Blogi

Liceum – wycieczki

Drogi E.

Teraz tyle, ile przypominam sobie z wycieczek szkolnych. Może mi się mieszają wspomnienia, może ktoś uzupełni, na razie piszę co pamiętam, szczególnie dzięki obrazkom Krzysztofa.

Pierwsza wycieczka naszej klasy była wycieczką jednodniową, bo nauczyciele nie chcieli zgodzić się na dłuższą przerwę w nauce. Sprawy wyjazdu załatwiał samorząd klasowy – wybór miejsca, terminu, trasy, ubezpieczenia, zakup biletów itd. Przy organizacji któreś wycieczki chłopcy następnego dnia wkroczyli do klasy śpiewając: „-Tępimy biurokrację, usprawniamy pracę biur…”

Pierwsza wycieczka była w Beskid Śląski. Dobrze pamiętam, że odbyła się w czwartek – a to dlatego, że czwartek rozpoczynaliśmy dwoma lekcjami historii… Miejsca nie pamiętam, ale na pewno było to przejście szlakami Beskidu Śląskiego. W drugiej klasie wyjechaliśmy na wycieczkę trzydniową autokarem w Góry Świętokrzyskie. Na wycieczki zapraszaliśmy jako dodatkowych opiekunów naszych magistrów fizyki lub wykładowców matematyki. W Góry Świętokrzyskie pojechał na pewno pan Janusz który dołączył do fizyków w tymże roku, tuż po ukończeniu studiów. Każda wycieczka miała w planie cele wychowawcze i poznawcze. Ponieważ nasza wychowawczyni nauczała geografii więc oczywiście wiedza z tej dziedziny musiała być poszerzana. W związku z tym zwiedziliśmy kamieniołom, gdzie zapoznaliśmy się ze sposobami pozyskiwania bloków kamiennych i poznaliśmy różne rodzaje skał, a także pozyskaliśmy „łup” w postaci kartonu wypełnionego różnymi okazami skał.

Zwiedzaliśmy również Muzeum Narodowe w Kielcach. W owych czasach wchodząc do muzeum trzeba było założyć na obuwie filcowe ochraniacze, rodzaj laczków zawiązywanych na sznurki w kostce. Posadzki, a szczególnie szerokie marmurowe schody, były bardzo śliskie, a zbyt duże filcowe kapcie chodzenia nie ułatwiały. Pech chciał, że pan magister potknął się na schodach i zjechał z piętra nadwyrężając nie tylko mniej szlachetną część ciała, ale i poczucie godności osobistej, szczególnie, że u stóp schodów czekała pani z obsługi i biorąc go za niesfornego ucznia zrugała z góry na dół.

W miejscu zakwaterowania było miejsce na ognisko, więc pani wychowawczyni zarządziła, że jedno spotkanie wieczorne przy ognisku przygotują harcerze, a drugie – członkowie ZMS. Dla harcerzy przygotowanie ogniska było łatwe – to codzienność obozowa, ale koledzy z fasadowej organizacji mieli z tym problem. Po naradzie zwrócili się po pomoc do reszty klasy i zajęcia wieczorne cieszyły się sukcesem. Pamiętam występy Harcerskiego Teatrzyku Obozowego, który czerpał inspiracje z Teatrzyku Zielona Gęś Gałczyńskiego. Zapamiętałam tylko jedną scenką pt. Rozmowa komendanta z duchem”. Było tak:

Akt 1

Komendant : Druhu duchu! Druhu duchu!

Duch: Uhu, uhu, uaaaa

Komendant: Druhu duchu, co słychać?

Duch: Ano nic…

Komendant: Aha.

Akt 2, może być 3, 4 …

Rozmowa jak wyżej.

Akt ostatni:

Komendant : Druhu duchu! Druhu duchu…

Duch: Uhu…

Komendant: Druhu duchu co słychać?

Duch: Ano nic..

Komendant Jak to nic? Co to jest? /Gwiżdże/ Alarm mundurowy!!!

Były też konkursy, a przygotowywanie pytań było równie atrakcyjne jak odpowiadanie.

Zwiedzaliśmy dworek Sienkiewicza w Oblęgorku. Wyszliśmy, wsiedli do autobusu i już wyjeżdżaliśmy, gdy okazało się, że brakuje dwóch kolegów. Stanęliśmy w alejce, a oni pędem gonili pojazd. To dało powód do sformułowania pytania – kto kłusował za autobusem?

Prawidłowa odpowiedź brzmiała – MUCtangi.

Zwiedzaliśmy również ruiny zamku w Chęcinach. W owych czasach nie było takiej komercjalizacji jak obecnie. Ruiny wielu zamków stały w żaden sposób nie chronione, można było chodzić po nich do woli, nikt nie wymagał biletów wstępu. Tak było i w Chęcinach. Wychowawczyni tylko prosiła, byśmy zbytnio się nie rozchodzili. W pewnym momencie podszedł do nas starszy pan bardzo nieporządnie odziany w stary, obdarty płaszcz i zaczął opowiadać coś o basztach zamkowych, jakąś legendę o kochankach mieszkających kiedyś w tym miejscu, po czym podszedł do wychowawczyni i zażądał wynagrodzenia jako przewodnik zamkowy. Ten fakt został uwieczniony w rysunkowym sprawozdaniu z wycieczki, tak samo jak uwiecznione zostały „strażackie” kiełbaski podane nam na śniadanie. Trzeba było obchodzić się z nimi ostrożnie, bo wbijając widelec w kiełbaskę można było zostać opryskanym tłustym płynem.

Na wycieczkach połączonych z noclegami najciekawsze jest „życie nocne”. Pamiętam taką sytuację: wieczorem dziewczyny narzuciły na piżamy / grube, flanelowe/ kurtki i spotkały się w pokoju z kilkom chłopakami. Było trochę hałasu i wpadła pani wychowawczyni. Chłopcy wyszli, a dziewczyny musiały wysłuchać kazania na temat :Jak można dopuścić, by chłopcy zobaczyli was w piżamach?

Następnej nocy, /a może na następnej wycieczce? /kilku chłopców znowu znalazło się w pokoju dziewczyn. Zaczęli się zastanawiać, gdzie można by się ukryć w razie nadejścia opiekunów. Była tam dosyć wąska, dwudzielna szafa. Przymierzali się, kto mógłby się w niej schować. Uzgodnili, że Jacek, ze względu na gabaryty zajmie jedną część, do drugiej zmieści się pozostałych dwóch. Wtem na korytarzu rozległ się głos nauczycielki. Chłopcy wepchnęli się do szafy, zamknęli drzwi, ale po chwili alarm został odwołany. Jacek wyszedł, ale z pozostałej części kolega wytoczył się wypchnięty, bo się zaklinował. Śmiechu mieliśmy co niemiara, całe szczęście, że „ciało pedagogiczne” już tego nie usłyszało.

