie uzyskała statusu profilowanej, w związku z czym mieliśmy pełny zakres klasy ogólnej plus dodatkowe lekcje matematyki i fizyki, co dawało 42 godziny lekcyjne w tygodniu, czyli siedem lekcji przez sześć dni tygodnia – wtedy soboty były jeszcze zwykłymi dniami pracy i nauki. No i oczywiście każdy z nauczycieli zadawał pracę domową, co dodatkowo wydłużało czas poświęcony nauce. Tyle na razie, więcej w następnym liście.

Ellani

Post 301 – 340 (stare)

Post nr 340, ostatnio modyfikowany: 25-06-2018

Dobrze być tatą
w sobotę Dnia Ojca ciąg dalszy
tym razem przyjechała najstarsza
kwiaty i niekonwencjonalny, ale trafiony
prezent

Blog Marek

życzenia i kolejny tort.

Fajnie być tatą
D z i ę k u j e.

 


 

Post nr 339, ostatnio modyfikowany: 20-06-2018Fajnie być tatą
i mieć kochające córy.
Bo już dziś z powodu wyjazdu na obóz
otrzymałem przepiękne róże, upominek,
i torcik. Dobry bo wnuczka zmogła dwa kawałki.

Blog Marek

I mnie też smakował.
Dziękuje za pamięć, przyjazd, poświęcony czas,upominek jak że praktyczny,
i kolejny wydruk dyplomu po zawodach KF.
Fajnie być tatą.

 


 

Post nr 338, ostatnio modyfikowany: 30-04-2018Wiosna przemija jabłoń przekwita
a bzy bardzo przyspieszyły i są najpiękniejsze
od wielu lat.

Blog Marek
Blog Marek
Blog Marek

Właśnie się rozpadało, grzmi, błyska się
idzie lato.

 


 

Post nr 337, ostatnio modyfikowany: 26-02-2018Dzisiaj 26 lutego 2018 r. poniedziałek
0 godzinie 9.45 zmarłaIrena Kozioł

Niech aniołowie zaniosą ją do raju

 


 

Post nr 336, ostatnio modyfikowany: 28-01-2018Wieczorem dnia wczorajszego uczestniczyłem

Blog Marek

w katowickim Spodku.
Byłem tam po wielu wielu latach ponownie.
Sam obiekt, zgromadzona do pełna publiczność i techniczne przygotowanie imprezy robiło imponujące wrażenie.

Blog Marek

Bilety i cały wieczór za sponsorowała córa – dziękujemy.

Wielka orkiestra Polskiego Radia jak i połączone chóry uczelni akademickich wypełniły wielką scenę. Za którą ekran dopełnił przekaz dźwięku obrazem. prezentowane były fragmenty filmów z których pochodziła muzyka lub z kilku kamer w tym jedna na wysięgniku z podglądem na muzyków, solistkę, chór lub dyrygenta. Szczególnie zafascynowała mnie zgromadzona aparatura sterowana przez komputery.
Całości dopełniły światła i wzmacniacze audio.
Jest to inny przekaz niż spektakl teatralny, szczególnie gdy przeżywa się to po raz pierwszy.
Ciekawy czy po raz drugi i kolejny będzie podobnie.
Przy nadarzającej się okazji chętnie doświadczę.
Wieczór tylko nasz, rozśpiewany powrót wśród mgieł na długo pozostanie w pamięci.
Dziekuje.

mamaewa napisał(a) komentarz:
Fajnie było!

 


 

Post nr 335, ostatnio modyfikowany: 21-01-2018Borecka
szopka w kościele jak zwykle wypełnia cały ołtarz i rozrasta się na boki. Nowe ustawienie, nowe elementy, ciekawie i ładnie. Cieszy oko, działa na wyobraźnię.
Efekt pracy wielu pokoleń i zaangażowania franciszkanów i parafian.

Blog Marek

W okolicy można zobaczyć i takie perełki.

Blog Marek

Figury do szopki wykonała i dalej wykonuje mieszkanka domu przed, którym eksponowana jest na chwałę Narodzonego.
Postacie figur wycinane są z pni piłą łańcuchową i potem dopracowywane. Mimo sędziwego wieku efekty pracy zachwycają.
Gratuluje pełen podziwu.
Foto wykonane późną nocą we wsi Bodzanowice ulica Piaski a posesja państwa Ogórek.