W trzeciej klasie byliśmy na wycieczce w Bieszczadach. Chodziliśmy po połoninach, a pamiętam tylko fakt, jak po zdobyciu Tarnicy chłopcy kłaniali się zachodowi słońca – po to, by wypiąć odwrotną część ciała w pewnym kierunku. No i śpiewanki przy ognisku z panem Romanem – w tej wycieczce panią wychowawczynię wspomagali matematycy.

Tyle na razie z tego, co zapamiętałam z wycieczek klasowych.

Myślę, co by tu jeszcze…

Pozdrawiam E.

Liceum – poza murami szkolnymi

Drogi E.

Nie miałam zamiaru tak dużo rozpisywać się o latach szkolnych, ale z każdą chwilą przypomina się coś jeszcze. Koledzy także zachęcają do dalszej pisaniny, nikt nie krytykuje, co więcej Krzysztof przypomniał mi o innych wydarzeniach czy ciekawostkach. Nie wszystkie kojarzę, np.: wybuchające długopisy, kondukty żałobne- może jednak ktoś się odważy i też coś dopisze…

Zapamiętałam za to różne wyjścia ze szkoły. Czasem opuszczaliśmy szacowne muru naszej szkółki – a to wychodziliśmy na zajęcia z fizyki na ul. Uniwersytecką, do budynku jeszcze nie skończonego i oddanego do użytku w połowie / już o tym pisałam/ , na basen kąpielowy do budynku w którym mieściło się chyba przedsiębiorstwo „Miastoprojekt”, do galerii, na strzelnicę, a czasem na imprezy” ideowe” – jakieś spotkania z okazji rocznicy wybuchu Rewolucji Październikowej czy innych rocznic. W latach późniejszych – koniec liceum, studia takich „zbiegowisk” jak to nazywaliśmy było w nadmiarze. Czasem chodziliśmy także do kina i teatru na przedstawienia „szkolne”, również do filharmonii na miesięczne spotkania muzyczne dla szkół. O spotkaniach w filharmonii wiedzieliśmy najszybciej, bo prowadziła je mama Adama. Przez cały rok poznawaliśmy kompozytorów muzyki klasycznej, instrumenty, słuchaliśmy różnych utworów. Na ostatnim spotkaniu był konkurs wiedzy wyniesionej z cyklu spotkań. Pięciu finalistów miało okazję dyrygować orkiestrą symfoniczną. Najpierw pan dyrygent Czesław Płaczek poprowadził dwukrotnie fragment utworu, po czym przekazał pałeczkę. Mogliśmy się przekonać, jak ważna jest rola dyrygenta. Orkiestra grała dokładnie tak, jak wynikało z ruchów „dyrygentów”. Zabawne i pouczające.

Czasami ubarwialiśmy sobie drogę, wprowadzając szyk klasowy – szliśmy gęsiego, tworząc długi ogon. Umawialiśmy się i pozdrawialiśmy uprzejmym „dzień dobry” wybraną osobę idącą z naprzeciwka. Niektórzy przechodnie odpowiadali uprzejmie … i tak dwadzieścia razy. Nie wiem, czy można też uznać nas za prekursorów happeningu lub flash mob-u w Katowicach. Grupka uczniów stawała w pobliżu przystanku tramwajowego przed dworcem i intensywnie wpatrywała się w górne piętro domu. Kolejno po jednej osobie z boku obserwowaliśmy reakcję ludzi, którzy też usiłowali sprawdzić, co też nas tak zainteresowało…

Osobnym rozdziałem były lekcje fizyki w plenerze. Był wyjątkowo ciepły maj czy czerwiec i ktoś zaproponował, by lekcję zrobić na zewnątrz. Chłopcy zdjęli ze ściany tablicę i z nią pomaszerowaliśmy na pobliski teren zielony…

Z filmów oglądanych w ramach programu lekcyjnego pamiętam „Wesele” Wajdy, które obejrzeliśmy po opracowaniu dramatu na lekcjach i komentarz pani profesor na temat obsady, szczególnie postaci Chochoła odśpiewanej przez Cz.Niemena. No i do końca życia pamiętać będę przedstawienie „Pierwszy dzień wolności” w Teatrze Śląskim. Nie pamiętam już dziś, czy to był pokaz przedpremierowy, czy późniejszy, w każdym razie dla uczniów. Dyrektorem Teatru Śląskiego był w tym czasie znany aktor warszawski Ignacy Gogolewski. Dwaj koledzy dostali bilety do loży. Przed spektaklem zostali poproszeni o przeniesienie się w inne miejsce. W loży ujrzeliśmy innego znanego aktora. Później dowiedzieliśmy się, że spektakl będzie prezentowany w ówczesnym Związku Radzieckim i pewnie goście zostali zaproszeni, by ocenić przedstawienie. Zapamiętałam tę sztukę jednak z innego powodu. Mieliśmy miejsca na balkonie, a nad nami mieściły się potężne głośniki z nagranym podkładem muzycznym, a także z odgłosami strzałów, kanonadą odległego frontu. Siedzieliśmy prawie pod głośnikami. W końcowej, pełnej napięcia scenie główny bohater strzela do snajpera na wieży kościelnej. Wystrzału nie nagrano, tylko w odpowiednim momencie bohater strzela ze strzelby na ślepe naboje. Po serii strzałów z głośnika rozległo się cichutkie

„paff”. Różnica była tak zaskakująca, że roześmialiśmy się jak na najlepszej komedii. Nie wiem, czy w następnych przedstawieniach rozwiązano ten problem…

Dalsze ciekawostki w następnym liście.

Ukłony E.

Liceum – list następny

Witaj E.

Spośród kolegów pozostał jeszcze jeden, ten, którego chyba znałam najlepiej , choć może mi się to tylko wydawało, w każdym razie wiele zapamiętałam.