 


 

Post nr 334, ostatnio modyfikowany: 17-12-2017Po raz wtóry zostałem zaproszony na wyprawę do Wiednia po

Betlejemskie Światło Pokoju

Oto krótka relacja foto filmowa z ceremonii.

Był cały świat skałtowy, ale najwięcej z
białym orzełkiem
na chuście.

 


 

Post nr 333, ostatnio modyfikowany: 10-12-2017W wczorajszą sobotę komin centralnego ogrzewania wzbogacił się o wkład metalowy.

A było to tak:

jeszcze 50 cm i można nałożyć daszek.

tata napisał(a) komentarz:
We wtorek zwieńczono komin daszkiem

 


 

Post nr 332, ostatnio modyfikowany: 10-12-2017Pierwszy Grudnia 2017 r

Przywitał nas śniegiem.
Czyżby zima ?

Blog Marek
Blog Marek

nie to tylko
przypomnienie o zimowych oponach.

 


 

Post nr 331, ostatnio modyfikowany: 01-12-2017

Blog Marek

Dziękuje córkom za kwiaty i obecność w dniu najważniejszej rocznicy w naszej rodzinie.
Dziękuje żonie za serce, które mi okazuje.

Blog Marek

 


 

Post nr 330, ostatnio modyfikowany: 15-05-2017Dzisiejszy dzień znowu mało letni.
Z rana deszczyk, potem smutno wietrzno by w końcu zagrzmiało i lunęło aż krople wpadały do obieralni.
Zimni ogrodnicy czy coś z klimatem.
Pożyjemy zobaczymy!

 


 

Post nr 329, ostatnio modyfikowany: 30-04-2017Urodzinowy prezent mojej żony.
Jego obraz niech zostanie na pamiątkę.

Blog Marek

Pięknie wybrała dh. komendant

 


 

Post nr 328, ostatnio modyfikowany: 13-04-2017Wesołych Świąt i ciepłego dyngusu.

Blog Marek

I kolejnego spotkania.

 


 

Post nr 327, ostatnio modyfikowany: 07-03-2017Miesiąc marzec to fajny miesiąc, wszyscy pamiętają o
mnie
jest tort, życzenia, rodzina, miła atmosfera.
Ptaki rozpoczynają ćwierkać a drzewa zielenić.
Troszkę wcześniej najstarsza córka postanowiła kupić sobie nowy laptop, może dokupić od razu pamięci lub zewnętrzny dysk.
Jako że chwilowo pracuje w delegacji to nie ma jej w Chorzowie by odbierać przesyłki.
Dzwoni mój telefon i dowiaduje się od niej że za chwilę przyjedzie kurier z paczką dla niej, jak za podniesieniem czarodziejskiej różdżki w tejże chwili wjeżdża kurier. Nie dokończona rozmowa, biegnę paczkę odebrać. Trochę rozczarowania bo jak na laptop to za małe. Błyska myśl – pamięć albo mysz. Do tego jeszcze ta taśma oklejająca paczkę z opisem
Drobne.net.
Paczka do pokoju córki na stolik. Tylko taka myśl – co za głupia nazwa drobne dla szanującej się hurtowni – może chwyt reklamowy.
Kolejny telefon i z rozmowy wynika że szkoda że ja to odebrałem bo się wydało. Niestety nie zastanowiłem się co.
Piątek rodzina w komplecie, laurka, kwiaty, upominki i paczka pięknie zapakowana w papier i kokardy. Rozmiar pasuje do tej od kuriera a ja głośno myślę co rodzina wymyśliła. Trochę konsternacji jak to nie wiem,ale paczka odpakowana taśmy przecięte i z gąszcza gąbek pojawia się opakowanie pięknego dla początkujących drona. Kiedyś nawet chciałem taki kupić, ale były pilniejsze potrzeby. Ucieszyłem się bardzo i szczerze.Tort zjedzony, woda w kwiatach wymieniona, kartonik w kotłowni.
Zgasł ogień w piecu CO i trzeba na nowo rozpalić, najlepiej stara gazeta, potem kartonu -ten po dronie – doskonały do potargania i już przy ostatnim targaniu przed samym wrzuceniem do pieca rzut okiem i czytam na taśmie

Blog Marek

oczom nie wierzę, czytam jeszcze raz i uzmysławiam sobie całą sytuacje.
Takiej niespodzianki w życiu jeszcze nie miałem.
A jak by pokazali w filmie takie zdarzenia powiedziałbym przekombinowane, tyle razy i takie wielkie litery przecież czytać każdy potrafi .
Opowiadając rodzinie o moim odkryciu dopiero była niespodzianka.
Tak życie płata figle.