Krzysiu – trudno mi myśleć „pan profesor Krzysztof” był mi najlepiej znany z kilku względów. Pierwszym i najważniejszym było harcerstwo. W pierwszej klasie zachęcano nas do wstąpienia do drużyn harcerskich. Było trzech kandydatów na drużynowych Kornel / nie jestem pewna ani imienia, ani specjalności drużyny/, Maciek, który miał prowadzić drużynę o specjalności „łączność” i Paweł, brat Krzysia, który był drużynowym „czerwonych beretów”. Zdaje mi się, że wszyscy trzej byli po kursie drużynowych. Chociaż byłam już harcerką prowadzącą w Chorzowie drużynę zuchową, działałam w hufcu chorzowskim, ale chciałam też być w drużynie starszoharcerskiej z rówieśnikami. W moim hufcu podobał mi się druh prowadzący referat łączności, więc namówiłam koleżanki do stworzenia zastępu w drużynie Maćka. Nawet miałyśmy kilka zbiórek po lekcjach, co więcej robiłyśmy już dziś nie pamiętam. W każdym razie koleżanki brały udział w obozie harcerskim z hufcem Katowice, a ja wyjeżdżałam z Chorzowem. W drugiej klasie okazało się, że

drużynowi są w klasie maturalnej i pozostała tylko drużyna „czerwonych beretów”, którą przejął po bracie Krzysiu. Zostałam przyjęta do niej na sławetnym biwaku – Manewrach Techniczno-Obronnych – który sam w sobie godzien jest osobnej notatki, podobnie jak imprezy organizowane w drużynie. Nie zawsze udawało mi się brać udział we wszystkim ze względu na moją działalność w innym mieście, ale gdy tylko mogłam byłam na zbiórkach, wyjeżdżałam na biwaki, a nawet udało mi się wyjechać na obóz wędrowny w Sudety /o którym już wspomniałam w poprzednim liście/.

Ponieważ Krzysiu mieszkał stosunkowo blisko szkoły zdarzało się, że imprezy przygotowywaliśmy u niego w domu. Nie wiem już, z jakiej okazji, przygotowywaliśmy wieczór poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Dobieraliśmy wiersze, muzykę / z płyt winylowych przegrywaliśmy odpowiednie fragmenty na magnetofon taśmowy/, zajmowało to wiele czasu. Rodzina Krzysia posiadała bardzo wiele płyt z muzyką klasyczną. Wtedy poznałam Adagio Albinoniego, do dziś jeden z moich ulubionych utworów, bardzo dobrze komponował się z wierszami Baczyńskiego. Jeszcze dziś pamiętam początek obu wierszy które recytowałam…”Gdzie stanę widzę słup powietrza- Od tych oddechów złych zamarzły -w których spojrzenia chłodne gwiazdy – i ta mijania trwoga wieczna…” i „Byłeś jak wielkie stare drzewo…”. Kiedyś na plakacie zobaczyłam „Albinoni”, a był to plakat o występach Polskiego Teatru Tańca K.Drzewieckiego. Wybraliśmy się na spektakl większą grupą klasową… Wtedy też przeżyłam coś, co zapamiętałam do teraz. Aby to było zrozumiałe muszę coś wyjaśnić. Mieszkaliśmy w małym robotniczym wielorodzinnym domu. Obiady jadło się w kuchni, zresztą o różnych porach, najczęściej o trzeciej po południu, gdy z pracy wracał dziadek, bez ojca, który kończył pracę później i miał dalszy dojazd. Bardziej uroczyste były obiady niedzielne, a w pełni elegancka była tylko wieczerza wigilijna, gdy wyciągało się odświętną zastawę i obrusy. Kiedyś zasiedzieliśmy się u Krzysia i zostaliśmy zaproszeni na obiad, nie wiem, dwie czy trzy osoby… W powszedni dzień do pięknie zastawionego stołu zasiadła cała rodzina – dziadkowie, rodzice, synowie i my. No i podawała pani gosposia, co w tamtych czasach był ewenementem.

Krzysztof wykazywał wiele talentów. Potrafił ciekawie pisać – poza już wspomnianą przeróbką pieśni Kochanowskiego i podsumowaniami I i II klasy w postaci wierszowanej „Eksperymentiady”miałam okazję czytać fragmenty dziennika prowadzonego przez Krzysia i jego brata z wakacyjnej podróży po Polsce. Rysował też wspomnienia z wycieczek szkolnych – wywieszone na gazetce szkolnej ściągały do naszej klasy nauczycieli i uczniów z innych klas. Największy jednak oddźwięk wywołał chyba afisz – zaproszenie na wieczornicę organizowaną przez drużynę. Oddźwięk dodajmy niezamierzony przez autora… Na zaproszeniu wyrysowany był portret Kopernika /1973- pięćsetna rocznica urodzin astronoma/ bardzo dobry, ale nad nim napis „Poszukiwany rewizjonista”, a pod spodem data i godzina wieczernicy pt. „Sąd nad Kopernikiem”. Słowo „Rewizjonista” bardzo nie spodobało się dyrekcji…

Krzysztof jest profesorem na UŚ. Przez długi czas sądziłam, że zajmował się tylko logiką, później dowiedziałam się, że głównie poświęcił się filozofii. Poszedł tam, gdzie ja nie zdecydowałam się głębiej zaglądać, w obawie, że moja za mała wiedza zaprowadzi mnie tam, dokąd nie chciałabym zajść…

No i ostatnia, chyba nie najmniej znacząca przyczyna dużej objętości tego listu…

Krzysiu bardzo mi imponował. Pisałam już wcześniej o uczuciowych fermentach w naszej klasie. Był taki czas, że wydawało mi się, że jesteśmy bardzo blisko. Wiele wspólnych przeżyć, zajęć, wspólne imprezy to bardzo nas zbliżało. Do dziś dziwię się jak udawało mi się analizować swoje uczucia i kto kierował moim losem. Wiedziałam, że jestem na początku nauki życia. W tym czasie łatwo się „ zakochiwało” i „odkochiwało”. Wiedziałam, że coś „wisi w powietrzu”, a może to tylko było moje odczucie. Spotykaliśmy się tylko w większej grupie, żadnych wyznań czy aluzji. W najmniejszej grupie, o ile mnie pamięć nie myli byliśmy na operze „Eugeniusz Oniegin” z Jasiem i chyba Basią… Wszystko byłoby dobrze, ale mój analityczny umysł mówił mi, że w obecności Krzysia staję się kimś innym, chcę się wydawać kimś innym. Nie czułam się z tym najlepiej, więc zatrzymałam się na tym etapie. Czy on czuł to samo, czy wystraszył go mój braciszek – kiedyś przyjechali z Jasiem do mnie, brat otworzył drzwi, zobaczył ich i z miejsca wypalił: No, to który ją bierze… – tego nie wiem, w każdym razie pozostaliśmy na etapie koleżeństwa.

Nie żałuję tego. Krzysiu ma wspaniałą żonę i dzieci, ja najlepszego w świecie męża, co jednak nie przeszkadza, że wspominam go z dużym sentymentem…

Tak więc, przegląd zakończony. Może życie nie jest takie, jakiego spodziewaliśmy się kończąc nauki, ale na pewno jest ciekawe i myślę, że nie najgorsze…

Uff… chyba na tym powinnam zakończyć. Chciałabym opisać jeszcze wycieczki szkolne, ale trochę mi się plącze, co i kiedy, lepiej zrobiłby to aktualny posiadacz archiwum klasowego, bo mnie kojarzą się poszczególne elementy. Chyba jak zwykle najlepiej pamiętam pierwszą wycieczkę trzydniową w Góry Świętokrzyskie, więc może następnym razem coś o tym skrobnę…

Na razie E.

Liceum + P.S.

Zaczynam od P.S.

Odezwał się do mnie Ryś i udostępnił swoje jak to określił „normalne ”  opowiadanie. Przeczytałam, bardzo dobre i na dodatek jest to literatura wyższego sortu /sort to ostatnio modne określenie/. Więc uzupełniam gwoli sprawiedliwości. I obiecuję poczytać więcej…

Drogi E.

Franek siedział po drugiej stronie klasy. Mieszkał w internacie, potem dojeżdżał kilkadziesiąt kilometrów. Raczej nie udzielał się w przedsięwzięciach klasowych, był zapalonym kinomanem. Zdarzało się, że po zajęciach z fizyki, kiedy wracaliśmy z Uniwersytetu do szkoły, Franek zbaczał do kina studyjnego, które znajdowało się na tej samej ulicy co szkoła. Trochę byłam zaskoczona, gdy na balu maturalnym Franek zaprosił mnie do tańca i prawie nie odstępował. Wytłumaczyłam sobie, że skoro w klasie jest tak mało dziewczyn / a nie praktykowało się zapraszania osób spoza szkoły na bal/, to musiał zadbać o towarzystwo. Niezależnie od powodu sprawił, że bawiłam się wyśmienicie i zawsze byłam i jestem mu za to wdzięczna.

Nie pamiętam, czy przed zakończeniem szkoły, czy po w jakiejś chwili wybraliśmy się na herbatę do cukierni z Frankiem i Jasiem. Przez dwie godziny z Jasiem opowiadaliśmy różne wydarzenia z biwaków i obozów harcerskich w których braliśmy udział – ja w Chorzowie, Jasiu w Katowicach, wspominaliśmy te wydarzenia w których braliśmy udział wspólnie. Franek słuchał cierpliwie, po czym na zakończenie podsumował : -Szkoda, że nie byłem harcerzem…

Studiował budownictwo. Żałuję, że nie mogłam być akurat na tym spotkaniu, które zorganizował Franek w swoim domu w Katowicach, nie poznałam jego żony. Jakieś drobne gesty w czasie następnych spotkań utwierdzały mnie w przekonaniu, że jest dobrze wychowanym, rozsądnym i godnym zaufania człowiekiem. Kiedy na ostatnim spotkaniu poznałam jego siostrę i jej rodzinę upewniłam się, że Franek jest człowiekiem przez duże C.

Jasiu… Należał do „słońc” . Był harcerzem i turystą. Bardzo lubiłam jego sposób wypowiadania się, specyficzną filozofię, humor. Zbliżała nas działalność w harcerstwie, biwaki, obóz, zbiórki. Miał w sobie to coś, co trudno mi nazwać, ale co przyciągało do niego ludzi, sprawiało, że dobrze się czułam w jego towarzystwie. Świetnie parodiował I sekretarza PZPR, wtedy już byłego, Gomułkę. Czasem na przerwach wypowiadał się w ten sposób budząc naszą wesołość. Jaś miał też zabawne pomysły. Często opowiadał, że jego dziadek był maszynistą kolejowym i on chciałby mieć lokomotywę. W końcu dał do gazety codziennej ogłoszenie w dziale ogłoszeń drobnych ;”Lokomotywę TKt -48 kupię” . Chętnego do sprzedaży wtedy nie znalazł, ale pewien odzew był. W tygodniku „Przekrój” na ostatniej stronie zamieszczano różne ciekawostki, często też ogłoszenia z komentarzami. Ogłoszenie Jasia zamieszczono z pytaniem „A dworzec pan masz?” Wtedy, w latach 70-tych nie przypuszczaliśmy, że nadejdą takie czasy, że nie tylko można będzie kupić sobie lokomotywę, ale i samolot wylicytować na aukcji…

Jan z Tadkiem przewędrowali chyba wszystkie polskie łańcuchy górskie, efektem jednej z wędrówek była organizacja obozu harcerskiego, wędrownego, jednego z najlepszych w których miałam okazję uczestniczyć. Gdzieś tak chyba w drugiej klasie, mieliśmy po szesnaście, siedemnaście lat, w powietrzu zawisło zainteresowanie płcią przeciwną. Rodziły się sympatie, próby „zakochiwania”, próby zainteresowania sobą pojedynczej osoby, przymierzanie do bycia we dwoje. Pewnego razu Jasiu zwierzył mi się, że bardzo podoba mu się pewna koleżanka. Próbowałam ją wybadać, ale zdecydowanie nie była zainteresowana. Odeszła z naszej klasy do klasy równoległej w swoim mieście, ale do dziś nie jestem pewna, czy zainteresowanie nią nie skłoniło Jasia do wybrania zawodu lekarza / jej ojciec był lekarzem i ona też podobno wybrała medycynę/. W każdym razie historia nie miała dalszego ciągu.

Co jakiś czas spotykaliśmy się na wyjazdach klasowych. Zmienił się w tym czasie ustrój w naszym kraju, warunki pracy. Na przedostatnim spotkaniu zastanawiałam się, czy zmienił też się Jasiu. Czy to, że zmuszony był prowadzić działalność na własny rachunek nie wpłynęło na jego poglądy i życie. Nie umiem zapomnieć mu słowa „pieniąchy”. Na ostatnim spotkaniu go nie było, więc nie mogłam poczynić dalszych obserwacji.

Pozostała jeszcze jedna osoba, ale to wymaga więcej miejsca, więc może dalej w następnym liście…

Pozdrowienia E.

Liceum. Dalej koledzy… /dwa listy/

Drogi E!

Teraz powinien być ciąg dalszy o kolegach licealnych, ale najpierw mała dygresja.