MadaMag napisał(a) komentarz:
I tak oto mimo wszystko niespodzianka się udała 🙂
tata napisał(a) komentarz:
bardzo i długo będę ją pamiętał.

 


 

Post nr 326, ostatnio modyfikowany: 14-02-2017Pozdrawiam i całuje wszystkie drogie memu sercu
WALENTYNKIA najbliższej dziękuję za wspaniałą i jak że smaczną

Walentynkę

Blog Marek

Tak to się mam fajnie.

 


 

Post nr 325, ostatnio modyfikowany: 22-01-2017Po raz pierwszy w tym roku
Dzień Babci i Dziadka
był naszym dnem.
Dziękujemy wnuczce za kwiaty i piękny prezent przypominający nam ten dzień przez cały rok.

Blog Marek

A mrozik dzielnie się trzyma

Blog Marek

Niedawno prezentowałem filmik z kwiatem jako głównym bohaterem.
Dzisiaj taki sam kwiat, rozwinął się z cebuli w domu i jest jeszcze bardziej zachwycający.

Blog Marek
Blog Marek
Blog Marek

Tak nie wiele troski a jaki piękny.

 


 

Post nr 324, ostatnio modyfikowany: 06-12-2016acz więcej na: www.osrodek.qcoby.eu]
W razie problemów ze zgłoszeniem prosimy o kontakt z dh Markiem Niziołkiem:
tel. 34/359-78-25 lub mailowo: gospodarz@qcoby.eu
OID – Zla sciezka katalogu
mPDF error: Unable to create output file: /home/qcoby/public_html/ZglRok/Administracja/pdf/ListaMeldunkowa.pdf

 


 

Post nr 323, ostatnio modyfikowany: 05-12-2016Nasze życie jak kwiat – krótki rozwój, potem długo praca i codzienność niby takie same a jednak coś się zmienia.
Nieuchronna starość z nadzieją i pociechą nowym pokoleniem.

Ku pamięci.

 


 

Post nr 322, ostatnio modyfikowany: 22-11-2016Kolejna ważna data,
w życiu naszej rodziny.Obyśmy zawsze byli szczęśliwi.

Blog Marek

Amen.

 


 

Post nr 321, ostatnio modyfikowany: 13-11-2016Sala kominkowa harcówką grupy kursowej harcerzy z Opola.
Wszystko z sobą przywieźli.
Pozdrawiam.

Blog Marek

 


 

Post nr 320, ostatnio modyfikowany: 18-10-2016W naszym gminnym miasteczku jest ładnie i to od zawsze.
Od jakiegoś czasu po rewitalizacji rynku zdobi go fontanna.
W ciągu dnia wygrywa melodie a nocą świeci tak i nie raz jeszcze wyżej.
i jest miło.

 


 

Post nr 319, ostatnio modyfikowany: 29-06-2016Tak tak Dzień Ojca to fajne święto.
Za sprawą najstarszej córki przeciągło się az do soboty.
Był kolejny tort tak dobry, że szybciej ” się zjadł ” niż sfotografował, były kwiaty

Blog Marek

i prezenty

Blog Marek

i ojcowstwo też nie jest złe a nawet fajne.
A co dopiero bycie dziadkiem !

Dziękuje.

 


 

Post nr 318, ostatnio modyfikowany: 24-06-2016Wczorajsze święto
Dzień ojca
bardzo sympatyczny i oddający sprawiedliwość społeczną, jak mama to i tata.
Była rodzinka, najmłodsza upiekła tort z własnoręcznie zebranymi jagodami

Blog Marek

były kwiaty

Blog Marek

lody, życzenia i upalna pogoda.
Dziękuje.

 


 

Post nr 317, ostatnio modyfikowany: 27-04-2016W naszym ośrodku też przyszła wiosna. Szkoda tylko że nocą jest mróz /wczoraj -3.2oC/ a w ciągu dnia niewiele cieplej i wieje mocny zimny wiatr. Każdy woli siedzieć w domu nawet pszczółki.
KTO ZAPYLI KWIATY.