Uświadamiam sobie, jak mało wiem o ludziach, których spotykałam w swoim życiu. Młodość to czas, który nas kształtuje, ludzie, którzy nam towarzyszą w życiu pomagają nam zrozumieć siebie, wpływają na nasze poglądy, dają obraz świata w jakim żyjemy. O kolegach z klasy, z którymi spędziłam było nie było cztery piękne lata życia także wiem niezbyt dużo, wiele wspólnych wydarzeń zatarło się w pamięci, pozostał zarys charakterów, jakieś być mało istotne dla innych szczegóły. No cóż, uświadamiam sobie teraz, że o najbliższych, z którymi spędziło się o wiele więcej lat też wiele nie wiemy. Każdy człowiek, nawet najbliższy stanowi tajemnicę. I to jest piękne, szczególnie jeśli po wielu latach potrafimy stale odkrywać w najbliższych coś nowego i dobrego.

Teraz chaotycznie, jak mi się przypomni. Pierwszy w alfabecie był Witold. Na początku sprawiał wrażenie typowego prymusa: siedział w pierwszej ławce, zawsze przygotowany, w przedmiotach ścisłych był o wiele lepszy od większości z nas. To on rozwiązał matematycznie pierwsze zadanie z fizyki / chyba o tym pisałam/. Matematyka była jego pasją, drugą była muzyka. Jego ojciec wykładał na Akademii Muzycznej , a Witek uczył się popołudniami w średniej szkole muzycznej. Szkołę muzyczną skończył o rok, lub dwa lata wcześniej, a przed dyplomem ćwiczył nawet na lekcjach w ogólniaku, grając „na sucho” pod blatem stolika szkolnego. Nadwyrężył sobie z tego powodu łokieć i przez pewien czas chodził do szkoły z ręką na temblaku. Należał do tych, którzy uczyli się w podstawówce przy liceum. Na pierwszych zajęciach pani wychowawczyni zaproponowała go na funkcję przewodniczącego samorządu klasowego. Nie był jednak typem społecznika, a druga szkoła pochłaniała go tak, że nie miał czasu na inne działania. Gdy poznaliśmy się lepiej zrezygnował z funkcji. Ukończył studia matematyczne i uzyskał stypendium w Kanadzie. Wyjechał tam na pewien czas i pozostał. Z opowiadań kolegów wiem, że różnie mu się wiodło, ale osiągnął pozycję zawodową w informatyce, założył rodzinę. Bardzo miło było się potkać poprzez Skype’a na którymś spotkaniu klasowym.

Drugi Witek również pasjonował się muzyką, ale innego rodzaju – był członkiem Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. No i oczywiście był dobrym matematykiem – został profesorem uniwersyteckim w Katowicach, a później w Zielonej Górze. W życiu prywatnym był chyba najbardziej niekonwencjonalnym członkiem naszej klasy, poczynając od zmiany nazwiska w trakcie liceum, poprzez najwcześniejsze /choć wcale nie tak wczesne/ ojcostwo do najpóźniejszego ojcostwa. To chyba największe zawirowania rodzinne wśród moich kolegów z klasy. Na szczęście jesteśmy beznadziejnie staroświeccy i uporządkowani. Przynajmniej tak mi się wydaje…

Profesorem został też Tomek, o którym już wspomniałam. Zrealizował swoje plany życiowe, zrobił karierę uniwersytecką, wykłada matematykę na różnych światowych uniwersytetach, ale nie jest zbyt towarzyski, rzadko brał udział w spotkaniach klasowych /o ile brał, bo nie wbił mi się w pamięć/.

Inną karierę zrobił kolega Ryszard. Jest doktorem fizyki, ale bardziej stał się znany jako pisarz. Wydał chyba trzy tomiki z opowiadaniami. Kiedyś próbowałam przeczytać jedno z nich, ale wydało mi się zbyt „przeintelektualizowane”. Powołania na autorów, których nie znałam, słownictwo zbyt specjalistyczne… Nie dorosłam do takich rozważań… Za to ostatnio poznałam kilka drobiazgów, które opublikował na blogu. Czyta się całkiem nieźle. Nie ma to jak krótkie formy…W każdym razie działa w kulturze „wyższej”, zajmuje się filozofią.

Na dziś tyle, muszę się zastanowić kogo „obsmarować „ w dalszej kolejności.

Pozdrawiam Ellani.

Drogi Przyjacielu!

Zrobiłam rachunek, listę obecności naszej klasy, by przypomnieć sobie o kim jeszcze nie pisałam. Jeszcze trochę zostało…Więc do dzieła…

Karierę akademicką wybrało więcej osób. Piotr, który w szkole pozostawał jakby w cieniu Tomka, którego był kuzynem, zrobił habilitację i został wykładowcą akademickim /matematyka/ nie tylko na macierzystym Uniwersytecie Śląskim. Wykładowcą fizyki został Jacek. Jacek przyszedł do naszej klasy jako wybitny chemik. W drugiej klasie liceum brał udział w ogólnopolskim finale Olimpiady Chemicznej, jednak ostatecznie wybrał studia z kierunku fizyka. Z Jackiem wiąże mnie wspomnienie. W trzeciej klasie, chyba na zakończenie mieliśmy pisać duży sprawdzian. Ponieważ wykładowcy zdawali sobie sprawę z różnic poziomów wiedzy wśród uczniów, a także z trudności materiału, postanowili dopuścić do pisania sprawdzianu parami. Szczęśliwy los sprawił, że miałam za partnera właśnie Jacka… Byłam dobrą sekretarką… Dostałam czwórkę.

Pracę w szkole wyższej w Kielcach podjął też po studiach Kaziu. W latach szkolnych oprócz nauki zajmował się też pisaniem wierszy. W trzeciej klasie napisał trzecią część „eksperymentiady”. Ponieważ nie brał udziału w kilku ostatnich spotkaniach klasowych tłumacząc się odległością zachęcaliśmy go, by zorganizował spotkanie gdzieś bliżej Kielc. Nadal czekamy….

Pierwszym, który zrobił międzynarodową karierę, był Adam. W szkole uznawany był za „enfant terrible” /chyba tak się to pisze/. Syn znanego pianisty także wcześniej chodził do podstawówki przy naszym liceum. Koledzy twierdzili, że słucha tylko ojca i tylko przed nim czuje respekt. Nie pamiętam większych problemów z nim związanych, ale trochę charakteryzuje go taka sytuacja. Na jednej z wycieczek w trakcie ogniska wykonywaliśmy różne zadania. Koledzy wymyślili, że Adam ma przedstawić nam scenkę tłumaczenia się przed nauczycielem z braku zadania domowego. Mieliśmy dużo radości, a Adam popisał się niebywałą fantazją. I jeszcze to: Matura z języka pisemnego obejmowała pisanie wypracowania na zadany temat. Nasza profesorka stwierdziła, że według niej wypracowanie na ocenę bardzo dobrą powinno zajmować 6 do 8 stron, na dobrą do 10 stron, a 12 to o wiele za dużo. Adam napisał podobno 18…. Ale maturę zdał. Ukończył studia, ale głównym jego zajęciem stała się gra w brydża. W tym sporcie został arcymistrzem światowym, brał udział w wielu międzynarodowych zawodach.

Zupełnie nic nie wiem o Bogdanie, trochę wiem o Grzesiu – spotkaliśmy się na spotkaniach klasowych. W czasie ostatnich spotkań lepiej poznałam też Wojtka. W szkole Wojtek siedział po przeciwnej stronie klasy, należał do tych dojeżdżających z daleka, w pierwszej klasie mieszkał w internacie. Nie mieliśmy zbyt dużo kontaktów. Na spotkaniach dowiedziałam się o nim więcej. Jest zapalonym fotografem, dokumentował nasze spotkania,

Na koniec zostawiłam tych, których poznałam lepiej, z którymi miałam większy kontakt lub wspominam najczęściej. Sądzę, że zajmie to więcej miejsca, więc rozpocznę w następnym liście.

Pozdrawiam więc.

Ellani.

Liceum – plama

List 23                                                                                                           25.09.2018

Witaj Powierniku!

Jak wspomniałam w poprzednim liście, nasza wspaniała, cudowna klasa ma też czarną kartę. Karcie tej na imię Olek.

Olek przyszedł do naszej klasy w drugim roku. Było to o tyle dziwne, że przecież wszyscy zdawaliśmy dodatkowe egzaminy do klasy, a program różnił się od programów innych klas licealnych. Olek był też rok młodszy od nas. Klasa była już zgrana, koleżeństwa i przyjaźnie pozawierane i trudno było się włączyć w już działający organizm. Poza tym charakterystyczny profil twarzy i krótkie nazwisko dawały pole do żartów i karykatur. Znalazło się kilku uczniów, którzy to wykorzystali. Sytuacja była podobna jak w pierwszej klasie z Haliną, chociaż żartownisiami byli inni. No i zakończyła się inaczej. Żarty trwały przez rok i drugi, w pewnym momencie dziewczyny uznały, że to za długo i zwróciły się do Olka, by zaprotestował. Niestety, Olek zamknął się w sobie, udawał, że zaczepki go nie dotyczą. Ponieważ siedział w drugim rzędzie ławek, a kolegowało się najczęściej z najbliższymi sąsiadami, nie zwracałam również na niego większej uwagi. Teraz myślę, że musiało być mu ciężko, był samotny, a może też miał charakter samotnika. W każdym razie nie pojawił się na żadnym spotkaniu klasowym, które organizowano co pięć lat. Z internetu wiem, że został profesorem w Krakowie, ale w żadnym życiorysie nie przyznawał się do nauki w naszej klasie. Na każdym spotkaniu klasowym wspominaliśmy Olka, chłopcy składali samokrytykę, ale wtedy nikt nie był w stanie przewidzieć przyszłości.

Myślę, że gdyby Olek głośno zaprotestował sytuacja byłaby inna, chłopcy potraktowaliby go jak kolegę i może odnalazłby się w naszej klasie. Po tylu latach wciąż mnie to dręczy.

Nie wiem, o kim następnym napisać. Czy w kolejności alfabetycznej, czy pisać najpierw o tych, których zapamiętałam najlepiej lub na odwrót, najmniej mam o nich do powiedzenia. Chyba zacznę od tych, którzy już od nas odeszli. Najwcześniej straciliśmy Jurka. Jurek mieszkał w Chorzowie tak jak ja, ale po drugiej stronie miasta. Miał skrajnie różne zainteresowania – język polski i matematyka. W czwartej klasie przeprowadzał ankietę wśród kolegów, czy ma iść na polonistyką czy na matematykę. Nie wiem jakie były wyniki ankiety, ale wybrał matematykę.

O ile dobrze pamiętam, w czwartej klasie był przewodniczącym naszej klasy.

Drugiego żegnaliśmy Henia, a właściwie ojca Artura- nasz kolega Henio wybrał życie kapłana – początkowo studiował na Śląskim Seminarium Duchownym, ale po trzecim roku i obowiązkowym wtedy roku ”praktyki robotniczej” wstąpił do zakonu franciszkanów, tam po roku nowicjatu kontynuował naukę i został wyświęcony na kapłana zakonnego. Henia znałam dosyć dobrze, bo siedział ławkę przede mną, ale przede wszystkim dlatego, że mieliśmy wiele innych wspólnych spraw, a należałam do osób, które obdarzył zaufaniem.

By to zrozumieć, trzeba przypomnieć czasy, w jakich żyliśmy. Oficjalna propaganda promowała laickość, władze robiły dużo, by zwalczać Kościól i objąć „rząd dusz”, ale musiały zwracać uwagę na opór, więc działania były niezbyt widoczne. Słyszało się to i owo, ale nie było wtedy zbyt dużo dostępu do mediów niezależnych. W każdym razie wiedzieliśmy, że często zdarzało się, że ktoś chętny do seminarium miał problemy w szkole, nie zdawał matury i nie mógł kontynuować nauki. Być może z tego powodu Henio skorzystał z możliwości nauki w innym mieście, gdzie nie był tak znany z kontaktów z kościołem. Podejrzewam, że z tego powodu grał rolę klasowego wesołka i zainteresowanego dziewczynami. Na pierwszej klasowej wycieczce sobotnio – niedzielnej / wtedy dyrekcja nie była zbyt chętna do udzielania wiele zwolnień z lekcji/ upierałyśmy się z koleżanką Elą by zrobić przerwę na udział w mszy św. Kiedyś Ela opowiedziała mi jak rodzina zdobywa obrazki, które jej brat po święceniach kapłańskich będzie rozdawał wiernym. Nasza postawa sprawiła, że Henio powiedział nam o swoich zamierzeniach. Utrzymywaliśmy to w tajemnicy ponad dwa lata. Chyba więcej osób o tym wiedziało, ale oficjalnie Henio wybierał się na socjologię. No i po zakończeniu drugiej i trzeciej klasy chodziliśmy razem na rurki z bitą śmietaną albo lody. Pamiętam jeszcze dylemat moralny Henia po pierwszej dwudniowej wycieczce klasowej – kilku chłopców postanowiło złożyć się na butelkę wina . Henio tłumaczył, że musiał się dołożyć, aby nie wyjść na kapusia…