Blog Marek

Chciałem jeszcze pokazać,że jabłonka czeka na lepszą pogodę, ale serwer nie dodaje zdjęć do bloga.

 


 

Post nr 316, ostatnio modyfikowany: 18-04-2016Symbolem nadejścia wiosny są kwiaty, dla jednych te na stokach gór, czy przy domowym ogródku
dla mnie na krzewach sióstr w Borkach Wielkich

Blog Marek

lub na tym krzewie

Blog Marek

i te wszystkie ptasie trele.

 


 

Post nr 315, ostatnio modyfikowany: 27-03-2016Alleluja Chrystus Zmartwychwstał.
Kolejne święta tylko w gronie rodziny przeżywane.
By oderwać się od stołu dałem się zabrać na spacer.
Wiele się w przyrodzie już dzieje a aparat to zarejestrował tak.

a na stole pyszności wędliny, szynki i wypieki żony i córek, pięknie udekorowane i przygotowane choćby
ten ” mazurek ”

Blog Marek

Fajnie że są święta.

 


 

Post nr 314, ostatnio modyfikowany: 11-03-2016Taki piękny był….
Szkoda
przynajmniej tu zostanie …. po zaś

Blog Marek
Blog Marek

Druga fotka w pancie obrócona o 90 stopni w prawo.

tata napisał(a) komentarz:
i zapisana w nowej lokalizacji z tą samą nazwą. Czemu się nie nadpisała zgodnie z ostrzeżeniem?

 


 

Post nr 313, ostatnio modyfikowany: 10-03-2016Po awarii łuparki do drewna udało się ją naprawić.
Nie udało sie tego w WIN 10 pokazać jako filmik.
Ale udało się to w WIn 8
z takim efektem

HURAAA

 


 

Post nr 312, ostatnio modyfikowany: 08-03-2016Niech się święci
Dzień Kobiet
a życzenia: każdej tego co pragnie i potrzebuje.
Niech się spełni teraz i już.

Blog Marek
Blog Marek
Blog Marek
tata napisał(a) komentarz:
Na foto kwiatek stoi w pionie a tu uparł się by leżeć.
Coś w skalowaniu jest nie tak.
To się poprawi. Na pewno.
MadaMag napisał(a) komentarz:
Skalowanie, jak sama nazwa wskazuje skaluje, czyli zmienia długość boków.
A to że posyłasz zdjęcie zrobione bokiem, i oczekujesz że będzie stać w pionie, to już nie wina funkcji skalującej, tylko tego jak przygotowujesz zdjęcia do wysłania na blog…
tata napisał(a) komentarz:
zapewniam, że wszystkie zdjęcia w moim komputerze stoją w pionie – dłuższy bok jest w pionie.
Dziękuje za pomoc i postawienie jak trzeba.

 


 

Post nr 311, ostatnio modyfikowany: 06-03-2016I stało się, jestem panem po „60”.

Nie szkodzi bo torty były wspaniałe.

Blog Marek
Blog Marek

a kwiat długo jeszcze będzie cieszył oko

Blog Marek

jak i prezenty od starszych córek, żony, bratanka z rodziną.

Najmłodszej dziękuję za pomoc „gastronomiczną”.
A wszystkim za życzenia i odwiedziny.

 


 

Post nr 310, ostatnio modyfikowany: 20-02-2016Dzięki intensywnym działaniom najstarszej córki w dniu dzisiejszym zaczęła się dla mnie era

Windowsa 10

ciekawe jak to będzie działać.

Dziękuje za poświęcony czas i bajty.

tata napisał(a) komentarz:
ciężki kawałek programu

 


 

Post nr 309, ostatnio modyfikowany: 04-02-2016Niech żyje tłusty czwartek.

Blog Marek

 


 

Post nr 308, ostatnio modyfikowany: 01-02-2016Mama ma problem z fotką a ja?
Nie mogę wybrać piku do wysłania.
A szkoda.

 


 

Post nr 307, ostatnio modyfikowany: 01-02-2016Mama próbuje z komórki wstawić foto i nie ma klawiatury a ja mam.