Po maturze odbywał się w szkole bal maturalny. Przed balem mieliśmy okazję obejrzeć nasze świadectwa maturalne – wyniki znaliśmy wcześniej – po czym oddawaliśmy je i szkoła wysyłała je do wybranych uczelni razem z wszystkimi potrzebnymi dokumentami. Henio poszedł do pani wychowawczyni i poprosił o świadectwo. Przyznał się, że chce pójść do Seminarium Duchownego. Wychowawczyni była w tym czasie sekretarzem partii w szkole – nauczyciele musieli w większości zapisać się do partii – ale stwierdziła:” Jutro wyjeżdżam na dwa tygodnie, a potem niech się dzieje co chce…” Po jakimś czasie Henio, już jako kleryk, odwiedził szkołę i tak opowiedział o spotkaniu z Panią wychowawczynią: „Powiedziała mi, że nie jest już sekretarzem i nawet się z tego cieszy…” Była wspaniałym człowiekiem. Henio po trzech latach seminarium i obowiązującym wtedy roku pracy fizycznej – wstąpił do zakonu franciszkanów i ukończył seminarium zakonne. Przyjął imię zakonne Artur. Już w czasach licealnych chorował na serce i serce odmówiło mu posłuszeństwa przed ukończeniem pięćdziesiątego roku życia.

Ostatni odszedł Jacek T, czyli połowa firmy To&To, działającej w naszej klasie. Firma działała raczej werbalnie i poprzez reklamę – czym właściwie miała się firma zajmować tak do końca nie wiem. Pamiętam tylko logo: To& To Company, które pojawiało się na zeszytach, linijkach, gazetce ściennej itp. / Wtedy nie znaliśmy pojęcia „logo” – był znak, symbol graficzny /. Jacek był jednym z żartownisiów, którzy wymyślali przeróbki nazwiska Olka, a później na każdym spotkaniu klasowym kajał się i przepraszał, w każdym razie też leżało mu to na sercu. Po studiach wybrał pracę w kopalni, by szybciej przejść na emeryturę – jak twierdził. Czas na emeryturze poświęcał na granie na giełdzie i operacjach bankowych, co było w tym czasie nowością w naszym kraju. Ostatni raz spotkaliśmy się chyba w Kudowie, na kolejnym spotkaniu klasowym bodajże 40 lat po maturze. Wtedy stwierdziłam, że po tylu latach nasze charaktery nic a nic się nie zmieniły, Jacek pozostał takim, jakim zapamiętałam go ze szkoły.

Teraz o drugiej części firmy To&To, czyli Tadku. Tadek był już w pierwszej klasie bardzo wysokim i spokojnym chłopakiem, harcerzem i zapalonym turystą. Nade wszystko lubił i nadal chyba lubi wędrówki po górach. Przemiany gospodarcze po zmianie ustroju zmusiły go rzeczywiście do założenia firmy, ale jego partnerem został inny kolega z klasy, Marek. Z tego co sobie przypominam, po latach partnerstwa stali się również rodziną za przyczyną swoich dzieci.

Marek był osobistością naszej klasy. Także wysoki i spokojny cieszył się autorytetem nie tylko wśród uczniów, ale i nauczycieli. Został przewodniczącym samorządu klasowego, organizował wycieczki, załatwiał sprawy z nauczycielami. Myślałam, że byłby dobrym politykiem, ale chyba „władza klasowa” dała mu w kość, a może po prostu jest zbyt uczciwym i odpowiedzialnym człowiekiem i do polityki go nie pociągnęło. Pociągała go praca naukowa, po studiach rozpoczął pracę w instytucie badawczym, ale przemiany polityczno – gospodarcze zmusiły go do zajęcia się czymś innym. W czasach szkolnych prowadził drużynę harcerską w szkole podstawowej, należał do grupy harcerskiej naszej klasy. To na razie tyle na dziś, ciąg dalszy nastąpi… mam nadzieję.

Pozdrowienia E

Liceum – koleżanki

wrzesień 2018

Witaj !

Nie bardzo wiem od czego, albo od kogo zacząć. Chyba od koleżanek, bo z nimi miałam najwięcej kontaktów i jest ich najmniej. Trochę już o nich pisałam. Z dziewięciu, które rozpoczynały naukę w pierwszej klasie do matury dotrwały tylko cztery. Z mojej ławki odeszła pierwsza Ewa, która przeniosła się do klasy równoległej w tej samej szkole. Po pierwszej klasie odeszła również Karolina przechodząc do liceum w Tychach. Kiedyś odwiedziła nas opowiadając ciekawą historię. Otóż w nowej klasie na jakąś imprezę ktoś przyniósł wino o nazwie „Bosco”. Ponieważ zasmakowało im, kilka osób założyło nieformalny klub Bosco – zbierali butelki po tym winie. Gdy już opróżnili osiem butelek, jakiś „życzliwy” gdzieś doniósł i musieli się tłumaczyć milicjantom wyjaśniając zasady klubu. Nie była to żadna akcja polityczna, ale komuś się taką wydała.

Nie pamiętam, kiedy odeszła Irena – czy po pierwszej klasie, czy po drugiej, kiedy odeszło chyba najwięcej uczniów. Mówiąc szczerze też byłam bliska odejścia. Wtedy mieliśmy problemy z matematyką i fizyką, ja miałam problemy z biologią i liczyłam, że na świadectwie końcowym będę miała trzy oceny dostateczne. Gdy przed końcem roku wspomniałam wychowawczyni, że też chcę odejść, ta stwierdziła: Ty, przecież należysz do przodujących uczniów, nie ma mowy.” Okazało się, że nauczyciele akademiccy uznali, że w „normalnej” klasie mielibyśmy lepsze oceny i podnieśli nam oceny o jeden stopień. Jakimś cudem z biologii też się wybroniłam i pozostałymi na świadectwie oceny dobre i bardzo dobre. Moje koleżanki z ławki Elka i Basia były bardziej konsekwentne i zmieniły klasy – Ela na równoległą w tej samej szkole, a Basia na taką samą w Mysłowicach, gdzie mieszkała. Wydaje mi się, że Ela miała żal do mnie z tego powodu.