 


 

Post nr 306, ostatnio modyfikowany: 27-01-2016Już wczoraj nie padał deszcz i dzisiaj od rana było pogodnie.
Naostrzyłem łańcuch piły by uporządkować teren za kampingami. Od zeszłego roku leży tam resztka pnia brzozy. Piła, paliwo, transport
– nawet słoneczko zaświeciło –
to do dzieła.
Toporkiem oczyszczenie miejsca cięcia z kory i ewentualnych kamieni by nie stępić piły.
Klocki tnie się o wymiarach 25 do 35 cm czyli miejsc ciecia /pila „bierz” około 0.8 cm / bardzo wiele. Pierwsze przyłożenie wrąb na kilka centymetrów i krótkie szarpnięcie a piła zaczyna ciąć na okrągło bo w klocek był wbity spory
gwoźdź
całkiem nie widoczny z zewnątrz, ale na tyle skuteczny że wyłamał kilka kolejnych zębów tnących tym samym łańcuszek z naszej Husqvarny jest złomem.
Na nic groźby i prośby o nie wbijanie gwoździ
do drzew w lesie.
Zgodnie z Prawami Marfiego.
Bo co najmniej prawdopodobne do zdarzenia trafienie w wielkim lesie w wielkim klocu w wielkiego gwoździa na pewno się zdarzy i nie mnie pierwszemu bo dwa lata temu na harcerskich gwoździach pilarze tnąc zrąb na deski poniszczyli piły traków.Tylko płakać lub kląć ale czy to co zmieni.

Basia napisał(a) komentarz:
Chyba nic…

 


 

Post nr 305, ostatnio modyfikowany: 22-01-2016BABCIU
żyj nam jeszcze 100 lat
w poprawiającym się zdrowiu i szczęściu
kochamy Cię.
Podwieczorek z kwiatami, dedykowanym tortem i wspomnieniami jak to w domu babci było.
Fajnie, że jest takie święto!!

Blog Marek
Blog Marek
Blog Marek

Dziękujemy.

 


 

Post nr 304, ostatnio modyfikowany: 18-01-2016Pozdrawiam rodzinę i wszystkich zaglądających tu.

mamaewa napisał(a) komentarz:
Już zajrzałam!

 


 

Post nr 303, ostatnio modyfikowany: 10-01-2016Od wielu lat nie zostałem zatrzymany do kontroli drogowej i wyjeżdżając w trasę nie biorę jej pod uwagę.

Z rodziną zostaliśmy zaproszeni ” na 18 ” bratanka, któremu
Wszystkiego najlepszego, szczęścia i zdrowia
życzymy i dziękujemy za fajną imprezę z mocną muzyką.
Wyjątkowo przed wyjazdem wiedząc, że zbliża się termin badana technicznego naszego czarnego samochodu sprawdziłem czy już po czy jeszcze – było jeszcze parę dni – + opłacone ubezpieczenie, zima odpuściła to i jazda była bez stresowa.
W powrotnej drodze jeszcze w Chorzowie słyszymy sygnał i migają koguty w cywilnym aucie, ale to policja zatrzymuje nas do kontroli, dokumenty, oględziny przodu pojazdu, bagażnika i dziękują bo wszystko w porządku i można jechać.
Kto podpowiedział : sprawdź dokumenty przed wyjazdem byś dokładnie znał terminem badania?
Zbieg okoliczności czy opatrzność?

 


 

Post nr 302, ostatnio modyfikowany: 25-12-2015Wesołych Świąt
i wszelkiego dobra w zdrowiu i radości.Po nieszporach zrobiłem fotkę szopce i wygląda tak:

Blog Marek

Szacun dla projektanta i ustawiaczy.

 


 

Post nr 301, ostatnio modyfikowany: 20-12-2015To już
301
wpis w tym blogu.
Poświęcam go nowej maszynie w kotłowni.
Jest nią rębarka klocków do pieca C.O.
Narzędzie robocze to stożek z gwintem
prezent od bratanka
plus napęd silnik i podstawa z pompy wodnej.
Po tylu latach rąbania siekierą, rozłupywania klinami
pobijanymi wielkim młotem, morzu potu nachodzą myśli
dlaczego dopiero teraz ta maszyna.
Przyda się na starość, gdy już nie będzie całkiem sił.
A pocić będziemy się w trakcie zabawy z wnukami.Jak to działa
proszę zobaczyć na filmiku.

W trakcie nakręcania użyto klocków
nie „zakwalifikowanych” wcześniej
do ręcznego rąbania ze względu na sęki lub skręt swoi.

Jeszcze tylko udoskonalić wynoszenie popiołu…..
i będzie fajnie