Tak więc pozostałam sama z mojej czteroosobowej ławki, a oprócz mnie Mariola, Jadzia i Halina. Wypadło mi być w parze z Mariolą, z którą razem robiłyśmy ćwiczenia w pracowni fizycznej, siedziałyśmy w pracowni geograficznej i innych. Znajomość jednak nie wyszła poza zwykłe koleżeństwo – miałyśmy chyba zbyt różne charaktery i zainteresowania. Jadzia i Halinka od pierwszej klasy zaprzyjaźniły się i stały prawie nierozłączne. Jeśli komukolwiek czegoś w życiu zazdrościłam, to właśnie ich przyjaźni. Jadzia od początku miała konkretne zainteresowania i plany na przyszłość – chciała być architektem, więc dodatkowo uczęszczała na zajęcia z rysunku w Pałacu Młodzieży. Ukończyła studia i pracowała jako architekt – nie wiem, czy zrealizowała swoją wizję tego zawodu, w każdym razie praca pozwoliła jej na realizację swoich pasji – podróży w najdalsze kąty świata. Halina chciała być nauczycielką i też zrealizowała swoje plany życiowe.

W pierwszej klasie Halina stała się obiektem niezbyt wyszukanych żartów niektórych kolegów. Z początku mogło to być przyjęte jako przejaw zainteresowania, ale po pewnym czasie stawało się uciążliwe. Halina starała się dostosować i traktować zaczepki jako żarty, potrafiła śmiać się też z siebie, ale w końcu powiedziała – „dość”. Przed jakąś lekcją wychowawczą wstała i powiedziała głośno, że docinki i zaczepki stają się nudne i nieciekawe, przestaje się jej to podobać i albo chłopcy przestaną tak się zachowywać, albo poruszy tę sprawę w obecności wychowawczyni. Po tym sprawa się zakończyła.

Nawiasem mówiąc, wtedy chyba nauczyłam się, że jeśli nam coś doskwiera, jeśli coś nam się nie podoba, ktoś sprawia nam przykrość, to trzeba spokojnie o tym tej osobie powiedzieć. Ktoś może nie być świadomy, że nas rani.

Kiedyś moja teściowa będąc z wizytą u nas na obozie skarżyła się, że nie chce by jakaś pani zwracała się do niej „babciu”. Powiedziałam jej – To niech mama jej to powie… I niedługo potem teściowa zadowolona opowiedziała mi : – Kiedy pani Krysia zwróciła się do mnie „Babciu” spojrzałam na nią i stwierdziłam, że chyba nie pamiętam takiej dużej wnuczki. – I pani Krysia przeprosiła, zwracając się- Proszę pani. To taka dygresja….

Ta historia jest wstępem do najgorszej, czarnej plamy na honorze naszej klasy, o której nie mogę zapomnieć… ale o tym w następnym liście. Pozdrawiam E.

Liceum – następny wpis

24.06.2018r

Drogi E…

Zgodnie z zapowiedzią teraz co nieco o koleżankach i kolegach. Jak to zwykle bywa w dużej grupie, z niektórymi ludźmi zna się lepiej, z innymi mniej. Na mój własny użytek wyodrębniłam kategorię ludzi „słońc” – czyli takich, wokół ludzie się gromadzą, chcą ich słuchać, mają autorytet.

Spotykałam ich w życiu całkiem sporo.

Jak już kiedyś pisałam, liczba uczniów w naszej klasie bardzo się zmieniała. Pierwsi wykruszyli się po pół roku, inni po roku, a jeszcze inni po półmetku po drugiej klasie liceum. W trzeciej i czwartej klasie zostały już tylko 23 osoby i tyle zdało egzamin maturalny. Z pozostałych, poza jednym wyjątkiem, wszyscy przenieśli się do klas równoległych i nie stracili roku.

Wszystkich wspominam ciepło, z niektórymi udało się kontaktować także po zakończeniu szkoły – początkowo spotykaliśmy się regularnie co pięć lat w różnym składzie, czasem częściej.

Nie mogłam być na wszystkich spotkaniach ze względu na charakter mojej pracy – weekendy w sezonie miałam wszystkie zajęte, ale co pięć lat w jakimś gronie się spotykaliśmy, później nawet częściej. Wtedy też poznawałam kolegów z innej strony, ale po jakimś czasie stwierdziłam, że charaktery pozostały te same. Czasem zdarzało się, że jakieś stwierdzenie, gest, zachowanie rzucało nowe światło na daną osobę, ale ogólnie mówiąc zostaliśmy generalnie tacy sami jak w czasach licealnych, a koleje życia raczej utwierdzały lub pogłębiały tylko cechy, które w ludziach tkwiły.

17.09

Zaczęłam pisać i przerwałam na długi czas. Sezon letni był dosyć trudny, potem nie umiałam zebrać się w sobie. Trochę mi przeszedł zapał. Znowu zaczęłam oglądać „Grzech Fatmagule”, bo mam nadzieję, że trochę zeszłorocznego entuzjazmu powróci. Staram się nie stracić nic z tego co udało mi się osiągnąć przez ubiegłe dwa lata.

Poza tym staram się uporządkować wspomnienia i przypomnieć dawne lata, by móc jak najlepiej wszystko opisać – no i przekonałam się, jak mało wiemy o innych lub jak mało pozostaje we wspomnieniach. Okruchy pamięci, słowa, wrażenia , po czterech latach wspólnego spędzania czasu na lekcjach, przerwach i wycieczkach tak mało zostało.

Trochę więcej mogę powiedzieć tylko o kilku osobach, a i tak nie wiem, czy to prawdziwi oni, czy tylko moje wrażenie. Prawdą jest to, co usłyszałam z ust Fatmagule, że „wszyscy jesteśmy zamkniętą księgą, a przyjaciele mogą co najwyżej odczytać tytuły niektórych rozdziałów tej księgi,,,”. Poza tym staram się uporządkować wrażenia i wspomnienia, a to wcale nie takie łatwe. No i…usiłuję przypomnieć sobie wszystkie nazwiska kolegów i ciągle mi kogoś brakuje.

W końcu udało mi się przypomnieć wszystkich, którzy zdali maturę i większość tych, którzy odeszli wcześniej do klas równoległych – i Janusza, który jedyny nie uzyskał promocji w drugiej klasie i odszedł do szkoły bliżej miejscowości w której mieszkał.

Niestety, kilka osób już odeszło. To najsmutniejsze okazje do spotkań, ale wiadomości są przekazywane i większość z nas pojawia się tam, tak jak spotykaliśmy się z okazji ślubów wiele lat temu. Nie ma Jurka, Jacka T i Henia, pożegnaliśmy też naszą panią wychowawczynię. Teraz mieszkam dość daleko i niewiele wieści do mnie dociera, ale wspomnienia wracają.

Ciąg dalszy w nowym liście…

Do następnego razu

E.